piątek, 24 marca 2017

Dublin po południowej stronie Liffey



Poniedziałek w Dublinie zaczęliśmy trochę później niż planowaliśmy ze względu na nocną przygodę z ćpunem… O której więcej na pewno jeszcze napiszę. Ale i tak udało nam się zebrać naprawdę sporo wspomnień. :)

Dziś chciałabym pokazać Wam stolicę Irlandii po południowej stronie Liffey. Nieopodal naszego lokum znajdował się St Stephen’s Green czyli uroczy park. Niezbyt duży, za to chętnie odwiedzany zarówno przez miejscowych, jak i turystów. Oprócz kwitnących już narcyzów i różnych gatunków ptaków w parku podziwialiśmy… Łuk Fizylierów. Oczywiście paryski Łuk Triumfalny wywiera o wiele większe wrażenie. Pod tym dublińskim nie słychać klaksonów i przekleństw kierowców, haha. Pod łukiem wypróbowaliśmy… kijek do selfie (teraz możecie się śmiać). W parku spotkaliśmy Polaków. Niestety pracujących jako sprzątacze… A więc tak nasi rodacy zarabiają w Irlandii? :(

Gdybyśmy mogli zostać w Dublinie nieco dłużej, na pewno spacerowalibyśmy po parku jeszcze kilka godzin. Słońce delikatnie świeciło, pan nad stawem karmił kaczki, ławeczki aż kusiły, by na nich usiąść i w spokoju poczytać książkę… Sielanka. Ale w Dublinie byliśmy niecałe 2 dni, a chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej. Przy wyjściu z parku znajduje się tzw. Tonehenge. To pomnik ku czci powstańców dowodzonych przez Wolfe'a Tone’a. Przyznaję, że byłam bardzo ciekawa tego obiektu, pewnie ze względu na intrygującą nazwę, jaką nadali mu miejscowi – to analogia do angielskiego Stonehenge. Ale to chyba mało trafne porównanie…

Wyszliśmy z parku i skierowaliśmy się w stronę wiktoriańskich budynków. Chcieliśmy zobaczyć Muzeum Narodowe, Bibliotekę Narodową, Galerię Narodową oraz parlament. Ostatecznie sama nie wiem, co w końcu udało nam się sfotografować. Gdzieniegdzie nie mogliśmy przedostać się przez zamknięte bramy, gdzie indziej wejścia pilnował strażnik… Momentami bałam się nawet robić zdjęcia. Na pewno dotarliśmy do Biblioteki Narodowej, jednak nie weszliśmy do środka.

Kolejnym celem naszego spaceru był Trinity College. Na tym słynnym uniwersytecie studiowali m.in. autor "Podróży Guliwera", Jonathan Swift i dramaturg Samuel Beckett. Kampus nie rzucił mnie na kolana, być może dlatego dostałam na placu głupawki… Uwiecznionej przez Maćka na zdjęciach. 

Chcieliśmy dotrzeć do Molly Malone, pomnika uznawanego przez wielu za symbol Dublina. Po drodze zdążyliśmy zabłądzić, kupić Leap Kartę na komunikację miejską, a Maciek wydał trochę euro na książkę. W końcu naszym oczom ukazała się bezwstydna Molly. Podobno ta "dziwka z wózkiem", jak przezywają ją Irlandczycy, naprawdę istniała. Była prostytutką. Ale najwidoczniej brakowało jej kasy, bo jeszcze dorabiała, sprzedając owoce morza.

Jak już obfotografowaliśmy posąg ze wszystkich stron, a Maciek pomacał obfity biust Molly, postanowiliśmy trochę pobłądzić po Grafton Street. Ja – jak tradycja nakazuje – pstrykałam zdjęcia witrynom ekskluzywnych sklepów takich jak Chanel czy Louis Vuitton, a mój chłopak buszował po antykwariacie z płytami i książkami.

Mieliśmy już kartę, mogliśmy więc zaszaleć. Podjechaliśmy do dublińskiego zamku. Ta królewska warownia została zbudowana w XIII wieku, jednak pożar zniszczył większość budynku. Do dziś zachowała się oryginalna wieża (jak to stwierdziła moja mama podczas oglądania zdjęć – "dość niska").


