niedziela, 18 lutego 2018

Wystawa LEGO na Narodowym - Inwazja Gigantów


Maciek ma prawie 26 lat. Ja w tym roku kończę 21. Ale wybraliśmy się na wystawę LEGO na Narodowym. I cieszyliśmy się jak dzieci!
Wystawa Inwazja Gigantów zapowiadała się wspaniale. 12 stref tematycznych, makiety słynnych budowli zbudowane z klocków LEGO. I faktycznie – ekspozycja zrobiła na nas ogromne wrażenie!
Wystawę można zwiedzać na Stadionie Narodowym. Zajmuje ona blisko 3000 metrów kwadratowych. Zaczęło się dość niewinnie od modeli przedstawiających m.in. sceny z bajek. Ale z każdym kolejnym krokiem wystawa coraz bardziej się rozkręcała. W końcu dotarliśmy do ogromnego modelu Batmobila, który został zbudowany z – uwaga - 900 tysięcy klocków! Już byliśmy pod wrażeniem, a to dopiero… początek wrażeń.
Gdzie się nie obróciliśmy, czekało na nas coś ciekawego. Kucyki Pony zbudowane z LEGO, boisko do Quidditcha, sceny rodem z Dzikiego Zachodu. Jednak na nas największe wrażenie wywarła zdecydowanie makieta Kapitolu. Stworzono ją z 1 miliona 236 tysięcy klocków. Jak myślicie, ile zajmuje zbudowanie takiego modelu? Nie trzymam Was w niepewności – sześć lat!
Wystawa nie zajmuje wyłącznie jednego pomieszczenia – jest podzielona na kilka stref. W osobnej części znajduje się strefa Human Body, w której możecie obejrzeć modele układów człowieka, mózgu oraz… całego szkieletu.
Inne pomieszczenie na pewno zachwyci fanów Gwiezdnych Wojen. Można w nim oglądać nie tylko postaci z tej słynnej sagi, lecz także sceny z filmu – oczywiście stworzone z klocków LEGO.
Co jeszcze znajduje się na wystawie? Długo by wymieniać. Są tam figury superbohaterów wykonane w skali 1:1. Wśród nich m.in. Spiderman, Thor czy Hulk. Są sceny z bajek Disneya. To może zabrzmieć śmiesznie, ale zabawiliśmy się z Maćkiem w szukanie księżniczek – na jednej z makiet było ich aż dwadzieścia. Również fani gier będą zachwyceni, na wystawie można podziwiać między innymi scenerie z gier Minecraft, Warcraft czy Dungeons&Dragons.   
Bardzo ciekawą i chętnie odwiedzaną strefą jest ta ze znanymi postaciami – słynnymi muzykami czy popularnymi sportowcami. Najbardziej oblegana była oczywiście figura przedstawiająca Roberta Lewandowskiego, chociaż Kopernik też był niczego sobie. ;)
Maciek zachwycił się również bobrem. Bóbr bowiem nie dość, że był zbudowany z klocków LEGO, to jeszcze ruszał ogonem. Nie była to jedyna interaktywna makieta. Na innej jeździły pociągi, na jeszcze innej mężczyzna kosił trawę. Były też modele, które… zmieniały kolory!
Warto wspomnieć, że Wystawa Budowli z Klocków LEGO to nie tylko bierne oglądanie. Dla najmłodszych przeznaczono ogromną strefę zabawy, na której mogą budować z klocków lego. Zresztą nie tylko najmłodsi mogą sobie na to pozwolić. ;)
Większość zwiedzających to rodziny z dziećmi, ale według mnie również osobom w naszym wieku czy nawet starszym zaimponuje ta wystawa. To niezwykłe móc zobaczyć najsłynniejsze budowle na świecie takie jak Wieża Eiffla czy Big Ben zbudowane z malutkich klocków Lego. Tak samo niesamowite jest oglądanie postaci ze znanych bajek czy sławnych osób również stworzonych z tych samych, małych klocków.
Ciekawym elementem wystawy są również mozaiki – obrazy z klocków.
Jeśli ktoś w dzieciństwie układał klocki Lego, jak Maciek, na pewno ta wystawa przywoła miłe wspomnienia. A nawet jeśli woleliście układać puzzle niż klocki, to i tak warto wybrać się na tę wystawę, by przekonać się, jakie dzieła można stworzyć z tych małych, kolorowych cząstek. 
Wiecie, co jest niezwykłe w tej wystawie? Że komuś się chciało. Efekty powalają na kolana.
Warto! Wystawę możecie oglądać do 25 marca. 
Sara

piątek, 16 lutego 2018

Zakupy szczęścia nie dają

Znacie to uczucie, gdy bardzo długo się nad czymś zastanawiacie, rozważacie za i przeciw, pytacie innych o zdanie, a w końcu podejmujecie… złą decyzję?

