niedziela, 25 maja 2014

Podrywający Amerykanin i nietrzeźwy Rosjanin


Aparat - balast i utrapienie czy nieodłączny towarzysz? 
Wydaje mi się, że jeszcze nigdy nie żałowałam tak bardzo, iż nie wzięłam aparatu. Chyba że pod niezabranie aparatu pociągniemy fakt wzięcia go z domu tylko… niedziałającego. Wtedy najgorszym wspomnieniem tego typu będzie wycieczka do Berlina (która była bardzo udana, a to niedopatrzenie można uznać za jej jedyną wadę). Jednak wczoraj nie wzięłam aparatu, udając się w inne miejsce. Z jednej strony była to decyzja doskonała – prawdopodobnie nie mogłabym czuć się tak swobodnie (czy można mówić o swobodzie w kilkutysięcznym tłumie?), pilnowanie aparatu i uważanie na niego absorbowałoby mnie bardziej niż oglądanie spektaklu, a próba przeciśnięcia się przez gromadę ludzi i trzymania za rękę mamy (rozdzielenie się w tym tłumie, podczas gdy jedna z nas nie miała telefonu, raczej nie przysporzyłoby nam radości) byłaby zdecydowanie utrudniona z aparatem w ręku albo na nadgarstku. Dlatego aparat mogłabym nazwać wczoraj balastem.

Ale z drugiej strony… Nie miałam możliwości udokumentować dla siebie (i dla Was!) niecodziennego wydarzenia... 
Najważniejsze, że pozostaną wspomnienia.

Wielka niewiadoma

Dawno nie brałam udziału w takim wydarzeniu. Takim. To znaczy jakim? Niebanalnym. Zaskakującym. Pozornie niezorganizowanym, a tak naprawdę idealnie zgranym. Zrobionym z wielkim rozmachem i jednocześnie dogranym we wszystkich szczegółach. Chwilami miałam poczucie, że znalazłam się w ogromnej metropolii, w której nocą miasto wcale nie śpi.
O czym mowa? O przedstawieniu, które wcale nie było reklamowane we wszystkich lokalnych gazetach i na wszystkich możliwych stronach o Toruniu. Właściwie dowiedziałam się o nim przez przypadek. Postanowiłam, że nie może mnie tam zabraknąć, mimo iż nie wiedziałam, czego się spodziewać. Wiecie, jak to jest z informacjami o danym spektaklu – kilka zachęcających uwag wskazujących na to, że czeka na nas prawdziwe show. Tylko problem w tym, że opisywane jest w ten sposób każde wydarzenie plenerowe. A różnice między nimi są kolosalne. 

W oczekiwaniu na niezapomniane...

Ale dobra, czas przejść do sedna. Skoro nie mam zdjęć, to muszę Wam to jakoś wynagrodzić, prawda? Spróbuję przenieść Was do Torunia na jakiś czas.

Był sobotni wieczór, niezbyt ciepły, właściwie większość ludzi zdecydowało się wyjąć kurtki z szaf. Niebo powoli zmieniało swoją barwę z granatowej na czarną jak smoła. Na toruńskiej starówce jak na razie niewielki tłum. Ludzie stoją w niedużych grupkach w różnych miejscach. Nie wiadomo, gdzie patrzeć, gdzie będziemy mogli cieszyć się najlepszym widokiem…

W końcu tłum zaczyna gęstnieć, a pośród widzów spragnionych wrażeń nietrudno zauważyć przebierańców z włóczniami, wymalowanych aktorów w spranych rajtuzach. Jeszcze łatwiej dostrzec… wehikuły czasu. A właściwie to zbitki drutów, przedziwne konstrukcje, które mają… wzlecieć. Przynajmniej tak zapowiada opis spektaklu. Nikt właściwie nie wie, co się będzie działo i wszyscy z zaciekawieniem się rozglądają. W końcu ludzie zaczynają ustawiać się wokół orkiestry na… traktorze. Zupełnie jak w Samych Swoich. Punktualnie o 22:30 zostajemy powitani i to w kilku językach, orkiestra chwyta za instrumenty, a na balkonie ratusza pojawiają się tajemniczy jegomoście grający na trąbkach. Po chwili główny prowadzący oznajmia po angielsku (tego wieczoru pełniłam rolę tłumacza mojej mamy, duma mnie rozpiera), co nas czeka. Wielka rywalizacja przybyszów z pięciu krajów. Historyczne wydarzenie. Której maszynie uda się wzlecieć w powietrze? Kto okaże się najlepszym pilotem?

