niedziela, 25 czerwca 2017

Najpiękniejsze miejsca w Polsce

Ostatnio wpadłam na pomysł tego posta. Do dziś zachodzę w głowę, dlaczego wcześniej takowy nie pojawił się na blogu. Polska jest piękna i to nie podlega dyskusji. A gdzie jest najpiękniej?

Od razu uprzedzam hejty (żeby dalej ich nie było, już całkiem długo się trzymam :D): nie, nie zwiedziłam Polski wzdłuż i wszerz. Nadal są takie miejsca, w których nie byłam, które widziałam tylko na zdjęciach. Ale jednocześnie gdy zastanawiam się, który zakątek naszego kraju mogłabym zobaczyć, okazuje się, że te najbardziej znane, najsłynniejsze, najbardziej warte odwiedzenia już mam w większości odhaczone. Zaczęłam się zastanawiać nad najpiękniejszymi - moim zdaniem - miejscami w Polsce. Które z tych miejsc ukochałam sobie najbardziej, o których nie mogę zapomnieć i które z czystym sercem poleciłabym innym? Subiektywny ranking znajdziecie poniżej.

Zamek w Mosznie – prawdopodobnie najpiękniejszy pałac w Polsce. Bajkowy. Disneyowski. Nie tak słynny jak chociażby Zamek Książ. Ale niezwykle efektowny, otoczony uroczym parkiem. Przy okazji pobytu w Mosznie możecie zajrzeć do niewielkiej palmiarni. Mnie pałac zauroczył i chętnie wróciłabym tam na sesję zdjęciową. Ciekawią mnie też pałacowe wnętrza.
Rusinowa Polana – dawno, dawno temu pojechałam na kolonie. Do Zakopanego. W słoneczny dzień, całą grupą, wybraliśmy się na Gęsią Szyję - szczyt mierzący 1489 m.n.p.m. Do dziś pamiętam swój zachwyt nad Rusinową Polaną położoną między dwoma górami. Natura stworzyła coś tak pięknego? No i te widoki… Kupiłam pocztówkę z Rusinowej Polany – przez długi czas zajmowała honorowe miejsce na mojej tablicy korkowej.
Toruń – haha, zero obiektywizmu! Ale czyż Toruń nie jest piękny? Ten widok na panoramę, starówka, średniowieczne kamienice… Cały klimat tego miasta sprawia, że je lubię. Chociaż… nie mam nic przeciwko wyprowadzce.
Zamość – i znów będzie sentymentalnie. W Zamościu byłam kilkakrotnie, moi dziadkowie mieszkają na granicy polsko-ukraińskiej, a więc jakieś 70km od perły renesansu. Zamość nie jest ogromny, ale to tylko dodaje mu uroku. Stare Miasto, w tym piękne schody, będące znakiem rozpoznawczym miasta sprawiają, że uśmiecham się na samą myśl.
Wrocław – po raz pierwszy we Wrocławiu byłam w szkole podstawowej na finale Międzynarodowych Gier Matematycznych i Logicznych… Tak, też jestem w szoku. Odwiedziliśmy wówczas zoo i zobaczyliśmy Panoramę Racławicka. Ale dopiero moja wizyta we Wrocławiu bodajże dwa lata temu rozkochała mnie w tym mieście. Cudowna architektura, zabawne krasnale, liczne mosty i parki, mnóstwo miejsc wartych odwiedzenia. Wrocław wydaje mi się lepszą alternatywą dla Warszawy (w końcu też mają lotnisko, haha. Te priorytety!)
Kaszubski Park Miniatur – urocze miejsce. Nie trafiliśmy z pogodą, było nam zimno, ale i tak miło wspominam odwiedziny w Kaszubskim Parku Miniatur. Ja po prostu lubię takie światowe miejsca. Fantastycznie było móc sfotografować się przy Wieży Eiffla i Big Benie (a jeszcze wspanialej polecieć do Paryża i Londynu kilka lat później…). To idealne miejsce na jednodniowy wypad, nie tylko dla rodzin z dziećmi.
Jeśli chodzi o miejsca w Polsce, które bardzo chciałabym zobaczyć, to na pewno na pierwszym miejscu jest Kraków – byłam w tym mieście jako dziecko i niewiele pamiętam, a na drugim tatarskie meczety (niestety nikt nie chce tam ze mną jechać…). Nieco dalej znajdują się pałace w Wielkopolsce i Podkarpacie (Łańcut, Rzeszów i Przemyśl).

