piątek, 18 sierpnia 2017

10 sierpniowych przemyśleń

1. Co to za praca, skoro trzeba do niej dokładać z własnej kieszeni?

2. Żyję na tym świecie już blisko 20 lat i w końcu pojechałam do warszawskich Łazienek. 
Kojarzycie to miejsce, nie?

3. Jedną z najobrzydliwszych rzeczy w życiu jest wyrobienie książeczki sanepidowskiej. Odkładałam to przez dwa czy trzy lata. Obecnie czekam na miliony możliwości, jakie daje ten dokument za 78zł.

4. Zabawy na weselu są żenujące.

5. Yes w duszy: gdy nowo kupione baletki mnie nie obcierają (do tej pory myślałam, że jedynym obuwiem, które nie robi mi krzywdy, są kapcie).

6.  Jeszcze kilka lat temu nie pomyślałabym, że polskie warunki pracy zmuszą mojego tatę do wyjazdu za granicę… Dobrze, że zniesiono roaming.

7. Kartki z Libanu czy Gambii wydawały mi się niemożliwe do zdobycia. Tymczasem dostałam je od mojego chłopaka w przyspieszonym prezencie rocznicowo-urodzinowym.

8. 4 latka, 300 tysięcy wyświetleń, 649 opublikowanych postów – tak w skrócie wygląda historia bloga, który w trwającym miesiącu dał mi wiele powodów do świętowania.

9. Ta radość, gdy wychodzisz od dentysty i… możesz jeść!

10. Muzyczne przeżycia: Ed wypuścił nowy teledysk, przytuliłam Alexandra Rybaka, a na dźwięk kompozycji Green Daya już nie zbiera mi się na wymioty.

Dużo słońca!
Sara

wtorek, 15 sierpnia 2017

Auschwitz - miejsce, które powinien zobaczyć każdy

Jest takie miejsce w Polsce, które powinien odwiedzić każdy człowiek. I na tym zakończę wstęp.

Oświęcim był - odkąd pamiętam -  miejscem, do którego bardzo chciałam się wybrać. Czułam taką potrzebę. W końcu, podczas pobytu na południu Polski, zdecydowaliśmy, że jeden dzień poświęcimy na wizytę w  muzeum Auschwitz-Birkenau.
Chętnych do zwiedzenia  tego miejsca jest mnóstwo. Przybywają z całego świata. Wycieczki w kilku językach ruszają co 15 minut. Warto wcześniej zarezerwować miejsca na daną godzinę -  muzeum jest naprawdę ogromne. Można wybrać jedną z trzech tras zwiedzania - zwiedzanie ogólne (3,5 godz.), jednodniowe (6 godz.) oraz dwudniowe (4+4 godz.). My wybraliśmy najkrótszą z nich, ale i tak udało nam się zobaczyć całkiem sporo. O ile zazwyczaj zwiedzamy muzea i miasta bez przewodnika, o tyle w muzeum Auschwitz-Birkenau takie poruszanie się nie miałoby większego sensu. Moglibyśmy czytać tabliczki i patrzeć na pozostałości po obozach, ale… to wszystko. A dzięki przewodniczce nie tylko wiedzieliśmy, na co dokładnie teraz patrzymy, lecz także dowiedzieliśmy się o wiele więcej niż moglibyśmy przeczytać na tablicach informacyjnych. W ogóle nie czułam się znudzona.
Auschwitz jest oddalone od Birkenau o kilka kilometrów, w związku z czym między obozami podróżuje się specjalnym autobusem. W Auschwitz stworzono różne wystawy dotyczące życia w obozie. Zwiedzający mogą oglądać tam zachowane baraki, rzeczy osobiste więźniów takie jak buty, grzebienie czy naczynia. W Auschwitz obejrzymy także fotografie osób przebywających w obozie czy rysunki i grafiki odnoszące się do warunków panujących w tym miejscu. W Birkenau natomiast nie ma już jako takich wystaw, obiekty ogląda się z zewnątrz. Poraziły mnie te ogromne przestrzenie – trudno sobie wyobrazić, jak wielki był obóz.
Czy były takie momenty, podczas których odwracałam wzrok? Podczas których łzy stawały mi w oczach? Były, szczególnie na wystawie poświęconej dzieciom i głodowi. Nie mogłam patrzeć na te wychudzone, drobne ciałka.
Trudno sobie wyobrazić. Nie mogę sobie wyobrazić. Nie mogę tego pojąć – te słowa towarzyszyły mi podczas zwiedzania obozów, ale i długo po ich opuszczeniu. Nie mogę zrozumieć, jak człowiek mógł dokonać takich okrucieństw. Moja głowa nie chce przyjąć tego do siebie.
Znam osoby, które nie chcą jechać do Oświęcimia. Nie chcą stykać się z tym cierpieniem, które aż bije od baraków, komór gazowych i innych obiektów. Przed wizytą w muzeum miałam już całkiem sporą wiedzę na temat Holokaustu – sporo na ten temat czytałam, zapoznawałam się z twórczością byłych obozowiczów, oglądałam różne filmy na temat zagłady Żydów. Jednak zobaczenie tego wszystkiego na własne oczy… otwiera oczy. Jeszcze bardziej. Uważam, że każdy powinien tego doświadczyć, by nigdy więcej nie dopuścić do takich okrucieństw. By temu zapobiec.
Tak się rozpisuję na temat tego, że każdy powinien odwiedzić muzeum Auschwitz-Birkenau, ale mimo wszystko nie wszyscy rozumieją tę tragedię. Widziałam na własne oczy obcokrajowców wchodzących na wagon, którym do obozu docierali Żydzi. Cudzoziemcy wisieli na nim, uśmiechali się i robili sobie "superfotki". Nóż mi się w kieszeni otwierał. Widziałam też Polaków, którzy bezwstydnie pstrykali zdjęcia w komorach gazowych.  Ja sama miałam wielkie wątpliwości co do fotografowania w tym miejscu. W tym - jak to nazwała nasza przewodniczka - grobowcu, cmentarzu. Nie mogłam uwiecznić na zdjęciach włosów więźniów czy niektórych miejsc, fotografowałam więc głównie tablice z informacjami i baraki z zewnątrz.     
Sara