Wczoraj rano poczułam się jak oszustka.

Przez ostatnie kilkanaście dni rozważałam zakup pocztówek. Brakowało mi kartek tylko z nieco ponad 40 krajów, a pewien kolekcjoner zaproponował mi widokówki z trzydziestu brakujących. Co zrobić? Taka okazja rzadko się zdarza.

Nie wiedziałam, co zrobić. Radziłam się mamy, czułam naciski ze strony chłopaka, dostałam życzliwe rady od innych postcrosserów, a także zostałam delikatnie zmieszana z błotem. W końcu podjęłam decyzję. Kupię tylko część kartek.

Wczoraj przyszły. Nie potrafię się z nich cieszyć.

Gdy zaczęłam zbierać pocztówki ponad siedem lat temu, nie sądziłam, że zdobycie kartek ze wszystkich krajów świata jest możliwe. Cieszyłam się więc jak dziecko, kiedy okazało się, że po kilku latach mam w swojej kolekcji pocztówkę z każdego europejskiego kraju.

W pewnym momencie zabrakło pieniędzy na zajmowanie się Postcrossinigiem. Myślałam sobie: "Wydam 6 złotych na znaczek, by potem dostać w zamian sześćdziesiątą pocztówkę z Rosji". Nie chciałam się już tak bawić. Od czasu do czasu umawiałam się na prywatną wymianę, w ten sposób zdobywając kartki z nowych krajów.

Wczoraj gdy zobaczyłam te wszystkie kupione pocztówki z odległych krajów, do których zapewne nigdy nie polecę, zatęskniłam za Postcrossingiem. Zatęskniłam za niespodziankami w skrzynce, za wypisywaniem kartek. Jasne, trochę się boję, że jak powrócę do Postcrossingu, to zasypią mnie pocztówki z Rosji i Niemiec. Czy będę potrafiła się nimi cieszyć? Jeszcze nie wiem. Więc sprawdzę.

Nie chcę już kupować kartek. Przynajmniej na razie. W tej chwili brakuje mi pocztówek z zaledwie 24 państw świata. Jak je zdobędę? Nie wiem. Ale będę próbować.

Trochę mi lepiej. Czuję się już trochę mniej jak oszustka.

Wiecie, komu będzie najbardziej przykro po przeczytaniu tego wpisu? Mojemu chłopakowi, który dzielnie śledził aukcje na Allegro i zdobywał dla mnie pocztówki z nowych krajów. Dostawałam je od niego na różne okazje. Sprawiał mi tym ogromną radość. W końcu który kolekcjoner pocztówek nie chciałby dostawać ich w prezencie? Jednak gdy nagle w moim domu wylądowały zakupione kartki z 17 nowych krajów, poczułam się tym przytłoczona. M. nie znał mnie jeszcze za czasów Postcrossingu. Nie wie, jaką radość mi to sprawiało.
Czas znów poczuć tę radość.

Sara

wtorek, 13 lutego 2018

Zostań Sherlockiem na godzinę!


Ktoś, kto chce zacząć swoją przygodę z escape roomami, ma przed sobą trudne wyzwanie. Jak wybrać odpowiedni pokój, by nie zrazić się na samym początku? Udało nam się taki znaleźć.

Odwiedziłam w swoim życiu już blisko dwadzieścia pokoi zagadek. Nie wszystkie były świetne i oczywiście nie ze wszystkich wyszliśmy. Pamiętam, że gdy zaczynałam swoją przygodę z escape roomami, byłam zachwycona tym, w jaki sposób można przenieść grę komputerową do rzeczywistości – bo taki był pierwotny cel pokoi zagadek. Wielką radość sprawiało mi przeszukiwanie wszystkich zakamarków i otwieranie kłódek.

Takim właśnie tradycyjnym escape roomem jest pokój Sherlocked, który odwiedziliśmy razem z Maćkiem. Po wyjściu z niego stwierdziliśmy, że jest prosty i przyjemny i właściwie nie dostrzegaliśmy żadnych wad. Ale od początku…

Zdecydowaliśmy się na pokój Sherlocked w Escape Plan w Warszawie, mimo że żadne z nas nie jest fanem Sherlocka Holmesa. Chwilowo mamy dość przerażających pokoi w stylu thrillera, chcieliśmy więc spróbować swoich sił w tradycyjnym, detektywistycznym escape roomie. Poza tym to najłatwiejszy pokój w Escape Plan, a my chyba nie lubimy porywać się z motyką na słońce. ;)

Pokój nie jest naszpikowany nowoczesną technologią, nie ma tam żadnych dziwnych, nielogicznych zagadek. Jest przygotowany w bardzo przemyślany sposób. Ogromnie podobało nam się to, że nad żadnym zadaniem nie spędziliśmy dłużej niż dziesięć minut. Rozgrywka była dzięki temu dość żywa – znajdowaliśmy coś i otwieraliśmy, po chwili znów coś znajdowaliśmy i znów mogliśmy coś otworzyć. W Sherlocku natknęliśmy się także na zadanie, które bardzo mi odpowiadało, polegało bowiem na... wąchaniu. Czego? Musicie sprawdzić sami!