Poznań, Szczecin, Gdańsk, Bydgoszcz, Gniezno, Lublin, Łódź czy nawet Warszawa jeszcze mnie w sobie nie rozkochały, mimo że gościłam w tym miastach wielokrotnie. Może i na nie przyjdzie czas? Podobnie z Górami Świętokrzyskimi, Stołowymi, Bieszczadami, Karkonoszami i wieloma innymi… Czy to znaczy, że te miejsca są brzydkie, brudne i w ogóle be? Nie! Tylko widziałam w swoim życiu piękniejsze, bardziej efektowne, z innymi związane mam lepsze wspomnienia.

Czyżbym o czymś zapomniała? Jakie są według Was najpiękniejsze miejsca w Polsce?
Uściski!
Sara
PS Właśnie zauważyłam, że opublikowałam już kiedyś post pod tytułem "Najpiękniejsze MIEJSCE w Polsce". Sprawdźcie, co się w nim znalazło. ;)

czwartek, 22 czerwca 2017

Yes w duszy


W ramach egzaminu z emocji i motywacji wymyśliłam nową emocję. To takie "yes w duszy". Połączenie dziecięcej radości, zadowolenia, dzikiego szczęścia, ulgi, pewien rodzaj odetchnięcia.

Tak naprawdę nikt nie kazał mi tego wymyślać. Ale stwierdziłam, że opowiem Wam o tym.
Są takie momenty w życiu codziennym, w którym cieszę się, że coś mi się udało, że zaszedł dany zbieg okoliczności, że coś, o czym myślałam, ziściło się. Jednak nie tylko o takie chwile chodzi. Kiedy piszę o "yes w duszy", w mojej głowie pojawiają się również sytuacje, w których miałam banalne szczęście albo cieszyłam się jak głupia z przypadków.

Kiedy robię "yes w duszy"?


  • Gdy uda mi się stworzyć idealnego koka z wypełniaczem. Albo przedziałek.


  • Gdy widzę policję czającą się w uliczce i nie zostaję zatrzymana.


  • Gdy na skrzyżowaniu równorzędnym skręcam w prawo.


  • Gdy mama kupi mi serki homogenizowane, mimo że nie prosiłam ją o to.


  • Gdy nie przypalę garnka.


  • Gdy uda mi się pomalować rzęsy, nie zamieniając się w pandę.


  • Gdy otwieram rano zmywarkę i okazuje się, że nie muszę z niej wyjmować naczyń.


Jak widzicie, trochę tych przykładów jest. Ale to na pewno nie wszystkie. Możecie się śmiać, możecie się ze mną utożsamiać. Założę się, że również przeżywacie chwile, w których robicie "yes w duszy”. Tylko nie wiedzieliście do tej pory, jak to uczucie nazwać. Spoko, nazwałam je za Was. Mój chłopak również przyznał się do przeżywania "yes w duszy". Na przykład wtedy, gdy wstaje rano i myśli, że będzie musiał iść do sklepu, bo nie ma nic do chleba. Otwiera lodówkę, a tam… serek. Albo jak buszuje w Media Markcie i nagle znajduje płytę, którą chciał kupić od dawna, w supercenie – 19,90zł.
Jakie są Wasze chwile niezrozumianej dla innych radości, ulgi i szczęścia? Wasze "yes w duszy"?
Sara

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Busem Przez Świat: Nie bójcie się realizowania marzeń [wywiad]

