niedziela, 8 września 2013

Szokujesz? Witamy w muzeum!



Niedobrze jest oceniać coś, czego nie znamy. Jeśli nigdy nie mieliśmy żółwia – nie śmiejmy się, gdy ucieknie, a jeśli przez całe życie byliśmy w prywatnej szkole, odpuśćmy sobie komentarze o tym, jaka jest szkoła publiczna. Kierując się tą zasadą, nie mogłam powiedzieć ani jednego złego słowa na temat Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu i znajdujących się w nim wystaw. Moje pierwsze zetknięcie z tą, przez wiele osób krytykowaną instytucją (bo najwięcej miejsca zajmują w niej schody, a lepiej byłoby wydać na drogi), było dość pozytywne, aczkolwiek muszę przyznać, że to budynek niecodzienny.
Sztuka współczesna przez wielu jest krytykowana i oceniana, często po jednym zetknięciu, a czasami nawet po żadnym. We współczesnym świecie ludziom szkoda czasu i energii na poznawanie czegoś – lepiej od razu to stłamsić i ocenić (przecież my, Polacy, na wszystkim znamy się najlepiej!). Nie chcąc dołączyć do tego grona, wybrałam się w jeden z wakacyjnych czwartków na dwie wystawy prezentowane w toruńskim CSW. W czwartek wstęp jest bezpłatny, dlatego jeśli macie trochę wolnego czasu, to wpadnijcie i przekonajcie się na własne oczy, co tak naprawdę znajduje się w tym budynku i dopiero wtedy weźcie udział w burzliwej dyskusji na temat potrzeb jego istnienia.
Odwiedziłam dwie wystawy – „Gdy rozum śni” oraz „Heinz Cibulka: W rytmie światła i mroku”. Pierwszą widziałam już wcześniej , w czasie Nocy Muzeów i spodobała mi się, nie wiedziała natomiast czego mogę się spodziewać po drugiej ekspozycji… Szok był dość spory.
Zacznę może od pochwał. Wystawa „Gdy rozum śni” miała wiele ciekawych punktów.



Centrum Sztuki Współczesnej jest o tyle fajne, że brak w nim monotonii. Oprócz wiszących na ścianach zdjęć czy obrazów, znajdują się tam rzeźby, przedmioty, wyświetlane są filmy, projekcje, animacje, z głośników wydobywają się nietypowe dźwięki… Nie wszystko znajduje się w jednym pomieszczeniu, czasami trzeba zajrzeć do mniejszych z nich, w których nierzadko znajdują się krzesła czy ławki, na których można usiąść i spróbować zrozumieć sztukę współczesnego świata. A łatwe to na pewno nie jest. 
 

Na wystawie „Gdy rozum śni” znalazły się zarówno wykonane z odpadków i kawałków papieru naczynia polane… czekoladą, jak również gigantyczny rysunek pewnej krainy namalowany w całości długopisem… 



 Nie zabrakło rzeczy szokujących, takich jak składowisko rzeczy związanych z wojną – były one jednak tak odmienne, że brwi same się unosiły. Zdjęcia rannych, tuż obok piórników o militarnym motywie. Na mnie największe wrażenie wywarła projekcja przedstawiająca… kwiaty. Pełno, pełno kwiatów, najróżniejszych. A wśród nich… żołnierz. Nie tak łatwo go jednak zauważyć, gdyż on sam również jest cały w kwiatach. Porusza się bardzo powoli i cicho, efekt jest zdumiewający i wygląda intrygująco.




 
Nie miałam pojęcia, kim jest Heinz Cibulka na wystawę poszłam więc trochę jako ignorantka. Okazało się, że to fotograf i podróżnik, a wystawa składała się z setek zdjęć wykonanych przez tego artystę. Do tej pory nie rozumiem, jakie było sedno tej ekspozycji. Próbowałam analizować ją na milion sposobów, ale chyba moje natura poszukiwaczki drugiego dna tu nie wystarcza.





Zdjęcia przedstawiały wszystko – od rzeczy obrzydliwych, obleśnych, obrzydzających, poprzez tak prozaiczne i zwyczajne, że sama zastanawiałam się, czy to przypadkiem nie pomyłka. W dodatku były opatrzone przedziwnymi, z niczym niełączącymi się podpisami. Myślałam, że w całej wystawie chodzi o ich połączenie – zazwyczaj w jednej ramce umieszczone były cztery zdjęcia. Próbowałam doszukiwać się podobieństw, szukać powiązań… Nic z tego. Gotujące się parówki, facet stojący na tle pola, krowa i naga kobieta chyba nie miały ze sobą za wiele wspólnego. Niektóre zdjęcia ominęłam szerokim łukiem, inne zaś mnie zainteresowały do tego stopnia, że musiałam je uwiecznić. 





Sztuka sztuce nie równa. Dwie wystawy, w tym samym miejscu – zupełnie różne odczucia i opinie.
Po obejrzeniu drugiej wystawy postawiłam przed sobą pytanie:  O co właściwie chodzi we współczesnej sztuce? Czy teraz trzeba już tylko negatywnie szokować i posuwać się do nieprzekraczalnych granic, a czasami nawet próbować je przekroczyć, co często niestety kończy się fiaskiem? Potrafię zrozumieć fotografię uliczną, co więcej, bardzo lubię przeglądać zdjęcia fotografów specjalizujących się w tego typu sztuce. Jednak czy zdjęcie smażących się jajek bądź gotujących parówek albo, co gorsze, zwierzaka załatwiającego swoje potrzeby lub już zabitego jest naprawdę warte oglądania? I czy warto poświęcać na to swój cenny czas? Później jednak zdałam sobie sprawę, że wcześniej, w tym samym muzeum, obejrzałam wystawę, która może również szokowała, zaskakiwała, ale nie naruszyła granic dobrego smaku i nawet skłaniała do refleksji. Więc może sztuka nie idzie wcale w takim złym kierunku. 

 Polub Sawatkę na FB CLICK

2 komentarze:

  1. Mapka narysowana długopisem i kurczak na talerzu są najlepsze ! Faktycznie szokujące eksponaty, nie zawsze ze smakiem, ale szczerze powiem, że wolę coś co mogę zobaczyć co wywoła we mnie emocje, coś co powiedzmy potencjalnie rozumiem, niż np. czarny kwadrat, albo zielona kropka na czerwonym tle czy też, odcisk tyłka.

    U mnie konkurs przedłużony do 12.09 jeśli nadal masz ochotę wziąć w nim udział, to zapraszam^^
    http://zmiana-trasy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie miłe słowa, komplementy, ale także za rady i konstruktywną krytykę.
Thanks for all kind words, compliments but also for advice and constructive criticism.