środa, 13 grudnia 2017

Czego nie lubię w pięknym Toruniu?


Przygotowywanie jednego posta przez rok albo i dłużej to jeszcze profesjonalizm czy już cieniasowatość?

Dawno, dawno temu, nie pamiętam już kiedy, wymyśliłam sobie, że przygotuję dla Was post z widokiem na Toruń z innych perspektyw. Chciałam, żebyście spojrzeli na moje miasto i zobaczyli, jakie potrafi być zachwycające, ale i… irytujące.
Więc dziś w końcu mam dla Was ten planowany długo kontrast. Kilka zdjęć z widokiem na piękny Toruń i kilka moich przemyśleń na temat tego, czego w Grodzie Kopernika… nie lubię.
Nie lubię korków na moście. Niby nowy, drugi most miał rozwiązać problem zatorów ulicznych, ale pomógł ledwie na chwilę. Nie ma dnia, żebym nie stała w korku na toruńskim moście. A to wszystko przez cudowny suwak, o którym wspominałam w jednym z poprzednich postów o irytujących zachowaniach polskich kierowców. Ale jednocześnie, gdy pomyślę o tym, że w ciągu kilku lat most ten ma być zamknięty i remontowany, to… rozważam wyprowadzkę.
Nie lubię wszelkich powiązań Torunia z Rydzykiem. To pewnie dlatego, że nie lubię Radia Maryja. Nie sądzę, aby dobrze świadczyło to o naszym mieście, że pieniądze są tu wydawane na potężne, złote kopuły. A te zmiany w ruchu ulicznym powodowane przez świętowanie n-tej rocznicy Radia Maryja są po prostu absurdalne…
Nie lubię organizacji Festiwalu Bella Skyway. Same iluminacje też są coraz gorsze. Ale organizacja albo raczej jej brak pobija wszystko. Niby widać te starania, mapki, wielu wolontariuszy… Jednak i tak rodzą się problemy. Podczas ostatniego festiwalu światła w ogóle nie dałam rady zobaczyć mappingu wyświetlanego na sklepieniu kościoła, bo nie sposób było dostać się do środka. Poza tym sporo osób narzekało na kiepską organizację ruchu, piesi mieli zbyt mało czasu, by przejść przez ulicę (chyba że szybciej porwał ich tłum).
Nie lubię GiLA. Ta słynna na całą Polskę szkoła to czysty wyścig szczurów. Nie bierzesz udziału w konkursie? To chyba coś jest z tobą nie tak. Sama po Gimnazjum Akademickim nie zdecydowałam się na kontynuację nauki w Liceum Akademickim, bo wydawało mi się, że już mogę nigdy nie wydostać się z tej bańki. I że po sześciu latach będę myśleć o sobie, jakbym była pępkiem świata. Znam wspaniałe osoby, które ukończyły tę szkołę, ale jej absolwentami są też totalne narcyzy. 
Nie lubię tego, że Toruń nadal pozostaje poza zasięgiem wielkich gwiazd, koncertów, wydarzeń. Nicholas Sparks raczej nigdy tu nie przyjedzie.
Nie lubię tego, że najbliższy Starbucks jest w Gdańsku.
I tego, że w Toruniu nie ma pracy dla dziennikarzy.
Nie lubię jeszcze wielu rzeczy. Tego, że cmentarz przy Gałczyńskiego jest regularnie okradany. Tego, że na niektórych światłach stoję przez 10 minut.

A najbardziej nie lubię w Toruniu tego, że Maciek tu nie mieszka. 
A czego Wy nie lubicie w Toruniu? Albo w swoich miastach?
Sara

niedziela, 10 grudnia 2017

Pieśń pochwalna, czyli za co pokochałam Lux Express


Obiecywałam Wam kiedyś post pochwalny na cześć firmy Lux Express. Oto on. Nikt mi za niego nie zapłacił (a szkoda).

Jechaliście kiedyś Lux Expressem? Jeśli nie, to żałujcie i nadróbcie to szybko. Polski Bus, Ecolines i Flibco to nic przy luksusie, jaki zapewnia Lux Express. Nazwa pasuje idealnie. Razem z Maćkiem podróżowaliśmy z tym przewoźnikiem z Rygi do Tallinna. Pierwsze, co rzuciło nam się w oczy po wejściu do autobusu, to spora przestrzeń. Foteli wcale nie było tak dużo. Nie czuliśmy się upchani jak sardynki. Spokojnie można było wyciągnąć nogi, postawić coś pod fotelem, nikomu nie przeszkadzając. To zaleta nr 1.

Kolejny plus – ekrany w siedzeniach. Wybór filmów był ogromny, znalazło się tam sporo nowych produkcji. Część z nich była dostępna z polskimi napisami, co bardzo mnie ucieszyło. W drodze do Estonii obejrzałam "Annę Kareninę" z Keirą Knightley, a wracając, zdecydowałam się na "Dziewczynę z portretu" - Eddie Redmayne powinien otrzymać Oscara za tę rolę. Oprócz filmów na tabletach znalazły się gry, muzyka oraz strona przewoźnika. Z Maćkiem już wtedy zaczęliśmy snuć plany o kolejnych podróżach. :D Warto dodać, że pod siedzeniami znajdują się gniazdka. W autokarach jest także dostęp do darmowego WiFi, które – uwaga – działa!

Co więcej w autokarach było WC. To naprawdę ważne podczas kilkugodzinnej czy kilkunastogodzinnej wycieczki. Toaleta była czysta, co także mile nas zaskoczyło.

I teraz najważniejsza zaleta… darmowa kawa i herbata!!!!!! Maciek i ja pijemy herbatę litrami, dlatego możliwość wyboru różnych smaków i wypicie ciepłego napoju w drodze, zupełnie bezpłatnie, było dla nas niczym raj. :D

Wyczytałam, że w pojazdach Lux Express można zakupić słuchawki lub poduszkę oraz butelkę wody. Poza tym bilety na podróż możecie kupić u kierowcy, co nie jest możliwe np. w przypadku Polskiego Busa.