Ola Ślusarczyk i Karol Lewandowski, autorzy popularnego bloga Busem Przez Świat, odwiedzili ponad pięćdziesiąt krajów. Rzucili pracę, by móc robić to, co kochają najbardziej – podróżować. Po spotkaniu w Dworze Artusa w ramach Toruńskiego Festiwalu Książki miałam okazję porozmawiać z nimi o ich ulubionych kierunkach podróży. Ola i Karol zdradzili, co zrobią, gdy w busie wybuchnie silnik, i podzielili się swoimi doświadczeniami.
Co dają Wam takie spotkania jak to dzisiejsze w Toruniu?
O: Traktujemy te spotkania jako taką konfrontację z publicznością, z czytelnikami. W trasie przytrafia nam się naprawdę wiele różnych, ekstremalnych przygód, można wręcz powiedzieć, że jesteśmy specjalistami od przygód. Myślę, że ludzie mogą nie do końca wierzyć we wszystko, co się nam przytrafia. Nasz występ przed publicznością może weryfikować to, w jaki sposób odbierane są nasze przygody – czy ludzie faktycznie w nie wierzą.
K: Chcemy też zainspirować innych, zmotywować ich. Często jest tak, że ludzie chcą podróżować, ale tego nie robią, bo sądzą, że podróżowanie jest trudne, bo boją się, że ktoś ich zamorduje, okradnie, że nie starczy im pieniędzy. Ludzie potrzebują takiego kopa do ruszenia z miejsca. Wiemy, że zdarzało się tak, że ktoś przychodził na nasze spotkanie, a po wyjściu zaczynał planować swoje wyprawy. W naszym przypadku też się tak stało – byliśmy na kilku spotkaniach, przeczytaliśmy trochę książek podróżniczych i to nas zmotywowało. Wspaniałe jest to, że możemy inspirować inne osoby. Wydaje mi się, że to jest nasz sposób na spłacenie długu wobec wszechświata, wyrównanie karmy. Otrzymujemy bardzo dużo pomocy, szczególnie w podróży. Czujemy pewne zobowiązanie do tego, by pomóc innym. Staramy się robić to na różne sposoby. Włączamy się w akcje charytatywne, wspieramy innych podróżników. Jednak taka forma pomocy, jaką jest wytłumaczenie ludziom krok po kroku, jak samemu tanio podróżować, również ma mnóstwo zalet.


Śledzę Wasz profil na Instagramie od dłuższego czasu. Czy sądzicie, że zdjęcia są najlepszą pamiątką z podróży?
O: Nie, zdecydowanie nie. Pierwszy, najzwyklejszy aparat kupiliśmy dopiero po czterech latach blogowania. Wcześniej pstrykaliśmy zdjęcia telefonem.
K: Zdjęcia nigdy nie były dla nas najważniejsze. Liczy się to, co zostaje w głowie, wszystkie przygody, spotkania z ludźmi, to, czego się nauczyliśmy o sobie i o innych. Bardzo często jest tak, że nie mamy zdjęcia pięknego widoku, bo gdy dzieje się coś spontanicznego, zupełnie nie chce nam się myśleć o fotografowaniu. Bywało również tak, że nie chcieliśmy po prostu tracić ani chwili z tego, co się działo. W San Francisco wybraliśmy się na wschód słońca, ale przez mgłę nie było widać mostu Golden Gate. Po paru godzinach w końcu się wyłonił. Byliśmy tak oczarowani tym widokiem, że powiedzieliśmy sobie: nie robimy zdjęć, po prostu patrzmy.


O: Dopiero podczas drugiej wizyty na Golden Gate uwieczniliśmy to miejsce na fotografiach.



Super jest to, co mówicie. Obecnie coraz więcej osób skupia się na robieniu zdjęcia, ale w ogóle nie zwraca uwagi na to, co w rzeczywistości widzi.

O: Teraz często wyjeżdża się tylko po to, by robić zdjęcia, by pochwalić się nimi na Instagramie, na Facebooku. Celem stają się same zdjęcia, a nie doświadczenia.
K: Staramy się, żeby zdjęcia były jednak na drugim miejscu. Tak samo tworzenie filmów. Zwykle stawiamy kamerę gdzieś z boku, niech sobie nagrywa. Rzadko kiedy bywa tak, że kamera jest między nami a człowiekiem.
O: Nie chcemy wprowadzać dystansu między nami a tym, co się przydarza.