sobota, 12 sierpnia 2017

Trudy więziennego życia - escape room Tkalnia Zagadek

Daliśmy się zamknąć w "Celi". I… ostatecznie z niej nie wyszliśmy. Dopiero przemili właściciele wypuścili nas za kaucją.

Mamy na koncie już kilka escape roomów, ale muszę przyznać, że "Cela" w toruńskiej TkalniZagadek była jednym z najtrudniejszych, w jakich kiedykolwiek byliśmy. Jak wspomniałam, nie udało nam się z niego uwolnić, mimo licznych wskazówek…

"Cela" zaskakuje mnóstwem różnorodnych zagadek. Z niektórymi formami nie spotkaliśmy się nigdzie wcześniej. Można było użyć lasera, postrzelać, porysować, pomacać… Nagle coś spadało z góry albo otwierało się z trzaskiem. Pokój jest więc pełen zaskoczeń. Do zalet zaliczyłabym również to, że pomieszczenie było jasne i przestronne, ale jednocześnie dość klimatyczne. Wystrój naprawdę ciekawie nawiązywał do tytułowej „Celi”. Widać, że twórcy pokoju włożyli dużo wysiłku w jego przygotowanie.

Jakieś minusy? Dla nas zagadki były trochę za trudne, ale to naprawdę subiektywna opinia. Inni być może uznaliby je za banalne. Szkoda, że w pierwszej części pokoju spędziliśmy tyle czasu i nie mogliśmy pokazać, na co nas stać w drugiej części. Nie jest to escape room dla początkujących, ale jestem pewna, że jeśli lubicie kryminalne klimaty i nietypowe zadania, to na pewno "Cela" Wam się spodoba.

Toruńska Tkalnia Zagadek oferuje również drugi pokój, bardziej detektywistyczny. Może w przyszłości spróbujemy rozwikłać zagadkę "Zbrodni" i pójdzie nam lepiej niż w przypadku wydostawania się z „Celi”? Tkalnia zagadek ma swoje oddziały również w innych miastach (w Łodzi, w Poznaniu, we Wrocławiu, w Radomiu, w Zielonej Górze oraz w Płocku).

Jak tam Wasze escape roomowe doświadczenia? Dajcie znać!
Trzymajcie się ciepło!
Sara

PS Niezależnie od liczby osób wizyta w toruńskiej Tkalni Zagadek kosztuje 99zł. Więcej informacji znajdziecie na stronie internetowej i fanpage’u

środa, 9 sierpnia 2017

Cztery sekrety blogerki na czwarte urodziny bloga

No i stało się. Sawatka ma już cztery latka. Potrafi mówić, a nawet o coś poprosić. Z okazji czwartej rocznicy założenia bloga zdradzę Wam moje cztery tajemnice dotyczące samego procesu tworzenia, jak i bloga. Gotowi?

  • Swoje zdjęcia przerabiam w PhotoScapie. Nie umiem obsługiwać się Photoshopem, na razie PhotoScape w zupełności mi wystarcza. Nigdy nie powiększałam ani nie pomniejszałam żadnych części ciała w tym programie, ale zdarzyło mi się usuwać w nim krostki, pieprzyki i inne dziwnie wyglądające, niechciane obiekty. Moja tradycyjna obróbka fotografii polega na ich kadrowaniu, ewentualnym rozjaśnianiu, przyciemnianiu, pogłębianiu kolorów, a także wyostrzaniu.

