niedziela, 22 kwietnia 2018

Potyczki pocztówkowe - Oman vs. Jemen


Dawno nie było żadnych potyczek pocztówkowych. A przecież to wcale nie jest tak, że przestałam zbierać widokówki. ;)

Dziś mam dla Was dwie perełki z krajów położonych na Półwyspie Arabskim. Wyjątkowo nie będą to moje wymarzone i wyśnione Emiraty, a graniczące ze sobą Oman i Jemen. Jak to skomentował mój brat – pocztówki z piachem.

Kartkę z Omanu otrzymałam dzięki wymianie z innym użytkownikiem postcrossing.com. Gdy wydawało mi się, że już naprawdę wszyscy mają gdzieś Polaków i nie chcą kolejnych pocztówek z Polski, Sachin z Omanu zgodził się na swapa. Jak sam napisał, Oman to bardzo spokojny kraj, znany ze słońca, piasku i złocistych pustyń. Pocztówka przedstawia nic innego jak pustynie. Stanowią one znaczną część kraju. Co ciekawe, w Omanie nie ma stałych rzek. Latem temperatury sięgają tam… 50 stopni Celsjusza. Z czym kojarzy mi się Oman (oprócz pustyń :D)? To kraj bardzo konserwatywny, jeśli chodzi o religię. Władzę w Omanie sprawuje sułtan i jest to władza absolutna. W Omanie przez kilka lat mieszkała Olga Kuczyńska, znana z bloga "Życie stewardessy" (niedawno wydała swoją własną książkę). Omańskie linie lotnicze są naprawdę prestiżowe, a zarobki spore. Niestety Oman w ostatnich dniach może kojarzyć się z bardzo smutnym wydarzeniem. W stolicy kraju, Maskacie, został znaleziony martwy DJ Avicii. 
Kartkę z Jemenu dostałam od Maćka. Widok jak z raju. Jednak Jemen raczej nie jest rajem na Ziemi. To słabo rozwinięty kraj, z wysoką stopą bezrobocia. Co więcej, cały czas trwa tam wojna domowa. Przez niektórych Jemen uznawany jest za kraj rozbity. Miliony mieszkańców chorują i głodują. Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie zaleca podróży do tego kraju. Ale właśnie w takim miejscu, jak Jemen, można natknąć się na bajkowe widoki takie jak w Wadi Shifa. To część archipelagu wysp Sokotra, należących do Jemenu. Znajdują się tam endemiczne gatunki drzew – takie, których nie spotkacie nigdzie indziej na Ziemi. Wśród wzgórz położone są tzw. baseny monsunowe.
Jestem ciekawa, która kartka bardziej Wam się podoba. Ja nie potrafię wybrać. O ile przesyłka z Omanu przedstawia kawałek arabskiego świata, który ogromnie mnie fascynuje, o tyle na kartce z Jemenu można zobaczyć wspaniały krajobraz.

Macie w swoich kolekcjach pocztówki z tych państw? Jeśli chodzi o Półwysep Arabski, bezskutecznie próbuję zdobyć kartkę z Kataru. Jeżeli ktoś z Was ma takową na wymianę albo mógłby polecić kogoś do swapa, dajcie znać! Na blogu pokazywałam już kartki z ZEA, Kuwejtu, Bahrjanu

Sara


środa, 18 kwietnia 2018

Maciej Koprowicz: Morrissey śpiewa dla każdego [wywiad]



Przeprowadzenie wywiadu z własnym chłopakiem... Czy to profesjonalne? Na pewno bardzo pouczające. :D 

Mój chłopak, Maciej Koprowicz, jest autorem pierwszej w Polsce biografii zespołu The Smiths. Trudno mi opisać, jak bardzo jestem z niego dumna. Ten wywiad to zapis naszej bardzo długiej rozmowy o The Smiths, o postrzeganiu tego zespołu oraz o samym procesie powstawania książki. Jeśli więc:

a) marzycie o wydaniu własnej książki
b) uwielbiacie The Smiths albo...
c) ... nie znacie tego zespołu

przeczytajcie ten wywiad. Ja - mimo że jestem z Maćkiem od półtora roku i towarzyszyłam mu podczas powstawania książki - wiele się dowiedziałam z tej rozmowy. Momentami czułam się wręcz poruszona. Może ona teraz poruszy Was. Albo zainspiruje. Albo chociaż zaczniecie się zastanawiać, komu Maciej zadedykował swoją pierwszą książkę.  

