poniedziałek, 16 października 2017

Tallinn - co warto zwiedzić? - cz. 2

Do Tallinna możecie udać się nie tylko po to, by zobaczyć baszty. W mieście tym będziecie mieli okazję do tego, aby podziwiać między innymi kościół, który przez blisko sto lat był uważany za najwyższy w Europie. Są tam też współczesne pomniki i… pałac zbudowany przez cara.

Kontynuowaliśmy zwiedzanie Tallinna. Naszym kolejnym punktem był średniowieczny kościół św. Ducha. Maciek bardzo chciał zobaczyć jego wnętrze, ponieważ jest to świątynia luterańska – ciekawiło go, czym różni się od katolickiej. Niestety wstęp kosztował, więc ostatecznie do środka nie weszliśmy. Naszą uwagę zwrócił za to efektowny zegar. Mój wzrok przyciągnęła dodatkowo niezbyt zadbana elewacja kościoła. Na myśl przyszła mi brzydka Bratysława. Brr, szybko odepchnęłam tę myśl od siebie, bo do Bratysławy wracać nie chcę (nawet w myślach!).

Udaliśmy się ponownie w stronę Pikk Jalg, by po chwili natknąć się na uroczy pomnik sarenki. Niedługo potem naszym oczom ukazały się… Tak, zgadliście, baszty! Najstarsze wieże w Tallinnie to Nunne, Sauna and Kuldjala. Przyznajcie, że to ciekawe nazwy. Na baszty można wejść, wstęp kosztuje 2 euro.

W końcu dotarliśmy do słynnego kościoła św. Olafa. Zbudowano go prawdopodobnie w XIII wieku – jak widzicie, zabytki Tallinna cieszą się naprawdę długą historią. Świątynia kilkakrotnie płonęła, ale na szczęście w czasie II wojny światowej nie była zbytnio zniszczona. Wieża kościoła św. Olafa liczy 123,70cm. Wcześniej była jeszcze wyższa, ale zburzyło ją uderzenie pioruna. Niestety ten budynek również nie może pochwalić się zbyt czystą elewacją.

W Rydze można znaleźć Trzech Braci, a w Tallinnie – Trzy Siostry. Skąd nazwa kamieniczek? Być może pochodzi ona od legendy o kupcu, który wybudował domy dla swoich córek.

Nieopodal Trzech Sióstr podziwiać można Bramę Morską z XVI wieku. Na pewno wiecie, że stolica Estonii ma dostęp do morza. My jednak nad Bałtyk nie dotarliśmy, widzieliśmy go jedynie przez szybę autobusu.

Tuż za Bramą Morską znajduje się jedna z moich ulubionych budowli w Tallinnie – Gruba Małgorzata. To wyjątkowa baszta i nie można jej przeoczyć (zresztą, trudno byłoby jej nie zauważyć, że względu na tuszę… A ja narzekam, że jestem gdzieniegdzie zbyt duża). W myślach cały czas nazywałam basztę Grubą Bertą. Swoją drogą gdy wpisywałam w Google "gruba Małgorzata", wyszukiwarka zaproponowała "gruba Małgorzata Rozenek". Hm. Dlaczego Małgorzata? Tego nikt nie wie. Być może tak nazywało się jedno z dział, a może takie imię nosiła kucharka pracująca w baszcie. Ale dlaczego gruba, to chyba wiecie, nie?

Nie musieliśmy iść zbyt daleko, by zobaczyć pomnik „Przerwana linia”. Powiem jedno – robi wrażenie. Chociaż gdyby ktoś przechodził obok i nie wiedział, z jakiego powodu postawiono taki pomnik, to pewnie pomyślałby "ale dziwadło". Monument upamiętnia ofiary katastrofy promu "Estonia", który zatonął w 1994 roku. Zginęło wówczas ponad 850 osób. Pomnik jest bardzo symboliczny i wyjątkowy.