  • Nie zarabiam na blogu. Na moje konto nie wpływa co miesiąc żadna sumka pieniędzy. Za to dzięki blogowi mogę skorzystać z niektórych atrakcji bezpłatnie. Wizytę w escape roomie czy muzeum – dzięki reklamie na blogu – otrzymuję za darmo. Zwykle to ja wychodzę z inicjatywą, ale zdarzyło się, że to firmy odzywały się pierwsze. Mam również za sobą kilka nieudanych współprac z początków bloga. Zagraniczne firmy same pisały do mnie maile, a później albo stawiały nieludzkie wymagania, albo nie miały do mnie za grosz szacunku.

  • Regularnie czytam tylko jeden blog. To ogromna zmiana w moim życiu. Bloga założyłam bowiem zainspirowana setkami, jak nie tysiącami wpisów przeczytanych na innych stronach. Jeszcze kilka lat temu całe popołudnia spędzałam, przeglądając blogi, głównie modowe. Co więcej wszyscy moi komentujący mogli liczyć na to, że zajrzę na ich bloga i napiszę komentarz. Teraz nie mam na to ani czasu, ani ochoty. W związku z tym pod moimi postami nie pojawia się już tyle komentarzy, co kiedyś. Jednak wiem, że jeśli ktoś faktycznie chce coś napisać, to podzieli się ze mną swoją refleksją. I nie są to komentarze pisane wyłącznie po to, by zrobić sobie reklamę. A, byłbym zapomniała – wspomnianym przeze mnie regularnie czytanym blogiem jest strona Joasi Glogazy, do niedawna Style Digger

  • Blog to część życia. Przynajmniej dla mnie. Nie jest moją pracą, ale jest nieodłącznym elementem dnia. Gdy podróżuję, wiem, że relacja wyląduje na blogu. Kiedy robię sporo zdjęć, to zwykle po to, by móc opublikować je tutaj. Niektóre posty pojawiają się dlatego, że podjęłam współpracę z daną instytucją i punktem naszej umowy była publikacja wpisu. Nie wyobrażam sobie życia bez bloga. Serio. Przede wszystkim czuję wielką potrzebę pisania, dzielenia się z innymi swoimi spostrzeżeniami i wrażeniami, w szczególności z podróży. Poza tym blog stał się już częścią mnie, często mówię o sobie, że kocham podróże i jestem blogerką. Sawatka to istotny element mojej tożsamości. Nie mogłabym tego porzucić.

Coś mi się zdaje, że całkiem sporo w tym poście zdradziłam… ;) Ale znamy się już tak długo, że chyba mogłam sobie pozwolić na szczerość?
Dziękuję, że jesteście ze mną! Po co pisać bloga, którego nikt nie czyta?
Moc uścisków!
Sara
PS Bonusowy sekret: mój chłopak poleciał na mnie, bo stwierdził, że mam ciekawego bloga. 

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Kraków w jeden dzień

Kraków odwiedziłam po raz pierwszy jako małe dziecko. Jedyne, co pamiętałam, to zdjęcie przy smoku, który od czasu do czasu sobie zionął. Bardzo chciałam wrócić do tego miasta - według niektórych – najpiękniejszego w Polsce. Udało się to  w lipcu podczas wakacji z rodzicami i bratem.

Nasz spacer po Krakowie rozpoczęliśmy od Małego Rynku. Okazało się, że jest on położony zaledwie 15 minut spacerkiem od hostelu. A od Małego Rynku już rzut beretem do słynnej krakowskiej starówki z Sukiennicami, pomnikiem Adama Mickiewicza i Kościołem Mariackim.
Kraków zwiedzaliśmy w niedzielę, więc rynek był dość zatłoczony. Sporo turystów robiło sobie zdjęcia, część z nich zdecydowała się na przejażdżkę dorożką, a jedna pani zafundowała swojemu facetowi striptiz na środku krakowskiego rynku.

Zajrzeliśmy do środka Kościoła Mariackiego, gdzie akurat trwała msza, więc na wejściu przywitała nas tabliczka z napisem "Nie zwiedzać". Rzuciliśmy więc okiem na pięknie zdobiony ołtarz – zwykle kościoły rzymskokatolickie nie rzucają mnie na kolana, ale trzeba być totalnym ignorantem, by nie docenić dzieła Wita Stwosza. Rodzice pośmiali się ze mnie, że nie wiem, o co chodzi z żółtą ciżemką i ruszyliśmy dalej.

