niedziela, 21 stycznia 2018

Niezwykła wystawa na Stadionie Narodowym



Ale bieda na blogu, co? To najgorsze, gdy mam, o czym pisać, tylko nie mam kiedy.
Sesja dała o sobie znać jeszcze długo przed jej rozpoczęciem. Odnoszę wrażenie, że to nie sama sesja jest najgorsza, kiedy muszę napisać kilka egzaminów w ciągu dwóch tygodni i nie trzeba chodzić na zajęcia. To ten okres przedsesyjny jawi mi się jako najtrudniejszy, gdy nie wiadomo, w co ręce włożyć. Ale dość biadolenia. Mam dziś dla Was zdjęcia z cudownej i bardzo wartościowej wystawy.
Od 24 października do 16 listopada na Stadionie Narodowym w Warszawie można było zobaczyć zdjęcia Joela Sartore – fotografa National Geographic. Na "National Geographic Photo Ark. Największej wystawie zagrożonych gatunków" znalazły się fotografie zwierząt, które są zagrożone lub bliskie wyginięciu.
Wystawa miała na celu podniesienie świadomości o problemie ginących gatunków oraz zachęcenie do ochrony zwierząt. Co więcej fotografie Sartore pozwolą przyszłym pokoleniom podziwiać zwierzęta, które żyły na tej planecie. Joel Sartore sfotografował ponad 7000 gatunków zwierząt w 40 krajach. Jego prace zachwycają. Zanim fotografie trafiły na Narodowy, podziwiali je mieszkańcy USA, Portugalii oraz Włoch.
Co ciekawe sam autor zdjęć pojawił się w Polsce m.in. po to, by sfotografować gatunki zwierząt mieszkające we wrocławskim zoo. Jego uwagę przykuł bawolec rudy, koziorożec syberyjski, takin złoty oraz sambar kropkowany.
Na ekspozycję na Narodowym wybraliśmy się razem z Maćkiem. Wstęp na wystawę był bezpłatny. O ile ktoś mógłby pomyśleć "łee, zwierzątka, to dla dzieci", o tyle według mnie to właśnie dorośli powinni byli udać się na tę wystawę, gdyż to oni mogą realnie działać i zaangażować się w ochronę zwierząt.
Wystawa była podzielona na kilka części, według stopnia zagrożenia zwierząt. Są na naszej planecie takie gatunki, które jeszcze niedawno były zagrożone wyginięciem, a obecnie jest ich coraz więcej. Jednak są także takie, które mogą wyginąć całkowicie, bowiem ich przedstawicieli została zaledwie garstka.
Wśród fotografowanych zwierząt znalazły się zarówno takie, o których słyszał każdy z nas - chociażby koala australijski czy panda wielka, jak i mniej znane np. sifaka biało-kasztanowa bądź arau madagaskarski. 
Najsmutniejszą częścią ekspozycji były zdecydowanie zdjęcia prezentujące piękne zwierzęta wkraczające na drogę bez powrotu. Możliwe, że nasze dzieci nie będą mogły ich już zobaczyć ani na żywo, ani w zoo.  Pośród nich znalazły się m.in. takie gatunki jak nosorożec północny, lis polarny czy krokodyl filipiński.
Obecnie na Stadionie Narodowym można oglądać wystawę LEGO. Prawdopodobnie na nią również wybierzemy się z Maćkiem. 
Ściskam!
Sara

wtorek, 16 stycznia 2018

Przeciętny Blue Monday

Jak wygląda typowy Blue Monday w przeciętnej polskiej rodzinie? Otóż tak:

Wstajesz sobie rano pełna wigoru i chęci. Po godzinie ósmej masz już napisany tekst. Będzie hitem – tak przeczuwasz. Tylko co ze zdjęciem? Piszesz, do kogo się da. Nie dostajesz odpowiedzi. W efekcie artykuł zostaje opublikowany wieczorem. I już nie jest hitem.
Nagle słyszysz pukanie do drzwi. Otwierasz kurierowi w piżamie. Chyba nie chciał cię oglądać w tym stanie.

Internet informuje Cię, że w Twojej malutkiej wsi pali się zakład. Pali się czarnym dymem. Prawdopodobnie nie dojedziesz do Torunia swoją stałą trasą. Musisz zebrać w sobie wszystkie cząstki odwagi i zmierzyć się z nową drogą. Jedziesz ze świadomością, że jeśli źle skręcisz, wylądujesz na autostradzie. Do Gdańska.

O dziwo, zamiast na A1, lądujesz u okulisty. Dowiadujesz się, jakim kretem jesteś. Nagle ze szkoły dzwoni pielęgniarka – Twój młodszy brat miał kontuzję na wf. Nie chce jechać na pogotowie. Twoja irytacja już przekracza wszelkie możliwości. A to dopiero 12.