Opowiedz, jak to się stało, że zacząłeś słuchać The Smiths.

Najpierw zacząłem słuchać Morrisseya (wokalisty The Smiths). W 2004, dzięki grzee FIFA 2005, poznałem jego piosenkę "Irish Blood, English Heart". W 2009 roku, gdy już nieco bardziej interesowałem się muzyką, Morrissey wydał płytę "Years Of Refusal" i dość często był grany w radiu, chociażby w Trójce. Wiedziałem, że Morrissey był kiedyś członkiem The Smiths, ale nie słuchałem wcześniej tego zespołu. Na fali tego, że o Morrisseyu było wówczas głośno, Piotr Stelmach, w audycji Myśliwiecka 3/5/7 w radiowej Trójce, zaczął prezentować utwory The Smiths. Był taki cykl, w którym Stelmach puszczał strony B singli The  Smiths, czyli teoretycznie te mniej znane piosenki. Pewnego dnia puścił stronę B singla "This Charming Man", a więc utwór "Jeane". Od pierwszego usłyszenia twórczość tego zespołu mi się spodobała. Wcześniej słuchałem mocno brytyjskich zespołów jak Blur, które nawiązywały trochę do Beatlesów, ale i rocka, nowej fali i post punku. W The Smiths te wszystkie rzeczy się łączą. Co zaskakujące, jeszcze wtedy nie znałem historii zespołu, ale już domyślałem się, o co chodzi w tej muzyce. The Smiths z jednej strony wyrasta z nowej fali, z drugiej nawiązuje do brytyjskiego popu. W tamtych czasach nie miałem jeszcze dostępu do Internetu, musiałem się zadowolić tym, co zgrywali mi koledzy. Przez kilka kolejnych miesięcy nie usłyszałem żadnej innej piosenki The Smiths. W marcu, w magazynie "Teraz Rock", znalazła się wkładka o The Smiths. Czytając tę historię, upewniłem się, że będę chciał bardziej poznać ten zespół. Dzieje tej grupy wydawały mi się zupełnie odmienne od wszystkich innych zespołów.

Co to znaczy odmienne? Chodzi o to, że grali tak krótko? Na czym polegała ta odmienność?

Tak, grali krótko, ale w tym krótkim czasie naprawdę wiele się wydarzyło. The Smiths byli zespołem niezależnym, alternatywnym, ale zdobyli ogromną popularność i stali się młodzieżowymi idolami. Występowali nawet w tak mainstreamowych miejscach, jak program "Top Of The Pops" albo… festiwal włoskiej piosenki w San Remo, ale nigdy nie zdradzili alternatywnych ideałów, zawsze byli sobą. Niektórzy próbowali krzyżować im szyki – kilka tekstów Morrisseya zostało zupełnie opacznie zinterpretowanych, a zespół oskarżono o pedofilię i rasizm, ale udało mu się odeprzeć wszystkie ataki. Historia The Smiths obfituje w wiele takich niesamowitych epizodów.

Byli pod wieloma względami wyjątkowi. Bardzo odróżniali się od reszty sceny pop swoim wizerunkiem. Jedni mówią, że grali rock, inni, że pop, ale oni nie wyglądali na przedstawicieli żadnej sceny – występowali w swetrach, damskich koszulach, dżinsach, nosili fryzury z lat 80., a Morrissey zakładał na scenie okulary i aparat słuchowy. Czegoś takiego w świecie muzyki jeszcze nie było. The Smiths wnieśli do niego także zupełnie oryginalne brzmienie – w latach 80. wszyscy grali na syntezatorach, a oni przywrócili modę na gitary. Nikt też wcześniej nie pisał takich tekstów jak Morrissey – pełnych nawiązań literackich i popkulturowych, opowiadających o życiu zwykłych ludzi w poetycki sposób. W tekstach przewijała się także kwestia orientacji seksualnej. Nikt do końca nie wiedział, czy wokalista jest gejem, czy nie, a on sam nie udzielał jednoznacznej odpowiedzi. To także fascynowało słuchaczy.

Napisanie książki to marzenie wielu osób. Tylko jak zacząć?

