czwartek, 19 stycznia 2017

Blue Thursday



Zawsze powtarzam, że jestem kobietą niezależną. Ale dzisiaj nie dałam rady uratować siebie samej.
Wyobraźcie sobie taki dzień. Wstałam o 6:30. Chociaż wątpię, czy to byłam do końca ja, bo bardziej przypominałam takie zwierzątko wcinające pędy bambusa. Wstałam po to, by siedzieć w poczekalni u lekarza przez 2 godziny i nasłuchać się, jak to kiedyś było lepiej, jaki to PiS/PO (niepotrzebne skreślić) jest złe. Zdążyłam przepisać treść dwóch zajęć, przeczytać notatki na sprawdzian (dwa razy!). Nieważne, że potem do niego nie podeszłam. A dlaczego, o tym zaraz.

Gdy w końcu wyszłam z przychodni, odstałam swoje na poczcie (wiadomo), stwierdziłam, że do zajęć jeszcze trochę czasu, pojadę na herbatę do mamy. Oczywiście zagapiłam się i nie wysiadłam wtedy, kiedy trzeba było. No to nic, idę pieszo, a potem przesiadam się w coś innego. Jak na złość, zamiast chodnika przywitała mnie przybiedronkowa ślizgawka. Ale obyło się bez dziur na spodniach.
Posiedziałam trochę u mamy, po czym, narzekając na messengerze, jak to mi się nie chce i jak mi jest zimno, koczowałam na przystanku. Autobus był rzecz jasna spóźniony – po tym jak ostatnio w ogóle nie przyjechał, myślałam, że nic już mnie nie zaskoczy. Ha. Ha. Ha. Śmiech przez łzy.

Kiedy w końcu pojazd łaskawie podjechał na przystanek, zbladłam. Nigdy nie widziałam tak zatłoczonego autobusu. Co gorsza – musiałam do niego wsiąść, bo inaczej nie zdążyłabym na sprawdzian. Byłam w szoku, że w tym okropnie pachnącym pojeździe może się zmieścić tyle osób, tyle harcerskich totemów, bagażu i bóg wie czego jeszcze. Każdy na każdym leżał, nie trzeba było właściwie niczego się trzymać, bo tłum skutecznie utrzymywał pasażerów. I tu dochodzimy do punktu, który świadczy o tym, że nie warto planować: "Po zajęciach pójdę sobie na kawę." Przypadło mi zaszczytne miejsce przy drzwiach/na drzwiach, słowem – prawie za drzwiami. Kiedy otworzyły się na jednym z przystanków… No, zgadnijcie. Nie, nie wypadłam. Nie, nie wypchnął mnie tłum. Gorzej… Moja noga została skliszczona przez drzwi. Wpadłam w panikę, myśląc, że już się nie uwolnię. Ból był okropny, płakałam i krzyczałam na zmianę. Jeden z pasażerów próbował ręcznie zamknąć drzwi (ten autobus nie należał do najnowocześniejszych). Niestety nic to nie dało. Moja noga nadal tkwiła uwięziona. Kilku innych pasażerów krzyczało do kierowcy, by zamknął drzwi. Ale prawdopodobnie dźwięk nie przebił się przez stosy drewnianych totemów.  

W końcu drzwi się zamknęły. Ale łzy leciały dalej. W autobusie ledwo można było oddychać. Po kilkunastu minutach nastąpiło wybawienie – mój przystanek. Wysypałam się z pojazdu razem z tłumem. Dokuśtykałam na uczelnię. Jednak szok nie chciał odpuścić. 

Wszystkich zmartwiłam. Sprawdzianu nie pisałam. Stopa dziwnie pulsowała, rwała. A potem spuchła. Na szczęście nie jest złamana ani skręcona, a "jedynie" mocno stłuczona. 
Dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi tego dnia. 
Dopiero później do mnie dotarło, że gdybym miała na nogach baletki albo sandały, to może po mojej stopie nie byłoby już śladu… Szczęście w nieszczęściu – trwa nieprzyjemna zima i chodzę w ciężkich, zimowych butach. 
Przeklinałam w duchu tę wycieczkę czy cokolwiek to było, co zajęło cały autobus. I nie życzę nikomu z Was takiej przygody. 
Sara

niedziela, 15 stycznia 2017

Książki mojego życia



Nie, żeby moje życie się już kończyło czy coś. Zawsze jest czas na podsumowania – nieważne, czy zbliża się 1 stycznia, czy poniedziałek, wiosna/zima, koniec wakacji, a może dobiegamy dwudziestki. Są takie teksty, które mogę pisać w kółko –to podsumowania i rozmaite listy.