Czy jest takie miejsce, którego Busem Przez Świat nie poleciłoby innym? Albo macie nieprzyjemne wspomnienia związane z jakimś miejscem?
O: Nowa Zelandia (śmiech). Byliśmy tam dwa tygodnie, ale pogoda w ogóle nie dopisała. Ciągle padało, ciągle były mgły. Ale absolutnie nie odradzalibyśmy ludziom podróży na Nową Zelandię, bo uważamy, że każdy powinien wybrać się tam, gdzie chce jechać.
K: Chcemy wrócić na Nową Zelandię, dać jej szansę. Na pewno jest piękna, tylko my po prostu nie trafiliśmy z pogodą. W dodatku Ola podczas pobytu się rozchorowała, więc ma złe wspomnienia.
O: Ludzie często marzą o Nowej Zelandii, bo leży na końcu świata. Myślę, że gdyby to był jakiś inny kraj, to Polacy również mieliby potrzebę tam lecieć, ponieważ znajduje się daleko. Ale jeśli chodzi o to, jaka jest Nowa Zelandia, o to, co można tam zobaczyć, to my taką Nową Zelandię mamy w Europie w postaci przepięknej Norwegii.

K: Albo Islandii!

O: Islandia to takie połączenie Nowej Zelandii i Norwegii, plus ma jeszcze coś więcej – gorące źródła. To kosmiczny, niesamowity kraj.

K: A więc jeśli ktoś marzy o tym, by odwiedzić Nową Zelandię, to proponujemy najpierw polecieć na Islandię za 400zł. Chyba nie mamy takiego kraju, który by nas rozczarował – poza Nową Zelandią, ale to przez wspomnianą pogodę – i nie polecilibyśmy go innym. Wydaje nam się, że wszędzie znajdzie się coś wartego zobaczenia. Gdy jechaliśmy do Szwajcarii z National Geographic na zaplanowany przez nich wyjazd, to sądziliśmy, że nie warto podróżować do tego kraju. Pragnęliśmy egzotyki, Australii, Afryki. A tymczasem Szwajcaria nas zachwyciła i chcemy tam wrócić. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób zwiedzamy dany kraj i czego w nim szukamy. Odwiedziliśmy ponad pięćdziesiąt państw, a cały czas jesteśmy zauroczeni Polską. Mamy plan, by zwiedzić wszystkie województwa. Jesteśmy w szoku, jak wiele wspaniałych miejsc jest w Polsce, o których nigdy wcześniej nie słyszeliśmy.

A kujawsko-pomorskie jeszcze przed Wami, dziś wpadliście tylko na chwilę?
K: Tak, do tej pory odwiedziliśmy m.in. dolnośląskie i świętokrzyskie.
Kolejna inicjatywa, którą na pewno zainspirujecie wiele osób.
K: Po odwiedzeniu każdego województwa publikujemy w Internecie artykuł z poradami. Wiemy, że wiele osób z tego korzysta. Zdarza się, że ludzie, którzy mieszkają w Bielsku-Białej od 20 lat, nie wiedzieli, że mają w mieście ostatniego polskiego skrybę.
O: On ręcznie przepisuje dzieła Reymonta i jest człowiekiem tak niesamowitym, że aż brakuje słów.
K: Po dwadzieścia godzin dziennie siedzi i przepisuje książki, bo kiedyś przyśniło mu się, jak ktoś mówi mu, że ma się tym zająć.

O: Siedzi w pomieszczeniu bez prądu, ogrzewania, marznie, właściwie jest już chory. To człowiek z pasją, który poświęcił całe swoje życie pisaniu.


Jak odkryliście tego skrybę?
O: Przez znajomych. Powiedzieliśmy, że chcemy jeszcze coś fajnego zobaczyć po śniadaniu przed wyjazdem. Po dotarciu do skryby byliśmy w takim szoku, że musieliśmy to wszystko przetrawić. Wracaliśmy do niego trzy razy, żeby go zrozumieć. Wydawało się, że on od pierwszego spotkania czuje sympatię do drugiego człowieka. Ale dopiero za czwartą wizytą nakręciliśmy o nim materiał.
Czy ten skryba coś ma z tej swojej pasji?
O: Nic nie ma. Nie jest formalnym muzeum, ponieważ nie spełnia wymogów. Jednak ludzie mogą wrzucić mu jakiś datek. Właściwie to nie da się wyjść od tego człowieka, nie zostawiając nic. Takich zdumiewających miejsc i ludzi jest w Polsce mnóstwo.
A czy zamachy terrorystyczne w jakikolwiek sposób zniechęcają Was do podróży?
O: Nie. Nie wiem, czy pamiętasz, ale kilka lat temu miała miejsce taka sytuacja – na dziennikarza telewizyjnego i jego rodzinę zawaliła się kamienica, gdy spali. Można więc w obawie przed zamachami zostać w domu. Ale jak widać, w domu też może stać ci się krzywda.
K: Powinniśmy mieć świadomość, że większość ludzi jest dobrych i nie ma zamiaru zrobić ci krzywdy. Trzeba mieć strasznego pecha, by trafić na kogoś nieprzyjaznego. My mieliśmy bardzo dużo ekstremalnych sytuacji i nigdy nic nam się nie stało. Jesteśmy osiem miesięcy w roku w podróży, więc według niektórych powinniśmy już nie żyć. Nie ma się czego bać.