Jeśli miałabym wybierać się w długą podróż, powiedzmy z Rygi do Saint Petersburga, to tylko Lux Expressem. Dodam, że firma ta często organizuje różne promocje i bilety kosztują tylko 5 euro. My płaciliśmy ok. 10 euro za bilet. Poza tym obowiązują stałe zniżki:

- dla dzieciaczków do 7. roku życia -80%
- dla starszych dzieci do 16. roku życia -40%
- dla starych dzieci jak Maciek i ja, do 26. roku życia -10%
- dla starszych osób powyżej 60. roku życia -10%

Jakiś czas temu podróżniczy świat obiegła informacja, że Lux Express wycofuje się z Polski. Liczba tras została zmniejszona… Jednak obecnie ponownie można udać się z tym przewoźnikiem z Warszawy do Wilna, Kowna, Rygi, Suwałk i Tallinna! Nic tylko planować podróż.

Jeśli macie jakieś pytania dotyczące naszej wyprawy Lux Expressem, piszcie śmiało, spróbuję pomóc.
Szerokiej drogi!
Sara

czwartek, 7 grudnia 2017

10 irytujących zachowań u polskich kierowców

Od ponad roku mam prawo jazdy, a od niecałych dwunastu miesięcy własny samochód. Część wyzwań już za mną (jechanie w czasie huraganu/nawałnicy), część jeszcze przede mną (podróż autostradą). Ale jako zdecydowanie nieniedzielny kierowca zaobserwowałam sporo irytujących nawyków Polaków.

1. Niewrzucanie kierunkowskazów. Gdy jeszcze częściej bywałam pasażerką niż kierowcą, często słyszałam, jak mój tata warczy: "Żeby ci kur… kierunek nie pękł". Teraz samej zdarza mi się to mówić, bo niestety spora liczba kierowców nie wrzuca kierunkowskazów. Jasne, rozumiem, że jeśli stoimy na pasie do skrętu w lewo, to może kierunkowskaz jest zbędny, ale błagam, gdy mamy zwykłe skrzyżowanie, skąd ja mam niby wiedzieć, gdzie ty jedziesz, człowieku? Jasnowidz ze mnie marny. Uchyl trochę prywatności, zdradź, w którą stronę skręcasz, a może oszczędzisz komuś nerwów.

2. Niezapalenie świateł. Polacy to straszne sknery. Oszczędzają nawet żarówki w samochodach, permanentnie nie włączając świateł. Dziennie widzę co najmniej kilka aut jadących bez świateł. Jeszcze za dnia to pół biedy, bo raczej ten samochód zobaczę, ale wieczorem, po zmroku? Przecież to czysty masochizm. I egoizm. Najśmieszniejsze jest to, że gdy pokazuję komuś, że ma niewłączone światła, najczęściej zostaję… olana. Bo można zapomnieć. Zdarza się. Ale notoryczne niewłączanie świateł jest zwykłym idiotyzmem.

3. Brawura. Wkurzają mnie wyprzedzający na zakazie, wyprzedzający na trzeciego i ci, którzy myślą, że jak jest ograniczenie do 50, a oni sobie wcisną gaz do 100, to nic wielkiego się nie stanie. Ale jednocześnie irytuje mnie…

4. Bycie cieniasem. Chciałam napisać inaczej, ale wtedy musiałabym wprowadzić cenzurę. Instruktor mojej przyjaciółki powiedział jej kiedyś bardzo mądrą rzecz: gdy jest ograniczenie do 50, nie jedź 40, bo możesz spowodować wypadek. Ludzie zaczynają cię wyprzedzać i istnieje większa szansa kolizji. Właśnie – bycie zawalidrogą jest koszmarnym utrudnieniem. Ja rozumiem, że ktoś jeździ przepisowo, że jak jest 50, to nie jedzie 60. Ale nie można przesadzać, trzeba pamiętać o tym, że na drodze nie jesteśmy sami. Nie twierdzę, że jeżeli mamy ograniczenie prędkości, a za nami tworzy się sznureczek, to mamy znacznie przyspieszyć i prędkość przekroczyć. Jednak nie powinniśmy myśleć: "Ja się nie spieszę, to będę jechać 30 czy 40". To tylko pozorne zwiększenie bezpieczeństwa.

5. Hamowanie zamiast jechania.  Prawdopodobnie jeszcze długo nie zapomnę pewnego powrotu do domu. Przez ok. 6 km jechałam za kierowcą, który co chwilę hamował. Było ciemno, padał deszcz, rozumiem - utrudnione warunki sprawiają, że jedziemy wolniej. Ale można spuścić nogę z gazu, można utrzymywać stałą prędkość – tyle możliwych rozwiązań. Tymczasem osoba jadąca przede mną ciągle przyspieszała, hamowała, przyspieszała, hamowała. Wjechałabym jej w tył z kilka razy. Jej hamowanie było bardzo niebezpieczne i przede wszystkim wprowadzało mnie w błąd, bo myślałam, że może przed nią jedzie rowerzysta, a może sarna wyskoczyła na drogę, a może coś stoi na poboczu. Tymczasem nic z tych rzeczy – ktoś po prostu co chwilę hamował, tak, jakby chciał sprawdzić, czy ma sprawne hamulce. Dobrze, że ja miałam.

6. Niewpuszczanie. My, torunianie, jesteśmy w dość niekomfortowej sytuacji, ponieważ na naszym starym moście, parę lat temu, utworzono tzw. suwak. Oznacza to, że środkowy pas w pewnym momencie się zwęża i kierowcy jadący prawym pasem, muszę wpuścić tych poruszających się pasem środkowym. Stoisz sobie na środkowym pasie, grzecznie migasz, jest wolna przestrzeń, wjeżdżasz, aż tu nagle ktoś stwierdza, że on ci wjechać nie da. Bo nie. Bo taki ma kaprys. W efekcie może zarysować zarówno twoje, jak i swoje auto. Co za tupet.

7. Wpychanie się. Z drugiej strony nienawidzę tych, którzy – na wspomnianym moście – wpychają się wtedy, kiedy już dawno pas środkowy się skończył. Trzeba było pomyśleć wcześniej, mój drogi!

