niedziela, 31 grudnia 2017

Oj, działo się... - rok 2017 #2

Ten rok był pełen wspaniałych momentów. Nie zmieściłam ich wszystkich w poprzednim poście.

Ł jak Łotwa. Rygę odwiedziłam w 2017 roku dwukrotnie i… obstawiam, że jeszcze tam wrócę! To miasto mnie zauroczyło. Wiecie, jaki uśmiech na mojej twarzy wywołał fakt, że pamiętałam drogę do hotelu i inne trasy?
M jak miłość. Rozczaruję Was – nie obejrzałam ani jednego odcinka tego serialu. Wystarczyło mi życie. Z Maćkiem jesteśmy parą od ponad szesnastu miesięcy, podróżujemy, dzielimy wspólne pasje, chociaż w wielu kwestiach nie podzielamy swojego zdania. Związek na odległość ani trochę nam nie zaszkodził.
N jak nadczynność tarczycy. Żyjesz sobie spokojnie, aż tu nagle ktoś cię informuje, że możesz mieć guzki na tarczycy i że jesteś za młoda na taką chorobę. Na szczęście potężna dawka leku znacznie poprawiła mój stan – już nie płaczę z bólu brzucha. Kochani, zróbcie czasami badanie krwi. Serio.

O jak oryginalne tytuły. W tym roku na blogu opublikowałam ponad 130 postów. Zmienił się nieco mój sposób blogowania, z prowadzenia strony zaczęłam mieć wymierne korzyści w postaci darmowych wejść do różnych instytucji. Poza tym mój blog był wspominany chociażby w lokalnych gazetach. Specjalnie dla Was wybrałam najdziwniejsze tytuły, jakie nadawałam moim tekstom w 2017 roku:

"Walentynki – wiać czy uciekać?"

"Polska to kraj absurdów, a prawda jest jedna"

"Godzina seksu za zamkniętymi drzwiami"


P jak pokoje zagadek. To obecnie jedna z moich ulubionych form rozrywki. Odwiedziłam już łącznie 15 escape roomów w Toruniu oraz w Warszawie. Relacje z wielu z nich mogliście przeczytać na blogu. Mam nadzieję, że zachęciły Was one do spróbowania tej formy spędzenia wolnego czasu – podekscytowanie, satysfakcja i radość z ucieczki to niesamowite uczucia.
R jak Reputation. I znów o podekscytowaniu. Po trzech latach moja ulubiona wokalistka, Taylor Swift, wydała płytę. I choć nie jest to - moim zdaniem - jej najlepszy album, to i tak jestem ogromnie szczęśliwa, że mogę usłyszeć nowe utwory (i teksty!) Taylor.

S jak Sparks. Gdyby ktoś parę lat temu powiedział mi, że zobaczę Nicholasa Sparksa, jednego z moich ulubionych pisarzy, na żywo, popatrzyłabym na niego z mieszaniną politowania i sceptycyzmu. Tymczasem okazuje się, że nie ma rzeczy niemożliwych. Nie tylko spotkałam Sparksa w Warszawie, lecz także dostałam od niego autograf! Amerykański pisarz to nie jedyna gwiazda światowego formatu, którą miałam okazję zobaczyć na żywo w 2017 roku. W sierpniu zrobiłam sobie zdjęcie ze zwycięzcą Eurowizji, Alexandrem Rybakiem. Okazał się on uroczym facetem z poczuciem humoru.
T jak Tallinn. Szesnasta stolica. Mimo że spędziłam tam zaledwie jeden dzień, zobaczyłam większość zabytków. Co zapamiętam przede wszystkim? Liczne baszty, pałac Kadriorg, który nie wiadomo, czy tym pałacem był oraz pozę na sexy Misię.
U jak udział w "Milionerach". W listopadzie niespodziewanie zostałam na chwilę sławna, a to dzięki wygranej w "Milionerach". Znajomi śmiali się, że jestem dziewczyną, która stała się memem. Po emisji programu otrzymywałam zarówno gratulacje i wyrazy uznania, jak i czytałam komiczne hejty. Cały ten odzew ogromnie mnie zaskoczył i… trochę przerósł.

W jak Warszawa. Przez całe życie nie byłam tyle razy w Warszawie, ile w tym roku. To miasto stało się takim moim drugim domem, bo przeprowadził się tam Maciek. Warszawę zdążyłam i polubić, i znienawidzić. Są tam cudowne, warte zobaczenia miejsca, jak chociażby Niewidzialna Wystawa, ale stolica ma również swoje słabe strony. Czy zamieszkam tam w przyszłości? Nie wiem.
Z jak zaliczony rok. Zdałam na drugi rok studiów psychologicznych, które chciałam rzucić! Nie rzuciłam i już tego nie zrobię. Nie jestem zachwycona, ale da się przeżyć. Za wyniki w nauce udało mi się zgarnąć stypendium naukowe. Będzie na podróże.

Jaki był dla Was 2017 rok? Co będziecie wspominać przede wszystkim?

Życzę Wam, by 2018 był pełen uśmiechu, niezapomnianych przygód, ale też żebyście nie zapomnieli, co jest w życiu najważniejsze. Spełniajcie marzenia i nie odkładajcie ich na kolejne lata!

Sara

czwartek, 28 grudnia 2017

Oj, działo się... - rok 2017 #1



365 dni szalonych dni. Pełnych przygód, podróży, zaskakujących momentów. Rok 2017 to rok... warty zapamiętania. 

A jak autko. Moje pierwsze autko kupione za własne pieniądze. Nazwałam je Nancy z powodu mojej głębokiej miłości do Eda Sheerana i oryginalnego zielonego koloru pojazdu (muszę przyznać, że odcień lakieru nie był tym, co brałam pod uwagę przy zakupie, chociaż wolałabym nie mieć białego samochodu). Nancy sprawuje się naprawdę świetnie, mam nadzieję, że wybaczy mi te wszystkie delikatne obtarcia!

B jak Bruksela. Czyli piętnasta odwiedzona stolica. Brukselę zapamiętam jako multikulturalne, brudne miasto, pełne żebraków i pięknych zabytków. Brzmi jak oksymoron? Najwidoczniej tak się da.
C jak cel czytelniczy. Zrealizowałam swój cel "przeczytać przynajmniej 55 książek". Dobiłam do 62. Co więcej niewiele było wśród tegorocznych lektur takich naprawdę, naprawdę słabych – przeważały znakomite lub bardzo dobre. Jeśli jesteście ciekawi mojego top 10 książek przeczytanych w 2017, zapraszam tutaj.

D jak Dania. O której nagle wiem całkiem sporo i do której pewnie prędzej czy później się wybiorę.

