sobota, 31 sierpnia 2013

Niemiecki Egipt



Wizyty w muzeach nie wszystkim kojarzą się dobrze. Niektórzy nie mogą zrozumieć, co jest ciekawego w chodzeniu od jednego obrazu do drugiego i patrzeniu na niego. Nie mogą zrozumieć, że to chodzenie, to często podróż między epokami, a patrzenie, to podziwianie i dostrzeganie najróżniejszych detali, szukanie drugiego dna. W Berlinie muzeów jest tyle, że Niemcy zdecydowali się utworzyć nawet Wyspę Muzeów, aby w jednym miejscu znalazły się te najważniejsze. 




Początkowo sądziliśmy, że naszym celem będzie słynny Pergamon. Okazało się jednak, iż to, co chcieliśmy zobaczyć najbardziej, nie znajdowało się wcale w Muzeum Pergamońskim, lecz w Muzeum Nowym.



Dobrze, że w porę się skapnęliśmy. Niemcy wywieźli z Egiptu, co tylko mogli i jeszcze więcej, czyniąc Muzeum Nowe wehikułem czasu.
Kolejki po bilety w muzeum są takie, jak w czasach PRLu po cukier. Na miejscu rozpaczliwym głosem spytałam kontrolerów biletów, czy muszę stanąć w tej dłuuuugiej kolejce i wskazałam na wijący się sznureczek zniecierpliwionych i zmokniętych już turystów. W odpowiedzi, ku mojej uciesze, usłyszałam, że mogę wybrać tę lub inną kolejkę, na przedzie Starego Muzeum. Uradowana pobiegłam tam z mamą, tatę zostawiając z parasolem i młodszym bratem na końcu długiej kolejki.
Okazało się, że w budynku Starego Muzeum jest o wiele krótszy ogonek i na szczęście tam również mogliśmy kupić bilety. Przy okazji wypytałam przemiłą panią w informacji, znającą angielski, o kilka spraw. Zainteresować Was może to, że do 18. roku życia wstęp do Nowego Muzeum jest całkowicie bezpłatny. Z kolei normalny bilet dla dorosłych kosztuje 12 euro.



Nowe Muzeum jest ogromne - rzeźby, płaskorzeźby i różne inne eksponaty znajdują się aż na trzech piętrach! Niestety (a może i na szczęście, bo i tak nogi nam odpadały…) trzecie piętro było zamknięte aż do odwołania.
W muzeum panuje mikroklimat – jest duszno i gorąco. Wszystko po to, aby eksponaty nagle nie zaczęły się sypać i rozpadać. Co jakiś czas trzeba było usiąść, aby odsapnąć. Chociaż i tak najzabawniej wyglądało pewnie nasze wyjście na zewnątrz – zupełnie jak wynurzenie spod wody i łapczywe łapanie powietrza.
Eksponaty znajdują się zazwyczaj za szkłem, a niektóre nawet za podwójnymi szybami. W wielu miejscach można dostrzec termometry, które wskazują, w jakiej temperaturze grzeje się sarkofag dziecka, a w jakiej krokodyla. 



 
Ciekawostką może być również ten sprzęt.




To sejsmograf, który wykrywa drgania skorupy ziemskiej. Czyżby obsługa muzeum tak bardzo bała się, że ktoś wwierci się do budynku od dołu, aby ukraść jakiś cenny przedmiot sprzed kilku tysięcy lat i ozdobić nim swój salon? W sumie im się nie dziwię. Jest co kraść. Dlatego też ochroniarze kręcą się wszędzie, w niektórych salach jest ich nawet kilkoro. Kiedy lekko oprzesz się o szybę, od razu zostaje Ci zwrócona uwaga. 






W muzeum znajduje się słynne popiersie Nefretete z 1340 r. p.n.e. Jest jedynym eksponatom, któremu w ogóle, ale to w żadnym wypadku nie wolno robić zdjęć. Myślę, że nawet osobie chcącej zaryzykować, nie udałoby się chociażby wyciągnąć ręki po aparat czy telefon, gdyż popiersie królowej stoi w osobnym pomieszczeniu pilnowanym przez dwóch ochroniarzy, którzy bacznie obserwują każdy Twój ruch… Można się poczuć nieswojo.
 