Przeszliśmy przez Sukiennice czyli wielkie, miejskie targowisko. Można było kupić tam dosłownie wszystko, od futrzanych czapek, poprzez kiczowate pamiątki, na flagach Hiszpanii skończywszy. Wyszliśmy na zewnątrz, by już po chwili oglądać pozostałość po miejskim ratuszu – samotnie stojącą wieżę. Usilnie próbowałam zrobić sobie z nią bardzo oryginalne zdjęcie, jak trzymam czubek wieży… I w końcu się udało. Tylko chyba wieża wyszła lepiej ode mnie.
Odbiliśmy nieco w bok, by zobaczyć "Damę z łasiczką". Niestety, Muzeum  Czartoryskich było akurat w remoncie, dzieło Leonarda da Vinci zostało przeniesione do innej placówki i ostatecznie go nie zobaczyliśmy. Może następnym razem, może ten następny raz będzie szybciej niż za kilkanaście lat… Później zaliczyłam wpadkę, fotografując bramę z myślą, że to ta słynna Brama Floriańska. Okazało się, że znajdowała się ona kawałek dalej… A ja pozowałam przy kawałku muru. Cóż, najważniejsze, że do  właściwej Bramy Floriańskiej w końcu dotarliśmy. Kawałek dalej sfotografowaliśmy Barbakan, a ja znalazłam w jego pobliżu pomnik Jana Matejki.
Naszym kolejnym celem był Wawel. Musieliśmy w tym celu przejść ponownie przez pełne uroku uliczki Starego Miasta. Po drodze natknęliśmy się na piękny teatr - to właśnie ten obiekt najbardziej zapadł mi w pamięć. Wejście na Wawel okazało się dla mnie dość męczące, słońce niemiłosiernie prażyło. Zamek zdecydowanie bardziej podobał mi się oglądany z mostu. Pod Wawelem znajduje się wspomniany wcześniej smok, który – uwaga – nadal zieje ogniem. Robi to co kilka chwil, niestety nie udało nam się uchwycić tego na zdjęciu.
Wróciliśmy do hostelu, by trochę odpocząć. Popołudnie chcieliśmy przeznaczyć na spacer po Kazimierzu. Bardzo zależało mi na tym, by zobaczyć tę znaną, żydowską dzielnicę. Ogromnie fascynuje mnie judaizm, Żydzi i ich historia. Na mojej tablicy korkowej wisi pocztówka z Jerozolimy przedstawiająca tradycyjnie ubranych Żydów, gdziekolwiek jestem, chcę oglądać synagogi, kirkuty i inne miejsca związane z judaizmem. Krakowski Kazimierz zatem był dla mnie czymś w rodzaju must see. Udało nam się zobaczyć kilka synagog, niestety cmentarz żydowski obejrzeliśmy tylko przez kraty.  Najbardziej spodobały mi się szyldy z typowymi, żydowskimi imiona i nazwiskami oraz żydowska muzyka sącząca się z restauracyjnych głośników. I chociaż Kazimierz skojarzył mi się trochę z toruńskim Bydgoskim Przedmieściem (wierzcie mi, to nie jest pozytywne skojarzenie), to cieszę się, że mogłam w końcu zobaczyć tę dzielnicę na żywo. To właśnie będąc na Kazimierzu, zajrzałam do jednej z synagog, natykając się na spotkanie przybyszów z Izraela i zrobiłam zakupy w sklepie koszernym.
Poniedziałkowy poranek poświęciliśmy na wejście na Kopiec Kościuszki, które wcale nie zajęło nam zbyt dużo czasu. Widoki nie były może oszałamiające ze względu na pogodę, ale zawsze przyjemnie jest spojrzeć na miasto z innej perspektywy. Pod Kopcem zwiedziliśmy niewielkie muzeum figur woskowych, o którym wcześniej nie słyszeliśmy. 
Kraków bardzo mi się spodobał i myślę, że jeszcze kiedyś tam wrócę, chociaż najważniejsze zabytki i miejsca udało nam się zwiedzić.
Jakie są Wasze wspomnienia związane z Krakowem?
Pozdrawiam wakacyjnie
Sara

piątek, 4 sierpnia 2017

Niewidzialna Wystawa otworzy Wam oczy

Zastanawiałam się, jak zacząć tego posta. Bo miejsce, które odwiedziłam było niezwykłe, wyjątkowe i trudno je opisać. I nie chodzi tylko o to, że nic nie widziałam…

Maciek odkrył Niewidzialną Wystawę przez Trip Advisor, gdy szukał ciekawych miejsc i muzeów w Warszawie. Przed wizytą trochę poczytałam o tym miejscu, ale coś mi się zdaje, że żadne słowa nie oddają tego, co można przeżyć na tej wystawie.

Przed wejściem należy zostawić wszystkie rzeczy w szafeczce, łącznie z telefonem. Nie bierzcie również aparatu – na pewno Wam się nie przyda. Niewidzialna Wystawa jest niewidzialna. Po prostu. Panują w niej egipskie ciemności. Prawdopodobnie z taką ciemnością mieliście do tej pory do czynienia tylko wtedy, gdy… zamykaliście oczy. Nie widać dosłownie nic, żadnych konturów, nic. Pustka. Pomyślicie – świetna wystawa, skoro nic nie widać. Ale właśnie o to w tym chodzi. Ta wystawa to właściwie bezbolesny sposób na poczucie się jak osoba niewidoma. Przez godzinę poruszamy się po ciemnych pomieszczeniach i otrzymujemy od przewodnika – człowieka niewidomego bądź niedowidzącego – rozmaite polecenia i zadania. Uświadamiamy sobie, jak trudny i uciążliwy jest brak możliwości korzystania z narządu wzroku.