Piechotą podeszliśmy do Christ Church. Wiecie, że nie lubię oglądać i zwiedzać kościołów. Nie mam już siły wyjaśniać dlaczego, zatem proszę, zaakceptujcie ten fakt. :D No właśnie. Ale tu muszę się przyznać, że Katedra Chrystusa naprawdę mnie zachwyciła. Ogromna, majestatyczna, po prostu piękna. Mimo że według rozkładu w środku trwała msza, pani w kasie nie zachęcała do przekroczenia progów świątyni.

Słońce w dalszym ciągu przyjemnie grzało, ale walczył z nim wiatr. I wygrał. Przy Katedrze św. Patryka, patrona Irlandii, trudno było się poruszać – zerwał się taki wicher. Zrobiliśmy kilka zdjęć, zerkając jeszcze na tradycyjne irlandzkie nagrobki i wróciliśmy do hotelu, by nieco odpocząć.

Który zabytek podoba Wam się najbardziej?

Już teraz zapraszam na kolejną część relacji z trzynastej stolicy!

Uściski!

Sara

PS Jeśli chcecie dowiedzieć się, dlaczego wybraliśmy Irlandię jako cel naszej podróży oraz jak wygląda Dublin nocą, zajrzyjcie tu i tu.

środa, 22 marca 2017

Dublin po zmroku



Wróciłam z Dublina. I nie oszczędzę Wam rewelacji i relacji z tej stolicy. ;)

Do Irlandii dotarliśmy po południu, zwiedzanie zaczęliśmy więc, gdy już się ściemniało. Dlatego też na pierwszy ogień, nieco przekornie i nietypowo – post o Dublinie po zmroku.
Zależało nam, by wieczorem zobaczyć, jak swoim życiem żyje Temple Bar czyli dzielnica rozrywkowa Dublina. To ulice pełne restauracji, pubów, pijących i niepijących, turystów i miejscowych, bawiących się i pozujących do zdjęć. W Temple Bar, oprócz licznych kawiarni, pubów i sklepów z kiczowatymi pamiątkami, udało mi się namierzyć kilka graffiti oraz ozdób pozostałych z dnia św. Patryka, patrona Irlandii.



O wiele efektowniej niż za dnia prezentuje się również most Ha’penny (nazwany tak od opłaty pół pensa, którą kiedyś pobierano za przejście nim). Most ten to raczej ślicznie oświetlona kładka. Jak na wielu europejskich mostach i na tym możemy znaleźć kłódki zakochanych. Jak czekałam na miłość, to marzyłam o zawieszeniu takiej kłódki, a teraz nie wydaje mi się to takim romantycznym pomysłem. :D

Dotarliśmy w końcu do słynnej O’Connell Street. Nazwa ulicy pochodzi od nazwiska słynnego polityka i działacza niepodległościowego. Przedłużeniem ulicy jest most O’Connell. Na tej głównej arterii Dublina zjedliśmy kolację (w McDonaldzie – tym faktem pewnie nikogo nie zaskoczę, a już na pewno nie hejterów). Próbowałam też pstryknąć zdjęcia iglicy, ale nie było to takie łatwe. The Spire of Dublin - oficjalnie the Monument of Light – to wysoki… słup. Postawiono go w ramach uczczenia nowego tysiąclecia. Jakoś nie rzucił mnie na kolana ten monument – mimo swojej wysokości.

Wróciliśmy piechotą na drugą stronę rzeki, tę, po której znajdował się nasz hostel. Udało nam się jeszcze zobaczyć oświetlony ratusz.

Pod koniec dnia Maciek wyciągnął mnie do… pubu. Nie ma co ukrywać, puby to symbol Irlandii. W jednym z przewodników wyczytałam, że łatwiej jest znaleźć na tej wyspie wieś bez kościoła niż wioskę bez pubu… Śmiałam się, że wybrałam się do Irlandii, w której piwo i inne alkohole są tak bardzo na porządku dziennym, a ja… nie piję w ogóle. Maciek jednak skosztował Guinnessa, by porównać go z tym sprzedawanym w promocji w Żabce. ;) Chyba mu smakowało. Chociaż wzrok ma taki nieśmiały... ;)

Już teraz zapraszam Was na kolejne posty o Dublinie. Mimo że spędziliśmy w tym mieście niecałe 2 dni, sporo zobaczyliśmy. Chciałabym podzielić relację na opowieść o miejscach wartych zobaczenia po północnej stronie Liffey, rzeki płynącej przez stolicę Irlandii, oraz na relację ze spaceru po stronie południowej. Poza tym na pewno podzielę się z Wami wszelkimi spostrzeżeniami na temat organizacji wycieczki do Irlandii.