Gdy wydaje się, że masz chwilę przerwy, zaczynasz obżerać się pączkami, co skutkuje potem okropnym bólem brzucha. A do Tłustego Czwartku przecież jeszcze kawał drogi.

Wchodzisz na Facebooka i prawie płaczesz. Ludzie piszą do ciebie elaboraty, ktoś coś chce, ktoś coś przekłada. I jak tu zachować spokój? Jest 13.

Dzielnie pracujesz nad projektem. Ale łapie cię głód. Co kupujesz? Głupiego pączka.

Robi się późno. Każdy Cię denerwuje. Twój brat łaskawie daje się namówić, aby jechać na pogotowie. A wtedy Twój samochód odmawia posłuszeństwa przed torami tramwajowymi.

W szpitalu na kolanie tworzysz projekt na zajęcia. I czekasz. Na szczęście i nieszczęście noga brata nie ląduje w gipsie.

Wracasz do domu. Jest wieczór. Irytacja sięga zenitu. Masz dość. Dość tego dnia, dość sesji, dość innych ludzi. I wtedy dowiadujesz się, że nie żyje wokalistka The Cranberries. Zastanawiasz się, czy ten dzień z Ciebie drwi i co jeszcze może się wydarzyć.
Wykrakałaś. Słyszysz jakieś dziwne odgłosy ze strychu. To nie duchy ani myszy.
Przez kolejną godzinę próbujesz odkryć, co to za szuranie. W końcu zasypiasz umęczona.

Następnego dnia – mimo że Blue Monday się już skończył – budzisz się z katarem. A za oknem śnieżyca.

Cudnie.
A jak wyglądał Wasz Blue Monday? 
Sara

sobota, 13 stycznia 2018

W końcu stworzono "Wehikuł czasu" - i to w Toruniu!


Gdy oznajmiłam rodzicom, że fajnie byłoby dostać na święta voucher do escape roomu, mama skomentowała: "Ty dostaniesz prezent, a wszyscy z niego skorzystamy!" Cóż, nie czuję się przygotowana, by iść do escape roomu w pojedynkę. :D Mimo że na koncie mam już piętnaście odwiedzonych pokoi.

Swój voucher do LockMe, portalu escape roomowego, wykorzystałam w kilka dni po świętach Bożego Narodzenia. Całą rodziną zdecydowaliśmy, że wybierzemy się do pokoju, który znajduje się na pierwszym miejscu rankingu toruńskich escape roomów. Przeczytałam większość opinii o tym escape roomie i byłam naprawdę podekscytowana.

Pokój "Wehikuł czasu" jest naprawdę wyjątkowy. Z kilku względów – z powodu swojej wielkości, z powodu liczby pomieszczeń, z powodu tego, ile pracy włożono w jego przygotowanie, a także z powodu ciekawego sposobu porozumiewania się z pracownikami. Nie spotkaliśmy się z takim pomysłem nigdzie indziej.

"Wehikuł czasu" – jak sama nazwa wskazuje – pozwala nam przenieść się w czasie. Można więc spełnić swoje marzenie z dzieciństwa (a może i z dorosłości?) i wylądować w przeszłości albo... w przyszłości. Co również wyróżnia ten pokój na tle innych, to czas – na wydostanie się z niego mamy 75 minut, a nie – jak w większości escape roomów – 60. Nam udało się opuścić pokój przed upływem godziny. Chyba się wprawiamy. :D

Na portalu LockMe znajdziemy informację, że "Wehikuł czasu" to pokój dla doświadczonych. Nie nazwałabym go tak. Zagadki nie są bardzo trudne, wręcz przeciwnie – rozwiązania niektórych z nich są tak łatwe, że często… nie bierzemy ich pod uwagę. A to właśnie od sprawdzenia tych rozwiązań powinniśmy zacząć. ;) Wszystkie zadania są logiczne. Nie było właściwie żadnej zagadki, której rozwiązanie skomentowalibyśmy słowami "I jak my niby mieliśmy na to wpaść?". Właściciele firmy Spaced-out sami chętnie odwiedzają escape roomy, nie tylko w Polsce, lecz także za granicą, sprawdzają więc na własnej skórze, jakie typy zagadek są najlepsze.

Bardzo podobało mi się nasze zbieranie rzeczy w tym pokoju. "A, weźmy i to, może się przyda!" Długo się później z siebie śmialiśmy. 