8. Trąbienie na przejazdach tramwajowych. Mam taką zasadę – nie staję na przejazdach tramwajowych. Staję przed nimi. Tymczasem zdarzają się tacy debile, którzy trąbią na mnie, że przecież nic nie jedzie i czemu ja nie stanę na tych torach. No wybacz, ale dla Ciebie swojego życia ryzykować nie będę.

9. Parkowanie na dwóch (ewentualnie trzech) miejscach parkingowych. Nie jestem mistrzynią parkowania – od razu uprzedzę. Jednak aby doskonalić się w tej niezwykle trudnej sztuce, chowam swoją dumę do kieszeni i… wysiadam z auta. Sprawdzam, czy stoję w kreskach. Czy inni będą mogli otworzyć drzwi, wyjechać. Po prostu zostawiam sobie resztki empatii na momenty parkowania. Gdy widzę, że stanęłam na kawałku drugiego miejsca – poprawiam się. Zajmie mi to mniej niż minutę. A po co być grubym i zajmować dwa miejsca, gdy można zająć jedno?

10. Pragnienie bycia panem i władcą. Serio, to, że masz własny samochód, wcale nie znaczy, że możesz wszystko. Żałośni są ci, którzy nie cofną się, żebyś mogła wyjechać –będą czekać, aż ty się cofniesz, bo przecież oni są tacy ważni. Zero wyrozumiałości, zero szacunku. Nienawidzę egoistów. A tych na drodze szczególnie.

A co Was wkurza w polskich kierowcach?
Sara

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Trzy światy - pocztówki z Azji

Mój chłopak mnie rozpieszcza. Pisałam już tutaj, że dzięki Maćkowi zdobyłam nie tylko wiele kartek z Afryki (a pocztówki z krajów afrykańskich są jak masło złoto!), lecz także sporo widokówek z mało znanych państw Ameryki Środkowej czy Południowej. Dziś przyszedł czas na pokazanie Wam skarbów z Azji.

Zacznę od Pakistanu, bo z tym państwem wiąże się ciekawa historia. Gdy w lipcu odbywało się doroczne liczenie mojej kolekcji pocztówek, Maciek odkrył, że kartka, którą trzymałam w kopercie z napisem "Pakistan", w rzeczywistości wcale nie przedstawia nic pakistańskiego. Pocztówka pochodziła z… Singapuru. Została wysłana z Pakistanu, ale dla mnie jednak ważniejsze jest to, co znajduje się na pocztówce. Tym sposobem straciłam jeden kraj z mojej kolekcji. Jednak niedługo potem otrzymałam od Maćka prawdziwą kartkę z Pakistanu. Tekst i widok na pocztówce zachęca do tego, by – po zwiedzeniu pakistańskich miast – udać się na prowincję, gdzie "miejsca są tak ciche, że jedynym dźwiękiem, jaki słyszysz, jest bicie Twojego własnego serca". Na pakistańskich wsiach nie brakuje śpiewających pasterzy. Pakistan bardzo zaintrygował mnie (a jednocześnie przestraszył) po obejrzeniu dwóch odcinków programu "Kobieta na krańcu świata". Pokazywały one piękne krajobrazy, majestatyczne meczety, ale też niesamodzielne kobiety w burkach i nikabach. Podobno Pakistan to jedno z najgorszych miejsc do życia dla kobiet…
Malediwy stały się taką drugą Tajlandią – coraz więcej Europejczyków wybiera się tam na urlop. Turcję widzieli (albo raczej tureckie kurorty, bo kto by się tam do Stambułu zapuszczał?), w egipskiej Hurghadzie byli, to co im pozostaje? Mnie Malediwy zachwycają swoimi plażami i kolorem wody – no chciałabym się wykąpać kiedyś w oceanie, przyznaję! Malediwy stają się coraz bardziej dostępnym rajem, może i kiedyś mnie dane będzie się tam wybrać?
Pocztówka z Libanu jest według mnie zachwycająca i pokazuje, jaki piękny to kraj (chociaż niektórzy nadal nie wiedzą, gdzie leży). Śpieszę z pomocą – Liban to państwo na Bliskim Wschodzie, mające dostęp do Morza Śródziemnego. Na widokówce możecie zobaczyć cedry (Las Bożych Cedrów został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO), ruiny Byblos (również obiekt z listy UNESCO), Skały Gołębie – symbol Bejrutu, stolicy kraju, oraz jaskinię Jeita. Przygotowując ten post, poczytałam trochę o Libanie. Nie sądziłam, że to aż tak fascynujący kraj, a Bejrut jest porównywany do Dubaju (a o moim marzeniu podróży do ZEA chyba przypominać nie muszę?). Liban ogromnie mnie zainteresował i chyba poczytam nieco więcej o tym kierunku wypraw. Chociaż trzeba wspomnieć, że kraj ten położony jest tuż obok Syrii...
Jestem ciekawa, która pocztówka podoba Wam się najbardziej. Ja nie potrafię się zdecydować.
Dajcie znać, czy macie pocztówki z tych krajów w swoich kolekcjach. ;)
Ściskam!
Sara
PS Malediwy, Pakistan i Liban to nowe kraje w mojej kolekcji. Dziękuję, M.! 

piątek, 1 grudnia 2017

Oj, działo się... - listopad 2017


Dziś opowiem Wam o sławie, byciu fanką, byciu chorą/zdrową i Warszawie 11 listopada.