Przyznam Wam się, że po wejściu na wystawę pomyślałam "Nie dam rady. Zemdleję, rozpłaczę się, nie wytrzymam tego." Ale nic takiego nie nastąpiło. Dzielnie szłam dalej, choć nie mogę powiedzieć, że z każdym krokiem czułam się coraz pewniej. Podczas penetrowania poszczególnych pomieszczeń odnosiłam wrażenie, że brnę po omacku, że chodzę w kółko. Zupełnie nie potrafiłam sobie wyobrazić – poruszając się po ciemku – jak duży jest dany pokój, jakie jest jego położenie.  

Po zakończonej wystawie mieliśmy chwilę na rozmowę z przewodnikiem. Dowiedzieliśmy się wówczas, że w ciągu jego ponad pięcioletniej pracy w tym miejscu tylko jedna osoba zemdlała, ale całkiem sporo po prostu się przestraszyło. Mógł być to zarówno strach przed ciemnością, jak i przed samą bezbronnością. Przewodnik poinformował nas również, jaki narząd zmysłu jest najważniejszy dla osób niewidomych. Okazuje się, że jest to słuch. Osoba niewidoma i głucha nie da rady sama funkcjonować. Jednak podczas zwiedzania (choć to słowo mi tu nie gra) Niewidzialnej Wystawy dla mnie najważniejszy był zdecydowanie dotyk. Ale wiadomo, że podczas codziennego funkcjonowania niewidomy nie może obmacywać wszystkiego na swojej drodze, musi kierować się narządem słuchu. Zapytaliśmy naszego przewodnika, jakie miejsca są według niego najgorzej przystosowane do potrzeb osób niewidzących i niedowidzących. Stwierdził, że place budowy. Swoją drogą wiedzieliście, że istnieje specjalna aplikacja, która ebooki przerabia na alfabet Braille’a?

Opuściłam wystawę zdumiona. To było tak niesamowite doświadczenie, tak bardzo edukujące i – paradoksalnie – otwierające oczy. To zabrzmi banalnie, ale długo go nie zapomnę. Tylko jednego mi zabrakło... Chciałabym zobaczyć, jak te pomieszczenia faktycznie wyglądały. Typowe myślenie osoby widzącej...

Czy potrzeba odwagi, by przetrwać 60 minut w ciemności? Sądzę, że potrzeba odwagi, by w ogóle spróbować, by zmierzyć się z tak niecodziennym doświadczeniem.

CO: Niewidzialna Wystawa
GDZIE: Galeria Handlowa w Millennium Plaza (1. piętro), Aleje Jerozolimskie 123a, Warszawa
KIEDY: Poniedziałek-Piątek 12-19; Sobota- Niedziela 10-19, grupy wchodzą co 15 minut od pełnej godziny.
BILETY:  Od poniedziałku do piątku:
Bilet normalny (dorośli) – 25 zł
Bilet ulgowy (uczniowie, studenci, emeryci) – 22 zł
Soboty, niedziele oraz dni świąteczne:
Bilet normalny (dorośli) – 29 zł
Bilet ulgowy (uczniowie, studenci, emeryci) – 26 zł
Bilet grupowy – 22 zł

Co sądzicie o takiej wystawie?
Trzymajcie się!

Sara

wtorek, 1 sierpnia 2017

Oj, działo się... - lipiec 2017

Lipiec był taki, jaki lubię. Pełen wyjazdów. Była i kolejna stolica, i dwudziestokilometrowy "spacer"… W lipcu zrobiłam również krok w kierunku spełnienia jednego z moich minimarzeń, a także doświadczyłam niektórych rzeczy po raz pierwszy… :)

#piętnastastolica

W lipcu odwiedziłyśmy z mamą Brukselę. Była to zaledwie dwudniowa wycieczka, ale zobaczyłyśmy wszystko, co miałyśmy w planach. Jak w kilku słowach opisałabym swoje wrażenia? Zabytki, kościoły, pomniki – piękne. Ale nie chciałabym mieszkać w Brukseli. Miasto przywitało nas brudem, smrodem i wszechobecnymi żebrakami oraz bezdomnymi.
#kolejkajakwprlu

Nigdy nie byłam na żadnym większym koncercie. Nie piszczałam na stadionie wśród tłumu innych fanów, nie widziałam żadnego z moich muzycznych zagranicznych idoli. Zmieni się to w przyszłym roku, kupiłam bowiem bilet na koncert Eda Sheerana. Nie muszę mówić, jak trudne to było? Szkoda tylko, że będę musiała przemycić na stadion lornetkę…