Dodam jeszcze, że "Wehikułem czasu" lepiej podróżować w więcej niż dwie osoby. My byliśmy we czwórkę i to naprawdę ułatwiło nam penetrowanie pomieszczeń. Poza tym co cztery głowy to nie dwie, zawsze ktoś na coś wpadnie.
Minusy? Może jeden – ja nie bardzo rozumiałam podpowiedzi pana, więc dobrze, że moja rodzinka ma lepszy słuch. :D

Ostatnio jeden z moich znajomych powiedział, że escape room to coś, co najlepiej przeżyć samemu. Zgadzam się - ten pokój zdecydowanie warto odwiedzić. Serdecznie polecam Wam "Wehikuł czasu". Ten pokój zasłużył na pierwsze miejsce w Toruniu.
Dajcie znać, jakie są najlepsze escape roomy, w jakich byliście!
Sara
PS W toruńskim Spaced-out możecie odwiedzić jeszcze jeden pokój - "Pokój astronoma". 

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Kawiarnie, w których kupisz kawę we własnym kubku



Pod koniec zeszłego roku wymyśliłam sobie, że przygotuję tekst o toruńskich kawiarniach, w których można kupić kawę na wynos we własnym kubku. Nie spodziewałam się, że artykuł ten wywoła tak duży odzew.

Skąd pomysł na tekst?
Interesuje mnie tematyka slow life i zero waste. Jestem zdecydowaną zwolenniczką niepomnażania rzeczy i dbania o środowisko. Śledzę różne strony na ten temat. Jedną z nich jest fanpage Z własnym kubkiem. Idea jest prosta – zamiast brać w kawiarni napój na wynos w papierowym czy plastikowym kubku, który będzie długo się rozkładał, przyjdź do lokalu z własnym kubkiem termicznym. Na fanpage’u Z własnym kubkiem ogłaszane są kolejne kawiarnie, które dołączyły do akcji. Zauważyłam jednak, że brakuje tam toruńskich lokali. Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce.

Jak wyglądały poszukiwania?
Kawiarniane zwierzę ze mnie – znam większość toruńskich kawiarni. Napisałam do nich, jednak na początku odzew był żaden. Zmartwiło mnie to. Z czasem pojedyncze kawiarnie zaczęły odpisywać na wiadomości. Jedna z pań poprosiła mnie o kontakt telefoniczny. W rozmowie tłumaczyłam jej, na czym polega idea zero waste i… moja moc przekonywania zadziałała. :D Po nieotrzymaniu odpowiedzi na wiadomości prywatne od części kawiarni, postanowiłam zadać im pytanie na fanpage’u: "Czy można u Was zamówić kawę na wynos we własnym kubku?" Ostatecznie większość kawiarni odpowiedziała, że… tak! Że to super inicjatywa. Dodatkowo dzięki zakupie napoju we własnym kubku można liczyć na rabaty. Oczywiście znalazły się takie lokale, które odczytały moją wiadomość, ale nie chciało im się odpowiedzieć… A szkoda.

Reakcje po publikacji
Po publikacji artykułu na portalu SpodKopca.pl pisały do nas osoby z propozycjami kolejnych toruńskich kawiarni, w których można kupić napój na wynos we własnym kubku. Sam tekst miał mnóstwo wyświetleń. Udostępniono go również na wspomnianym fanpage’u Z własnym kubkiem, a ja dodałam toruńskie kawiarnie do specjalnej mapy miejsc, w których zamówicie napój na wynos we własnym kubku. Czuję, że zrobiłam coś dobrego. Coś społecznie dobrego.

A oto stworzona przeze mnie lista kawiarni toruńskich

1. Ahoj Cafe, ul. Łazienna 9 (kawa we własnym kubku o 1 zł tańsza)
2. Cafe pARTer, Wały Generała Sikorskiego 13 (kawa we własnym kubku o 1 zł tańsza)
3. Wejściówka, pl. Teatralny 1
4. Atmosphera, ul. Panny Marii 3
5. Kona Coast Cafe, ul. Chełmińska 18 (kawa we własnym kubku tańsza o 10%)
6. Grande Coffee Toruń, Rynek Staromiejski 12 (kawa we własnym kubku o 1 zł tańsza)
7. Natura Słodyczy, Rynek Nowomiejski 9/1A (do każdej kawy we własnym kubku ciasto 10% taniej)
8. Snackarnia, ul. Przedzamcze 18 (kawa we własnym kubku tańsza o 10%)
9. Bike Cafe, Rynek Nowomiejski
10. Hanza Cafe, ul. Piekary 28
Dodam, że w akcji bierze również udział sieciówka Starbucks, której w Toruniu jeszcze nie otworzyli… Za to Costa Coffee nie daje się namówić. Powód? Ilość nalewanej kawy wyliczona pod kątem firmowych kubków.
Jak widać, zero waste to szereg zalet – mniejsza ilość wytwarzanych śmieci, ale też większa oszczędność pieniędzy.
To co, odtąd na kawę chodzicie tylko #ZWłasnymKubkiem?
Sara