Muzeum jest naprawdę warte odwiedzenia. Oprócz tysięcy przedmiotów odkrytych w Egipcie, znajdują się tam zabytki z czasów prehistorycznych czy nawet średniowiecznych. Jest co oglądać.
To nie ostatni wpis o Nowym Muzeum. Czeka na Was jeszcze coś trochę z przymrużeniem oka, dlatego zapraszam do polubienia Sawatki na FB CLICK, aby być na bieżąco. Śledźcie mnie również na Twitterze. CLICK
A że wakacje dobiegają końca, czego na pewno nikt nie zauważył, na pewno nikt nie widział o tym żadnego kwejka, demota i wcale nie słyszał o tym w radiu, to jutro chyba małe podsumowanie wakacyjnych wypraw.

piątek, 30 sierpnia 2013

Berlin za 26zł? Jak najbardziej!



Dzisiaj przygotowałam dla Was post w formie poradnika, którego mnie osobiście bardzo brakowało, gdy planowaliśmy naszą wycieczkę do stolicy Niemiec. Dzięki szczęśliwemu trafowi, dowiedzieliśmy się, że istnieje coś takiego jak BRANDERBURG-BERLIN-TICKET – rzecz tak niebywała i wspaniała, że Deutsche Bahn należą się ukłony od polskich turystów. W czym tkwi świetność tego biletu?



·         Jest… tani. Bardzo tani, jak na to, co nam oferuje i co dzięki niemu możemy zrobić.
·         Pozwala maksymalnie pięciu osobom (ale mogą to być również 4 czy 3) przebyć trasę Szczecin-Berlin i Berlin-Szczecin
·          Pozwala poruszać się wszystkim S-bahnami, U-bahnami, autobusami itp. w Berlinie , jak również całą komunikacją miejską w Szczecinie
·         Kosztuje jedyne… 31 euro. Czyli według obecnego kursu euro około 133 zł. Dzieląc na 5, wychodzi nam niecałe 30 złotych. Super, prawda?



Jest tylko jeden warunek. W dni powszednie bilet ważny jest od godziny 9.00 do 3.00 następnego dnia, natomiast w weekendy i święta – od północy do 3.00 kolejnego dnia. Więc jeśli bardzo chcecie skorzystać z tej oferty, musicie się zmieścić w tych godzinach, nie ma możliwości powrotu np. po dwóch dniach. No chyba, że… podczepicie się pod kogoś. To możliwe :) Gdy czteroosobowa rodzina kupiła bilet, nadal mają jedno miejsce. Więc jeśli ktoś chce wracać z Berlina do Szczecina w niskiej cenie, może dołączyć do takiej czwórki na dworcu.
W Internecie ciężko było znaleźć jakiekolwiek dokładnie informacje o godzinach, w jakich kursują pociągi obsługujące właśnie ten bilet. Do tego stopnia ciężko, że po wyszukaniu połączenia i pojechaniu do Szczecina okazało się, że taki pociąg… nie kursuje. Przekonaliśmy się więc na własnej skórze, że w Internecie często podane są sprzeczne informacje, z różnych lat, a niektórych rzeczy, jeśli nie wie się, gdzie szukać, w ogóle nie można znaleźć. Na szczęście po wypytaniu pani w informacji (swoją drogą czynnej od 7:30, czy to nie bezsens?), dowiedzieliśmy się o innym, wcześniejszym pociągu, którym również możemy odbyć naszą podróż. O dziwo, odjeżdżał on o 8,33, a bilet jest ważny od 9… Ale pozwolono nam nim jechać, więc zero problemów. 




Nie wszystkie pociągi kursujące ze Szczecina do Berlina są obsługiwane przez ten bilet. My jechaliśmy takim z przesiadką w Andermünde. Wydaje mi się, że  jeśli chcecie mieć w stu procentach zaplanowaną podróż, najlepszą opcją jest telefon do informacji dworcowej jeszcze podczas pobytu w domu, chociaż moja mama dzwoniła, a pani nie wiedziała, o co chodzi. Ale może Wy będziecie mieli więcej szczęścia.
Pocieszające jest to, że w pociągu nie byliśmy jedynymi pasażerami i np. podczas przesiadki w Angermünde, zawsze mogliśmy podpytać się innych Polaków, czy to na pewno, aby pociąg do Berlina – może ktoś będzie lepiej poinformowany od nas :)
 Jak już wspominałam, Branderburg-Berlin-Ticket jest obsługiwany przez koleje niemieckie, zatem pociągi wyglądają trochę lepiej niż nasze, no i kontrolerzy po polsku nie szprechają.