Czy jest coś takiego, czego autorzy bloga Busem Przez Świat nie lubią w podróżach?
O i K: Nie lubimy za długich podróży.
K: To znaczy, od momentu wyjazdu z domu do momentu powrotu jesteśmy w podróży nawet osiem miesięcy. Zauważyliśmy, że po trzech miesiącach podróż staje się dla nas codziennością i nam powszednieje. Przestajemy wówczas doceniać to wszystko i to nas irytowało. Podbiegały do nas kangury, a my reagowaliśmy na to: kangury, jeny, to znowu wy?
O: Sami byliśmy źli na siebie, że te doświadczenia nas nie cieszą.

K: Dlatego zaczęliśmy organizować krótsze wypady, maksymalnie trzymiesięczne. Naszą najbliższą wyprawę podzieliśmy na trzy etapy. Gdy wrócimy do Polski po dwóch czy trzech miesiącach na kilka tygodni będziemy mogli się zdystansować od tego wszystkiego, odpocząć, przetrawić na spokojnie. Dzięki takim działaniom jesteśmy w stanie cały rok być w podróży i przez cały czas to doceniać, cieszyć się tym.

Czy zgodzicie się w takim razie z tezą, że najlepsze w podróżach są powroty do domu? A może planowanie to najbardziej ekscytujący element wyprawy?
O: Nie, dla nas najlepszym elementem wyprawy jest podróż, bycie w drodze, poznawanie nowych osób, kompanów podróży.
K: Powrót jest ważny, ale w kategoriach przerwy. To nawet nie musi być przerwa w Polsce. Na pewno nie powiedziałbym, że powrót do domu jest najlepszą częścią podróży,
O: Może dlatego, że nie mamy domu (śmiech). Gdybyśmy mieli dom, to prawdopodobnie inaczej byśmy na to patrzyli.

K: Nie ma sensu, żebyśmy wynajmowali mieszkanie, skoro jesteśmy większą część roku w podróży, to się po prostu nie opłaca. Od dwóch lat nie mamy już mieszkania.


Wspominaliście o kompanach podróży. Czy cały czas rekrutujecie ich w sposób "kto pierwszy, ten lepszy"?
O: Tak robiliśmy przez kilka lat, przez dziesięć wyjazdów. Zabieraliśmy ze sobą osoby na zasadzie "kto pierwszy, ten lepszy" na wyprawy do miesiąca czasu. Niedługo jedziemy na prawie trzy miesiące na Alaskę. To za długa podróż z tymi samymi ludźmi, by ryzykować wybór w ten sposób. Jeśli chodzi o miesięczne wyprawy, to można się odważyć jechać z obcymi ludźmi, bo damy radę się przez ten czas hamować. Ale po miesiącu z człowieka wychodzą demony. Nie można zatem pozwolić sobie na to, by towarzyszył nam ktoś zupełnie z przypadku. Obecnie prosimy chętnych, by nagrali dosłownie minutowy filmik, w którym się przedstawiają, mówią o sobie parę zdań. Dzięki temu możemy spojrzeć danej osobie w oczy i zobaczyć, czy się dogadamy z tym człowiekiem, czy jednak się boimy z nim jechać.
Do jakiego miejsca wracacie najchętniej?
O: Stany Zjednoczone i Australia. Przede wszystkim Zachód USA – Kalifornia, Nevada, Utah i Arizona.
K: Kręcą nas pustynie, parki narodowe, małe miasteczka westernowe. Dlatego też Australia, która jest dość podobna, ma dużo otwartych przestrzeni.
O: Ludzie mają podobną mentalność, choć Australijczycy są jeszcze bardziej przyjaźni niż Amerykanie.