E jak Ed Sheeran. Zachwycił mnie swoją nową płytą do tego stopnia, że kupiłam bilet na jego koncert w Polsce. Chyba mi się nieźle poszczęściło, bo wiem, że wielu osobom nie udało się dostać wejściówki – serwer był przeciążony, zawieszał się, error wyskakiwał w ostatniej chwili. Tym większa jest moja radość, że 11 sierpnia 2018 roku po raz pierwszy będę na Stadionie Narodowym i usłyszę Eda na żywo. To będzie mój pierwszy tak duży koncert, więc ekscytacja jest ogromna.

F jak farbowanie. W minionym roku zrobiłam to, na co zanosiłam się od lat – przefarbowałam włosy na rudo (na szczęście tylko szamponem koloryzującym). Ot tak, żeby zobaczyć, jak wyglądam jako rudzielec. Zawsze podobały mi się rude włosy. To nie tak, że nie lubię swojego blondu, zastanawiałam się tylko, czy może w rudym nie będę podobać się sobie (i innym) bardziej. Eksperyment wywołał mój śmiech i szok innych. Do rudego raczej nie powrócę.
G jak gazety. Nie sądziłam, że będę kupować gazety dlatego, że… o mnie napiszą. W kwietniu, w toruńskiej prasie, pojawiły się moje wypowiedzi na temat podróży, natomiast po występie w "Milionerach" ukazały się całe artykuły na temat mojej osoby. To dla mnie nadal trochę onieśmielające, ale też naprawdę… przyjemne.

H jak Hard Rock Cafe. To tylko jedno z miejsc, w których miałam okazję oglądać świetne koncerty. Wyżej wspominałam, że występ Eda Sheerana będzie moim pierwszym wielkim koncertem. Uczestniczyłam już natomiast w nieco mniejszych wydarzeniach. W pamięć zapadły mi na pewno koncerty w toruńskim Dworze Artusa – ten z piosenkami z lat. 80 oraz z utworami Anny Jantar.  Świetnie bawiłam się również w Hard Rock Cafe na koncercie beatlesowym.
I jak Irlandia. Podróż na Zieloną Wyspę była naszą pierwszą wspólną wyprawą z Maćkiem. Nie było idealnie, Dublin też nie zasłużył na miano mojej ulubionej stolicy, ale i tak cieszę się, że mogłam go zobaczyć i przekonać się, że w Irlandii wcale nie pada przez cały czas.
J jak jestem dziennikarką. Zostałam nią oficjalnie na początku roku, dołączając do redakcji toruńskiego portalu studenckiego SpodKopca.pl Nie zliczę, ile artykułów napisałam od tego czasu, ale z części z nich jestem wyjątkowo dumna – są to przede wszystkim wywiady m.in. z wokalistą zespołu Enej czy z rodowitą Łotyszką.

K jak kartki z nowych krajów. Planowałam w 2017 roku zdobyć pocztówki z dziesięciu nowych krajów, tymczasem – głównie dzięki Maćkowi – moja kolekcja wzbogaciła się o wiele więcej nowych państw - blisko czterdzieści. Są wśród nich takie perełki jak Liban, Gabon, Belize czy Syria.
L jak Luksemburg. Lubię myśleć nieszablonowo. Pomysł na wycieczkę do Luksemburga był dość oryginalny, ale nie żałuję – to przepiękne państwo z urokliwą przyrodą, ciekawym ukształtowaniem terenu i wyjątkową zabudową. 
Kolejne literki i wspomnienia w następnym poście. 
Jaki był dla Was 2017 rok? Pełen zmian? A może spokoju?
Sara

wtorek, 26 grudnia 2017

A co pod choinką?


Już myślałam, że nie będę mogła pokazać Wam prezentów świątecznych i mikołajkowych, ponieważ mój ukochany aparat wyzionął ducha. Na szczęście Dawid, mój brat, znalazł pod choinką telefon, który robi naprawdę dobre zdjęcia. Pożyczyłam go sobie od niego. ;)

To chyba oznaka starości, że nie czekam już tak bardzo na prezenty – o wiele bardziej niecierpliwię się, jak na otrzymane ode mnie podarki zareagują bliscy. Wolę dawać. W tym roku moi rodzice dostali vouchery do Teatru Muzycznego w Toruniu. Mało kto wie, że mamy taką instytucję w Grodzie Kopernika. Rodzice bardzo się ucieszyli, mam nadzieję, że równie zadowoleni wyjdą ze spektaklu.

Ja pod choinką znalazłam swój wymarzony prezent. Nie, nie kotka brytyjskiego i nie chow chowa. Otrzymałam… podróż. Rodzice zdecydowali się zafundować mi bilety lotnicze. <3 Śmiałam się, że na kuponie widnieje informacja, że można go zrealizować w 2018 roku – to specjalnie po to, bym nie poleciała gdzieś teraz, zaraz!
Dostałam też prezent, który wykorzystamy wspólnie, z czego bardzo się cieszę. Chodzi o bon do escape roomu. Wydaje mi się, że wykorzystamy go w pokoju zagadek, który jest na pierwszym miejscu toruńskich escape roomów.

Pod choinką znalazłam również kilka praktycznych przedmiotów – poczynając od szczoteczki elektrycznej, która była dla mnie ogromną niespodzianką, poprzez pasek do spodni (ostatnio z mamą wymieniałyśmy się jednym paskiem, co skutkowało tym, że na uczelni spadały mi jeansy), kosmetyki i kalendarzyk na 2018 rok.
Z kolei od Maćka dostałam torebkę - dokładnie taką, jaką chciałam. Do tego pyszne herbatki i... pocztówki! Mój chłopak znów mnie zaskoczył, zdobywając kartki m.in. z takich krajów jak Birma czy Uganda. 
Warto też wspomnieć, jakie cudowne prezenty otrzymałam na mikołajki! Od rodziców – ciepłą piżamkę, a od Maćka książkę autorstwa jednej z moich ulubionych pisarek, Colleen Hoover i pocztówkę z Madagaskaru.
A co Wy znaleźliście pod choinką?
Grudniowe pozdrowienia!
Sara