O tym, jak stałam się sławna

Zaczniemy od tego, jak nagle otrzymałam trzydzieści zaproszeń do znajomych na Facebooku i nie nadążałam z odpisywaniem na wiadomości. A od czego to się właściwie zaczęło? Od mojego występu w "Milionerach". Nie wygrałam miliona, ale i tak zawładnęłam mediami społecznościowymi na kilkadziesiąt godzin, co mnie zszokowało i nieco przytłoczyło. Wcale nie powiedziałam nic głupiego (przynajmniej tak mi się wydawało). 
Dzwonili do mnie dziennikarze z lokalnych gazet. To było istne szaleństwo. A gdy pani pielęgniarka w zabiegowym, dwa tygodnie po emisji, spytała mnie "No, pani Saro, jak tam było w Milionerach?", zbaraniałam.
Po emisji "Milionerów" dowiedziałam się też, jaka to ja jestem gruba/mądra/okrągła/inteligentna/pulchna (prawdziwe skreślić). 
O tym, jak wstałam przed 6, by słuchać brytyjskiego radia

Był 10 listopada, dzień, na który czekałam od jakichś trzech lat. Nowa płyta Taylor. Nastawiłam budzik, by słuchać jej w radiu. Oczywiście nie wstałam o tej, o której wstać zamierzałam, i załapałam się na zaledwie kilka piosenek. Na szczęście parę godzin później trzymałam już swój fizyczny egzemplarz płyty w dłoniach.
Śmieszy mnie i smuci jednocześnie to, gdy ktoś pisze "hejka, jestem Swiftie od trzech miesięcy, moja ulubiona płyta to "1989", znacie jakieś jeszcze?". W moim życiu Taylor obecna jest od 9 lat. Dlatego powiedzieć, że ekscytowało mnie to, że wreszcie wydaje nowy album, to za mało. Niestety "Reputation" nie zostanie moją ulubioną płytą Taylor. Smutne jest chociażby to, że żadnego z utworów na płycie Tay nie napisała sama. Moja pierwsza myśl po przesłuchaniu albumu: "Nie spodoba się on mojemu tacie". Tata, podobnie jak ja, uwielbia starą Taylor. Te nowe rapsy i elektro nie do końca do nas przemawiają. Co nie oznacza, że płyta jest totalnie nie do posłuchania – są na niej piękne ballady i piosenki, którym bliżej jednak do kompozycji niż do produkcji. Ale jest też pełno alkoholowych, didżejowsk-raperskich miszmaszów.
O tym, jak chciałam uciekać z kraju 11 listopada

I znów o moim tacie. Jego marzeniem było pojechać kiedyś 11 listopada do Warszawy, by zobaczyć obchody Święta Niepodległości. Powiem tak – jeśli kiedykolwiek będę mieszkać w stolicy, 11 listopada będę z niej uciekać. Jak najdalej. To, jak wygląda Warszawa w tym dniu, przeraziło i mnie zszokowało. Pomińmy to, że komunikacja miejska jeździła, jak chciała, i nie zdążyłam na pociąg do Torunia (a kolejny dopiero za 3h). Pomińmy korki. Najgorszy był strach, który towarzyszył mi, gdy szłam ulicami. Tu coś wybucha, tu jakieś race. Przede mną tłum krzyczących kiboli i nacjonalistów. Nie wiedziałam już, czy jak ktoś niesie flagę, to mam się go bać. To chyba nie tak powinno wyglądać.


O tym, jak wybiegałam od lekarza w podskokach

W sierpniu dowiedziałam się, że jestem chora na nadczynność tarczycy. Przeraziłam się nie na żarty, w końcu nikt nie chce dowiedzieć się, że jest chory i musi brać nie wiadomo ile leków. Tymczasem w minionym tygodniu odebrałam wyniki, które polepszyły się diametralnie. To naprawdę ogromna ulga dostrzegać, że leki działają. Nie chce już wracać do tych sierpniowych dni, ogromnego bólu i wizyt w szpitalu.


O tym, jak śmiałam się i drżałam w kinie

W listopadzie obejrzałam trzy kompletnie odmienne filmy. Zaczęło się od "Zgody". To jeden z najokrutniejszych, najmroczniejszych i najbardziej agresywnych filmów, jakie widziałam. Porusza bardzo trudny temat - obozów tworzonych przez Służbę Bezpieczeństwa. Wielokrotnie podczas oglądania tego filmu musiałam odwracać wzrok. Ale czy to znaczy, że żałuję, iż go obejrzałam? Stanowczo nie.
Na szczęście w listopadzie oglądałam też coś lżejszego. Razem z mamą wybrałyśmy się na "Listy do M. 3". O poziomach współczesnych polskich komedii lepiej nie mówić, jednak "Listy do M." nadal bawią. Scenarzyści wykazali kawał dobrej roboty, bo naprawdę jest się z czego pośmiać, a dialogi są naprawdę zaskakujące. 
W minionym miesiącu wybrałam się również do kina na film "Człowiek z magicznym pudełkiem". Do tej pory nie wiem do końca, co myśleć o tej produkcji - pomysł ciekawy, ale momentami trochę się gubiłam. Bardzo podobało mi się wyobrażenie świata w 2030 roku - choć był to smutny widok. 


Jaki był Wasz listopad? Mam nadzieję, że chociaż trochę radosny! 
Grudzień to jeden z najpiękniejszych miesięcy w roku, życzę Wam, aby był pełen rodzinnego ciepła i uśmiechu!
Sara