K: W ciągu ostatnich sześciu miesięcy byliśmy dwa razy w Australii, a jutro ja lecę tam znów, bo udało mi się wygrać wyjazd do tego kraju. Australia nas wzywa.



Czy jest takie miejsce, które spodobało Wam się tak bardzo, że chcielibyście tam zostać na stałe?
K: Polska.
O: Polska. Kiedyś jak wyruszaliśmy w podróż, traktowaliśmy ten czas jako poszukiwanie miejsca do tego, by w nim zostać i zamieszkać. Im więcej podróżujemy, tym chętniej myślimy o Polsce jako o swoim domu, miejscu, w którym zostaniemy na stałe. Lubimy być gdzieś gośćmi. Pojechać, pozwiedzać, poznać. Ale by się zresetować, wracamy do Polski. Lubimy nasz kraj, polubiliśmy go dzięki tym wszystkim podróżom.
K: Tu mamy najwięcej rodziny, przyjaciół.

O: W Polsce czujemy się jak w domu, jak u siebie. A za granicą czujemy się jak turyści.

K: Myśleliśmy o tym, by pomieszkać trochę za granicą np. w Australii czy Stanach Zjednoczonych, powiedzmy przez pół roku. Ale na pewno nie na stałe.


Jaki jest Wasz wymarzony cel podróży?
K: Alaska!
O: Gdy zaczynamy o czymś marzyć, od razu przechodzimy do działania. Kiedy zamarzyła nam się Alaska, to zaczęliśmy organizować podróż w tamte rejony.
K: Wcześniej takim marzeniem była Australia.
O: A wcześniej Stany. I w ogóle wyjazd poza Polskę. Wiadomo, że chcielibyśmy także wybrać się do Afryki na safari…
K: Ciągnie nas też do Patagonii.
O: Wszędzie byśmy chcieli jechać! Wszystko zobaczyć i wszystkiego doświadczyć.
K: Ale zawsze wybieramy to największe marzenie i zaczynamy je realizować.


Myśleliście kiedykolwiek o tym, co się stanie, gdy bus całkiem się rozsypie? Co zrobicie, kupicie nowego?
O i K: (śmiech)
K: Bus, którym do tej pory podróżowaliśmy, ma sporo ograniczeń. Nie posiada np. napędu na cztery koła, co było dużym problemem podczas podróży przez Australię. Nie da się tym busem poruszać po Afryce czy Syberii. Dlatego już niebawem będziemy inwestować w nowego busa, którego chcemy tak samo pomalować, w ten sam sposób przerobić wnętrze. Najistotniejsze jest to, że będzie miał napęd na cztery koła, na bardziej hardkorowe wyprawy będziemy wyruszać właśnie nim.


Ale obecny Supertramp zostanie z Wami?
K: Tak, z nim na pewno się nie rozstaniemy. Nawet jak mu silnik wybuchnie, to będzie sobie stał pod domem, a my będziemy tam przychodzić i płakać (śmiech). Nie jesteśmy jakimiś fanami Volkswagena – tego konkretnego busa kupiliśmy dlatego, że mieliśmy wówczas tylko 2000zł. Potrzebowaliśmy czegoś przestronnego, ale i taniego, czegoś, co nadawałoby się na wyprawę. Dzisiaj już nie kupilibyśmy Volkswagena T3 za 2000zł, tylko musielibyśmy wydać 12000zł, bo obecnie takie busy są zabytkami. Trudno dostać do nich części. Na kupienie takiego auta obecnie mogą sobie pozwolić tylko koneserzy i bogacze. Więc my nie szukamy busa tej marki, podchodzimy raczej praktycznie i ekonomicznie do tego wszystkiego.
Wspominaliście podczas wykładu, że zrezygnowaliście z pracy. Ale czy był taki moment, że łączyliście podróżowanie z pracą czy studiami?
K: Oj, było tak, że studiowaliśmy dziennie, pracowaliśmy i jeszcze spędzaliśmy w podróży cztery miesiące w roku.
Wiele osób zastanawia się, jak to połączyć. Jakie macie dla nich rady?