Jeśli macie jakieś pytania - śmiało!
Lubicie oglądać miasta po zmroku? A może takie zwiedzanie nie ma dla Was większego sensu?
Pozdrawiam!
Sara
PS Tutaj przeczytacie, jak to się stało, że wylądowaliśmy na drugim końcu Europy. 

poniedziałek, 20 marca 2017

Trzynasta stolica





Udało się! Odwiedziłam kolejną stolicę. Gdy publikuję ten post, jestem jeszcze… no właśnie, gdzie tym razem? W Dublinie, stolicy Irlandii! To nietypowy cel podróżniczy, prawda? I nasza wycieczka jest na swój sposób wyjątkowa. Ale od początku.


Jedną z pierwszych wątpliwości, jakie pojawiły się na początku mojego związku z M. było: "Ale jak to? On nie podróżuje?" Okazało się, że jedynym miejscem za granicą, jakie odwiedził mój chłopak, było Wilno… Zastanawiałam się, o co chodzi. Czy M. nie lubi podróżować? Nie chce? Jak nam się ułoży, skoro mnie ciągle gdzieś ciągnie? Okazało się, że M. nie tyle, że nie chce podróżować – po prostu nie był wychowany w globetrotterskim duchu. Ale jednocześnie podkreślał, że jego marzeniem jest chociażby odwiedzenie Wysp Brytyjskich, Sztokholmu, Wiednia, Australii czy Japonii. M. od zawsze bardzo interesował się geografią i historią. 
 
Gdy już byłam pewna, że moja druga połówka naprawdę chce ze mną gdzieś jechać, pozostało wybrać cel. Co kilka dni powracał temat marzeń, dalekich wypraw, biletów lotniczych… Mieliśmy różne pomysły. Ja regularnie śledziłam strony z tanimi biletami. Ostatecznie jednak to M. na początku stycznia wynalazł bilety do Dublina w korzystnej cenie. To co, lecimy? ;) Bilety kupiliśmy jeszcze tego samego dnia. Cieszyliśmy się jak dzieci. Trochę mniej cieszyli się moi rodzice, bo powiedziałam im dopiero po fakcie. W sumie to byli w szoku. Ale później zaczęli ekscytować się razem z nami. 


Powiem Wam, że samo przygotowywanie do wyjazdu nieco różniło się od przygotowań do moich wojaży z mamą. Przede wszystkim Maciek stwierdził, że dowie się o Zielonej Wyspie tak wiele, na ile to możliwe. Czytał książki, przewodniki, rozmaite strony internetowe… Tymczasem my z mamą rzadko kiedy sięgałyśmy po tradycyjne lektury, zwykle posiłkowałyśmy się informacjami znalezionymi w Internecie. Maciek i mnie zaraził czytaniem książek o Irlandii. Najśmieszniejsze jest to, że nawet nie dodawałam ich na lubimyczytac, bo nie chciałam zdradzać faktu naszej podróży. Właśnie – z moich znajomych o Dublinie wiedzieli tylko… moi rodzice, brat i dziadkowie. Dodam jeszcze, z przymrużeniem oka, że przy M. czułam się momentami jak jakaś doświadczona zdobywczyni świata, haha, i nierzadko coś mu tłumaczyłam i wyjaśniałam. 


Ale były też oczywiście pewne podobieństwa do wcześniejszych wypraw. Podobnie jak przed podróżą z mamą, z moim chłopakiem ustaliliśmy trasę zwiedzania, zarezerwowaliśmy hostel na hostelbookers, wykupiliśmy miejsca w samolocie, by siedzieć obok siebie, kupiliśmy zupki chińskie itp. Jednak pewne strategie podróżnicze są nie do przecenienia. :D Zdradzę Wam, że troszkę obawiałam się pierwszej wspólnej podróży - to jednak nie lada sprawdzian dla związku.


Na pewno - jak zawsze – pojawią się wpisy z relacjami z naszej wycieczki, z przydatnymi informacjami, cenami, wskazówkami. Oczywiście pokażę Wam również, co kupiłam w Dublinie. 


A na koniec jeszcze krótko wyjaśnię, co przemawiało za Dublinem. Bilety były stosunkowo tanie, to stolica, w której jeszcze nie byłam (Maciek też nie xD), dojazd z lotniska do centrum nie kosztuje majątek, można dolecieć do tego miasta z miejscowości położonych stosunkowo blisko Torunia, co więcej Dublin był wysoko na liście miast marzeń M. Aa, no i nie mam żadnych pocztówek z tej stolicy, to też ważny argument, haha.