wtorek, 28 listopada 2017

David Lynch. Silence And Dynamism - moje wrażenia


Toruń odwiedził jeden z najsłynniejszych reżyserów, twórca kultowego "Miasteczka Twin Peaks" – David Lynch. Amerykański człowiek renesansu otworzył wystawę swoich prac w Centrum Sztuki Współczesnej. Samego artysty nie widziałam na żywo, ale obejrzałam mnóstwo jego dzieł. I dziś chciałabym się z Wami podzielić przemyśleniami na ten temat.
Podejrzewam, że ta wystawa przyciągnie do CSW osoby, które nigdy wcześniej w tym budynku nie były. W końcu to prace tego Lyncha. Ja udałam się na wystawę "Silence And Dynamism" z czystej ciekawości. Nie jestem wielką fanką Davida Lyncha, co więcej – przyznaję się bez bicia, nie widziałam żadnego z jego filmów. Ale że czasami bywam w toruńskim Centrum Sztuki Współczesnej, czemu miałam nie wybrać się i na tę ekspozycję?
Czy jest tu ktoś, kto nie kojarzy Davida Lyncha, choćby ze słyszenia? To reżyser, muzyk, scenarzysta. Człowiek orkiestra. To właśnie on wyreżyserował słynny serial "Miasteczko Twin Peaks", nakręcił również takie filmy jak "Człowiek słoń", "Głowa do wycierania" czy "Diuna". Te produkcje nie kojarzą się z przyjemnością i relaksem. Lynch ma swój charakterystyczny styl, mroczny, surrealistyczny. I taka też jest wystawa jego prac.
W CSW możemy oglądać różne dzieła Lyncha – począwszy od rysunków i obrazów, poprzez fotografie i płaskorzeźby, skończywszy na muzyce i fragmentach filmów. Wystawa jest ogromna, znam osoby, którym jedna wizyta nie wystarczyła na pełne zapoznanie się z eksponatami.
Co na pewno mogę powiedzieć po obejrzeniu wystawy "Silence And Dynamism"? Ten typ sztuki i sposób myślenia do mnie nie przemawia. Mroczne, wręcz makabryczne prace, niektóre absurdalne nie tylko nie powaliły mnie na kolana, lecz także obrzydziły. Nie twierdzę, że te akty sztuki są złe – ja ich po prostu nie rozumiem. 
Bez wątpienia wrażenie robi to, że Lynch próbuje swoich sił w różnych formach sztuki. Jego prace często są swego rodzaju kolażami – coś jest namalowane, coś doklejone, coś podświetlone. Maciek zastanawiał się, kiedy reżyser znajduje czas na robienie tego wszystkiego. Na wystawie zostały zaprezentowane również bardzo stare rysunki artysty, podobno podczas wernisażu przyznał, że części z nich nie pamięta.
Oglądając wystawę prac Lyncha, wielokrotnie zastanawiałam się, co ten człowiek ma w głowie. Bo aby stworzyć takie prace, trzeba być albo geniuszem, albo mieć problemy natury psychicznej.
Mimo braku zachwytu cieszę się, że odwiedziłam CSW, by przekonać się, że twory Lyncha nie są dla mnie. Odrzucił mnie nawet psychodeliczny fragment jednego z jego filmów. Ale jeśli jesteście fanami jego twórczości, wystawa na pewno Was zainteresuje.
Niestety zdjęć wielu prac nie mogłam opublikować w tym poście z racji obecnej na nich nagości czy przemocy. 
Sara

niedziela, 26 listopada 2017

Świat magii w praskim Pokoju Czarodziejki


Gruntem dobrego escape roomu jest pomysł. Oryginalny, nieszablonowy, intrygujący. Nigdy wcześniej nie byliśmy z Maćkiem w czarodziejskim pokoju, więc gdy świat magii w końcu otworzył przed nami swoje wrota, bardzo się ucieszyliśmy.

Pokój Czarodziejki w Praskim Pokoju Zagadek jest naprawdę zaczarowany. Magiczny jest wystrój, magiczne są rozwiązania zagadek. Ale chyba już wiemy z Maćkiem, dlaczego nadal nie dostaliśmy swoich listów z Hogwartu lub innej szkoły magii… W czarach i zaklęciach jesteśmy słabi! Z pokoju nie udało nam się wyjść.

Gdzie tkwi przyczyna porażki? Oprócz braku czarodziejskich mocy… Przede wszystkim pokój okazał się zbyt trudny dla pary. Może nie porażał swoją wielkością, był w sam raz, jednak liczba zagadek i konieczność ciągłego biegania z antresoli na dół i z powrotem zabrała nam sporo czasu. Może gdybyśmy mieli dodatkowe 15 minut, udałoby się wyjść z Pokoju Czarodziejki. Reguły są jednak nieubłagane. Choć może utknęlibyśmy tam na zawsze, bo pokonałoby nas zadanie z laserową różdżką.

Co nam się szczególnie podobało w tym pokoju? Przede wszystkim rozwiązania. Mam tu na myśli fakt, że różne rzeczy, przestrzenie były zamknięte nie tylko na kłódki, lecz na różne tajemnicze kody, a otworzyć je można było w tak niesamowite sposoby, że aż trudno w nie uwierzyć. Wielki plus za mechanizmy, które zamontowano w pokoju – sprawiły one, że escape room wydał się jeszcze bardziej zaczarowany.

Niezbyt podobały nam się formy podpowiedzi, ale trochę było w tym naszej winy. Zdecydowaliśmy się na wskazówki na zawołanie – to znaczy - kiedy my poprosimy, dostajemy podpowiedź. W konsekwencji długo na nie czekaliśmy, dodatkowo często były one pytaniami, czy już coś zrobiliśmy itp. Więc na czytanie podpowiedzi i proszenie o nie zmarnowaliśmy mnóstwo czasu, który biegł w tym pokoju nieubłaganie szybko… W jednym z poprzednich postów escape roomowych wspomniałam, że warto czasami schować dumę do kieszeni, zaufać pracownikom i zgodzić się na podpowiedzi udzielane wtedy, kiedy oni tak postanowią. Następnym razem będziemy mądrzejsi. 

Komu polecam ten pokój? Według mnie spodoba się on wszystkim, i dzieciakom, i dorosłym. Nazwa może sugerować, że to pokój dla najmłodszych - nic bardziej mylnego! Doskonale odnajdą się w nim wszystkie grupy wiekowe. Radzę zabrać ze sobą więcej osób, nie tylko swoją drugą połówkę. We trójkę czy czwórkę na pewno łatwiej można rozdzielić zadania w pokoju. Nam zagadki wydawały się niebanalne, niektóre dość skomplikowane, dlatego raczej nie idźcie do Pokoju Czarodziejki, jeśli nie mieliście wcześniej styczności z escape roomami. I nie zakładajcie butów na obcasach, bo bieganie w nich po schodach może skończyć się tym, że naprawdę nie będziecie mogli wyjść z pokoju i to dosłownie. 