Wydaje mi się, że napisałam wszystko, co powinniście wiedzieć o tym bilecie, ale jeśli macie jakieś pytania, to śmiało :) Bilet jest naprawdę niedrogi, a zdecydowanie warty polecenia. Ach, i wsiadaliśmy na dworcu Szczecin Główny, a wysiadaliśmy na Berlin-Hauptbahnhof, ale wiem, że można też wsiąść na Szczecin Gumieńce, a wysiąść np. na Berlin-Gesundbrunnen, ale również na innych.
I, podkreślam raz jeszcze, cała komunikacja w Berlinie i Szczecinie jest po zakupieniu tego biletu darmowa :) A wierzcie mi, że Berlin jest świetnie skomunikowany i nie wszędzie dacie radę dotrzeć pieszo, a już na pewno nie tego samego dnia!
PS. Bilet pozwala także na darmowe przejazdy pociągami miejskimi i innymi środkami komunikacji w całej Branderburgi.
PS2. Po porównaniu kosztów, jakie musielibyśmy ponieść, jadąc do Berlina samochodem a podróżując pociągiem – pociąg jest bezapelacyjnie tańszy :)




Facebook - CLICK
Twitter - CLICK

środa, 28 sierpnia 2013

Jedyne ładne dziewczyny w Niemczech to turystki, czyli ruszamy do Berlina!

Chwilowo mała przerwa, jeśli chodzi o posty postcrossingowe, ale miłośników tego rewelacyjnego projektu uspokajam – na pewno na tym blogu jeszcze nie raz pojawi się wpis o pocztówkach i wszystkim, co z nimi związane, więc bardzo się ucieszę, jeżeli nadal będziecie tutaj zaglądać.

A przy okazji dziękuję ślicznie za liczne komentarze pod poprzednimi postami – to wszystko jest dla mnie motywacją do dalszego publikowania. 



Tymczasem już dłużej nie trzymam Was w niepewności. Długo nie chciałam zdradzić, gdzie wybrałam się w ostatni wtorek (zupełnie jakby był to lot co najmniej na Księżyc). Niestety nie był to ani Księżyc (chociaż na pytanie: podróż dookoła świata czy lot w kosmos, zawsze wybierałam to pierwsze  - astronautą to ja raczej nie zostanę), ani nawet lot, a jedynie zwykły przejazd najpierw samochodem, później pociągiem, ale może jednak nie taki zwykły, bo z przesiadkami?



Są na świecie miasta piękne takie jak Praga czy Sankt Petersburg. Istnieją także miasta owiane prawdziwą legendą i wielu marzy, aby w końcu tam dotrzeć – do takich metropolii należy Paryż czy Nowy Jork. Ale są też miasta, które po prostu wypada odwiedzić. Do takich zalicza się stolica, która otworzyła przede mną swe drzwi w miniony wtorek. Po Londynie i Paryżu to największe miasto Unii Europejskiej. Wcale nie tak daleko od polskiej granicy, więc DLACZEGO MNIE TAM JESZCZE NIE WIDZIELI?! Planując wyprawę na Mazury, nagle w naszej rodzinie kierunek zmienił się na BERLIN. W końcu i tam musieliśmy kiedyś zawitać :)




Berlin to naprawdę duże miasto i na zwiedzenie go zdecydowanie nie wystarczył jeden dzień. Z zaplanowanych przez nas miejsc, zobaczyliśmy połowę. Wydaje mi się jednak, że trzy dni spokojnie wystarczyłyby na odwiedzenie wszystkich pięknych, popularnych (przypomniała mi się zasada Perfekcyjnej Pani Domu, aby zostawiać tylko to, co piękne, pożyteczne lub pamiątkowe, czy to oznacza, że powinnam posprzątać pokój???) i generalnie wartych zobaczenia obiektów. 



Jednak jeśli zamierzacie zwiedzić część muzeów (w tym Pergamon, na który podobno należy przeznaczyć od 4 go 6 godzin!), to 3 dni na Berlin nie wystarczą.



Jako że naszą wyprawę do Berlina nie sposób nazwać lajtową- wręcz przeciwnie, po całym dniu byliśmy padnięci i zmęczeni, oznacza to, że trochę jednak zobaczyliśmy. Dlatego spodziewajcie się kilku niemieckich postów.


 Like Sawatka on Facebook CLICK

wtorek, 27 sierpnia 2013

Świat zamknięty w pudełku


Z podróży możemy przywieźć wiele. Najważniejsze – wspomnienia, doświadczenia, nowe znajomości i umiejętności. Tego nikt nam nie może zabrać, zniszczyć ani ukraść. To jest tylko nasze i już na zawsze będzie. Na drugim miejscu są według mnie zdjęcia. Najlepiej utrwalają nasze wspomnienia. Kiedy je oglądamy, przypominamy sobie wszystkie szczegóły, ciekawe sytuacje, poznanych ludzi, podziwiane miejsca… Zdjęcia są przyjacielem wspomnień i zawsze są chętne, aby uchronić je przed zamazaniem.
Z kolei ja dzisiaj chciałabym napisać nieco więcej o trzeciej kategorii, tzw. pamiątkach. Nie będą to jednak tradycyjne zbieracze kurzu. Podzielę się z Wami tym, co udało mi się uzbierać przez lata, zwiedzając świat i korespondując z osobami z zagranicy dzięki Postcrossingowi (jeśli ktoś nie widział dwóch poprzednich postów o Postcrossingu, serdecznie zapraszam CLICK i CLICK.)