niedziela, 24 grudnia 2017

Wesołych świąt z Torunia


Moi drodzy,
Z okazji świąt Bożego Narodzenia życzę Wam przede wszystkim dużo, dużo zdrowia. Dbajcie o siebie! Życzę Wam także dużo uśmiechu, spróbujcie nie zapominać o nim, nawet gdy wydaje się, że wszystko się wali.
Życzę Wam też dużo odwagi. Nie bójcie się realizować swoich celów, spełniać marzeń i próbować nowych rzeczy.
Życzę Wam dużo siły, szczególnie tej psychicznej.
Życzę Wam tego, byście potrafili w każdym dniu odnaleźć pozytywy i chwile radości.
Życzę Wam miłości, pięknej, szczerej i odwzajemnionej, opartej na wzajemnym zaufaniu.
Życzę Wam cierpliwości (i to nie tylko za kierownicą!).
Życzę Wam, abyście zawsze potrafili znaleźć czas dla siebie i żebyście umieli wyznaczać  priorytety w swoim życiu.
Niech te święta będą pełne rodzinnego ciepła, ciepłego jedzenia i zasłużonego odpoczynku. A nowy rok niech obfituje w cudowne momenty, podróże i niezapomniane przygody.
Kochani, dziękuję Wam, że tu zaglądacie! I że decydujecie się zostać.
Spokojnych świąt!
Sara

piątek, 22 grudnia 2017

Najlepsze filmy 2017 roku

Zdecydowanie za rzadko chodzę do kina. Pod koniec tego roku stopniowo zaczęłam to zmieniać, ale nadal daleko mi do kinowego maniaka. Udało mi się jednak zobaczyć trochę znakomitych filmów – wybrałam dla Was szóstkę niezbitych faworytów.

Wszystkie obejrzane po raz pierwszy filmy zaznaczam sobie na Facebooku. Dzięki temu mogłam bez problemu odtworzyć, jakie produkcje zachwyciły mnie, ale i zawiodły w kończącym się roku. Były to zarówno filmy mające swą premierę w 2017 roku, jak i te, które powstały kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat temu. Dla Was jednak przygotowałam top filmów z tego roku.

6. "La La Land" – światowa premiera miała miejsce w zeszłym roku, jednak do polskich kin musical wszedł w styczniu. Dlatego zaliczyłam go do obecnego 2017 roku. "La La Land" touroczy film ze świetną scenografią, barwnymi kostiumami i – co ważne – dobrymi piosenkami. Jednak nie stał się on moim ulubionym musicalem. Czegoś mi w nim zabrakło. Może nie do końca podobało mi się zakończenie, może było w tym filmie coś smutnego. W każdym razie czułam lekki niedosyt po opuszczeniu sali kinowej.

5. "Azyl" – płakałam, oglądając ten film. Ktoś mógłby pomyśleć, że powstały już wszystkie możliwe filmy o Holokauście. Ale historii Żabińskiej nikt wcześniej nie opowiedział. A zdecydowanie warto było to zrobić. Choć nie jest to – jakby może wskazywać plakat – kino familijne o zwierzaczkach. Chociaż piękne ujęcia zwierząt są jak najbardziej obecne.

4. "Listy do M. 3" – według redakcji Antyradia to drugi najgorszy polski film tego roku. Szczerze mówiąc, zrobiło mi się przykro i tak jakoś niesmacznie, gdy to przeczytałam, bo według mnie trzecia część "Listów do M." jest naprawdę przyjemnym filmem. Daleko mu do kaszana, którego nie da się oglądać (a takich w polskiej kinematografii sporo). Scenariusz do filmu jest – według mnie – świetny. Można się pośmiać, nie brakuje zaskakujących momentów. Żarty są zarówno językowe, jak i sytuacyjne. Wśród wielu wątków człowiek się nie gubi. Mimo że to już trzecia część polskiej komedii, ona nadal bawi.

3. "Morderstwo w Orient Expressie" – bywa czasami tak, że gdy w filmie pojawi się zbyt wielu znanych aktorów, to coś nie wychodzi. Nie tym razem. Na ekranie największe gwiazdy kina, w tym genialny Kenneth Branagh, który jest też reżyserem filmu. Trzeba przyznać, że "Morderstwo w Orient Expressie" to dobra produkcja, bo dobra jest historia, na której został oparta. Kryminał Agathy Christie czytałam jako lekturę szkolną w gimnazjum i rozbudził on we mnie zamiłowanie do tego gatunku. Przyznaję, że zapomniałam, jak kończy się ta opowieść, tym bardziej więc film mnie wciągnął. Warto go zobaczyć dla samego Poirota.

2. "Najlepszy" – u mnie na drugim miejscu. To naprawdę wiele znaczy, gdy podczas oglądania filmu ani razu nie spojrzę na zegarek. "Najlepszy" to polski film o narkomanii, o wychodzeniu z nałogu, o przeciwnościach losu, o celach, które trzeba w życiu mieć. Gdy opuszczałam kino, usłyszałam, jak ktoś nazwał tę produkcję "komedią romantyczną". Jeśli to jedyne, co dostrzega się w tym filmie, to trochę przykre. Bo jest tam o wiele więcej do dostrzeżenia – doskonała rola Arkadiusza Jakubika i Jakub Gierszał, który podołał wyzwaniu. Jednak było w tym roku coś lepszego…

1. "Twój Vincent" – mama nie chciała iść ze mną do kina, kiedy dowiedziała się, że "Twój Vincent" to animacja. Żałuję bardzo, że nie zdecydowała się obejrzeć ze mną tego… kunsztownego kryminału, bo tak nazwałabym ten film. Historia van Gogha bardzo wciąga, a sposób stworzenia tego filmu jest po prostu mistrzowski. Obrazy malarza dosłownie ożyły na ekranie. Imponujący jest fakt, że każda z klatek filmu (a było ich 65 tysięcy!) została namalowana odręcznie, a zajęli się tym zawodowi malarze z całego świata. Filmu tego nie ogląda się jak animacji, lecz jak jak arcydzieło. Nawet jeśli ostatni raz w muzeum byliście w gimnazjum, warto zobaczyć ten film. Nawet jeśli jak ja nie znacie się na kreskach. 

A jakie są Wasze typy?
Sara

wtorek, 19 grudnia 2017

Co chcieć w prezencie na święta? - problemy minimalistki



Nigdy nie sądziłam, że minimalizm i chęć niepomnażania rzeczy będzie powodowała problemy. A problemy przyszły wraz ze świętami.

W ostatnich latach zdałam sobie sprawę z wielu rzeczy (rzeczy!). Brzmi to górnolotnie. Zrozumiałam po prostu, ilu przedmiotów nie potrzebuję i uświadomiłam sobie, co jest moim priorytetem w życiu, jakie są moje cele.

I przyszedł w końcu taki czas, gdy stało się to problemem. Kiedy ludzie pytają mnie, co chcę na święta, odpowiadam, że nic. Bo nic nie potrzebuję. "No, ok, ok, nic nie potrzebujesz, ale czasami chcemy rzeczy, których nie potrzebujemy." Hm, chyba już z tego wyrosłam.