Trochę żałujemy, że nie udało nam się wyjść z Pokoju Czarodziejki, ale wiemy już, co następnym razem zrobić inaczej! W PraskimPokoju Zagadek są jeszcze inne, tajemnicze i magiczne pokoje, może  w przyszłości spróbujemy je odczarować… ;)
Pozdrawiam ciepło
Sara

czwartek, 23 listopada 2017

Luksemburg - ceny, praktyczne wskazówki i informacje


Nie ukrywajmy – mało kto decyduje się na podróż do Luksemburga. Nie jest to zbyt częsty kierunek wycieczek -  A SZKODA. Bo naprawdę warto zobaczyć to miasto, jak i państwo, na własne oczy i przekonać się, jak bardzo malownicze jest.
Wyprawa do Luksemburga wcale nie musi kosztować miliony monet. I wcale nie tak trudno ją zaplanować. Co prawda informacje w Internecie są szczątkowe, dlatego w tym przypadku mogą przydać się papierowe przewodniki (zwykle wydaje się takie kompleksowe po Belgii i Luksemburgu). A no i ja - mam nadzieję - też trochę Wam pomogę.
Luksemburg – jak się tam dostać?

Jest kilka opcji. Można dojechać własnym samochodem, można zdecydować się na wycieczkę objazdową po krajach byłego Beneluksu, można też dolecieć do Luksemburga drogimi liniami lotniczymi z Polski. My – wydaje mi się – wybraliśmy jedną z tańszych opcji. Polecieliśmy z Modlina do Brukseli Charleroi (lot trwał niecałe dwie godziny), a następnie w trzy godzinki dotarliśmy do Luksemburga autobusem firmy Flibco.
Luksemburg – gdzie spać?

Hosteli w mieście Luksemburg nie ma zbyt wiele do wyboru. Właściwie to aż jeden. Reszta to drogie hotele. Dlatego my postawiliśmy na Airbnb i wynajęliśmy pokój w Rodange (30 minut ciuchcią od Luksemburga). To był świetny pomysł i naprawdę cieszę się, że podjęliśmy taką decyzję. Polecam Wam to rozwiązanie.
Luksemburg – jak się po nim poruszać?

Komunikacja jest naprawdę niezła. Pociągi z Rodange do Luksemburga jeździły co pół godziny. Poza tym do wielu innych miejsc można dotrzeć koleją, choć niestety nie do zamku w Vianden. Ciuchcie są wygodne, ale nawet, jeśli jedziecie pociągiem 10 minut, spodziewajcie się kontroli konduktorskiej. W samej stolicy państwa są liczne linie autobusowe i trolejbusowe. Jednak po mieście można z łatwością poruszać się pieszo, jeśli nie zdecydujecie się na odwiedzenie dzielnicy Kirchberg. Najważniejsze atrakcje położone są blisko siebie.
Luksemburg – ile to kosztuje?

I teraz czas na to, co pewnie interesuje Was najbardziej – ile za to wszystko zapłaciliśmy?
Bilet lotniczy Warszawa Modlin-Bruksela Charleroi = 39 zł

Bilet lotniczy Bruksela Charleroi-Warszawa Modlin = 39 zł

Bilet autobusowy Bruksela Charleroi-Luksemburg Gare Centrale = 5 euro

Bilet autobusowy Luksemburg Gare Centrale-Bruksela Charleroi = 5 euro

Dwie noce w mieszkanku w Rodange – 57 euro za dwie osoby/28,5 euro na głowę

I dzień – bilet na pociąg Luksemburg-Rodange 2 euro

II dzień bilet całodzienny na komunikację (mogliśmy poruszać się po całym kraju autobusami i pociągami) – 4 euro

III dzień bilet na pociąg Rodange-Luksemburg 2 euro

Przechowalnia bagażu na dworcu (skorzystaliśmy z niej w pierwszym dniu) – 5 euro

Poza tym wydaliśmy trochę pieniędzy na pamiątki i słodycze (niestety nie znalazłam słodkości wyprodukowanych w Luksemburgu). Co nas bardzo pozytywnie zaskoczyło, to fakt, że w Luksemburgu działają toalety publiczne i – uwaga! – są czyste i niepłatne.

Podsumowując na transport, komunikację i noclegi każde z nas wydało niecałe 300zł (przy kursie euro 4,30 zł).

Wydaje mi się, że to naprawdę nieźle jak na Luksemburg. Dodam jeszcze, że datę podróży dostosowaliśmy do cen biletów – chcieliśmy, aby loty kosztowały 39zł, a bilety autobusowe do Luksemburga 5 euro.

Chcielibyście wybrać się kiedyś do tego kraju? Która pocztówka podoba Wam się najbardziej?
Uściski!

Sara 

poniedziałek, 20 listopada 2017

Zamek w Vianden - jak się tam dostać i czy w ogóle warto?


W miasteczku Vianden mieszka mniej niż 2000 osób. Czyli mniej niż w Małej Nieszawce. Zdecydowanie warto je jednak odwiedzić, by zobaczyć majestatyczny zamek położony na wzgórzu. A w drodze powrotnej zatrzymajcie się w urokliwym Diekirch.

