piątek, 1 kwietnia 2016

Oj, działo się... - marzec 2016



Marzec minął mi tak, jakby go nie było. Zdecydowanie za szybko. Nim się obejrzałam, jechałam do Budapesztu, później mały urlop z powodu rekolekcji, kolejny urlop z przyczyn nieprzyjemnych i wirusowych, potem były święta i… koniec. Nauczyciele, o dziwo, powoli przestają nas cisnąć sprawdzianami, a do matury został już tylko miesiąc. Codziennie staram się uczyć, ale nadal zostało mi wiele do powtórzenia. Najchętniej w ogóle nie chodziłabym już do szkoły, aby przysiąść nad maturalnymi przedmiotami. Chociaż z drugiej strony pani P. trochę mnie motywuje, każąc powtarzać kolejne lektury przed lekcjami. W przeciwnym wypadku pewnie tylko wpatrywałabym się w zeszyty z polskiego, a raczej ich okładki. 

Tak sobie myślę, że miniony miesiąc niby nie był zbyt męczący, ale przez zaległości w szkole i ciągłe myśli o zbliżającej się maturze, czułam się chronicznie zestresowana. Gdyby nie podróż do Budapesztu, pewnie ledwo bym wytrwała.  Ach, Budapeszt, kolejna stolica... Nadal nie wiem, gdzie wybiorę się w wakacje, ale to musi być coś naprawdę super. :D I coś taniego przy okazji.
W marcu udało mi się kilka razy wpaść do kawiarni i to nawet tak szpanerskiej jak Starbucks! 

Udało mi się również tak rozchorować, że pan doktor nie wiedział, co mi jest. Wyobraźcie sobie to: w piątek czujecie się dobrze, w sobotę zaczynacie funkcjonować jak zwłoki. W poniedziałek wybieracie się więc do lekarza tylko po to, by dowiedzieć się, że nie jest źle, nawet zwolnienie ze szkoły nie jest konieczne. We wtorek wychodzicie ze szkoły, bo nie możecie wykrztusić słowa ani myśleć. Śpicie przez pół dnia. W środę jest niewiele lepiej. Bierzecie tonę lekarstw, które nie pomagają. W końcu w piątek, zamiast spotkać się z przyjaciółką, idziecie do lekarza po raz kolejny i… dowiadujecie się o tuzinie chorób, które Was dotknęły, a Wy nawet się tego nie domyślaliście. Zapalenie krtani, zatok, tchawicy… jeny, czego jeszcze? Dostajecie antybiotyk, który niewiele pomaga, i multum zaleceń w stylu "nie myć się" (!) (ten doktor był serio nawiedzony). Oczywiście nie stosujecie się do jego bezsensownych słów, ale bierzecie wszystkie leki. Odzyskujecie głos, ale nadal męczy Was kaszel i katar. I tak spędzacie święta. I nadal nie jest dobrze. Tak właśnie było w moim przypadku. Obecnie czuję się już trochę lepiej i pod względem fizycznym, i psychicznym. Trochę tylko boli mnie fakt, że dbam o siebie, wysypiam się, staram się zdrowo odżywiać, ciepło ubierać, a tu bach – co chwila albo mam katar, albo tracę głos.

Ale dobra, skończę już ten lament pesymistki i podzielę się z Wami bardziej przyjemnymi marcowymi wspomnieniami. Wreszcie dostałam kartonowe pudło i to w sowy! Jak sądzicie, co w nim trzymam? ;)
Marzec to też święta wielkanocne czyli nadziewane jajka, mazurek, ciasto-zebra (w końcu!), tarta ze szpinakiem i kurczakiem, kocia piżama, dwie przeczytane książki i jeden obejrzany film. 
Za tę kartkę dziękuję Andrzejowi i Norbertowi!
Za tę kartkę dziękuję Edi!