Wsiedliśmy do tramwaju i udaliśmy się w kierunku Kadriorgu. Maciek nie był przekonany do tego miejsca – wydawało mu się kiczowate. Ja natomiast bardzo chciałam zobaczyć pałac, który powstał na zlecenie Piotra Wielkiego. W okolicach Kadriorgu mieliśmy trochę przygód. Mnie bolał brzuch, a gdy w końcu dotarliśmy do pałacu to… nie byliśmy pewni, czy to ten budynek. Później z kolei musieliśmy włączyć nawigację, by dotrzeć do dworca.

Już w autobusie analizowaliśmy zdjęcia Kadriorgu i mówiliśmy „Kurczę, chyba widzieliśmy Kadriorg, ale… od tyłu.” Pewności nie mam nadal, bo w tamtejszym parku znajduje się kilka okazałych budynków.


I tak zakończyło się nasze zwiedzanie Tallinna. Kupiliśmy jeszcze trochę estońskich słodyczy, Maciek zaryzykował i spróbował kwasu chlebowego (dla mnie smakował on jak napój gazowany o smaku chleba). Na zwiedzenie Tallinna wystarczyło nam ok. pięć godzin.

Co sądzicie o tym mieście? Chcielibyście je odwiedzić? Jakie inne miasto przypomina Wam Tallinn?

Pozdrawiam ciepło

Sara

PS Nie widzieliście pierwszej części mojej relacji z Tallinna? Przeczytacie ją tutaj

piątek, 13 października 2017

Tallinn - co warto zwiedzić? cz. 1


Jaki jest Tallinn, szesnasta odwiedzona przeze mnie stolica? Niewielki, ale uroczy. Pełny baszt, baszteczek, wież i wieżyczek. O dziwo – droższy niż Ryga.

Zwiedzanie stolicy Estonii rozpoczęliśmy od podjechania autobusem kilku przystanków. Lux Express, którym dotarliśmy z Rygi do Tallinna, zatrzymywał się na dworcu autobusowym oddalonym od starówki o ok. 2,5km.