Przeglądam gazetki z różnych sklepów, oglądam reklamy. I nawet gdy w pierwszym momencie pomyślę: "O, fajnie byłoby to mieć", to już po chwili przychodzi refleksja: "Ale po co? Przecież ja tego nie potrzebuję.  Do tej pory radziłam sobie bez tego, to po co wydawać na to pieniądze? Po co mnożyć rzeczy?" Zdaję sobie sprawę, że dla wielu może być to dość radykalne podejście. Ale wierzcie mi, to prawdziwa ulga zrozumieć, że nie rzeczy czynią nas szczęśliwym.

Nie jestem żadną fanką gadżetów. Uwielbiam ideę slow fashion i nie kupuję ubrań, jeśli ich nie potrzebuję. Poza tym jest mnóstwo innych rzeczy, których nie potrzebuję. I co tu mi kupić w prezencie? To prawdziwy kłopot dla moich najbliższych.

Ja sama stałam się miłośniczką dawania i otrzymywania podarków doświadczeniowych. Chodzi tutaj głównie o wszelkiego rodzaju vouchery i bony, które pozwolą osobie coś przeżyć. Mam tu na myśli kupony do SPA, kina, teatru, kawiarni, restauracji, escape roomu, vouchery na lot, podróż. Z takich prezentów cieszyłabym się najbardziej. Jednak nie wszyscy są zwolennikami takich podarków. Moich rodziców chyba powoli przekonuję do tego, że prezent świąteczny wcale nie musi oznaczać materialnej rzeczy, czegoś, co muszę mieć, wziąć do ręki.

Z moją przyjaciółką w tym roku postanowiłyśmy, że zamiast dawać sobie coś w prezencie, po prostu wybierzemy się razem do parku trampolin. Czyli de facto podarujemy sobie coś najcenniejszego – czas. Założę się, że będziemy się świetnie bawić i na pewno lepiej zapamiętamy wizytę w jump arenie niż to, że dałybyśmy sobie jakiś przedmiot.

Dobra, ale co jeśli ktoś naprawdę chce sprawić drugiej osobie coś materialnego? Jestem za tym, żeby była to rzecz, której dana osoba faktycznie potrzebuje, np. torebka, bo jej obecna jest już stara i zniszczona. Albo żeby było to coś związanego z pasją danego człowieka.

Do Bożego Narodzenia został niecały tydzień. Moi rodzice nadal pytają mnie, co chcę na święta. A ja uparcie odpowiadam, że voucher do ryanaira. Rodzice: "Dobrze, dobrze, ale co poza tym?" Cóż, to mi wystarczy. Podarować komuś podróż – #najlepiej. Na 25. urodziny Maciek otrzymał ode mnie taki bon na bilety lotnicze. Coś mi się wydaje, że się cieszył.

Jestem ciekawa, jakie jest Wasze zdanie na temat prezentów w postaci voucherów. Czy Wy też macie problem z odpowiedzeniem na pytanie: "Co chcesz na święta?" 
Życzę Wam, żeby ten ostatni tydzień przed Bożym Narodzeniem upłynął w jak najmniej stresującej atmosferze!
Sara

PS Ja prezenty kupiłam już miesiąc temu. ;)

sobota, 16 grudnia 2017

Top 10 książek, które przeczytałam w 2017


Rok 2017 jeszcze się nie skończył, ale za to ja ukończyłam dwa czytelnicze wyzwania. Ogólnopolskie – "przeczytam 52 książki" i swoje własne – przeczytam przynajmniej 55 książek". Obecnie (16 grudnia) mam na koncie 60 pozycji. Które były najlepsze?

To bardzo trudny wybór. Chociaż każdą z książek oceniam na lubimyczytac, przyznając gwiazdki, okazało się, że w ciągu minionych miesięcy jednej powieści przyznałam 10 gwiazdek, czterem – 9 gwiazdek, a aż dziewiętnastu (!) – 8 gwiazdek. Więc ten rok był rokiem dobrych pozycji czytelniczych. Koniec końców udało mi się stworzyć top 10.

1. Colleen Hoover - "Maybe Someday" 
2.
Dale Carnegie - "Jak przestać się martwić i zacząć żyć" 

3. Colleen Hoover - "Ugly Love "
4. Karol Lewandowski - "Busem przez świat. Ameryka za 8 dolarów" 
5. Richard Paul Evans - "Doskonały dzień" 
6. Radosław Kotarski - "Włam się do mózgu"
7. Jodi Ann Bickley - "Milion cudownych listów" 
8. Guillaume Musso - "Ta chwila" 
9. Nicholas Sparks - "We dwoje"
10. Saroo Brierley - "Lion. Droga do domu" 

Książki rzadko dostają ode mnie 10 gwiazdek. Muszą być wybitne. To takie utwory, których za nic nie mogę zapomnieć, które wzbudzają we mnie mnóstwo emocji. Tylko dwie książki w mojej czytelniczej karierze otrzymały 10 gwiazdek. Pierwsza na tytuł najlepszej z najlepszych zasłużyła "Złodziejka książek". W tym roku to miano przypadło "Maybe Someday".  Wspominałam już, że Hoover zalicza się do grona moich ulubionych autorów. To, jak szczerze, bezpośrednio pisze, to, jak wzruszające historie, a także pełne emocji i uczuć postacie tworzy… To wszystko składa się na to, że jej powieści bardzo wciągają. Kibicuję bohaterom i przeżywam wszystko z nimi. Powieści Colleen Hoover znalazły się na dwóch pozycjach – pierwszej oraz trzeciej. "Ugly love" jest trochę bardziej… ugly. Są w niej sceny, które niektórych mogą zniesmaczyć. Ale to nadal genialna historia.

Moja miłość do poradników nie maleje. W tym roku przeczytałam kilka świetnych, naprawdę pozytywnie nastrajających tego typu książek. Ale jedna z nich była wyjątkowa. "Jak przestać się martwić i zacząć żyć" to dość stary poradnik  (napisany ponad 60 lat temu), ale co jest w nim naprawdę wartościowego, to fakt, że zmienia nie tylko sposób działania, lecz przede wszystkim sposób myślenia. Można powiedzieć, że autor jest dość upierdliwy z ciągłym powtarzaniem, ale jego zasady naprawdę zapadają w pamięć. Ja jeszcze dodatkowo wypisałam sobie najważniejsze reguły, by mieć je pod ręką po zwróceniu książki do biblioteki. O ile zaraz po lekturze poradnika, czułam, że stosuję się do większości zasad, a przynajmniej próbuję, o tyle teraz nie jestem już tak obowiązkowa. Pisarz to przewidział – radził wracać do książki tak często, jak to możliwe. Tylko to zapewni nam uwolnienie się od zamartwiania. Co ogromnie mi się spodobało w "Jak przestać się martwić i zacząć żyć", to barwne przykłady z życia wzięte i dość mocny nacisk na ukazanie tego, co bezpodstawne zamartwianie się czyni z naszym organizmem.