Cechy narodowe? Trudne do ukrycia ;)

Wokół widzów kręcili się statyści, jak nazwałam ich w swojej głowie, z palącymi się włóczniami. W końcu maszyny po prostu… wjechały w tłum. Momentami brakowało centymetrów, aby komuś przejechały po palcach. Na szczęście ochrona czuwała nad wszystkim. Uczestnicy zmagań to Francuzi, Anglicy, Rosjanie, Amerykanie i Niemcy. Każdy z nich zaprezentował swój pojazd, a także swoje wdzięki na specjalnie przygotowanej scenie. Muszę przyznać, że poszczególne narody zostały przedstawione, a może wręcz sparodiowane, w idealny sposób. W szczególności Rosjanie – nie rozstawali się z buteleczkami. Nie tylko regularnie przytykali je do ust. Ich zawartości używali również jako środka do mycia się. :) Niemcy z kolei odegrali rolę służbistów. 


Adrenalina, rywalizacja i... flirt

W końcu tłum ruszył za maszynami. Jechały one główną ulicą Starego Miasta, biorąc na pokład co chwilę kogoś z widzów. Uczestnicy konkursu zabiegali o względy publiczności na wiele różnych sposobów – całując ich, popisując się, tańcząc, robiąc fikołki… Tylko Rosjanie wydawali się nie interesować obserwatorami, a jedynie tym, co mieli w buteleczkach.
Amerykanin regularnie wjeżdżał w tłum, czym pokazywał swoje nieogarnięcie. Jednak to do jego maszyny masowo lgnęły kobiety.

Przewodniczący zmagań po drodze do mety pozdrowił Kopernika, wysłał kilka iskrzących się balonów w powietrze. Orkiestra tymczasem nie przestawała grać.


Wolny jak ptak

Gdy po godzinie maszyny dotarły na Rynek Nowomiejski, przyszedł czas na to, na co wszyscy czekali: lot. Niestety, w powietrze poszybowała zaledwie jedna maszyna i to, o dziwo, po oficjalnym zakończeniu konkursu. Wcześniej kilka z nich się rozwaliło, były nawet ofiary śmiertelne (niezapomniany moment: obserwowałam aktora grającego Amerykanina zjeżdżającego ze swoją maszyną po równi pochyłej, a następnie widziałam rzuconą na scenę sporej wielkości kukłę, mającą udawać jego zwłoki. Z mamą prawie padłyśmy ze śmiechu.)


Święto teatru
Przedstawienie miało miejsce w ramach Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Kontakt i nosiło tytuł Ogniste ptaki. Faktycznie, ognia nie zabrakło, podobnie jak petard, konfetti, muzyki i zabawy. Podczas sobotniego wieczoru czułam się jak na paradzie, koncercie i sylwestrze w Sydney jednocześnie. Właśnie za takie wydarzenia kocham moje miasto.

Sara

PS. Odsyłam Was do cudzych zdjęć. Robię to z bólem serca, ale musicie, po prostu musicie zobaczyć, jak to wyglądało :)
TUTAJ

1 komentarz:

  1. Musiało być świetnie! Zdjęcia mimo ,że nie twoje są super :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie miłe słowa, komplementy, ale także za rady i konstruktywną krytykę. Jeśli zostawiacie komentarz, bądźcie pewni, że odwiedzę Wasz blog. :)
Thanks for all kind words, compliments but also for advice and constructive criticism. If you leave a comment, you can be sure that I will visit your blog. :)