Naszym pierwszym punktem "must see" była Kiek in de Kök – baszta z XV wieku. Ciekawym elementem tej wieży są wmurowane kule. To symbol uszkodzeń, jakim uległa wieża wskutek ostrzału podczas wojen inflanckich. Być może zastanowi Was nazwa tej baszty. Okazuje się, że kiek in de kok w potocznym niemieckim oznacza peep into the kitchen czyli… zerknięcie do kuchni (?). Nazywano tak różne baszty, które były częścią murów obronnych miasta. Co ciekawe – kiek in de kok możemy znaleźć również w… Gdańsku. Mowa o Baszcie Jacek.
Mieliśmy dokładnie wytyczoną trasę z zaznaczonymi na mapce punktami. Oczywiście zboczyliśmy z niej już po obejrzeniu pierwszego zabytku. A to dlatego że naszym oczom ukazał się piękny sobór (który mieliśmy zobaczyć później). Sobór św. Aleksandra Newskiego jest świątynią prawosławną. Został wzniesiony pod koniec XIX wieku. W soborze znajduje się aż jedenaście dzwonów. Mnie jednak bardziej podobała się złota cerkiew w Rydze. Wiedzieliście, że wchodząc do świątyni prawosławnej, kobiety powinny zakryć włosy chustą?
Cofnęliśmy się nieco, by zobaczyć kolejną basztę. Tym razem tę o nazwie Długi Herman. Jest to część zamku Toompea (chyba jego najbardziej okazała część). Wieża została dobudowana do zamku przez krzyżaków. Składa się ona z dziesięciu pięter.
Przeszliśmy się ulicą Pikk Jalg (takim miniaturowym Montmartre ;)), aż w końcu dotarliśmy do ratusza. Od samej budowli o wiele bardziej spodobał mi się klimat ryneczku i otaczające go kamienice. Chociaż nie muszę wspominać, że pamiątki przy ratuszu były droższe niż w innych miejscach? Ratusz w Tallinnie został wpisany na listę UNESCO. Jest to jedyny zachowany ratusz w stylu gotyckim w Europie Północnej, a powstał… ponad 600 lat temu.
Na Vana Turg Maciek zrobił zdjęcie, z którego był później bardzo dumny. ;) Udało mu się sfotografować symbol miasta – figurkę Starego Tomasza. O postaci tej krążą różne legendy. Nie możemy stwierdzić, która jest prawdziwa, ale na pewno wiemy, że wiatrowskaz umieszczono na czubku wieży w XVI wieku.
Dlaczego nie wzięli mnie do teledysku One Direction?
Kolejne miejsce, które udało nam się zobaczyć, nieco mnie zawiodło. Chodzi o Katarinna Kaik. To uliczka żywcem wyjęta ze średniowiecza. Mnie jakoś nie zachwyciła, za to Maćka bardzo. Znajduje się tam mnóstwo galerii z rękodziełem.
W tym momencie ponownie nieco zboczyliśmy z trasy, by posilić się w McDonaldzie (ceny wyższe niż w Rydze!) i kupić pamiątki (pocztówki również kosztowały więcej niż na Łotwie). Tuż obok McDonalda Maciek uderzył panią (na szczęście tylko na zdjęciu). Po prostu chciał zbyt fajnie zapozować przy bramie Viru. W Tallinnie widzieliśmy sporo baszt, wież i pozostałości murów obronnych. Wzniesiona w XIV wieku Brama Viru wyglądała prawdopodobnie najbardziej efektownie z nich.
To nie koniec estońskich wrażeń. W następnym poście pokażę Wam budynek, który przez długi czas był najwyższym w Europie. Będą też inne, warte zobaczenia miejsca w Tallinnie. 
Co sądzicie o tym mieście?
Sara

wtorek, 10 października 2017

Kto gra, ten wygrywa... - Ryga i Tallinn



Środek dnia. Maciek w pracy. Nagle dzwoni mój telefon. Patrzę – przytulające kotki na ekranie. Znak, że dzwoni mój chłopak. Coś się stało.

Pomijam "halo", "cześć", "hej, kotek". Rzucam:
- Dzwonili z Milionerów?
- Nie. Wygrałem bilety do Rygi.
- ŁIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIII
Ecolines – przewoźnik autobusowy – zorganizował na swojej stronie konkurs, w którym do wygrania były bilety do Rygi. Należało rozwiązać quiz dotyczący tego miasta, wcale nie taki banalny. Nam na pewno pomogło to, że byliśmy już na Łotwie. Oboje wysłaliśmy zgłoszenia. Wygrywała jedna osoba. I był to Maciek. Ucieszyłam się ogromnie, nawet wtedy, kiedy myślałam, że to bilet tylko dla jednej osoby. Gdy otrzymaliśmy informację, że Maciek wygrał przejazd do Rygi i z powrotem dla dwóch osób, nasza radość była jeszcze większa.
Problem stanowił termin. Mieliśmy trochę zobowiązań, innych planów, kolejną wycieczkę. Nie chcieliśmy też jechać zimą ani późną jesienią. Bilety można było wykorzystać do grudnia. Stwierdziliśmy więc, że najrozsądniej (ale i najbardziej szalenie) będzie pojechać… niedługo. Konkretnie jakieś dwa tygodnie po wiadomości o wygranej. No i… pojechaliśmy.
Już kilka miesięcy temu stwierdziliśmy, że chcemy odwiedzić Tallinn. Rozważaliśmy nawet taki plan, by jechać do Rygi, którą bardzo polubiliśmy, przenocować w naszym sprawdzonym, ulubionym już hostelu i jechać do Tallinna następnego dnia. Nie sądziliśmy jednak, że plan ten uda nam się zrealizować tak szybko – niecałe pół roku po powrocie z naszego pierwszego pobytu w Rydze.
Dokładny termin wrześniowej wycieczki dopasowywaliśmy również do cen biletów autobusowych z Rygi do Tallinna. Rozważaliśmy dwóch przewodników – Ecolines oraz Lux Express. Ostatecznie padło na tego drugiego, ze względu na bardziej pasujące nam godziny i trochę lepsze ceny. Lux Express to niebo, ale o tym napiszę więcej w kolejnych postach. Może nawet przygotuję post pochwalny dla Lux Express.
Jak wyglądał plan naszej wycieczki?