Nauczyłam się czytać 14 lat temu. Od tego czasu książki są stale obecne w moim życiu, mimo że mój tata twierdzi, że "on się już w życiu naczytał" i wątpię, aby przez ostatnie kilkanaście lat przeczytał jakąkolwiek książkę. Mój młodszy brat również nie jest fanem czytania – zdarza się, że jakaś powieść mu się spodoba, ale nie sięga po nią z własnej woli (zazwyczaj jest to lektura szkolna). Moja mama lubi czytać i często rozmawiamy o ukończonych przez nas pozycjach. Ale zdarzają się tygodnie, podczas których moja mama nie sięga po żadną lekturę.

Okoliczności są więc średnio sprzyjające. Ale odkąd pamiętam, chodziłam do biblioteki – najpierw do filii nr 11, później uczęszczałam również do bibliotek szkolnych, zapisywałam się do kolejnych filii, wypożyczałam także książki z biblioteki uniwersyteckiej. 


Dostawałam książki na święta, urodziny, Wielkanoc i wszelkie inne okazje, chociaż moja mama miała pewne wątpliwości, czy książka jest dobrym prezentem dla mnie – zwykle pochłaniałam ją w 2-3 dni i później stawiałam na półce, nigdy więcej do niej nie wracając. Być może część z Was pamięta kontrowersyjny wpis o książkach jako upominku. Moje zdanie od tamtego czasu radykalnie się  zmieniło.

Z książkami miałam do czynienia, czytając je nie tylko sobie, ale też dzieciakom w przedszkolu i podstawówce. Nie napisałam żadnej książki, ale wszystko przede mną.


Chciałabym Wam trochę poopowiadać o najważniejszych książkach w moim życiu. O takich, do których wracam myślami, które pozostawiły trwały ślad w moim umyśle. O takich, które odegrały ważną rolę w moim życiu. 


Zacznę od serii książek o Martynce. To prawdopodobnie pierwsze przeczytane przeze mnie książki. Pamiętam, jak biegałam do biblioteki, i jak nierzadko wracałam ze smutną miną, bo nie było żadnej nowej części przygód Martynki, tylko te już przeze mnie przeczytane… To były cienkie, pięknie wydane opowieści, czytało się je niezwykle szybko, łatwo i przyjemnie. 


"Pamiętnik księżniczki" – seria, w której zaczytywałam się w podstawówce. Pochłonęłam wszystkie 14 części cyklu. Życie Mii ogromnie mnie fascynowało i ekscytowało, razem z nią śmiałam się i smuciłam.


"Mały książę" – na palcach obu rąk mogę policzyć książki, które przeczytałam więcej niż raz. Jedną z nich jest "Mały książę". Najlepsza lektura szkolna, najpiękniejsza opowieść. Za każdym razem tak samo mnie wzrusza, za każdym razem odkrywam w niej coś nowego. 


Harry Potter – dopiero teraz, na starość, dociera do mnie, że dwukrotnie przeczytałam całą serię książek o Harrym Poterze, mimo że były to powieści… fantastyczne. A ja nie cierpię tych wszystkich historii o elfach, czarodziejkach i innych niestworzonych postaciach. Tymczasem dzieła Rowling – choć to grube tomiszcza – przeczytałam jednym tchem. Według mnie te powieści powinny należeć do kanonu literatury obowiązkowej. 


"Jesienna miłość" i "Pamiętnik" – wyznaję zasadę: najpierw książka, potem film. W 98% film okazuje się gorszy. Ale w przypadku "Jesiennej miłości" i "Pamiętnika", powieści Sparksa, ekranizacje są tak samo romantyczne, poruszające i jestem w nich bezgranicznie zakochana. Podobnie jak rzadko kiedy wracam do książek, nieczęsto oglądam 2 razy ten sam film. Ale do "Jesiennej miłości" czyli "Szkoły uczuć" mogę wracać do miesiąc.


"Bez mojej zgody" – chyba żadna książka tak mną nie wstrząsnęła. Porusza ona problem, o którym istnieniu nawet nie wiedziałam. Picoult opisuje dane zagadnienie z perspektywy różnych stron i robi to w mistrzowski sposób. To powieść, którą powinien przeczytać każdy, nieważne, czy na co dzień sięga po fantasy, romanse, książki podróżnicze czy komiksy. Bo "Bez mojej zgody" wciągnie wszystkich, bez wyjątku. Może momentami wkurzy, na pewno będzie szokować, ale też skłoni do refleksji: jak my byśmy postąpili? Po której stronie byśmy stanęli?