Nie wiem, czy czuję się kompetentny, by radzić komuś, jak się pisze książkę. Mogę opowiedzieć, jak to wyglądało w moim przypadku. Zaczęło się od pomysłu. Zawsze chciałem pisać książki, a kiedy zainteresowałem się muzyką, stało się oczywiste, że chciałbym napisać coś na ten temat. Odkąd The Smiths stał się moim ulubionym zespołem, wiedziałem, że to oni będą bohaterami mojej pierwszej książki. Natrafiłem na strony internetowe, które zawierały mnóstwo skanów z prasy brytyjskiej dotyczących The Smiths. Udało mi się uzbierać całkiem sporą bazę źródłową. Nie wszystkie zespoły mają takich fanów, którzy zbierają dosłownie wszystkie informacje prasowe o swoim idolu. To też jest dowód na fenomen The Smiths. Stwierdziłem, że te źródła internetowe mogą być bazą do stworzenia książki. Ale oczywiście należało też podeprzeć się istniejącą literaturą. Jednak książki o The Smiths nie były w Polsce dostępne w regularnej sprzedaży, tylko przez Ebay czy Allegro. W tym miejscu chciałbym podziękować Pawłowi Soi, który pomógł mi zdobyć część z tych książek. Uzbierałem dość godną uwagi liczbę materiałów i źródeł, przeczytałem je, ale do własnej książki robiłem kilka podejść. Czasami zaczynałem od środka. Gdy miałem ochotę napisać o płycie „The Queen is Dead”, to pisałem, gdy chciałem napisać o czymś innym, to zaczynałem pisać o czymś innym.  Ale w końcu dotarło do mnie, że to nie ma większego sensu. Te próby trafiły do kosza. Stwierdziłem, że powinienem napisać książkę, zaczynając od początku, Uważam, że to był najlepszy pomysł. Dzięki temu narracja nie jest zaburzona, a przy tym mam wrażenie, że ta książka staje się coraz lepsza z każdą kolejną stroną. Osobom, które chcą pisać literaturę faktu, radziłbym – piszcie po kolei, zgodnie z chronologią.

Jak motywowałeś się do pisania? Czy miałeś jakieś wytyczne w stylu „codziennie muszę napisać min. pięć stron”?

Tak, chciałem codziennie pisać dziesięć stron. Ale różnie z tym bywało. Raz wychodziło pięć, raz zero, a raz dwanaście stron. Książkę, która ma 350 stron, udało mi się napisać w trzy miesiące.

Co było głównym powodem napisania tej książki?

Głównym powodem napisania tej książki było to, że chciałem napisać książkę. A drugim, oficjalnym powodem, było to, że o The Smiths zbyt mało się u nas w Polsce mówi, zarówno w mediach, jak i w książkach, w stosunku do tego, jak bardzo są popularni. Wielu moich kolegów słucha The Smiths. Gdybym miał powiedzieć, czy więcej moich znajomych słucha Dire Straits, których piosenka zajmuje pierwsze miejsce na Trójkowym Topie Wszech Czasów, czy The Smiths, którzy nie mają żadnego utworu w tym samym topie, to ta druga grupa ma zdecydowanie więcej fanów wśród młodych ludzi. Gadanie, że nikt w Polsce nie słucha The Smiths, to jakieś brednie. Są oni inspiracją dla polskich muzyków. W Warszawie odbywają się imprezy tematyczne The Smiths w klubie Pogłos. Jeśli w Polsce wydaje się książki muzyczne, to głównie są to tłumaczenia literatury z Zachodu. Zwykle dotyczy to takich zespołów jak Pink Floyd, AC/DC, Led Zeppelin, Depeche Mode. Ale są tacy ludzie, dla których kanon wygląda zupełnie inaczej. I to między innymi dla nich powstała ta książka.

Co było dla Ciebie najtrudniejsze podczas całego procesu tworzenia?

Nie przypominam sobie żadnych momentów kryzysu. Praca nad książką była bardzo przyjemna, sprawiła mi dużo radości. Czasami pisanie przeciągało się do 2 nad ranem. Chciałem tę książkę ukończyć jak najszybciej, a jednocześnie nie chciałem tego przerywać.

Napisanie książki to jedno, ale jeszcze ktoś musi ją wydać. Jak wyglądało szukanie wydawcy w Twoim przypadku?