Większość swoich skarbów trzymam w pięknym różanym pudełku, które na szczęście nie kłuje – wręcz przeciwnie, często po nie sięgam i przeglądam, co też udało mi się uzbierać. A trochę tego jest. 



Usługi pocztowe nie należą do najtańszych, dlatego przedmioty otrzymywane od obcokrajowców zwykle są małe, co nie znaczy, że nieciekawe, o nie! Do moich skarbów pochodzących z Rosji mogę zaliczyć matrioszki, łapcie (dawne obuwie wyplatane z łyka) i inne cudeńka.




Poza tym mam mnóstwo ulotek – czy to informujących o przejażdżkach po mieście (z Liechtensteinu) czy to o muzeach (z Niemiec i Holandii), czy nawet o premierach w kinie (z Rosji). Ulotki zwykle nie kosztują, więc sama, kiedy gdzieś jadę, staram się brać je garściami, aby później móc wysłać je komuś z zagranicy i wywołać tym sposobem uśmiech na twarzy tej osoby. W moim pudełku znalazło się również miejsce dla drobiazgów, które może i mieszkaniec swojego kraju by wyrzucił, za to osoba z obcego państwa niezwykle się ucieszy i spróbuje rozszyfrować :) 
 Mowa tutaj o wycinkach z gazet. W Polsce zagraniczne gazety można kupić w Empiku (nie jest to lokowanie produktu :)), jednak ich ceny nie tylko wywołują szok, ale i przerażenie. Dlatego dostanie fragmentu obcojęzycznej gazety zawsze jest czymś miłym (przy okazji można się dowiedzieć, o czym pisze zagraniczna prasa). 



Równie przyjemną rzeczą jest otrzymanie czegoś wykonanego własnoręcznie przez nadawcę. Biżuteria (o tym spróbuję kiedyś przygotować osobny post J), flagi czy nawet uszyte ozdoby wywołują i zdumienie (ale super, że komuś się chciało!), i ogromną radość (chciało mu się to zrobić dla mnie :D).



W pudełku mam mnóstwo biletów. Bilet to wspaniały symbol – w końcu oznacza początek podróży! Pociągiem, metrem, autobusem, czymkolwiek. Zachowuję także bilety wstępu do muzeów – bardzo często są na nich ciekawe zdjęcia. 




Nie trzeba wydawać fortuny, aby przywieźć sobie jakąś pamiątkę z odwiedzonego przez nas miejsca. A nawet można nie wydać nic i przywieźć trochę gruzu, haha. Ale nie byle jakiego gruzu! Wprost z Tatr, nadbałtyckiej plaży czy nawet wulkanu. Na półce skałki prezentują się ciekawie i wcale nie zalegają na nich tumany kurzu J
Od czasu do czasu lubię przywieźć coś praktycznego, np. koszulki. Te z napisami „I serduszko…” może nie są zbyt oryginalne, ale za to za każdym razem gdy je ubieram, przypominam sobie jakie wspaniałe miejsce miałam okazję odwiedzić.






Fantastycznie jest móc przywieźć sobie z innego kraju coś, na co nie wydaliśmy majątku  (i dzięki temu nie mamy wyrzutów sumienia), a i tak przypomina nam to o naszej cudownej podróży. Otrzymywanie od znajomych małych paczuszek, które przebyły kilka tysięcy kilometrów, również jest czymś genialnym – można poznać trochę świata, nie wychodząc z domu. 

Po raz kolejny w tym miejscu polecę Wam Postcrossing – CLICK
Like Sawatka on Facebook – CLICK

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Pocztówka - język uniwersalny


Nie mogłam się oprzeć i postanowiłam dodać jeszcze jeden post o Postcrossingu, tym razem krótszy. Przygotowując go, przejrzałam wszystkie moje pocztówki, w poszukiwaniu ciekawych informacji czy historii i policzyłam je (ale o liczbach za chwilę), a wszystko po to, aby stworzyć dla Was post z anegdotami i ciekawostkami postcrossingowymi. 
Jeśli ktoś nie zdążył zapoznać się z poprzednim postem o tym, czym w ogóle jest Postcrossing - serdecznie zapraszam.CLICK 