"Bloger" – książka Tomka Tomczyka, którego zachowania i bloga nie trawię, sprawiła, że podjęłam ostateczną decyzję: zakładam bloga. Autor "Blogera" uświadomił mi, jakich błędów nie powinnam popełniać, jak zacząć blogować. I chyba zrobił to dobrze, bo Sawatkę prowadzę już 3,5 roku (i ani razu nie zmieniłam nazwy!).


"Magia sprzątania" – tę książkę przeczytałam zaledwie rok temu. Zmieniła ona kompletnie mój sposób patrzenia na sprzątanie. Szczegółową recenzję tego poradnika przeczytacie tutaj.


"Złodziejka książek" – i na koniec jedyna pozycja na lubimy czytać, którą oceniłam na 10 gwiazdek. Wszystkim polecam tę powieść, bo jest napisana w mistrzowski sposób – żadne słowo nie jest w niej zbędne. Porusza ważne problemy i otwiera oczy. Film oparty na powieści Markusa Zusaka również jest bardzo dobry.


A jakie są książki Waszego życia? Czytaliście którąś z wymienionych przeze mnie książek?
Udanego tygodnia!
Sara

piątek, 13 stycznia 2017

Gra nie tylko na grilla



Minęły prawie dwa lata od opublikowania na tym blogu pierwszego posta o grach planszowych. Początkowo myślałam, że ten cykl będzie małą zapchajdziurą. Tak, wiem, nieładnie się do tego przyznawać. Kontynuowałam jednak opisywanie planszówek w różnych odległościach czasowych. Zazwyczaj wpisy te spotykały się z Waszą pozytywną reakcją. Niedawno napisał do mnie Marcin z Wrocławia, który po przeczytaniu na moim blogu o detektywistycznej grze Cluedo postanowił ją kupić! Prosił mnie o wskazówki.

Ostatni post z tego cyklu ukazał się… w czerwcu. Czy to znaczy, że przez pół roku nie grałam w gry? Wręcz przeciwnie. :) Planszówki i wszelkie gry quizowe są stale obecne w moim życiu. Na Gwiazdkę otrzymałam kolejną grę do kolekcji – Gorącego Ziemniaka. I to właśnie o tej zabawie chciałabym Wam dziś napisać kilka słów (ewentualnie kilka akapitów).

Po raz pierwszy w Ziemniaka grałam we wrześniu, na parapetówce u przyjaciółki M. Wówczas gra wydała mi się zabawna, ale nieco zbyt… swawolna. ;) Brakowało mi w niej spójnych, logicznych zasad.

Gdy w Wigilię znalazłam tę grę pod choinką, od razu zabrałam się za czytanie instrukcji. W skrócie – na czym polega gra w Gorącego Ziemniaka?

W grze może uczestniczyć dowolna liczba osób – od dwóch do nawet kilkunastu graczy.

Rozpoczynający grę trzyma w ręku ziemniaka (pluszowe warzywko dołączone jest do gry). Inny gracz (może być zawsze ten sam) czyta pytanie i kręci bączkiem.

Jaki rodzaj zagadek usłyszymy? Np. wymień znaną osobę z wąsami, powiedz, co można znaleźć w łazience albo gdzie nie można pokazać się w bikini. Ważne, aby jak najszybciej podać odpowiedź i przekazać ziemniaka kolejnemu graczowi (można go rzucać albo kulturalne podawać :D).

Kiedy bączek się zatrzyma, gracz, który trzymał w danej chwili ziemniaka, przegrywa tę turę i musi posunąć się o jedno pole na planszy.

Całą grę przegrywa osoba, która jako pierwsza dotrze do… grilla. I zostanie spalonym ziemniakiem.

Grając w Gorącego Ziemniaka w domu, ustaliliśmy, że odpowiedzi muszą być sensowne i logiczne. Gdy ktoś poda zupełnie nieprawdopodobną odpowiedź, protestujemy i gracz musi szybko wymyślić inną.

Przy grze w Gorącego Ziemniaka jest naprawdę głośno i zabawnie. Pytania nierzadko są baaardzo zaskakujące i mimo że na pierwszy rzut ucha wydają się proste, to po kilku odpowiedziach udzielonych przez współgraczy, nie przychodzi nam nic nowego do głowy (odpowiedzi rzecz jasna nie mogą się powtarzać).

Kiedy gramy w Ziemniaka na imprezach, to patrzymy nieco przychylniejszym okiem na bekowe i dziwne odpowiedzi. Zawsze jest dużo śmiechu.