Reportaże ekipy Busem przez świat należą do moich ulubionych książek o podróżach. Napisane z przymrużeniem oka, zawierają sporo rad i po ich lekturze człowiek odczuwa ogromną potrzebę wyjechania gdzieś. Przy okazji z książek Karola Lewandowskiego można dowiedzieć się o miejscach, których pewnie nie odkrylibyście w zwykłych przewodnikach. Polecam Wam zarówno "Busem przez świat. Ameryka za 8 dolarów", jak i "Busem przez świat. Australia za 8 dolarów".
"Doskonały dzień" to ostatnia książka, którą oceniłam w tym roku na 9 gwiazdek. Przyznaję się bez bicia, że kocham twórczość Richarda Paula Evansa, ale jego powieści zaczynają mi się… mylić! Większość z nich oceniam bardzo wysoko. Czym więc wyróżnia się "Doskonały dzień"? Bardzo spodobał mi się temat przewodni powieści, a jest nim marzenie o rozpoczęciu kariery pisarskiej. Autor genialnie pokazuje, ile trzeba poświęcić, w ile cierpliwości uzbroić, by w końcu zostać zauważonym. Dodatkowo Evans świetnie opisuje, co się dzieje, gdy ktoś nas w końcu dostrzeże. Wierzcie mi, nie jest to wieczna idylla.

Spośród blisko 20 książek, które oceniłam na 8 gwiazdek wybrałam kilka, które szczególnie wbiły mi się w pamięć.

"Włam się do mózgu" – genialny poradnik, przytaczający liczne badania na temat metod uczenia się.

"Milion cudownych listów" – pierwsze określenie, które przychodzi mi na myśl, gdy widzę ten tytuł, to "pełna ciepła". Ta książka nastraja bardzo pozytywnie i przywraca wiarę w ludzkość.

"Ta chwila" – moje pierwsze spotkanie z Musso i mam nadzieję, że nie ostatnie. Mimo że pomysł na tę powieść jest dość niewiarygodny i momentami treść zahacza o fantastykę (a ja jestem raczej fanką realnych historii), to ta historia mnie po prostu zaintrygowała. Czytałam ją z szeroko otwartymi oczami.

"We dwoje" – jedna z najlepszych powieści Sparksa (i moja jedyna z autografem pisarza!!!). Przede wszystkim jest bardzo życiowa. Autor podkreśla, że pragnie tworzyć postaci uniwersalne. Udaje mu się to za każdym razem, ale w "We dwoje" naprawdę pokazał zwykłe problemy w taki sposób, że nie sposób się nie wzruszyć.
"Lion. Droga do domu" – i na koniec coś pomiędzy literaturą faktu a powieścią. Saroo, chłopiec z Indii, opowiada niezwykłą historię swojej adopcji i – przede wszystkim – odnalezienia biologicznych rodziców. Zauważyłam, że bardzo lubię się określać, czytając powieści, komu kibicuje, a kogo najchętniej bym wyrzuciła za drzwi. Za Saroo trzymałam kciuki szczególnie mocno.

Którą z tych książek czytaliście? A którą chcielibyście przeczytać? Jakie jest Wasze top 10 roku 2017?
Sara

środa, 13 grudnia 2017

Czego nie lubię w pięknym Toruniu?


Przygotowywanie jednego posta przez rok albo i dłużej to jeszcze profesjonalizm czy już cieniasowatość?

Dawno, dawno temu, nie pamiętam już kiedy, wymyśliłam sobie, że przygotuję dla Was post z widokiem na Toruń z innych perspektyw. Chciałam, żebyście spojrzeli na moje miasto i zobaczyli, jakie potrafi być zachwycające, ale i… irytujące.
Więc dziś w końcu mam dla Was ten planowany długo kontrast. Kilka zdjęć z widokiem na piękny Toruń i kilka moich przemyśleń na temat tego, czego w Grodzie Kopernika… nie lubię.
Nie lubię korków na moście. Niby nowy, drugi most miał rozwiązać problem zatorów ulicznych, ale pomógł ledwie na chwilę. Nie ma dnia, żebym nie stała w korku na toruńskim moście. A to wszystko przez cudowny suwak, o którym wspominałam w jednym z poprzednich postów o irytujących zachowaniach polskich kierowców. Ale jednocześnie, gdy pomyślę o tym, że w ciągu kilku lat most ten ma być zamknięty i remontowany, to… rozważam wyprowadzkę.
Nie lubię wszelkich powiązań Torunia z Rydzykiem. To pewnie dlatego, że nie lubię Radia Maryja. Nie sądzę, aby dobrze świadczyło to o naszym mieście, że pieniądze są tu wydawane na potężne, złote kopuły. A te zmiany w ruchu ulicznym powodowane przez świętowanie n-tej rocznicy Radia Maryja są po prostu absurdalne…
Nie lubię organizacji Festiwalu Bella Skyway. Same iluminacje też są coraz gorsze. Ale organizacja albo raczej jej brak pobija wszystko. Niby widać te starania, mapki, wielu wolontariuszy… Jednak i tak rodzą się problemy. Podczas ostatniego festiwalu światła w ogóle nie dałam rady zobaczyć mappingu wyświetlanego na sklepieniu kościoła, bo nie sposób było dostać się do środka. Poza tym sporo osób narzekało na kiepską organizację ruchu, piesi mieli zbyt mało czasu, by przejść przez ulicę (chyba że szybciej porwał ich tłum).
Nie lubię GiLA. Ta słynna na całą Polskę szkoła to czysty wyścig szczurów. Nie bierzesz udziału w konkursie? To chyba coś jest z tobą nie tak. Sama po Gimnazjum Akademickim nie zdecydowałam się na kontynuację nauki w Liceum Akademickim, bo wydawało mi się, że już mogę nigdy nie wydostać się z tej bańki. I że po sześciu latach będę myśleć o sobie, jakbym była pępkiem świata. Znam wspaniałe osoby, które ukończyły tę szkołę, ale jej absolwentami są też totalne narcyzy. 
Nie lubię tego, że Toruń nadal pozostaje poza zasięgiem wielkich gwiazd, koncertów, wydarzeń. Nicholas Sparks raczej nigdy tu nie przyjedzie.
Nie lubię tego, że najbliższy Starbucks jest w Gdańsku. EDIT:  w sierpniu otworzyli Starbucksa w Bydgoszczy!
I tego, że w Toruniu nie ma pracy dla dziennikarzy.
Nie lubię jeszcze wielu rzeczy. Tego, że cmentarz przy Gałczyńskiego jest regularnie okradany. Tego, że na niektórych światłach stoję przez 10 minut.