Poniedziałek, 25 września:
6:15 – wyjazd z Warszawy do Rygi
18:50 (17:50 czasu polskiego) – dotarcie do Rygi
Nocleg w Central Hostel

Wtorek, 26 września:
8:00 – wyjazd z Rygi do Tallinna
12:25 – dotarcie do Tallinna
Zwiedzanie kolejnej stolicy
18:00 – wyjazd z Tallinna do Rygi
22:25 – dotarcie do Rygi
Drugi nocleg w Central Hostel

27 września, środa:
Długie spanie
Zwiedzanie Rygi
18:00 – wyjazd do Polski
6:00 – dotarcie do Warszawy
W kolejnym poście opowiem Wam o tym, jakie wrażenie wywarł na mnie Tallinn oraz co według mnie warto zobaczyć w tej stolicy.
Zdarzyło Wam się kiedyś wygrać bilety/wycieczkę? Z czym kojarzy Wam się Tallinn, a z czym Ryga albo ogólnie Estonia i Łotwa?
Uściski!
Sara

sobota, 7 października 2017

Kolejny piękny prezent - pocztówki z Ameryki Południowej i Środkowej

Zacznę grubo: zostało 60 państw. Nie, nie do odwiedzenia. Do zebrania pocztówkowej kolekcji z całego świata!

Nie sądziłam kiedykolwiek, że dotrę do tego momentu. Ok, miałam nadzieję, ale nie myślałam, że tak szybko ziszczą się marzenia. Tymczasem na tę chwilę posiadam widokówki z blisko 140 państw świata. A tak niedawno zaczynałam… ;)

Okazuje się, że mój chłopak odnalazł niezwykły sposób na teleportację. A może ma jakieś magiczne UFO, które pozwala mu dotrzeć do Burkiny Faso, Panamy i innych egzotycznych krajów. Przynajmniej on sam tak twierdzi.

Nie wiem, czy Maciek postanowił obrabować warszawskie antykwariaty czy allegro, a może i jedno, i drugie. Nie chce zdradzić. Moja ciekawość jest iście diabelska, ale w sumie czy to takie ważne, gdzie ktoś kupił prezent? Chyba ważniejsze jest to, że dobrał go tak idealnie…

Pokazywałam Wam już afrykańskie pocztówki od Maćka, które otrzymałam w prezencie rocznicowo-urodzinowym. Była to tylko część upominku. Tymczasem dostałam już kolejną turę! Cały czas nie mogę wyjść z podziwu.

Dziś zdecydowałam, że pokażę Wam kartki z Ameryki Południowej oraz Ameryki Środkowej, które podarował mi M. Okazuje się, że z Ameryki Południowej brakuje mi już tylko dwóch państw  – Paragwaju oraz Trynidadu i Tobago. Jeśli ktoś z Was wie, jak zdobyć pocztówki z tych krajów, wiecie co robić… :D Ozłocę!