Większość wydawców na swojej stronie ma umieszczoną informację, jak się z nimi skontaktować. Niektórzy proszą o wysłanie całości książki w wersji elektronicznej, inni o przesłanie fragmentu. Napisałem do kilku czy kilkunastu wydawnictw muzycznych. Odzew był niestety niewielki. Bodajże dwa wydawnictwa odpisały, że nie są zainteresowane, od pozostałych nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Przyznaję, to mnie zasmuciło. I wtedy Bartek Popkowski, mój kolega z zespołu Glamour, powiedział mi, że czytał książkę Darka Duszy „Jestem ziarnkiem piasku” wydaną przez Zima Records. Wysłałam do nich książkę i dosłownie po paru dniach otrzymałem odpowiedź od Zimy. Zdawał on sobie sprawę, że The Smiths są w Polsce lubiani, pomysł na książkę bardzo mu się spodobał. Po kilku miesiącach rozpoczął się cały proces wydawniczy.

Zatytułowałeś biografię The Smiths "Piosenki o twoim życiu". Czy sądzisz, że każdy może utożsamiać się z tym, o czym śpiewał Morrissey?

Myślę, że tak. Tytuł jest parafrazą fragmentu piosenki „Panic”, która jest swego rodzaju krytyką głupkowatego, płytkiego popu opowiadającego o jakichś błahostkach, rzeczach, z którymi normalny człowiek nie może się identyfikować. Morrissey stwierdził, że teksty piosenek muszą mówić coś ważnego o przeciętnych Kowalskich, przeciętnych Smiths, żeby mogli się oni z nimi utożsamiać. Morrissey swoją twórczość kieruje do osób, które mają jakieś problemy w relacjach międzyludzkich, są nieśmiałe, samotne czy nieszczęśliwie zakochane, czują się brzydkie i beznadziejne, mają pracę, która ich dobija albo w ogóle nie mają pracy. Są to często młode osoby, które próbują się odnaleźć w życiu. Bywa, że są to ludzie, którzy nie potrafią określić swojej orientacji seksualnej. Pop do tej pory nie zajmował się outsiderami, a Morrissey postawił tych szarych ludzi na piedestale, to dla nich chciał tworzyć. Tak naprawdę każdy z nas czasami czuje się niezrozumiany, każdy z nas ma jakieś kompleksy. A zatem Morrissey śpiewa dla każdego. Wszystkich chce pocieszyć i pokazać im, że takich, jak oni, jest wielu, w tym on sam, gwiazda rocka. To było przełomowe w muzyce. Do tej pory muzycy rockowi chwalili się, jacy są wspaniali, śpiewali o tym, że mają supersamochody i supergitary, a Morrissey śpiewał o tym, że w ogóle nie idzie mu w relacjach międzyludzkich, nikt go nie chce. The Smiths chcieli opowiedzieć o życiu szarych ludzi.

Czy zamierzasz napisać kolejną książkę?

Tak, bo pisanie książek jest super. Bardzo chciałbym napisać kolejną książkę, pomysłów mam sporo. Na razie nie chciałbym ich jednak zdradzać.

A czy jest szansa, że to będzie powieść? Biografia to jednak dość niszowy gatunek.

Zawsze chciałem napisać coś z prozy, ale trzeba być naprawdę świetnym, aby książka prozatorska debiutanta się sprzedała. Chciałbym napisać powieść, ale czy ktoś by to wydał? Ja jestem bardziej dziennikarzem niż pisarzem i lepiej się czuję w pisaniu literatury faktu. Nie wiem, czy kolejna książka to będzie biografia, mam różne pomysły.


Kochani, jeśli chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej o The Smiths, jeśli Maciek zaintrygował Was swoją opowieścią o tym zespole albo po prostu chcecie go zobaczyć i posłuchać (i mnie może też spotkać przy okazji), zapraszam Was serdecznie na spotkania autorskie, które odbędą się w trzech miastach:

20 kwietnia w Warszawie 
26 kwietnia w Gliwicach
8 maja w Toruniu

Sara

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Klątwa Pustelnika dopadła nas na warszawskiej starówce



Zwykle w escape roomie z przerażeniem zerkam co chwila na zegarek. Tym razem nie było na to czasu. Za dużo emocji.

Zaczęło się od zasłoniętych oczu i tajemniczej, wprowadzającej w klimat historii. Po chwili byliśmy już w chatce pustelnika. Ani trochę nie przypominała ona zwykłego pokoju. Tajemnicze maski, kawałki drewna, trąbienie słonia dobiegające z oddali – to wszystko przeniosło nas wprost do Afryki.