K: Mało spać, dużo robić (śmiech). To nie jest łatwe. My niestety nie dostaliśmy spadku po dziadku, tylko ciężko pracowaliśmy po to, by móc podróżować.

O: Ja studiowałam zaocznie, bo musiałam pracować, by sama się utrzymać. Chodziłam do pracy od poniedziałku do soboty, studiowałam wieczorami w soboty i przez całe niedziele. Nie było czasu na nic więcej. Później tę pracę się rzucało, wyjeżdżało na kilkumiesięczną podróż, wracało i zaczynało od nowa. Znowu szukałam pracy i mieszkania, wracałam na studia. I tak przez pięć lat.

K: Zawsze pojawiał się strach, że jak wrócimy, tej pracy już nie będzie i trzeba będzie szukać czegoś nowego. I zawsze tak było. Jeśli mamy komuś coś doradzić – nie bójcie się zmian. Nie bójcie się realizowania marzeń. Zmiany są dobre.

O: Gdy jedne drzwi się zamykają, inne się otwierają.
K: W naszym przypadku każda kolejna praca była coraz ciekawsza i jeszcze lepiej płatna. A robiliśmy naprawdę różne rzeczy – zaczynaliśmy od rozwożenia pizzy, ja miałem firmę, pracowałem jako grafik komputerowy, jako szkoleniowiec w bankowości, oboje zajmowaliśmy się funduszami unijnymi. W tym czasie nasza pasja podróżnicza tak się rozwinęła, że zaczęła przynosić pieniądze. I to takie, że mogliśmy sobie pozwolić na rzucenie pracy. Zajmujemy się obecnie podróżami, blogiem, pisaniem książek, fotografią, popularyzacją własnych podróży. Tylko trzeba było mieć dużo cierpliwości, by przez pięć lat robić to wszystko za darmo. Trzeba się zastanowić, co chce się w życiu robić i… zacząć to robić.


Jestem bardzo dumna z tego wywiadu. Ola i Karol okazali się przesympatycznymi, niezwykle otwartymi ludźmi, kochającymi opowiadać o swoich podróżach i doświadczeniach.
Rozmowa ukazała się również na portalu SpodKopca.pl, na którym znajdziecie też inne moje teksty. 
Uściski!
Sara

piątek, 16 czerwca 2017

261 kilometrów zmian



To już nie żadna tajemnica. Miałam się przeprowadzić, zmienić uczelnię, zamieszkać z Maćkiem. Przesunęłam jednak ten plan o rok. Na razie do stolicy przenosi się jedynie mój chłopak, by podjąć wymarzoną pracę jako dziennikarz muzyczny. 
 
Jak to się stało?


W Toruniu jest kiepsko z pracą. A już w szczególności z zatrudnieniem w mediach. Kilka miesięcy temu uzgodniliśmy z M., że będzie szukał pracy w innych miastach. Rozważaliśmy Poznań i Warszawę, bo położone są stosunkowo blisko i na pewno jest tam więcej możliwości znalezienia zajęcia. Cieszyłam się na przeprowadzkę, bo nie jestem zadowolona z psychologii w Toruniu, chciałam trochę zmienić otoczenie i zamieszkać z chłopakiem – nie wyobrażałam sobie związku na odległość. W Toruniu raczej prędko nie zamieszkalibyśmy razem, byłoby to zupełnie nieekonomiczne, podczas gdy ja mam darmowy dach nad głową.


Dlaczego ostatecznie zostaję w Toruniu?


Po rozmowach z rodzicami uznaliśmy, że zamieszkanie razem w Warszawie będzie dość kosztowne. "Dość" to mało powiedziane. Zaoszczędzimy mnóstwo pieniędzy, chociażby na podróże, jeśli ja się nie przeprowadzę. I choć początkowo nie brałam takiej opcji pod uwagę, argumenty dotyczące kosztów mnie przekonały.