Zacznijmy więc od Ameryki Południowej. Kartka z Ekwadoru jest nieco mniejsza niż typowa pocztówka, ale to nadal pocztówka. Guayaquil to największe miasto w Ekwadorze. Mieszka w nim ponad 2,5mln ludzi. Napis na kartce mówi nam, że miasto to oferuje prawdopodobnie najbardziej żywiołowe życie nocne w całym kraju. Co więcej Guayaquil leży nieopodal Oceanu Spokojnego. Widokówka jest niewypisana i bardzo mi się podoba. Jest taka... naturalna. Nie pokazuje wystudiowanych widoczków, tylko prawdziwe życie pędzącego miasta.
Pewnego letniego dnia wybraliśmy się z Maćkiem do toruńskiego zoo. Nie mogliśmy pominąć ptaszarni - mój chłopak bywa zapalonym ornitologiem. Zdradziłam wówczas Maćkowi, że według mnie najpiękniejszym ptakiem jest tukan. Nie wiem, czy M. wtedy postanowił zdobyć dla mnie kartkę z tym zwierzęciem, czy zakupił ją wcześniej i po moim wyznaniu zrobił tylko yes w duszy. Co tu dużo mówić - pocztówka z tukanem jest przecudna.  Gdy ktoś mówi "Honduras", myślę 'wojna futbolowa". Kojarzycie to wydarzenie? To krótki konflikt, który wybuchł w 1969 między Hondurasem a Salwadorem. Powodem miał być rzekomo przegrany mecz, ale w rzeczywistości już wcześniej państwa te były do siebie wrogo nastawione. 
Wiecie, jakie jest moje pierwsze skojarzenie z Gwatemalą?
...
...
...
Blogerka Joanna Glogaza! Tak, wiem, to dość dziwne. Po prostu czytam teksty Joasi regularnie. Pamiętam, że byłam dość zaskoczona, gdy zobaczyłam, że wybrała się akurat do Gwatemali. Okazało się, że powodem wyjazdu było wesele. Dzięki Joannie mogłam pooglądać piękne kadry z Gwatemali i co nieco się o tym kraju dowiedzieć. Żałowałam tylko, że nie napisałam do niej z prośbą, by przywiozła mi pocztówkę z Gwatemali. :D Ale za to Maciek stanął na wysokości zadania i podarował mi kartkę z tego kraju. Przedstawia ona orchidee, które w Gwatemali kwitną hurtowo. 
Belize to ten rodzaj kraju, o którym mało kto słyszał, a jeszcze mniej osób wie, gdzie jest położony. A Belize to niewielkie państwo na Półwyspie Jukatan. Mieszka w nim mniej osób niż w Bydgoszczy. O Belize nie wiedziałam nic, teraz moja wiedza wzbogaciła się o fakt, iż w Belize, a także kilku państwach Ameryki Środkowej i Południowej można spotkać piękne motyle Morpho menelaus. Są dość duże - rozpiętość ich skrzydeł wynosi 13-14cm. A ten kolor! Przepiękny. Kartka jest naprawdę idealna - biała ramka, nazwa państwa i wspaniały kadr. 
Na pewno znacie Rihannę. Piosenkarka ta pochodzi z Barbadosu. Czyli raju. ;) Spójrzcie tylko na te palmy! Oj, chciałabym choć raz wybrać się na egzotyczną wyspę z turkusową, ciepłą wodą i poleżeć pod palmą. Dodam, że niedawno otrzymałam... drugą pocztówkę z Barbadosu, tym razem od Tomasza. Pokażę ją Wam przy innej okazji. 

Na koniec - Panama. Kartka przedstawia pomnik Simona Bolivara, Walczył on o wyzwolenie krajów Ameryki Południowej i Środkowej spod władzy Hiszpanów. Pomnik ten można zobaczyć w mieście Colon (to tam właśnie dzieje się akcja "Latarnika" Sienkiewicza). Może fotografia nie jest idealna, ale cieszę się, że udało mi się zdobyć również kartkę z Panamy. 
Jedno słowo: dziękuję!


Dajcie znać, czy macie któreś z tych państw w swojej kolekcji oraz która pocztówka z pokazanych  w tym poście skradła Wasze serce. ;)
Uściski!
Sara

środa, 4 października 2017

Japonia na wyciągnięcie ręki w FunEscape



Maćkowi marzyła się Japonia. Więc postanowiliśmy to marzenie spełnić.