A najbardziej nie lubię w Toruniu tego, że Maciek tu nie mieszka. 
A czego Wy nie lubicie w Toruniu? Albo w swoich miastach?
Sara

niedziela, 10 grudnia 2017

Pieśń pochwalna, czyli za co pokochałam Lux Express


Obiecywałam Wam kiedyś post pochwalny na cześć firmy Lux Express. Oto on. Nikt mi za niego nie zapłacił (a szkoda).

Jechaliście kiedyś Lux Expressem? Jeśli nie, to żałujcie i nadróbcie to szybko. Polski Bus, Ecolines i Flibco to nic przy luksusie, jaki zapewnia Lux Express. Nazwa pasuje idealnie. Razem z Maćkiem podróżowaliśmy z tym przewoźnikiem z Rygi do Tallinna. Pierwsze, co rzuciło nam się w oczy po wejściu do autobusu, to spora przestrzeń. Foteli wcale nie było tak dużo. Nie czuliśmy się upchani jak sardynki. Spokojnie można było wyciągnąć nogi, postawić coś pod fotelem, nikomu nie przeszkadzając. To zaleta nr 1.

Kolejny plus – ekrany w siedzeniach. Wybór filmów był ogromny, znalazło się tam sporo nowych produkcji. Część z nich była dostępna z polskimi napisami, co bardzo mnie ucieszyło. W drodze do Estonii obejrzałam "Annę Kareninę" z Keirą Knightley, a wracając, zdecydowałam się na "Dziewczynę z portretu" - Eddie Redmayne powinien otrzymać Oscara za tę rolę. Oprócz filmów na tabletach znalazły się gry, muzyka oraz strona przewoźnika. Z Maćkiem już wtedy zaczęliśmy snuć plany o kolejnych podróżach. :D Warto dodać, że pod siedzeniami znajdują się gniazdka. W autokarach jest także dostęp do darmowego WiFi, które – uwaga – działa!

Co więcej w autokarach było WC. To naprawdę ważne podczas kilkugodzinnej czy kilkunastogodzinnej wycieczki. Toaleta była czysta, co także mile nas zaskoczyło.

I teraz najważniejsza zaleta… darmowa kawa i herbata!!!!!! Maciek i ja pijemy herbatę litrami, dlatego możliwość wyboru różnych smaków i wypicie ciepłego napoju w drodze, zupełnie bezpłatnie, było dla nas niczym raj. :D

Wyczytałam, że w pojazdach Lux Express można zakupić słuchawki lub poduszkę oraz butelkę wody. Poza tym bilety na podróż możecie kupić u kierowcy, co nie jest możliwe np. w przypadku Polskiego Busa.

Jeśli miałabym wybierać się w długą podróż, powiedzmy z Rygi do Saint Petersburga, to tylko Lux Expressem. Dodam, że firma ta często organizuje różne promocje i bilety kosztują tylko 5 euro. My płaciliśmy ok. 10 euro za bilet. Poza tym obowiązują stałe zniżki:

- dla dzieciaczków do 7. roku życia -80%
- dla starszych dzieci do 16. roku życia -40%
- dla starych dzieci jak Maciek i ja, do 26. roku życia -10%
- dla starszych osób powyżej 60. roku życia -10%

Jakiś czas temu podróżniczy świat obiegła informacja, że Lux Express wycofuje się z Polski. Liczba tras została zmniejszona… Jednak obecnie ponownie można udać się z tym przewoźnikiem z Warszawy do Wilna, Kowna, Rygi, Suwałk i Tallinna! Nic tylko planować podróż.

Jeśli macie jakieś pytania dotyczące naszej wyprawy Lux Expressem, piszcie śmiało, spróbuję pomóc.
Szerokiej drogi!
Sara

czwartek, 7 grudnia 2017

10 irytujących zachowań u polskich kierowców

Od ponad roku mam prawo jazdy, a od niecałych dwunastu miesięcy własny samochód. Część wyzwań już za mną (jechanie w czasie huraganu/nawałnicy), część jeszcze przede mną (podróż autostradą). Ale jako zdecydowanie nieniedzielny kierowca zaobserwowałam sporo irytujących nawyków Polaków.

1. Niewrzucanie kierunkowskazów. Gdy jeszcze częściej bywałam pasażerką niż kierowcą, często słyszałam, jak mój tata warczy: "Żeby ci kur… kierunek nie pękł". Teraz samej zdarza mi się to mówić, bo niestety spora liczba kierowców nie wrzuca kierunkowskazów. Jasne, rozumiem, że jeśli stoimy na pasie do skrętu w lewo, to może kierunkowskaz jest zbędny, ale błagam, gdy mamy zwykłe skrzyżowanie, skąd ja mam niby wiedzieć, gdzie ty jedziesz, człowieku? Jasnowidz ze mnie marny. Uchyl trochę prywatności, zdradź, w którą stronę skręcasz, a może oszczędzisz komuś nerwów.

2. Niezapalenie świateł. Polacy to straszne sknery. Oszczędzają nawet żarówki w samochodach, permanentnie nie włączając świateł. Dziennie widzę co najmniej kilka aut jadących bez świateł. Jeszcze za dnia to pół biedy, bo raczej ten samochód zobaczę, ale wieczorem, po zmroku? Przecież to czysty masochizm. I egoizm. Najśmieszniejsze jest to, że gdy pokazuję komuś, że ma niewłączone światła, najczęściej zostaję… olana. Bo można zapomnieć. Zdarza się. Ale notoryczne niewłączanie świateł jest zwykłym idiotyzmem.

3. Brawura. Wkurzają mnie wyprzedzający na zakazie, wyprzedzający na trzeciego i ci, którzy myślą, że jak jest ograniczenie do 50, a oni sobie wcisną gaz do 100, to nic wielkiego się nie stanie. Ale jednocześnie irytuje mnie…

4. Bycie cieniasem. Chciałam napisać inaczej, ale wtedy musiałabym wprowadzić cenzurę. Instruktor mojej przyjaciółki powiedział jej kiedyś bardzo mądrą rzecz: gdy jest ograniczenie do 50, nie jedź 40, bo możesz spowodować wypadek. Ludzie zaczynają cię wyprzedzać i istnieje większa szansa kolizji. Właśnie – bycie zawalidrogą jest koszmarnym utrudnieniem. Ja rozumiem, że ktoś jeździ przepisowo, że jak jest 50, to nie jedzie 60. Ale nie można przesadzać, trzeba pamiętać o tym, że na drodze nie jesteśmy sami. Nie twierdzę, że jeżeli mamy ograniczenie prędkości, a za nami tworzy się sznureczek, to mamy znacznie przyspieszyć i prędkość przekroczyć. Jednak nie powinniśmy myśleć: "Ja się nie spieszę, to będę jechać 30 czy 40". To tylko pozorne zwiększenie bezpieczeństwa.