Z przeklętej chatki wydostaliśmy się po… 65 minutach. Jesteśmy dozgonnie wdzięczni, że – mimo naszych trzęsących się dłoni – nie zamknięto nas w chatce na zawsze. Te pięć minut wystarczyło, byśmy zdobyli właściwy klucz.

Uwielbiamy z Maćkiem pokoje fabularne. Horrory nam się trochę już przejadły. Dlatego egzotyczny escape room Klątwa Pustelnika w Escape Game Warszawa Stare Miasto był wprost stworzony dla nas. Idealna lokalizacja – zaledwie 3 minuty od Kolumny Zygmunta i Zamku Królewskiego. Przemiła obsługa – po przeczytaniu komentarzy na Lockme o pracownikach jednego z toruńskich escape roomów mających wszystko gdzieś doceniłam sympatyczną i pomocną obsługę. Co więcej kontakt z pracownikiem podczas pobytu w pokoju również był świetny, a wskazówki naprawdę pomocne, przejrzyste i ratujące z opresji.

Czym zaskoczyła nas Klątwa Pustelnika? Na pewno ogromną liczbą niebanalnych zagadek. Nie mieliśmy ani chwili na nudę. Poza tym wszystkie łamigłówki były logiczne. Wymagały one od nas użycia zarówno zmysłu wzroku, jak i słuchu, a także zręczności. Trochę byliśmy przerażeni zadaniami manualnymi, bo oboje szybko się denerwujemy, ale ostatecznie daliśmy radę. Pojawił się także element zaskoczenia – nie wszystkie typy zadań były nam znane.

Atmosferę w pokoju opisałabym jako magiczną (choć wcale nie było tam różdżek ani eliksirów!). Uwielbiam takie escape roomy, które są czymś więcej niż pomieszczeniami z paroma przedmiotami. Zamieniają się one w scenerie do emocjonującej rozgrywki.
Czy Klątwa Pustelnika miała jakieś minusy? Jedno z zadań wymagało naprawdę sokolego wzroku – gdyby nie Maciek, sama na pewno bym sobie z nim nie poradziła. Ale w końcu do escape roomów zwykle nie chodzi się w pojedynkę… Choć słyszałam już o takich odważniakach.

Klątwa Pustelnika na pewno spodoba się dzieciakom. Wizyta w tym pokoju jest niczym emocjonująca przygoda. Szkoda, że trwa tak krótko. Odnoszę wrażenie, że w tym escape roomie byłam tak zajęta, że prawie nie zerkałam na zegarek. To świadczy dobrze zarówno o twórcach scenariusza – nie było takiego momentu, że siedzieliśmy i głowiliśmy się, jak wpaść na absurdalne rozwiązanie łamigłówki. To chyba też dobrze świadczy… o nas! :D Choć i tak odrobinę zabrakło nam spostrzegawczości. Swoją drogą w escape roomach z człowieka wychodzą zarówno najlepsze cechy np. bystrość umysłu i szybkość kojarzenia, jak i najgorsze – choleryczność czy złośliwość. Nie ukrywam, że zdarzało mi się krzyczeć na moich współtowarzyszy. :D

Klątwa Pustelnika to pokój raczej dla trójki bądź czwórki graczy, wiadomo – we dwójkę zawsze jest troszkę trudniej. Trzeba uwijać się jak mrówki, poza tym jest mniejsza szansa, że coś zauważymy. Ale daliśmy radę, wyszliśmy, świetnie się bawiliśmy i szczerze polecamy Wam Escape Game Warszawa Stare Miasto!
Sara

piątek, 13 kwietnia 2018

Karolina Styczyńska: Każdy może zacząć grę w shogi [wywiad]


Polka, Karolina Styczyńska, nie tylko zawodowo gra w shogi. Została również bohaterką anime! O realizacji marzeń i japońskich grach opowiedziała mi w krótkim wywiadzie. 

Jak zaczęło się Pani zamiłowanie do gry w shogi?

Od dziecka lubiłam grać w szachy. W wieku 16 lat zaczęłam czytać japoński komiks "Naruto". Znalazłam tam obrazek pokazujący tajemnicze shogi z podpisem "japońskie szachy". Zainteresowałam się, czym różnią się one od tych znanych w Polsce i znalazłam zasady w Internecie. Niedługo potem wciągnęłam się w grę.