Przyznaję – dojazd do Vianden łatwy nie jest. My się zgubiliśmy. Ze stolicy kraju, Luksemburga, należy pojechać pociągiem w kierunku Diekirch i wysiąść na stacji… no właśnie, jakiej? My sądziliśmy, że Diekirch, tymczasem okazało się, że stamtąd autobus do Vianden odjeżdża bardzo rzadko. Z racji tego że mieliśmy bilet całodzienny i mogliśmy poruszać się po całym Luksemburgu, wsiedliśmy w pociąg… powrotny i cofnęliśmy się jedną stację. Typowe ogary z nas. Okazało się, że z Ettelbruck autobusy do Vianden również jeżdżą dość rzadko. Na szczęście następny był w ciągu pół godziny. 
Gdy w końcu znaleźliśmy się we właściwym autobusie (linia 570), zorientowaliśmy się, że przystanków o nazwie "Vianden coś tam" jest kilka. Nie wiedzieliśmy, na którym najlepiej wysiąść. Więc gdy wydawało nam się, że przez okna autobusu widzimy już zamek z dość bliskiej odległości, nacisnęliśmy guzik. Nasz wybór był idealny. Tylko… jak dostać się do zamku? Szliśmy, szliśmy, a tu żadnej ścieżki w górę. W końcu zaproponowałam, aby dojść do kolejki linowej, na pewno tam będzie jakiś szlak. Jednak wcześniej zaczepiliśmy pana, który po niemiecku (oboje z Maćkiem uczyliśmy się niemieckiego, oboje nic nie umiemy w tym języku) wyjaśnił nam, gdzie jest ścieżka. Jakoś go zrozumieliśmy, cofnęliśmy się i w końcu wylądowaliśmy na właściwej drodze. Nie muszę wspominać, że prowadziła ona pod górę? Zmęczyliśmy się. I gdy już mieliśmy trochę dość, zapytaliśmy schodzących z góry piechurów, czy daleko jeszcze. Na szczęście okazało się, że zamek jest tuż za rogiem!
Nie świeciło słońce, ale zamek i tak prezentował się pięknie. Budowla należała niegdyś do Luksemburgów. Jest miszmaszem różnych stylów architektonicznych – gotyku, renesansu, posiada nawet cechy romańskie. Obecnie zamek w Vianden jest własnością państwa i można go zwiedzać – my jednak zdecydowaliśmy się podziwiać go tylko od zewnątrz.
W Vianden cudowna była cisza i spokój. Co prawda nieco zirytował nas fakt, że większość miejsc była pozamykana – sklepy z pamiątkami czy informacja turystyczna. Swoją drogą w Vianden wcale nie było masy turystów. Jeśli chodzi o zabytki, w miasteczku tym, oprócz zamku, znajduje się kościół Trójcy Świętej z XIII wieku z relikwiami św. Antoniego. 


Gdy opuszczaliśmy Vianden, usłyszeliśmy: "Nie inaczej, proszę pani, nie inaczej". Nie był to turysta, lecz Polak pracujący akurat w tym niewielkim luksemburskim miasteczku. Chwilę porozmawialiśmy - okazało się, że nie jesteśmy pierwszymi Polakami, których spotkał w ostatnim czasie. 

Zdecydowaliśmy, że naszym kolejnym przystankiem będzie Diekirch. Głównie dlatego, że jadąc wcześniej przez to miasto, widzieliśmy kilka interesujących budynków. Wysiedliśmy z autobusu koło katedry św. Wawrzyńca (eglise de Saint-Laurent). Próbowałam znaleźć dla Was jakieś ciekawostki o tej świątyni i znalazłam, ale po… francusku. To by było na tyle z mojej szansy zabłyśnięcia.
Spacerowaliśmy po Diekirch, zatrzymując się po prostu przy obiektach, które nas zainteresowały. Trafiliśmy m.in. do parku. Poza tym Maciek śmiał się z eleganckiej tabliczki na jednym z budynków napisanej czcionką Comic Sans…. Mam nadzieję, że te kilka zdjęć uświadomi Wam, że warto podróżować jesienią. ;)
W końcu dotarliśmy do dworca kolejowego w Diekirch i wróciliśmy do Luksemburga.
O ile Diekirch nie jest może jakieś oszałamiające, jest po prostu uroczym miasteczkiem na krótki spacer, o tyle Vianden serdecznie Wam polecam. Warto odbyć tę krótką wycieczkę pod górę, by móc podziwiać piękną budowlę. 
Dajcie znać, co sądzicie o Vianden i Diekirch!
Ściskam
Sara

piątek, 17 listopada 2017

Odnaleźliśmy kryjówkę rycerzy w Room Escape



Chciałabym opisać wszystko, ale jednocześnie nie mogę zbyt wiele zdradzać. Muszę jednak przyznać, że w rycerskim świecie odnaleźliśmy się z Maćkiem nadzwyczaj dobrze…

Czym zaskoczył nas Pokój Rycerski w Room Escape Warszawa?

Sara: Prawdopodobnie gdyby właściciele nie polecili mi tego pokoju, nie wybrałabym go z własnej woli ze względu na nazwę. Nie jestem zbyt wielką miłośniczką historii ani fanką opowieści o rycerzach.  Tymczasem ten escape room okazał się jednym z najlepszych, w jakich byłam. Twórcy zdobyli tyle przedmiotów związanych ze średniowieczem, że podziwiam ich do teraz. Poza tym bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie komunikacja z zespołem – podpowiedzi nie udzielano na nasze życzenie , - pracownicy obserwowali nas przez kamery i dokładnie wiedzieli, w którym momencie rozgrywki (tzw. escape game) jesteśmy. Wskazówki były więc świetnie dopasowane, a jednocześnie enigmatyczne. Jednak co najważniejsze – pomogły nam! A niestety w niektórych escape roomach zdarza się, że podpowiedzi tylko irytują i nie pozwalają ruszyć dalej, wprowadzają zamęt, albo – co gorsza – trzeba bardzo długo na nie czekać. Więc czasami warto schować dumę do kieszeni i pozwolić sobie na otrzymywanie podpowiedzi nie na naszą prośbę.

Maciek: Rozmiarem. Kiedy dowiedziałem się, że idziemy do pokoju udającego zamek, wątpiłem, czy escape room może przypominać tak potężną budowlę. Tymczasem w Pokoju Rycerskim rzeczywiście można było poczuć się jak w zamku z przestronnymi, sekretnymi komnatami. Zaskoczyła mnie też liczba zgromadzonych przez twórców pokoju historycznych gadżetów. Wyposażenie na miarę prawdziwego zamku! Nie brakuje niczego, co powinno znaleźć się w rycerskiej kryjówce.

Co najbardziej podobało nam się w Pokoju Rycerskim?

S: W pokoju było naprawdę dużo zagadek – można by pomyśleć, że za dużo jak na dwie osoby. Nam tymczasem udało się wyjść z pokoju i to 1min20s przed upływem wyznaczonego czasu. Wiele typów zagadek nas zaskoczyło, nigdzie wcześniej nie spotkaliśmy się z takimi rozwiązaniami. Jeśli chodzi o niektóre zadania, w życiu bym nie pomyślała, że można takie magiczne sztuczki i triki zastosować! Bardzo chciałabym opowiedzieć Wam o tym, jak na chwilę umarłam, ale nie mogę, sami musicie tego doświadczyć!