Przeprosiny kanadyjskiej poczty
Pewnego razu otrzymałam nietypową pocztówkę. Była ona owinięta folią, na której wydrukowane zostały przeprosiny od… kanadyjskiej poczty. Kartka została bowiem uszkodzona (przerwana, ale na szczęście nierozerwana :)). W folii znajdował się także list, w którym wyjaśniona została przyczyna zniszczenia pocztówki i ponowne przeprosiny. Byłam w szoku, że kanadyjska poczta tak dba o swoich klientów. Złość z powodu uszkodzonej kartki praktycznie wcale się nie pojawiła. Kanadyjczycy wiedzą, jak udobruchać klienta :) Ciekawe jakby z tym było w Polsce…


Kanada


A jednak to prawda!
Turyści faktycznie odwiedzają Polskę, co mogłam zauważyć, czytając moje pocztówki. W kilku z nich pojawiły się wiadomości, jakie polskie miasta odwiedzili postcrosserzy (zwykle była to Warszawa, Kraków, Poznań). Przeczytałam mnóstwo miłych słów o naszych rodzimych miejscowościach, zabytkach… Erika z Austrii podzieliła się ze mną nawet informacją o tym, że któregoś lata przepłynęła kajakiem z Suwałk do Białegostoku. Ciepło się robi na sercu w takich momentach.


Austria


Yyy…Eee…Tak
Ok, sama sobie na to zasłużyłam. Prosząc postcrosserów o  pisanie kartek w ich ojczystym języku, wywołałam lawinę nieprzetłumaczalnych pocztówek. No, może przesadzam, bo właściwie to do tej pory jakoś poradziłam sobie z odczytaniem, co też mi ci cudzoziemcy napisali, ale… nie zawsze było kolorowo. W sumie otrzymałam 4 kartki po holendersku (czy ktoś jeszcze śmie twierdzić, że holenderski jest podobny do niemieckiego?!), jedną kartkę po portugalsku i, uwaga, 11 kartek napisanych cyrylicą, której moja znajomość ogranicza się do Привет (cześć) i podpisu :) Dobrze, że córka ryzykantka ma mamę filolożkę, i to w dodatku, rusycystkę. Chociaż zdarzały się przypadki, że moja mama musiała sobie poradzić z cyrylicą używaną na Ukrainie, Litwie czy Białorusi. 


Białoruś


Duma rozpiera!
Na mojej twarzy pojawiał się szeroki uśmiech, a w oczach pozytywne zaskoczenie za każdym razem, gdy wyjmowałam ze skrzynki pocztówkę napisaną w języku polskim. Holendrzy czy Ukraińcy chwalili się, że uczą się polskiego, ale jednocześnie przepraszają za błędy, bo robią to krótko/przez Internet. Ale jednak robią, czyli nie przestraszyły ich pogłoski o tym, że polski niby trudny, skomplikowany, dużo odmian, przypadków, bla bla bla. Kartki napisane były uroczym polskim, a błędy wcale nie rzucały się w oczy lub były tak subtelne, że od razu je wybaczałam. 


Holandia


Liczby, liczby, liczby…
W sumie moja kolekcja liczy 350 pocztówek, w tym z czystego Postcrossingu 115. Reszta to albo wymiany, albo widokówki, które sama kupiłam, albo które przywieźli czy też przysłali mi znajomi z zagranicy.
Najwięcej pocztówek mam z:
Polski – 98
Włoch – 48
Niemiec – 34
Rosji – 23
Holandii – 18
Najstarszą osobą, która wysłała mi kartkę był prawdopodobnie siedemdziesięcioletni mężczyzna z Portugalii, a najmłodszą dwuletnia dziewczynka z Tajwanu (chociaż myślę, że kartkę za nią wypisała mama ;))


Hiszpania



Najdłużej podróżująca kartka - 214 dni, na Litwę. Dziwne, prawda? W końcu Litwa jest całkiem blisko, nie jest to kraj, w którym panuje wojna, więc o co chodzi? Otóż… po wylosowaniu adresu, wypisałam kartkę i postawiłam ją na szafce. Zsunęła się ona niepostrzeżenie między szafę a biurko, a ja odnalazłam ją po jakichś 200 dniach (co nie oznacza, że przez ten czas nie sprzątałam pokoju, sprzątałam, wierzcie mi). Zdolniacha ze mnie.
 


Jak widzicie Postcrossing niesie ze sobą wiele niespodzianek, zabawy i śmiechu. Więc polecam Wam go jeszcze raz :)

Holandia

Like Sawatka on Facebook -  CLICK
Follow Sawatka on Twitter - CLICK