środa, 22 stycznia 2014

Czarny humor losu


Dzień z życia pechowca blogerki 


7:30 – okropny dźwięk przeszywa całe Twoje ciało, począwszy od palców stóp, przez krótkie nogi, aż do palców pianistki i uszu z pojedynczymi dziurkami. Robisz wszystko, aby dźwięk zniknął, ale z trudem trafiasz w napis WYŁĄCZ.


7:43 – tak naprawdę ów dźwięk z charkterem a’la Cruella de Mon nie spełnił swojej roli BUDZIKA i wyłączenie go było równoznaczne z ponownym zapadnięciem w objęcia Morfeusza. Na (nie)szczęście instynkt, którego robocza nazwa brzmi WYPADA CHODZIĆ DO SZKOŁY, nakazał mi wstać.


8:20 – wizualizacja: jeśli wyobrażę sobie, że zdążę na autobus, to na pewno na niego zdążę… Tylko co tu robi ten pies, dlaczego biega samopas i skacze na mnie? To jak było z tą pozycją żółwika?


9:30 – po godzinnym oczekiwaniu na spóźniony autobus, dopada mnie ostateczny etap irytacji. Zaczynam żałować, że na przystankach nie umieszczono megafonów informujących o awarii autobusu („Ludzie, nie sterczcie na tym mrozie jak głupi, autobus się popsuł.”).


9:50 – odmrożenie pierwszego stopnia na szczęście niezaliczone, za to palce u stóp odmawiają posłuszeństwa. Ciepła herbata smakuje niczym nektar i ambrozja.

10: 12 - zdaję sobie sprawę, że spóźniony autobus pokrzyżował mi wszystkie plany co do SESJI NIESPODZIANKI. Kierowcy nie rozumieją blogerek. I ich fotografów. 


11:40 – tak bardzo żałuję, że nie wpadłam na to, iż istnieje coś takiego jak ekstrakt z drożdży… I że słówko tuzin nie figuruje w moim osobistym, wewnętrznym polsko-angielskim słowniku.


12:21 – ta myśl, gdy osoba, z którą chciałam porozmawiać, ostentacyjnie przechodzi na drugi koniec korytarza, a ja czułam się gorzej niż gdy sprzed nosa odjeżdża mi autobus, na który biegłam przez kilkaset metrów.


12:30 – gdy myślę, że ten dzień nie może być już gorszy, ktoś nabiera ochoty, aby sprawdzić moją wiedzę na temat logarytmów. Sprawdzić, czy w ogóle taka istnieje.


17:08 – wcale nie wylądowałam na podłodze w tramwaju, dlatego że wydawała mi się wyjątkowo kusząca. Motorniczy chyba nie przewidział mojego problemu utrzymania równowagi, gdy jednocześnie kasowałam bilet, próbowałam trzymać portfel, zdejmować rękawiczki, a jedyną rzeczą, której się trzymałam to… nadzieja. Na to, że się nie przewrócę.


19:00 – dodaję notkę na bloga i mam nadzieję, że chociaż blogspot przekona mój los, że dość żartów na dziś. Bądźmy poważnymi ludźmi, żyjemy razem już 16 lat.


Życzę Wam, aby los obchodził się z Wami łagodniej niż ze mną dzisiaj.
Sara

PS. Dziękuję za 100 lajków na FB! <3 Cieszę się, że jesteście ze mną. Już niebawem setny wpis na blogu :)

1 komentarz:

  1. Każdy ma od czasu do czasu taki pechowy dzień. Zobaczysz, że za miesiąc czy za ro przeczytasz tę notkę i się uśmiechniesz :) A teraz calm down-jutro też jest dzień. I zawsze może być lepszy :D Trzymaj się :D

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie miłe słowa, komplementy, ale także za rady i konstruktywną krytykę. Jeśli zostawiacie komentarz, bądźcie pewni, że odwiedzę Wasz blog. :)
Thanks for all kind words, compliments but also for advice and constructive criticism. If you leave a comment, you can be sure that I will visit your blog. :)