Jeśli chodzi o czytanie, to udało mi się skończyć "Mama kazała mi chorować" – może nie jest to doskonale napisany pamiętnik, ale i tak porusza, szokuje. Słyszeliście kiedyś o zastępczym zespół Münchhausena? Ja, przed przeczytaniem tej książki, nie. Cały czas jest mi trudno pojąć to zaburzenie psychiczne. W skrócie – chodzi o to, że matka maltretuje swoją córkę, wywołując u niej objawy choroby, wmawiając jej (i lekarzom!), że mała jest ciężko chora, że potrzebuje leków i operacji. Okrucieństwo.  Nie wiem, co gorsze – zachowanie matki czy naiwność medyków? 
O drugiej książce już wspominałam na blogu – to "Zazdrośnice" Schmitta. Spodziewałam się czegoś równie wzruszającego jak "Oskar i Pani Róża". Tymczasem "Zazdrośnice" to opowieść o nastolatkach i ich problemach, ale nie prosta i infantylna, tylko raczej dość smutna. Choć cały czas mam problem z zakończeniem. Zszokowało mnie, ale i w pewien sposób obrzydziło mi ono autora. Książkę przeczytałam w dwa dni, bo naprawdę wciągała, tylko czy ktoś tu nie przesadził?
Co do filmu to poświęciłam swój czas, by obejrzeć "Carte Blanche" i nie żałuję. To polski film (nie zrażajcie się po przeczytaniu tego epitetu!), opowiadający prawdziwą historię nauczyciela, który zaczyna tracić wzrok. Ukrywa to, ponieważ bez możliwości nauczania jego życia nie miałoby sensu. Według mnie to naprawdę dobry film, zresztą, już trochę mnie znacie, wiecie, że mam dziwną manię katowania się takimi trudnymi tekstami kultury. 

Jestem ciekawa, jak Wam minął marzec! Poczuliście już wiosnę? Objadaliście się w święta? A może przeczytaliście coś intrygującego albo obejrzeliście wciągający film?
Życzę Wam, aby ten miesiąc był pełen słońca i radości. :)
Sara
PS W tym roku odpuściłam sobie post primaaprilisowy. Ale w zeszłym roku trochę się nabijałam. :D Kto nie pamięta, niech wróci do tamtego wpisu. :D Przed chwilą sama przeczytałam go ponownie, hahaha. :D

13 komentarzy:

  1. "Carte Blanche" jest świetne, chociaż postacie kobiece niezbyt mi się podobały, no i Lublin w rzeczywistości nie jest taki ładny (trolejbusy ekologiczne, ale druty wyglądają beznadziejnie).
    Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie Lublin się podobał, ale spędziłam tam tylko jeden dzień na zwiedzaniu najsłynniejszych zabytków. W sumie wydaje mi się, że w filmie jest dość fajnie pokazany. :)

      Usuń
  2. Mi zdecydowanie marzec minął za szybko! Bardzo fajne podsumowanie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Podziwiam Cię, że masz tyle siły na tyle nauki do matury. Ja lecę w sumie tylko na bieżąco. Usiądę pewnie coś z tydzień przed zakończeniem do takich porządnych powtórek. ;)
    Życzę Ci też duuużo zdrowia. W końcu wiosna idzie. Będzie pewnie mnóstwo okazji do jakichś większych i mniejszych wyjazdów.
    A mój marzec? Hmmm potoczył się zupełnie inaczej niż mogłam go sobie wyobrazić! Na początku wiele łez, a potem.. zwrot o 180 st i teraz dosłownie tryskam szczęściem.
    Poza tym coraz bardziej czuć u mnie wiosnę i to też tak strasznie pozytywnie nastraja! ;D

    OdpowiedzUsuń
  4. Marzec u mnie był dosyć spokojny. Nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego, nawet święta potraktowałam jedynie jako chwilę wytchnienia od szkoły. W Wielkanoc nigdy nie czułam tej "magii", charakterystycznej dla Bożego Narodzenia. Może dlatego, że to święto jest zdecydowanie mniej komercyjne a, nie oszukujmy się, to komercja w znacznej mierze tworzy tę atmosferę (świąteczne piosenki, świąteczny wystrój sklepów, świąteczne słodycze).

    Cieszę się, że Twój marzec był ciekawszy. Wycieczka do Budapesztu to naprawdę świetna sprawa - zazdroszczę, hehe. :p Saro, zdrowia i jeszcze raz zdrowia - żebyś powróciła do jego pełni! :D A jeśli już przy zdrowiu/chorobie jesteśmy... Książka "Mama kazała mi chorować" wydaje się być naprawdę ciekawa, aż obczaję sobie na LC. :D Jestem ciekawa czy znalazłaby się w mojej bibliotece...