5. Hamowanie zamiast jechania.  Prawdopodobnie jeszcze długo nie zapomnę pewnego powrotu do domu. Przez ok. 6 km jechałam za kierowcą, który co chwilę hamował. Było ciemno, padał deszcz, rozumiem - utrudnione warunki sprawiają, że jedziemy wolniej. Ale można spuścić nogę z gazu, można utrzymywać stałą prędkość – tyle możliwych rozwiązań. Tymczasem osoba jadąca przede mną ciągle przyspieszała, hamowała, przyspieszała, hamowała. Wjechałabym jej w tył z kilka razy. Jej hamowanie było bardzo niebezpieczne i przede wszystkim wprowadzało mnie w błąd, bo myślałam, że może przed nią jedzie rowerzysta, a może sarna wyskoczyła na drogę, a może coś stoi na poboczu. Tymczasem nic z tych rzeczy – ktoś po prostu co chwilę hamował, tak, jakby chciał sprawdzić, czy ma sprawne hamulce. Dobrze, że ja miałam.

6. Niewpuszczanie. My, torunianie, jesteśmy w dość niekomfortowej sytuacji, ponieważ na naszym starym moście, parę lat temu, utworzono tzw. suwak. Oznacza to, że środkowy pas w pewnym momencie się zwęża i kierowcy jadący prawym pasem, muszę wpuścić tych poruszających się pasem środkowym. Stoisz sobie na środkowym pasie, grzecznie migasz, jest wolna przestrzeń, wjeżdżasz, aż tu nagle ktoś stwierdza, że on ci wjechać nie da. Bo nie. Bo taki ma kaprys. W efekcie może zarysować zarówno twoje, jak i swoje auto. Co za tupet.

7. Wpychanie się. Z drugiej strony nienawidzę tych, którzy – na wspomnianym moście – wpychają się wtedy, kiedy już dawno pas środkowy się skończył. Trzeba było pomyśleć wcześniej, mój drogi!

8. Trąbienie na przejazdach tramwajowych. Mam taką zasadę – nie staję na przejazdach tramwajowych. Staję przed nimi. Tymczasem zdarzają się tacy debile, którzy trąbią na mnie, że przecież nic nie jedzie i czemu ja nie stanę na tych torach. No wybacz, ale dla Ciebie swojego życia ryzykować nie będę.

9. Parkowanie na dwóch (ewentualnie trzech) miejscach parkingowych. Nie jestem mistrzynią parkowania – od razu uprzedzę. Jednak aby doskonalić się w tej niezwykle trudnej sztuce, chowam swoją dumę do kieszeni i… wysiadam z auta. Sprawdzam, czy stoję w kreskach. Czy inni będą mogli otworzyć drzwi, wyjechać. Po prostu zostawiam sobie resztki empatii na momenty parkowania. Gdy widzę, że stanęłam na kawałku drugiego miejsca – poprawiam się. Zajmie mi to mniej niż minutę. A po co być grubym i zajmować dwa miejsca, gdy można zająć jedno?

10. Pragnienie bycia panem i władcą. Serio, to, że masz własny samochód, wcale nie znaczy, że możesz wszystko. Żałośni są ci, którzy nie cofną się, żebyś mogła wyjechać –będą czekać, aż ty się cofniesz, bo przecież oni są tacy ważni. Zero wyrozumiałości, zero szacunku. Nienawidzę egoistów. A tych na drodze szczególnie.

A co Was wkurza w polskich kierowcach?
Sara

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Trzy światy - pocztówki z Azji

Mój chłopak mnie rozpieszcza. Pisałam już tutaj, że dzięki Maćkowi zdobyłam nie tylko wiele kartek z Afryki (a pocztówki z krajów afrykańskich są jak masło złoto!), lecz także sporo widokówek z mało znanych państw Ameryki Środkowej czy Południowej. Dziś przyszedł czas na pokazanie Wam skarbów z Azji.

Zacznę od Pakistanu, bo z tym państwem wiąże się ciekawa historia. Gdy w lipcu odbywało się doroczne liczenie mojej kolekcji pocztówek, Maciek odkrył, że kartka, którą trzymałam w kopercie z napisem "Pakistan", w rzeczywistości wcale nie przedstawia nic pakistańskiego. Pocztówka pochodziła z… Singapuru. Została wysłana z Pakistanu, ale dla mnie jednak ważniejsze jest to, co znajduje się na pocztówce. Tym sposobem straciłam jeden kraj z mojej kolekcji. Jednak niedługo potem otrzymałam od Maćka prawdziwą kartkę z Pakistanu. Tekst i widok na pocztówce zachęca do tego, by – po zwiedzeniu pakistańskich miast – udać się na prowincję, gdzie "miejsca są tak ciche, że jedynym dźwiękiem, jaki słyszysz, jest bicie Twojego własnego serca". Na pakistańskich wsiach nie brakuje śpiewających pasterzy. Pakistan bardzo zaintrygował mnie (a jednocześnie przestraszył) po obejrzeniu dwóch odcinków programu "Kobieta na krańcu świata". Pokazywały one piękne krajobrazy, majestatyczne meczety, ale też niesamodzielne kobiety w burkach i nikabach. Podobno Pakistan to jedno z najgorszych miejsc do życia dla kobiet…
Malediwy stały się taką drugą Tajlandią – coraz więcej Europejczyków wybiera się tam na urlop. Turcję widzieli (albo raczej tureckie kurorty, bo kto by się tam do Stambułu zapuszczał?), w egipskiej Hurghadzie byli, to co im pozostaje? Mnie Malediwy zachwycają swoimi plażami i kolorem wody – no chciałabym się wykąpać kiedyś w oceanie, przyznaję! Malediwy stają się coraz bardziej dostępnym rajem, może i kiedyś mnie dane będzie się tam wybrać?
Pocztówka z Libanu jest według mnie zachwycająca i pokazuje, jaki piękny to kraj (chociaż niektórzy nadal nie wiedzą, gdzie leży). Śpieszę z pomocą – Liban to państwo na Bliskim Wschodzie, mające dostęp do Morza Śródziemnego. Na widokówce możecie zobaczyć cedry (Las Bożych Cedrów został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO), ruiny Byblos (również obiekt z listy UNESCO), Skały Gołębie – symbol Bejrutu, stolicy kraju, oraz jaskinię Jeita. Przygotowując ten post, poczytałam trochę o Libanie. Nie sądziłam, że to aż tak fascynujący kraj, a Bejrut jest porównywany do Dubaju (a o moim marzeniu podróży do ZEA chyba przypominać nie muszę?). Liban ogromnie mnie zainteresował i chyba poczytam nieco więcej o tym kierunku wypraw. Chociaż trzeba wspomnieć, że kraj ten położony jest tuż obok Syrii...
Jestem ciekawa, która pocztówka podoba Wam się najbardziej. Ja nie potrafię się zdecydować.
Dajcie znać, czy macie pocztówki z tych krajów w swoich kolekcjach. ;)
Ściskam!
Sara
PS Malediwy, Pakistan i Liban to nowe kraje w mojej kolekcji. Dziękuję, M.! 