Została Pani pierwszą profesjonalną zawodniczką shogi, która nie pochodzi z Japonii. Jak wyglądała Pani droga do zostania mistrzynią w tej grze?

W 2011 roku zostałam zaproszona do Japonii, żeby zobaczyć, jak wygląda świat shogi. Rok później wzięłam udział – jako gracz z zagranicy - w turnieju Joryu Ouza. Udało mi się wówczas wygrać z profesjonalistką. W 2013 roku przeprowadziłam się do Japonii i zakwalifikowałam się do "szkoły shogi" Kenshukai, gdzie walczyłam o awans. Dwa lata później zrealizowałam swój cel – zostałam profesjonalistką Joryu 3 kyu. Kolejny krok był dość ważny. Przez dwa lata musiałam awansować na Joryu 2 kyu albo nici z kontynuowania gry jako pro. Udało mi się to w 2017 roku. Ale szczerze mówiąc, do bycia mistrzem bardzo mi daleko, jestem jednak zawodowcem żyjącym z gry w shogi.

W warszawskim Muzeum Azji i Pacyfiku otwarto niedawno wystawę "Zabawa z kulturą. Tradycyjne zabawy i gry Azji". W jakie azjatyckie gry, poza shogi, lubi Pani grać?

Sama promowałam gry japońskie, będąc w Warszawie. Poza shogi grywam w go. Uwielbiam gry i jeśli chodzi o te pochodzące z Azji próbowałam naprawdę wielu: xiangqi, kendamy, ayatori, mahjong... Jeśli trafi mi się przeciwnik, to lubię sobie przypomnieć, jak się gra w go i xiangqi. Ale większość czasu poświęcam na shogi.

Na co dzień mieszka Pani w Tokio. Czy zdarza się jednak grać Pani w polskie planszówki lub gry?

Jeszcze w zeszłym miesiącu mieszkałam w prefekturze Yamanashi. Nie miałam wówczas styczności z Polakami lub polskimi grami. Mam nadzieję, że teraz, po przeprowadzce do Tokio, to się zmieni. Pamiętam, że jako upominek z Polski przywiozłam znajomej Japonce grę "Farmer".

Prowadzi Pani stronę internetową na temat shogi. Czy to gra dla każdego? Czy wymaga jakichś specjalnych umiejętności?

Uważam, że jedyne, co jest potrzebne do gry w shogi, to determinacja do nauki oraz dobry nauczyciel. W shogi używa się znaczków chińskich, ale np. na moim kursie na stronie shogi.pl, w celu nauki zasad, omijamy chińskie znaczki i używamy symboli podobnych do szachów. Shogi i szachy mają te same korzenie, a zatem osoby znające szachy znajdą wiele podobieństw. Chociaż są i znaczące różnice: w shogi figury nie giną. Znajomość szachów może zarówno pomóc,  jak i przeszkodzić. Ale tak naprawdę, każdy może zacząć grę w shogi.

Jest Pani bohaterką krótkometrażowego filmu anime "Susume Karolina". Jakie to uczucie oglądać postać, której było się pierwowzorem, na ekranie?

To dziwne, ale jednocześnie miłe uczucie. Mogę się pośmiać sama z siebie. Mam też nadzieję, że może ktoś, oglądając moją historię opowiedzianą za pomocą anime, zostanie zainspirowany do podążania za swoim marzeniem. Tak jak ja zostałam niegdyś zainspirowana przez mangę.

Jak ocenia Pani różnicę w podejściu Polaków i Japończyków do gier? Gdzie obecna jest większa chęć rywalizacji?

Dobre pytanie, nie zastanawiałam się nad tym. Niestety nie można generalizować. To zależy od charakteru. Ambitne dzieci są i w Polsce, i w Japonii. Silni gracze na świecie mają wspólną cechę – nie lubią przegrywać. Oczywiście, profesjonaliści żyją z rywalizacji. Taki już jest ten zawód.

To co, zachęceni do tego, by pograć w japońskie gry? Nie musicie lecieć aż do Kraju Kwitnącej Wiśni - możecie to zrobić chociażby w Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie. A jeśli interesują Was zasady gry w shogi, znajdziecie je na stronie shogi.pl.
Sara