 #dzieńspa

Na Dzień Matki podarowaliśmy naszej mamie voucher do SPA. Z racji tego, że dla mojej mamy to żadna przyjemność samej spędzić dzień w saunie czy w jacuzzi, ja wybrałam się do SPA razem z nią. Najpierw poszłyśmy na masaż – cudowne doświadczenie! Byłoby wspaniale móc chodzić na taki masaż przynajmniej raz w miesiącu. Co prawda miałam później na plecach czerwone pręgi i siniaki, ale wierzę, że masażystka wiedziała, co robi. Po totalnym odprężeniu przyszedł czas na… dalszy ciąg relaksu. Rozpływałyśmy się w saunie, opalałyśmy na "Słonecznej łące: i pluskałyśmy w jacuzzi. Może jeszcze kiedyś wybierzemy się do SPA z maseczkami, kąpielami błotnymi i manicure?

#jedziemynawycieczkę

Tegoroczne wczasy z rodzicami spędziliśmy na południu Polski. Zwiedziliśmy Kraków, który bardzo mi się spodobał, w końcu pojechaliśmy do Oświęcimia, z którego wyszłam zdumiona i zszokowana, w Zakopanem natomiast odwiedziliśmy Muzeum Figur Woskowych (Madame Tussauds lepsze ;)). Odważyliśmy się pójść nad Morskie Oko, co było dla mnie katorgą. Ale widoki to rekompensują. Powtarzałam, że nigdy więcej nie chcę zaliczać takiego "spaceru" ponownie, jednak ucieszyłabym się, gdyby mój chłopak mógł zobaczyć ten pięknie położony staw na żywo. Podczas pobytu w Tatrach po raz kolejny wybraliśmy się także na Słowację.
#będęsłoikiem?

Co dwa tygodnie jeżdżę do Warszawy. Razem z Maćkiem staramy się poznać to miasto, które być może będzie w przyszłości naszym domem. Odwiedziliśmy do tej pory Muzeum Neonów, Muzeum Czar PRL-u, Niewidzialną Wystawę (o której niebawem na blogu) oraz obejrzeliśmy niesamowity pokaz fontann. Powiem Wam, że dawno nie widziałam takich tłumów. Co najmniej kilka tysięcy ludzi wybrało się w ten sam wieczór oglądać multimedialne widowisko.
Sierpień prawdopodobnie będzie dużo bardziej pracowity – dwunastogodzinne zmiany czekają.
Dajcie znać, jak minął Wam lipiec!
Ściskam
Sara

sobota, 29 lipca 2017

Niespodzianka od Ukochanego - co zwiedzić w Mroczy?

Przyjeżdżam sobie z wakacji i wyciągam plik przesyłek ze skrzynki. Rachunki, ulotki, list, pocztówka i… tajemnicza koperta z urzędu. Urzędu w Mroczy. Na szczęście nie skarbowego. ;)

Mój chłopak postanowił zrobić mi niespodziankę i w moim imieniu pisał do różnych instytucji z prośbą o pocztówki. Niestety większość placówek nie kwapiła się nawet, by odesłać odpowiedź, choćby negatywną. Mail zwrotny, z prośbą o adres, dotarł z urzędu w Mroczy, o czym nie wiedziałam, aż do otrzymania przesyłki.

Słyszeliście o Mroczy? To miejscowość w województwie kujawsko-pomorskim, w powiecie nakielskim. Być może kojarzycie to miasto, ponieważ właśnie stamtąd pochodzi nasz mistrz olimpijski, sztangista Adrian Zieliński. Do Mroczy można wybrać się na przyjemny spacer po parku, a także podziwiać kamieniczki z XVIII i XIX wieku czy zwiedzić pięcionawowy kościół.


Z urzędu otrzymałam dwie widokówki i jedną kartkę pocztową z datownikiem. Wspaniałe jest to, że nawet tak niewielka miejscowość i gmina, jaką jest Mrocza, posiada swoje pocztówki. W dodatku są one naprawdę bardzo ładne! Wcześniej udało mi się otrzymać darmowe pocztówki z Trzemeszna i Sompolna (województwo wielkopolskie), o czym pisałam w tym poście.
Przesyłka z Mroczy była dla mnie przemiłą niespodzianką. Dziękuję! Czy Wasze drugie połówki też lubią Was zaskakiwać?
Uściski!
Sara

PS Część z Was pytała mnie, jak wygląda wiadomość, którą wysyłam do gmin. Nie wiem, co w swoim mailu napisał Maciek. Ja wysyłałam wiadomości o następującej treści:

Dzień dobry
Nazywam się Sara Watrak i od blisko 4 lat prowadzę bloga Sawatka, na którym opisuję swoje podróże oraz pokazuję zdobyte pocztówki. Piszę do Państwa z prośbą o wysyłkę pocztówek z Sompolna. W zamian pokażę je na moim blogu oraz napiszę kilka słów o miejscach wartych odwiedzenia w tej miejscowości.
Liczę na pozytywne rozpatrzenie mojej prośby.
Pozdrawiam
Sara Watrak