Byliście w Dublinie? Jakie macie skojarzenia z tym miastem?

Gorące pozdrowienia z Zielonej Wyspy!

Sara

sobota, 18 marca 2017

Moja przygoda w "Milionerach"



Skoro już wszyscy wiedzą, to nie wypada nie napisać tego jeszcze raz: tak, brałam udział w "Milionerach" . Tak, nie udało mi się wygrać pieniędzy. Ale… co z tego? :D

Przyznam Wam się, że  nie planowałam tego wpisu. Myślałam: "Po co pisać o porażce?"  Ale po obejrzeniu odcinka w telewizji i pozytywnych reakcjach wielu osób zaczęłam patrzeć na mój występ inaczej. To nie było klęska. To był akt odwagi.

Niestety o wielu szczegółach, a nawet ogółach dotyczących udziału w programie pisać nie mogę. Ale nikt nie zabroni mi podzielenia się z Wami moimi odczuciami i emocjami.


Jak to się stało, że zgłosiłam się do "Milionerów"?


Dokładnie pamiętam moment podjęcia decyzji. Była sobota. Jedliśmy rodzinny obiad na kanapie i oglądaliśmy "Familiadę". W pewnym momencie mój brat powiedział : "Sarcia, zgłoś się do Milionerów". Moja mama szybko podchwyciła temat. A ja pomyślałam: "W sumie… dlaczego nie?" Moje zgłoszenie pisałam na raty. Chciałam, żeby było jak najciekawsze, jak najoryginalniejsze. 
 
Czy spodziewałam się, że dostanę się do programu?


Sama sobie zadałam trudne pytanie. Wydaje mi się, że miałam na to nadzieję, ale jednocześnie nie wierzyłam, że to może się zdarzyć.

Jak przygotowałam się do udziału w. "Milionerach"?


Maciek mówił, że mam czytać encyklopedię. Hmm. Przejrzałam tylko tabelki na jej końcu. :D A tak serio to na kilka dni przed nagraniem wymyślałam, co może pojawić się w eliminacjach, tj. w konkurencji czasowej. Najwyższe szczyty? Filmy Polańskiego? Olimpiady? Uczyłam się różnych dziwnych zestawień na pamięć. Bardzo często słyszałam od mojego M.: "To może być w Milionerach". Dlatego starałam się mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Ćwiczyłam również refleks, grając w Speed Cups. Nauczyłam się też na pamięć zwycięzców tegorocznych Oscarów. ;) Czy coś się przydało?

Odcinek z moim udziałem


Praktycznie nikomu nie powiedziałam, że 16 marca będzie emitowany odcinek ze mną w roli głównej. Jednak w czasie oglądania, jak i przez resztę wieczoru otrzymywałam telefony, smsy, wiadomości i komentarze na Facebooku. No cóż, trudno było nie zauważyć, że Sara Watrak z Małej Nieszawki to ja. ;) Byłam w szoku, że tylu moich znajomych ogląda "Milionerów", zdziwiło mnie, jak wiele osób mi gratulowało. Naprawdę. Ja myślałam, że będzie żenua i wstyd w telewizji, a tu ludzie byli pozytywnie zaskoczeni i dumni ze mnie. Dziękuję Wam bardzo. Ale pamiętajcie, że nie zrobiłam nic wielkiego. Tylko szalenie wyskoczyłam ze swojej strefy komfortu. :D Przyznam, że w studiu było mi bardzo przykro, że w obydwóch eliminacjach byłam druga. Raz zabrakło dokładnie 0,42 sekundy. Niecałe pół sekundy. Jednak teraz myślę o tym z uśmiechem na ustach. Myślę o występie w TVNie jak o przygodzie, o wyzwaniu, o niezwykłym doświadczeniu. I chyba nie mam się czego wstydzić, prawda?


A co teraz?


Nie ukrywam, ze chciałabym spróbować swoich sił w "Milionerach" ponownie. Wiem już, jak to wszystko wygląda, więc może stres byłby trochę mniejszy? Myślałam też o innych teleturniejach. Całe życie przede mną. :D

Dziękuję Wam bardzo za wszystkie miłe słowa. Jak mawiał Forrest Gump: "I to jest wszystko, co mam do powiedzenia w tym temacie." 
Trzymajcie się ciepło 
Sara 
PS Może zacznę rozdawać autografy? xDDD