Przywitały nas kwiaty kwitnącej wiśni i pandusie. Później było już tylko lepiej. Wachlarze, kimono i… jeszcze więcej pand. Brzmi jak sielanka? Wcale tak lekko nie było!

W warszawskim FunEscape możecie spróbować wydostać się aż z dziewięciu pokoi. Trudno było nam wybrać jeden. Ostatecznie padło na Mistrza Zen. Pokój miał dobre opinie i nie wydawał się zbyt trudny.

Pracownicy FunEscape wywarli na nas bardzo miłe wrażenie, widać, że to miejsce tworzone jest z pasją. Jedna z pań pracujących w FunEscape opowiedziała nam o Mistrzu Zen i służyła wszelką pomocą. Gdy okazało się, że popsuliśmy coś w pokoju, ona przyszła i zrobiła wszystko, byśmy bawili się dalej. Spodobało mi się takie podejście – być może obsługa innych escape roomów olałaby nas i stwierdziła, że jakoś musimy sobie poradzić.

Od razu Wam zdradzę, że z pokoju Mistrz Zen udało nam się uwolnić, ale potrzebowaliśmy drobnego wsparcia. ;) Co bardzo nam się podobało w tym escape roomie, to fakt, że liczba zagadek nie przytłaczała. Kłódek było zaledwie kilka, a jeśli tylko dokładnie (naprawdę dokładnie!) przeszukało się pokój, można było rozwiązać wszystkie zadania bez czyjejś pomocy. Ja do tej pory nie mogę przestać się dziwić temu, że odwiedziłam już tyle escape roomów, a nadal zdarza mi się coś przeoczyć. Cóż, dalej muszę ćwiczyć spostrzegawczość. ;) Zagadki były bardzo przyjemne, a pokój klimatycznie urządzony.

Czy pokój ten miał jakieś wady? Mnie zdecydowanie nie przypadła do gustu forma podawania wskazówek. Musieliśmy biegać do ekranu znajdującego się przy drzwiach, by przeczytać podawane nam podpowiedzi. Straciliśmy na to trochę czasu. Chyba pozostaję zwolenniczką interkomu, ewentualnie krótkofalówek. Poza tym pokój był dość ciemny, co dla niektórych może być dużym minusem, ale dało się w nim funkcjonować. Widziałam ciemniejsze escape roomy i nie chcę do nich wracać.

Mistrz Zen na pewno oczaruje wszystkich miłośników Japonii oraz osoby, które dopiero zaczynają swoją przygodę z pokojami ucieczek. Myślę, że możecie udać się do tego pokoju z dziećmi. Na pewno nie zniechęci Was obsługa, bo była naprawdę pomocna. Jeśli więc chcecie przenieść się chociaż na chwilę do Kraju Kwitnącej Wiśni, wybierzcie się na ulicę Powsińską w Warszawie. Tylko uwaga, w Mistrzu Zen może Was irytować… tykająca bomba. Dlatego musicie jak najszybciej ją rozbroić!

Była to nasza pierwsza wizyta w FunEscape, ale myślę, że jeszcze wrócimy do tego miejsca. Cieszę się, że znów mogliśmy bawić się w pokoju, który nie był stricte horrorowi-kryminalnym escape roomem.
Chcielibyście wybrać się do escape roomu w japońskim klimacie?
Pozdrawiam ciepło!
Sara

niedziela, 1 października 2017

Oj, działo się... - wakacje 2017



Trudno jest podsumowywać czas pełen niespodzianek, niezapomnianych wrażeń i niezwykłych przygód. Mimo to spróbuję.

W dzisiejszym poście chciałabym wrócić pamięcią nie tylko do minionego miesiąca, lecz także do lipca i sierpnia. W kończące się właśnie wakacje miało miejsce sporo miłych i pełnych radości wydarzeń. Chciałabym choć na chwilę do nich powrócić.