Poradnik negatywnego myślenia 


Normalny człowiek cieszyłby się z szansy, którą otrzymała ukochana osoba. Powinnam znajdować plusy w wyjeździe Maćka. I wierzcie mi, szukałam ich intensywnie. Nawet je znajdowałam. Ale pesymistyczne scenariusze przeważały, zaczęłam się najzwyczajniej w świecie bać. Zawsze sądziłam, że związek na odległość = koniec związku. Cóż… chcemy z Maćkiem obalić ten stereotyp. Jasne, wielu parom się nie udało, ale wiele dało radę. Więc my też damy. Nie chcę Wam opowiadać o wszystkich wylanych łzach, o wyrzutach, o słowach rzuconych bez zastanowienia, o wybuchach zazdrości. W każdym razie w połączeniu z sesją egzaminacyjną minione dni były nie do zniesienia. 
 

Są plusy, naprawdę są


Po rozmowach z Maćkiem w końcu znalazłam zalety jego wyjazdu i staram się jakoś pogodzić z sytuacją. Będziemy widywać się co tydzień. Będę jeździć do Warszawy, on będzie przyjeżdżał do mnie. Co się z tym wiąże? Poznam trochę lepiej naszą stolicę! Może w końcu zobaczę Łazienki i wybiorę się do Muzeum Neonów. Więc na blogu - mam nadzieję dość często - będą pojawiać się warszawskie posty. Nie będę wspominać o takich plusach, jak możliwość zdobycia przez Maćka cennego doświadczenia, satysfakcjonująca praca, lepsze zarobki…

Dla mnie to jest ogromna życiowa zmiana, czułam, że muszę się tym z Wami podzielić. Przez ostatnie dziesięć miesięcy widywaliśmy się z Maćkiem kilka razy w tygodniu. Spędzaliśmy razem mnóstwo czasu. Byliśmy prawie na każde swoje zawołanie – prawie, bo jednak Maciek jeździł co jakiś czas do Kruszwicy, do domu, i spędzał tam np. tydzień.

Jasne, że się boję. Ale jednocześnie wiem, że damy radę. 
Trzymajcie za nas kciuki! 
Sara

wtorek, 13 czerwca 2017

Darmowe pocztówki od polskich gmin



Kochani, dziś będzie szybko, bo mam naprawdę dużo nauki. Sesja mnie przytłacza. Nie chciałam Was jednak zostawiać z niczym. Muszę się pochwalić kartkami, które dostałam zupełnie za darmo!


Kilka tygodni temu wysłałam maile do paru urzędów w Wielkopolsce (dziękuję Kasi za wskazówki!) i dzięki temu otrzymałam darmowe kartki. Co prawda nie wszystkie instytucje odpisały, od jednej dostałam negatywną odpowiedź, ale wysłanie tych maili nie zajęło mi na szczęście dużo czasu. Darmowe kartki przysłały urzędy z Trzemeszna oraz Sompolna. Za to pracownik z urzędu w Grabowie nad Prosną poinformował mnie, że obecnie nie mają promocyjnych widokówek.


Pocztówka z Trzemeszna przedstawia miejscowość gminną oraz okoliczne wioski. I tak np. w Trzemesznie możecie zobaczyć okazałą bazylikę pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP, w Ławkach dom, w którym urodził się znany przemysłowiec Hipolit Cegielski, w Dusznie natomiast można obejrzeć kościół pod wezwaniem św. Doroty oraz podziwiać sielankowy krajobraz z punktu widokowego na Wale Wydartowskim. Jak widać, nawet niewielkie miejscowości mogą mieć coś ciekawego do zaoferowania. :) Gdyby nie darmowe pocztówki, zapewne nie odkryłabym tych miejsc.


Z Sompolna otrzymałam cały zestaw gadżetów promocyjnych. Oprócz pocztówek w kopercie znalazła się ulotka reklamowa, smycz oraz przypinka. Do ważniejszych zabytków na terenie miasta zaliczają się neogotycki kościół, drewniana kaplica św. Hieronima oraz – uwaga – odrestaurowana synagoga! Z kolei w pobliskiej miejscowości Lubstów można zwiedzić zespół pałacowo-folwarczny. Marką promującą gminę są Sady Sompolna.


Uważam, że darmowe pocztówki to świetny sposób na rozsławienie miejscowości. Otrzymane widokówki bardzo mnie ucieszyły, a i przy okazji dowiedziałam się czegoś nowego.

Słyszeliście wcześniej o Trzemesznie i Sompolnie? A może zdobyliście darmowe pocztówki od innych polskich gmin? 
Trzymajcie się ciepło! 
Sara