piątek, 1 grudnia 2017

Oj, działo się... - listopad 2017


Dziś opowiem Wam o sławie, byciu fanką, byciu chorą/zdrową i Warszawie 11 listopada.

O tym, jak stałam się sławna

Zaczniemy od tego, jak nagle otrzymałam trzydzieści zaproszeń do znajomych na Facebooku i nie nadążałam z odpisywaniem na wiadomości. A od czego to się właściwie zaczęło? Od mojego występu w "Milionerach". Nie wygrałam miliona, ale i tak zawładnęłam mediami społecznościowymi na kilkadziesiąt godzin, co mnie zszokowało i nieco przytłoczyło. Wcale nie powiedziałam nic głupiego (przynajmniej tak mi się wydawało). 
Dzwonili do mnie dziennikarze z lokalnych gazet. To było istne szaleństwo. A gdy pani pielęgniarka w zabiegowym, dwa tygodnie po emisji, spytała mnie "No, pani Saro, jak tam było w Milionerach?", zbaraniałam.
Po emisji "Milionerów" dowiedziałam się też, jaka to ja jestem gruba/mądra/okrągła/inteligentna/pulchna (prawdziwe skreślić). 
O tym, jak wstałam przed 6, by słuchać brytyjskiego radia

Był 10 listopada, dzień, na który czekałam od jakichś trzech lat. Nowa płyta Taylor. Nastawiłam budzik, by słuchać jej w radiu. Oczywiście nie wstałam o tej, o której wstać zamierzałam, i załapałam się na zaledwie kilka piosenek. Na szczęście parę godzin później trzymałam już swój fizyczny egzemplarz płyty w dłoniach.
Śmieszy mnie i smuci jednocześnie to, gdy ktoś pisze "hejka, jestem Swiftie od trzech miesięcy, moja ulubiona płyta to "1989", znacie jakieś jeszcze?". W moim życiu Taylor obecna jest od 9 lat. Dlatego powiedzieć, że ekscytowało mnie to, że wreszcie wydaje nowy album, to za mało. Niestety "Reputation" nie zostanie moją ulubioną płytą Taylor. Smutne jest chociażby to, że żadnego z utworów na płycie Tay nie napisała sama. Moja pierwsza myśl po przesłuchaniu albumu: "Nie spodoba się on mojemu tacie". Tata, podobnie jak ja, uwielbia starą Taylor. Te nowe rapsy i elektro nie do końca do nas przemawiają. Co nie oznacza, że płyta jest totalnie nie do posłuchania – są na niej piękne ballady i piosenki, którym bliżej jednak do kompozycji niż do produkcji. Ale jest też pełno alkoholowych, didżejowsk-raperskich miszmaszów.
O tym, jak chciałam uciekać z kraju 11 listopada

I znów o moim tacie. Jego marzeniem było pojechać kiedyś 11 listopada do Warszawy, by zobaczyć obchody Święta Niepodległości. Powiem tak – jeśli kiedykolwiek będę mieszkać w stolicy, 11 listopada będę z niej uciekać. Jak najdalej. To, jak wygląda Warszawa w tym dniu, przeraziło i mnie zszokowało. Pomińmy to, że komunikacja miejska jeździła, jak chciała, i nie zdążyłam na pociąg do Torunia (a kolejny dopiero za 3h). Pomińmy korki. Najgorszy był strach, który towarzyszył mi, gdy szłam ulicami. Tu coś wybucha, tu jakieś race. Przede mną tłum krzyczących kiboli i nacjonalistów. Nie wiedziałam już, czy jak ktoś niesie flagę, to mam się go bać. To chyba nie tak powinno wyglądać.


O tym, jak wybiegałam od lekarza w podskokach

W sierpniu dowiedziałam się, że jestem chora na nadczynność tarczycy. Przeraziłam się nie na żarty, w końcu nikt nie chce dowiedzieć się, że jest chory i musi brać nie wiadomo ile leków. Tymczasem w minionym tygodniu odebrałam wyniki, które polepszyły się diametralnie. To naprawdę ogromna ulga dostrzegać, że leki działają. Nie chce już wracać do tych sierpniowych dni, ogromnego bólu i wizyt w szpitalu.


O tym, jak śmiałam się i drżałam w kinie

W listopadzie obejrzałam trzy kompletnie odmienne filmy. Zaczęło się od "Zgody". To jeden z najokrutniejszych, najmroczniejszych i najbardziej agresywnych filmów, jakie widziałam. Porusza bardzo trudny temat - obozów tworzonych przez Służbę Bezpieczeństwa. Wielokrotnie podczas oglądania tego filmu musiałam odwracać wzrok. Ale czy to znaczy, że żałuję, iż go obejrzałam? Stanowczo nie.
Na szczęście w listopadzie oglądałam też coś lżejszego. Razem z mamą wybrałyśmy się na "Listy do M. 3". O poziomach współczesnych polskich komedii lepiej nie mówić, jednak "Listy do M." nadal bawią. Scenarzyści wykazali kawał dobrej roboty, bo naprawdę jest się z czego pośmiać, a dialogi są naprawdę zaskakujące. 
W minionym miesiącu wybrałam się również do kina na film "Człowiek z magicznym pudełkiem". Do tej pory nie wiem do końca, co myśleć o tej produkcji - pomysł ciekawy, ale momentami trochę się gubiłam. Bardzo podobało mi się wyobrażenie świata w 2030 roku - choć był to smutny widok. 


Jaki był Wasz listopad? Mam nadzieję, że chociaż trochę radosny! 
Grudzień to jeden z najpiękniejszych miesięcy w roku, życzę Wam, aby był pełen rodzinnego ciepła i uśmiechu!
Sara