Zacznę od tego, co sardynki lubią najbardziej, czyli od PODRÓŻY. Nie brakowało ich w to lato. Odwiedziłam dwie nowe stolice – Brukselę oraz Tallinn, a także powróciłam do znanej mi już Rygi i Warszawy. Jeśli mowa o Warszawie – bywałam w niej nadzwyczaj często w ciągu ostatnich trzech miesięcy z racji przeprowadzki Maćka. Starałam się jak najlepiej poznać polską stolicę i zwiedziłam w niej między innymi takie miejsca jak Łazienki, Muzeum Czar PRL-u, Muzeum Neonów, Niewidzialną Wystawę, Multimedialny Park Fontann czy Park Miniatur.
To lato było pełen ucieczek. Ale nie od obowiązków. ;) Zaszalałam, jeśli chodzi o liczbę odwiedzonych escape roomów. Toruń już mi nie wystarcza, zaczęłam więc podbijać Warszawę. Uratowałam święta, nie wydostałam się z celi, uciekłam z Sex Roomu i rozbroiłam bombę. Nie zwalniam tempa. Już niedługo czeka mnie żeglarski rejs i wizyta w dżungli…

Ogromnie miło wspominam moje dwudzieste urodziny. Okazało się, że wcale nie jestem za stara na wyprawianie przyjęcia urodzinowego w domu. Spędziłam wspaniały czas z najbliższymi mi osobami. Przygotowałam dla nich tea quiz (jesteście ciekawi kategorii? :D Show biznes, stolice europejskie, język polski, blogerzy i youtuberzy, kuchnia oraz muzyka). Moi goście wzięli również udział w… quizie o jubilatce. Świetnie się bawiliśmy. Dziękuję za idealnie trafione prezenty, piękne życzenia i przede wszystkim za Waszą obecność. Niektórzy z Was są w moim życiu już od 7 lat.
W sierpniu dowiedziałam się, że jestem chora, co nieco zmieniło moje przyzwyczajenia, myślenie i nawyki. Na tarczycę się nie umiera, ale potrafi ona niesamowicie doskwierać. Moje wyniki były bardzo złe, ale dzięki lekarstwom stopniowo się poprawiają. Mam nadzieję, że polepszy się także moje samopoczucie i kondycja – nadczynność tarczycy sprawia, że czuję się wiecznie zmęczona, niewyspana i w ogóle taka ble. Trzęsą mi się ręce, co nieraz było dla mnie powodem do wstydu. I co najgorsze – często boli mnie brzuch. To naprawdę uciążliwe, ale wierzę, że wyjdę z tego.

Minione wakacje były pełne literatury. Chyba jeszcze nigdy nie przeczytałam w lato tylu książek, ile w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Dzięki godzinom spędzonym w pociągu mój stan przeczytanych w tym roku książek wynosi 50! Trzy najlepsze lektury tego lata? "Ugly love" i "Maybe  someday" autorstwa Colleen Hoover oraz poradnik "Jak przestać się martwić i zacząć żyć?"

Co jeszcze działo się w lipcu?
- kupiłam bilet na koncert Eda Sheerana
- zwiedziłam Kraków i dotarłam nad Morskie Oko
- byłam w SPA
Co jeszcze działo się w sierpniu?
- pracowałam jako recepcjonistka
- bawiłam się na weselu
- spotkałam Alexandra Rybaka
Co jeszcze działo się we wrześniu?
- rozdawałam gazety
- byłam na koncercie Sary Pach śpiewającej piosenki Anny Jantar
- spotkałam się z dawno niewidzianymi osobami
Cóż… Chyba nie mam co narzekać na brak wrażeń, prawda? :D
Jakie były Wasze wakacje?
Powodzenia w nadchodzącym roku szkolnym/akademickim i w kolejnych miesiącach pracy. :)
Sara 