Po wizycie w jednym z ostatnich pokoi obiecaliśmy sobie, że musimy dokładniej przeszukiwać pomieszczenia. I tak właśnie postąpiliśmy w pokoju Sherlocked.  Wydaje mi się, że to jedna z cech, które w escape roomach lubię najbardziej – konieczność dokładnego penetrowania.

Czy Sherlocked to historia o Sherlocku? Niekoniecznie, ale w pokoju można znaleźć kilka smaczków związanych z tym serialem. ;) Więc jeśli jesteście fanami słynnego detektywa, być może pokój spodoba Wam się jeszcze bardziej.

Co nas bardzo zaskoczyło w tym escape roomie, to… brak zegara! To było coś zupełnie nowego. Z jednej strony brak presji czasowej sprawia, że człowiek jest mniej rozgorączkowany i zdenerwowany, z drugiej – i tak pytaliśmy o czas przez krótkofalówkę. :D
Jeszcze jedna ciekawostka – do wykorzystania mieliśmy zaledwie trzy podpowiedzi. To sprawiło, że próbowaliśmy różnych rozwiązań i staraliśmy się znaleźć to, co mogliśmy pominąć. Ograniczona liczba podpowiedzi to niezły motywator.

Sherlocked to idealny pokój na początek. Chociaż – jeśli tak jak my macie na swoim koncie więcej niż kilka pokoi – również powinniście go odwiedzić. Może uda Wam się pobić rekord?
A jeśli szukacie czegoś trudniejszego, w Escape Plan są jeszcze dwa pokoje – medyczny "Szpital" i magiczna "Wyrocznia"?

Pamiętacie swój pierwszy odwiedzony escape room? A może to wyzwanie jeszcze przed Wami?

Sara

sobota, 10 lutego 2018

Koty brytyjskie i inne piękności - Wystawa Kotów Rasowych


Gdy byłam młodsza, moja mama – pół żartem, pół serio - mówiła: "Najpierw znajdź sobie chłopaka, a potem kup kota." Nie chciała, abym została starą panną z kotem.
Chłopaka już mam, kotka nadal nie. Ale myślę, że to do nadrobienia.
Już po raz czwarty wybrałam się na Międzynarodową Wystawę Kotów Rasowych, która odbywa się w Toruniu. W tym roku odwiedzający mogli oglądać takie rasy kotów jak koty brytyjskie (różne umaszczenia), syberyjskie, perskie, szkockie, abisyńskie, amerykańskie, norweskie leśne, tajskie, cornish rex czy egipskie mau. Mnie najbardziej oczarowały kotki brytyjskie. Ich też było najwięcej.
Wystawa taka trwa przez dwa dni. Koty są oceniane przez sędziów z kilku krajów. Wydarzenie przyciągnęło naprawdę wielu miłośników kotów. Były wśród nich osoby, które są zainteresowane zakupem pupila, takie, które już mają własne koty oraz tacy jak ja, którzy po prostu kochają oglądać te zwierzęta.
Z Maćkiem – odkąd pamiętam – wysyłamy sobie na fejsie koty. Mam na komputerze cały plik z najpiękniejszymi zdjęciami tych zwierząt. Uważam, że są bardzo fotogeniczne! ;) Dlatego na wystawę wybrałam się z zamiarem zrobienia uroczych zdjęć. Czasami było ciężko – kotki albo były ukryte za folią, albo za kratami (czasami chowały się za kotarą), niektóre pozowały dość niechętnie, inne odwracały kota ogonem. ;) Ale z ponad dwustu wykonanych fotografii udało mi się wybrać kilka – według mnie – naprawdę rozczulających i zabawnych.
Tym razem na wystawę nie mogłam wybrać się razem z Maćkiem, ale zabrałam moją mamę, która za kotami… nie przepada. To znaczy – nie chciałaby mieć własnego. Jej ulubionymi kotami są te, obok większość odwiedzających przechodziła ze słowami "O fuj". Mowa o "łysych" kotach – sfinksach i rasie devon rex.
Ja przez wiele lat powtarzałam, że moją ulubioną rasą jest Pusheen kot syberyjski. Wydaje mi się jednak, że taka kula futra byłaby zbyt trudna w pielęgnacji. Za to koty brytyjskie jawią mi się jako idealne. Cóż, zdecydowanie należę do tej grupy ludzi, którzy wolą koty od psów.
A Wy – team koty czy team psy? Jestem ciekawa, czy w Waszych miastach również odbywają się wystawy kotów? Macie własnych pupili?
Ściskam!

Sara