poniedziałek, 3 października 2016

Paryż po zmroku i inne bezwstydne niespodzianki - Paris cz. 4

Po krótkim, pełnym pozytywnych emocji przerywniku, wracamy do stolicy Francji! :)

Niewątpliwą zaletą hostelu, w którym mieszkałyśmy z mamą, była lokalizacja. Znajdował się on niecały kilometr od Sacre Coeur i pięć minut drogi od Moulin Rouge. Wybrałyśmy się więc na wieczorny spacer…

Moulin Rouge czyli znany kabaret prezentujący przedstawienia taneczne (kankan!) nie robi wrażenia za dnia. Dopiero wieczorem, gdy czerwony wiatrak zostaje podświetlony, można poruszyć wyobraźnię – co też tam się dzieje w środku…? Zarówno wejścia, jak i imitacji młyna na dachu, pilnują elegancko ubrani ochroniarze.


Pokusiłyśmy się z mamą również na zobaczenie Wieży Eiffla po zmroku. Z jednej strony nie żałujemy tego, gdyż migocąca stalowa konstrukcja wyglądała naprawdę efektownie, z drugiej jednak strony – bałyśmy się. Naprawdę byłyśmy przestraszone obecnych wszędzie nachalnych, czarnoskórych sprzedawców. Co rusz rzucałyśmy tylko "no, thanks!", aby się od nas odczepili. Wkurzyłyśmy się, gdy nie mogłyśmy znaleźć przystanku w stronę naszego lokum. Ale gdy potem oglądałyśmy zdjęcia, byłyśmy zachwycone wieczornym wydaniem Wieży Eiffla. Najbardziej spodobało nam się zdjęcie zrobione… zza krzaków, w pobliżu odnalezionego wreszcie przystanku.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Moulin Rouge. A właściwie do dzielnicy, w której położony jest słynny kabaret. To dzielnica czerwonych latarni. Czyli krótko mówiąc sex shopów, muzeów erotycznych i innych podejrzanych miejsc. Z mamą miałyśmy okazję zobaczyć je (ale nie od wewnątrz!) i w dzień, i po zmroku. Daleko nam do konserwatystek, więc z większości "eksponatów" po prostu się śmiałyśmy.

I już na dokładkę dodam, że ta aleja porno zaprowadzi Was do Placu Pigalle, znanego w polskiej kulturze dzięki słowom: "W Paryżu najlepsze kasztany są na placu Pigalle." Powiem tyle: nie ma tam ani kasztanów spadających z drzew, ani takich do jedzenia. A Plac Pigalle nie jest ani trochę warty zobaczenia. Ot, taki sobie skwer. Była to nadprogramowa atrakcja, którą odwiedziłyśmy, ale raczej nie ma co polecać.


I jako że nie miałam pojęcia, gdzie wcisnąć Łuk Triumfalny, który widziałyśmy z mamą już w dniu wyjazdu, macie go w nagrodę tutaj. Łuk wygląda imponująco, ale naszą uwagę absorbowały w głównej mierze samochody nieustannie trąbiące na siebie i wymuszające pierwszeństwo na rondzie. Nie ma tam wyznaczonych pasów ruchu, każdy jedzie, jak chce. Nie wyobrażam sobie codziennego poruszania się tą drogą do pracy…

Skoro już byłyśmy przy Łuku Triumfalnym, to nie mogłyśmy odpuścić sobie spaceru Polami Elizejskimi. W sumie nie okazały się one nadzwyczaj piękne. Wyróżniały je jedynie wytworne sklepy i posadzone po obu stronach ulicy drzewa. Śmiałyśmy się z mamą, że jedyne miejsce, które nas zainteresowało na dłużej, to sklep Disneya, hahaha. Nie Louis Vuitton, nie Zara, tylko Myszka Mickey.

Moi drodzy, w kolejnym poście zdradzę Wam, ile taka wyprawa do Paryża kosztowała, jak sobie ze wszystkim poradziłyśmy z mamą itd. Pokażę również, co przywiozłyśmy z Paryża.
A gdyby ktoś przegapił wcześniejsze wpisy dotyczące dwunastej stolicy, jaką zobaczyłam (:DDD), tutaj linki:

Sara 

2 komentarze:

  1. W dzielnicy czerwonych latarni byłam w Amsterdamie i tylko w dzień.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo lubię Twojego bloga, Sara, bo mogę się gdzieś "przejechać" nie wychodząc z domu. :) Dziękuję za wycieczkę! :) Pozdrawiam, letters-to-danka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie miłe słowa, komplementy, ale także za rady i konstruktywną krytykę. Jeśli zostawiacie komentarz, bądźcie pewni, że odwiedzę Wasz blog. :)
Thanks for all kind words, compliments but also for advice and constructive criticism. If you leave a comment, you can be sure that I will visit your blog. :)