czwartek, 28 września 2017

Park Miniatur - wspomnienie dawnej Warszawy


Jeśli ktoś swoimi działaniami nie wyrządza nikomu krzywdy, wręcz przeciwnie – czyni wiele dobrego, to dlaczego mu w tym przeszkadzać? Dlaczego mu utrudniać, rzucać kłody pod nogi?
Ten post o Parku Miniatur zaczęłam trochę od końca. Może czas dojść do początku. O Parku Miniatur dowiedziałam się od Ani, która niedawno została przewodnikiem po Warszawie. Niedługo po tym, jak zaczęłam planować wizytę w tym miejscu, okazało się, że Park Miniatur musi zmienić siedzibę. Dlaczego? Cóż, tego nikt dokładnie nie wie. Park jest instytucją prywatną, w związku z czym państwo nie ma obowiązku mu pomagać. Tyle że twórcy miniatur oraz przewodnicy po parku zrobili dla Warszawy dużo dobrego. Czy nikt z rządzących tego nie zauważa?
W Parku Miniatur znajdziemy miniatury budowli z województwa mazowieckiego, przede wszystkim z Warszawy. Co jednak wyróżnia tę placówkę na tle innych, to fakt, że miniatury przedstawiają budynki, których już nie ma. Piękne budowle zbombardowane w czasie wojny czy gustowne kamienice rozebrane jeszcze przed początkiem XX wieku. Twórcy miniatur wykonują więc ogromną pracę. Muszą poszukiwać starych zdjęć czy obrazów przedstawiających nieistniejące już obiekty. Co więcej nie mogą i nie chcą tworzyć makiety, która będzie zlepkiem tego, jak wyglądał dany budynek w różnych okresach. Za cel postawili sobie pokazanie obiektów tak, jak prezentowały się one w konkretnym roku. Poszczególne elementy miniatur drukowane są na drukarce 3D, jednak nie tylko. Korzysta się również z tradycyjnej techniki odlewu. Zdjęcia nie są w stanie w pełni ukazać tego, jak misterną pracę wykonali autorzy miniatur.
Z Maćkiem wybraliśmy się na godzinny spacer z przewodnikiem po Parku Miniatur. Wysłuchaliśmy fascynujących opowieści o dawnej Warszawie. Nie zabrakło ciekawostek i anegdot. Przewodnik opowiadał z tak wielką pasją, że na myśl o tym, iż Park Miniatur może przestać istnieć, robiło mi się nieopisanie przykro.
Miniatury są po prostu piękne. Widać, że wykonano je z wielką precyzją. Udało nam się zobaczyć m.in. miniaturę Pałacu Saskiego czy Wielkiego Salonu wraz z Żelazną Bramą. Jakie to musiały być efektowne budowle! Żałuję, że już nie znajdziemy ich na mapie Warszawy… Część z prezentowanych miniatur przywodziła mi na myśl architekturę wiedeńską – elegancką i wytworną.
Moi drodzy, wystarczy, że podpiszecie petycję, a razem możemy uratować Park Miniatur. Nie rozumiem władzy, która chce zlikwidować miejsce, które po pierwsze jest wielką atrakcją turystyczną, po drugie to swego rodzaju reklama dla Warszawy, miejsce przyciągające turystów i miłośników historii, po trzecie to placówka edukacyjna, która pokazuje nam dzieje Warszawy. Wreszcie po czwarte Park Miniatur to miejsce stworzone z pasją. Wiecie, ile zajmuje wykonanie jednej miniatury? Ponad rok.
Chce mi się płakać, gdy pomyślę, że Park Miniatur będzie musiał opuścić obecną siedzibę. Miniatury są bardzo ciężkie, ale też zawierają drobne elementy. A będzie trzeba je wynieść z budynku…
Kochani, zróbmy coś, by pomóc właścicielom Parku Miniatur!
Trzymajcie się!
Sara