M: Zagadki były bardzo logiczne, a przy tym pomysłowe. Było ich również bardzo dużo, dzięki czemu emocji nie brakowało ani na moment. Kocham historię, więc byłem zachwycony faktem, że w pokoju można było naprawdę wykazać się wiedzą. Ale największym hitem było pewne bardzo pomysłowe rozwiązanie, które na chwilę nas mocno skołowało… ale na szczęście odważyliśmy się wykonać zadanie :)

Komu polecilibyśmy ten pokój?

S: Wszystkim! Naprawdę. Dzieciakom, dorosłym, wielbicielom średniowiecza, tajemnic rycerskich, tym, których fascynuje legenda Templariuszy. Ale także tym, którzy historię w szkole omijali szerokim łukiem (jak ja). Tym, którzy zaczynają swoją przygodę z rozrywką typu escape game, jak i tym, którzy – tak jak my – mają już kilkanaście pokoi na koncie. Tylko nie zakładajcie szpilek, ok?

M: Każdemu! Nie jest bardzo trudny, ale mimo wszystko wymagający. Z racji jego rozmiarów poleciłbym go jednak raczej większym grupom, niż parom, jak my – trzeba się sporo nachodzić i naszukać, a do dyspozycji tylko godzinka.

Czym ten escape room wyróżnia się spośród innych?

S: Na pewno atmosferą i klimatem – średniowieczne komnaty zostały odwzorowane niczym w profesjonalnym filmie historycznym. Oprócz tradycyjnych kłódek w Pokoju Rycerskim znajdziecie mnóstwo innych rodzajów zagadek. Pokój jest bardzo profesjonalnie przygotowany.  

M: Jest bardzo profesjonalny i dopracowany do najmniejszych szczegółów.

Czy Pokój Rycerski w warszawskim Room Escape ma w ogóle jakieś wady?

S: Niech pomyślę… Mnie w pewnym momencie przestraszyła antresola. Ale drabina okazała się stabilna. ;) Zagadki były logiczne, więc żadnych minusów nie widzę.

M: Nie! Najlepszy pokój, jaki odwiedziłem.

Dobrej zabawy!
Sara

wtorek, 14 listopada 2017

Kirchberg i inne oblicze Luksemburga


Nie wiem, czy można znaleźć pocztówki z Warszawy z podpisem "Wola", "Ochota” albo "Praga". Ale za to na pewno dostaniecie widokówki z Luksemburga z napisem "Kirchberg". To małe miasto w mieście.

Maciek narzekał na Kirchberg. Nie spodobały mu się tamtejsze budynki, a jeszcze bardziej nie spodobał mu się pan, który przyczepił się do nas, bo robiliśmy zdjęcia. No właśnie, jak to jest, polski sejm można fotografować, Parlament Europejski w Brukseli również, a budynków powiązanych z Unią Europejską zlokalizowanych w Luksemburgu nie?

W dzielnicy Kirchberg znajduje się siedziba Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, oddziały Komisji Europejskiej, sekretariat Parlamentu Europejskiego, Europejski Bank Inwestycyjny oraz budynki należące do Uniwersytetu w Luksemburgu. Nie widzieliśmy wszystkich tych obiektów, ale chyba niewiele straciliśmy. Te, które zdołaliśmy odnaleźć, faktycznie nie prezentowały się zbyt okazale. Gdyby nie flagi, pewnie minęłabym je obojętnie. Dzielnica Kirchberg nie zmieniła jednak naszej opinii o Luksemburgu. Ale wiecie co, gdziekolwiek oglądam tego typu budynki związane z Unią Europejską lub innymi ważnymi instytucjami, czuję się nieco zawiedziona ich wyglądem. Chyba przestanę poświęcać na nie czas podczas innych wycieczek.
Niedaleko europejskich budynków można podziwiać filharmonię. Przywiodła mi ona na myśl operę w Szczecinie, nagradzaną i wychwalaną, a w rzeczywistości wyglądającą jak kiczowata góra lodowa. Wyczytałam, że kształt filharmonii luksemburskiej podkreśla jej niezależność. Ekhm.
Opuściliśmy Kirchberg i postanowiliśmy pospacerować jeszcze trochę po Luksemburgu, zobaczyć miejsca, których nie udało nam się obejrzeć wcześniej. Zdecydowaliśmy się wybrać na jeden z punktów widokowych. Nie muszę wspominać, że spędziliśmy tam sporo czasu? Trzeba było zrobić pełną sesję zdjęciową. :D Taras widokowy znajdował się niedaleko baszty, którą widzieliśmy dwa dni wcześniej.
Późnym popołudniem wróciliśmy w okolice Placu Konstytucji, ponieważ wydawało nam się, że widzieliśmy tam schody na dół, prowadzące do parku. Schody znaleźliśmy, ale wylądowaliśmy w jakichś dziwnych chaszczach i szybko wróciliśmy na górę.

Wydaje mi się, że miasto Luksemburg polubiłam za widoki. Za atmosferę. Za to, że gdzie się nie spojrzało, coś przykuwało uwagę. Luksemburczycy to szczęściarze – mają te scenerie na co dzień.
Tuż pod miastem znajduje się lotnisko Luksemburg. Jejku, samoloty przelatywały tak nisko, że można było bez problemu przeczytać napisy na nich. Przypomniało mi to plażę w Sint Maarten – słyszeliście o niej? Największą atrakcją są tam właśnie samoloty przelatujące zaledwie kilkanaście metrów (!!!) nad głowami ludzi.
W jednym z kolejnych postów chciałabym pokazać Wam cudowny zamek w Vianden oraz Diekirch – miasteczko, do którego nie planowaliśmy jechać, ale coś nas do niego przyciągnęło. :)
Uściski!

Sara