środa, 26 lipca 2017

Muzeum Czar PRL-u - oranżada, budka telefoniczna i inny wymiar

Coś mnie ciągnie do PRL-u. Całkiem niedawno mój chłopak i ja odwiedziliśmy toruński escape room utrzymany w klimatach komuny. Z kolei w jeden z lipcowych weekendów wybraliśmy się do warszawskiego muzeum Czar PRL-u.
Wejście do krainy futer, baniek na mleko i Vibovitu znajduje się nieopodal Soho Factory, na warszawskiej Pradze, przy ul. Głuchej. Zwiedzanie muzeum to właściwie oglądanie zaaranżowanego mieszkania z czasów komuny. Znajdziecie w nim i kuchnię, i salon (tfu! duży pokój), i miejsce przeznaczone na stylowe mopy i jeszcze bardziej stylowe żelazka. W korytarzu stoją buty i walizki pamiętające czasy PRL-u, wiszą futra i staromodne torebki. W muzeum możecie zobaczyć również obrazy przedstawiające "idoli" minionej epoki. Mowa o Leninie czy Gomułce.
W muzeum nie zabrakło symboli polskiego komunizmu – figury milicjanta, saturatora (moi rodzice cyklicznie wracają pamięcią do pysznej wody gazowanej z sokiem…), kartek na żywność czy gry Mastermind (macie ją jeszcze na strychu?). Eksponaty podpisane są w dwóch językach – po polsku i po angielsku. Zastanawiam się, co myślą  cudzoziemcy, zwiedzając to muzeum. To musi być dla nich swoista podróż do innego wymiaru.
Mimo że wystrój muzeum to powrót do czasów młodości naszych rodziców i dziadków, myślę, że każde pokolenie będzie zachwycone wizytą w tym miejscu. To okazja do powspominania, do wypowiadania co chwilę "O rany, pamiętam to!", "Mieliśmy to!", "U mojej babci stoi do tej pory!", ale też do dowiedzenia się czegoś nowego.
My wyszliśmy z muzeum oczarowani. To wspaniałe, że ktoś podjął ten niemały wysiłek i zebrał tak wiele przedmiotów z okresu komuny. Jedno jest pewne – w warszawskim muzeum życia minionej epoki poczujecie czar PRL-u.
Bilety sprzedaje pani siedząca za ladą. ;) Oprócz biletów wstępu możecie zakupić kultową oranżadę, pocztówki czy inne pamiątki.
GDZIE: ul. Mińska 25; wejście od ul. Głuchej, na wysokości ul. Mińskiej 22, Warszawa
KIEDY: poniedziałek-piątek 10:00-16:00;  sobota-niedziela 11:00-17:00
CENY: 8zł – bilet normalny;  5zł - bilet ulgowy
To nie jedyne tego typu muzeum w Polsce. Podobne instytucje działają w Krakowie i Rudzie Śląskiej. Dajcie znać, czy odwiedziliście któreś z nich.
Przesyłam wakacyjne pozdrowienia!
Sara

niedziela, 23 lipca 2017

Policzyłam swoje pocztówki – i co dalej?

Tradycja to tradycja. Jak co roku w wakacje policzyłam swoje kartki. Co prawda zrobiłam to wyjątkowo późno, bo czekałam, aż Maciek znajdzie trochę czasu, by mi pomóc. Cieszę się, że w końcu zakończył poszukiwania, przyjechał i usiadł na podłodze, żeby wesprzeć mnie w rachowaniu. 

Swoją przygodę z Postcrossingiem zaczęłam w grudniu 2011 roku. Pierwsze wielkie, skatalogowane liczenie odbyło się w lipcu 2014 roku. Okazało się wówczas, że mam 475 pocztówek z 63 krajów.  

Rok później, w 2015 roku, miałam już 785 pocztówek z 86 krajów! Wtedy zdobywanie widokówek z nowych krajów nie było jeszcze aż tak wielkim problemem. No i znaczki tyle nie kosztowały…

zeszłe wakacje wraz z mamą policzyłam wszystkie kartki. Doliczyłyśmy się 1102 pocztówek z 98 krajów.
A ile sztuk liczy moja kolekcja obecnie?
Zgadniecie?
1243 pocztówki ze 114 państw! Jestem w szoku, że mimo iż nie otrzymuję pocztówek regularnie, nie korzystam prawie w ogóle z Postcrossingu ani Postcard United, udało mi się zebrać aż tyle kartek.