    OdpowiedzUsuń
  5. Jakie masz śliczne pudełeczko z sówkami :) Kocham wszystko, co ma ptasie motywy. Uwielbiam też torcik wedlowski. Mi marzec też minął bardzo szybko, tak jak piszesz, tak, jakby go wcale nie było. Oj, to przykro mi, że musiałaś chorować i nawet lekarze nie potrafili powiedzieć co Ci dolega. A może po prostu to taki objawy stresu przedmaturalnego. Jestem pewna, że po maturze poczujesz się lepiej. Wybierz się na jakieś długie wakacje - zasłużyłaś na to ;) A jakie stolice chciałabyś jeszcze zwiedzić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, to samo mówiłam mamie - ta choroba była na pewno związana ze stresem. :( A co do stolic to moim marzeniem, jeszcze z dzieciństwa, jest odwiedzenie wszystkich stolic europejskich - wierzę, że to możliwe. :D Powolutku to marzenie realizuję... :)

      Usuń
    2. Wiesz co moja mama po śmierci jej rodziców, czyli moich dziadków bardzo popadła w depresje ale miała również taką dolegliwość co się nazywa "choroba somatyzacyjna" - mama była w ciągłym napięciu, miała smutne myśli i to wszystko odbiło się na zdrowiu. Mama miała takie jakby nerwobóle, a jeszcze dodatkowo depresja. Mama 2 lata to miała a teraz po mału z tego wychodzi. Stres bardzo osłabia nasze zdrowie. Mam nadzieję, że Ci szybko przejdzie.
      To masz piękne marzenia, ja mam podobne :) Powodzenia w ich realizacji.

      Usuń
  6. Dobrze że już wyzdrowiałaś. Ja tuż po ślubie przez ponad miesiąc borykałam się z bardzo duszącym kaszlem (od tego kszlu bolały mnie wszystkie mięśnie, płuca, głowa, często nie mogłam złapać oddechu, dusiłam się) Lekarz nie wiedział co mi jest, jeden drugi antybiotyk nie działał, dstałam skierowanie do szpitala płucnego.... gdzie stwierdzili że nic mi nie jest. Na szczęście już jest w miarę ok, jednak kaszel wraca częściej niż przed chorobą.
    Pudełko bardzo fajne, urocze te sowy. Ostatnio sowi motyw podoba mi się coraz bardziej. Ja jakiś czas temu kupiłam sobie dwa takie pudła - jedno jest w mapy świata, cyrkle itp, w nim trzymam czyste pocztówki, naklejki, a drugi jest w chińskie wachlarze i w nim mam wszelkie przedmioty do haftu, tamborki, mulinę... Bardzo fajne i przydatne :) Co do matury - nie stresuj się. Ja się nie stresowałam w ogóle, do samego końca, nawet przy wejściu na salę nie odczuwałam stresu. I może wyniki nie były w 100% satysfakcjonujące, to jestem z nich zadowolona :D
    Trzymam kciuki żeby wszystko poszło dobrze ;) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Dobrze, że miałaś okazję pojechać do tego Budapesztu, to trochę zregenerowałaś siły! :)
    Choroba to nic przyjemnego. Też byłam chora, ale nie aż tak jak Ty, więc po prostu przeleżałam w łóżku i mi po pewnym czasie i tonie lekarstw przeszło. Przeczytałam też kilka książek, ale mniej niż myślałam, bo jakoś ostatnio nic nie mogę doczytać i nic mi nie może mnie wciągnąć w swój świat. Byłam także na kilku rowerowych wycieczkach, więc pozwiedzałam nieco okolicy i się dotleniłam oraz zakupiłam namiot, więc czynię także pewne przygotowania do wakacji ;)
    Oby kwiecień, pomimo wszystkiego był lepszy niż marzec, Saro!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i bardzo mnie zaintrygowałaś tym zakończeniem książki "Zazdrośnice"! Chcę ją koniecznie przeczytać, bo lubię bardzo tego autora :)

      Usuń
  8. Wyjazd to zawsze to co dodaje sił i sprawia, że jesteśmy szczęśliwsi! :D Dobrze, że choroba nie dorwała Cię tam, tylko już w domu bo mogłoby być nieciekawie... A takie pudełko w sowy gdzieś już widziałam... chyba w Praktikerze, choć nie jestem pewna :D A co do nauki to nie przejmuj się... jeśli tyle się przygotowywałaś to wszystko ładnie zdasz ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie miłe słowa, komplementy, ale także za rady i konstruktywną krytykę. Jeśli zostawiacie komentarz, bądźcie pewni, że odwiedzę Wasz blog. :)
Thanks for all kind words, compliments but also for advice and constructive criticism. If you leave a comment, you can be sure that I will visit your blog. :)