W zdobyciu widokówek z nowych krajów na pewno pomógł mi mój cel na 2017 rok, aby wzbogacić swoją kolekcję o dziesięć państw. Wiecie, że mam już kartki z ponad połowy krajów świata?
Niestety podczas liczenia Maciek odkrył też pewne niedopatrzenie. Okazało się, że przesyłka z Pakistanu była w rzeczywistości kartką przedstawiającą… Singapur. Słabo, prawda?  Musiałam więc usunąć Pakistan z listy krajów, z których posiadam pocztówki… Dla mnie bowiem nie liczy się, skąd przywędrowała przesyłka, ale co przedstawia.

Najwięcej kartek niezmiennie liczy koperta z napisem Polska. Mam również bardzo dużo kartek  ze Stanów Zjednoczonych, Włoch, Rosji i Wielkiej Brytanii. Dodam jeszcze, że posiadam pocztówki ze wszystkich krajów europejskich, z Antarktydy, a nawet z… kosmosu i San Escobar. :D

Nie wyobrażam sobie, żebym mogła zrezygnować ze zbierania pocztówek, ale jednocześnie wolę wydawać pieniądze na podróże niż na znaczki. Poza tym z krajów, z których jeszcze nie otrzymałam żadnej przesyłki, często nie ma żadnych aktywnych użytkowników na stronie Postcrossingu… Najtrudniej będzie zebrać widokówki z Czarnego Lądu. Tamtejsi mieszkańcy często w zamian za kartki żądają pieniędzy, pendrive’ów i innych dóbr materialnych.

Z racji tego, że nie wysyłam już tak dużo kartek jak jeszcze kilka lat temu, postanowiłam pozbyć się części moich pocztówek przeznaczonych na wymianę. W pudełku mam blisko 200 takich kartek, a zdaję sobie sprawę, że nie wyślę ich w ciągu najbliższych lat, a nie chcę, by niszczały. Na pewno komuś innemu przydadzą się bardziej.

Dajcie znać, czy liczycie swoje kartki. Wiecie, ile ich macie? O kartce z jakiego kraju marzyć? Ja o przesyłce z Korei Północnej…
Uściski!

Sara

czwartek, 20 lipca 2017

Muzeum Neonów - okazja do podróży w czasie

Ciekawe, czy Warszawa stanie się moim drugim domem. Na razie czuję się tam zdecydowanie bardziej jak turystka. Podczas pierwszych odwiedzin u mojego kochanego Słoika postanowiłam zajrzeć do Muzeum Neonów.
Neon Muzeum znajduje się w dość oryginalnej okolicy. Placówka zajmuje jeden z budynków na terenie praskiej Soho Factory. Oczywiście razem z M. musieliśmy się zgubić… Gdy w końcu dotarliśmy na miejsce, już od progu powitały nas neony. A właściwie to przed progiem, bo ustawiono je nawet przed wejściem do muzeum.

Neony były ogromnie popularne w Polsce, szczególnie za komuny. Wówczas przed wejściem do restauracji, kawiarni, baru, hotelu, a nawet fryzjera czy sklepu obuwniczego można było natknąć się na świecące reklamy. W muzeum znajduje się ok. 100 instalacji.
W placówce znajdzecie neony z całej Polski. Obok każdego z nich widnieje krótki opis zawierający informację, gdzie znaleziono neon oraz co reklamował. Niestety nie wszystkie napisy zachowały się w całości – w muzeum możemy podziwiać m.in. neon Kato. Wice się nie zachowały.
Każdemu neonowi możecie przyjrzeć się z bliska i zobaczyć, w jaki sposób został wykonany. Reklamy świetlne to nie tylko napisy, lecz także ciekawe grafiki przedstawiające zwierzęta, kwiaty czy… syreny. Muzeum Neonów to idealne miejsce na niecodzienną sesję fotograficzną. Świecące reklamy stanowią bowiem bardzo oryginalne, oldschoolowe tło.
Co ważne – działalność muzeum nie ogranicza się jedynie do udostępniania neonów odwiedzającym. Dyrekcja zajmuje się również ich poszukiwaniem i pozyskiwaniem, a także renowacją. Więc jeśli w Waszych miastach znajdują się jeszcze jakieś powojenne neony i niszczeją, dajcie im drugą szansę i odezwijcie się do warszawskiego muzeum.
Muzeum Neonów pozwoliło nam przenieść się w czasie. Zwiedzanie nie zajmie Wam dużo czasu, a na pewno dostarczy wyjątkowych wrażeń. To pierwsze Muzeum Neonów w Polsce i jedne z nielicznych na świecie.
 
Dziękuję właścicielom za tę niesamowitą podróż w czasie, jaką była wizyta w Neon Muzeum.

GDZIE: ul. Mińska 25; Soho Faxtory (budynek nr 55), Warszawa
KIEDY: środa-piątek 12:00-17:00; sobota 11:00-18:00; niedziela 11:00-17:00
CENY: 10zł – bilet normalny; 8zł – bilet ulgowy

Co sądzicie o warszawskim Muzeum Neonów?
Trzymajcie się ciepło!
Sara