Ta planszówka jest nie tylko świetną okazją do rozerwania się i pobawienia, lecz także do wyćwiczenia swojego refleksu i rozruszania szarych komórek.
Graliście kiedyś w Ziemniaka? ;)
Sara

wtorek, 10 stycznia 2017

Jak się poznaliście? cz. 2



Kochani. Jestem naprawdę szczęśliwa, że poprzedni post wywołał w Was taki entuzjazm. Jedna z czytelniczek sama napisała do mnie z pytaniem, czy również może podzielić się swoją historią. Wszystkie opowieści są niezwykłe. Dziękuję Wam za nie.
Wiem, że niektórzy czekali na moją historię miłosną.. ;)

Jak poznaliście się z Twoją drugą połówką?

Zawsze się uśmiecham, gdy myślę o tym, jak się poznaliśmy z G. Moi znajomi zorganizowali mi imprezę urodzinową w klubie i tam poznałam G. Tej samej nocy, już w mieszkaniu, poczęstowałam go kawą, którą posoliłam zamiast posłodzić.  Wypił bez słowa skargi - powiedział mi dopiero po ok. 2 latach, że kawa była posolona.  - A.

Z N. poznaliśmy się przypadkowo. Ja byłam z jednego końca miasta, on z drugiego. Jak przecięły się nasze drogi? Razem z przyjaciółką interesowałyśmy się w gimnazjum Japonią, mangą, anime itp. Często przesiadywałyśmy w bibliotece. Tam natknęła się na nas dziewczyna ze starszej klasy, która miała koleżankę z podobnymi zainteresowaniami. Powiedziała jej o nas, poznałyśmy się. Kiedy zebrała się nas paczka znajomych, mangowców jak się zwaliśmy, moja przyjaciółka zaczęła organizować spotkania. Rzadko na nich bywałam, ale na jedno, na które akurat poszłam, Daga przyprowadziła swojego przyjaciela, z którym razem się wychowywała. Ja - zawsze nieśmiała - starałam trzymać się z tyłu grupy, co go niesamowicie drażniło i "dokuczał" mi z tego powodu. Jedna z koleżanek założyła forum dla naszego użytku, żebyśmy mogli rozmawiać o naszym hobby także w Internecie. Na początku z N. przedrzeźnialiśmy się na nim ze sobą, później przez wiadomości prywatne N. dowiedział się, że mam problemy w domu. Zaczął przyjeżdżać do mnie na osiedle, żeby porozmawiać. Jako że przez owe zmartwienia nie mogłam wychodzić zbytnio z domu, przyjeżdżał praktycznie przez całe miasto na 10-15 minut, kiedy wychodziłam na spacer z psem, tylko po to, żeby ze mną porozmawiać, wyciągnąć mnie z dołka. Zaczęliśmy się zbliżać do siebie. Ja ze swoją samooceną zakopywałam zauroczenie nim głęboko w sobie, gdyż nie wierzyłam, że ktoś może mnie lubić w ten sposób. Jednak którejś niedzieli, tydzień po jego urodzinach, kiedy odprowadzał mnie do domu, przytulił mnie do siebie. W końcu wykrztusił z siebie strasznie nieśmiało, czy nie chciałabym z nim chodzić. Teraz, kiedy mam 24 lata, może to i trochę głupio i infantylnie brzmi, ale w końcu byliśmy dzieciakami, zwłaszcza ja, piętnastolatka, on ledwo siedemnastolatek. W naszym związku było bardzo dużo problemów. Moje kłopoty w domu, brak akceptacji ze strony moich rodziców. Jednak nasza znajomość przetrwała. Dużo osób w to nie wierzyło. Mówili, że jesteśmy młodzi, na pewno nam się odmieni, że N. nie wytrzyma sytuacji, jaką mam w domu. Ale tak się nie stało. Sześć lat później N. poprosił mnie o rękę, niecałe półtora roku później wzięliśmy ślub. Choć ostatecznie wspólnych zainteresowań mieliśmy niewiele, bo Japonia przestała mnie tak fascynować, zaś reszta naszych zainteresowań to kompletnie inne światy, to połączyła nas chęć pomocy, wsparcia, później przywiązanie i miłość. I choć nadal często mamy zgrzyty, potrafimy się kłócić tak, że później się śmiejemy, że gdybyśmy mieli więcej pieniędzy, to talerze by latały w powietrzu, nie potrafimy bez siebie żyć. Bo jak mówi pewno przysłowie - "Miłość zwycięża wszystko". - P.

Z Rafałem poznałam się w podstawówce. Mój dziadek zabierał mnie często do szkoły, żebym bawiła się z dziećmi w zerówce, a że Rafał jest o 2 lata starszy, to już wtedy się z nim bawiłam. Uznajemy oficjalnie, że poznaliśmy się jak poszłam do zerówki.  W tamtym czasie zaczęłam też uczęszczać na zbiórki ZHP, które prowadzą Jego Rodzice, więc i tam już od dziecka spędziliśmy razem dużo czasu. W gimnazjum nasz kontakt się urwał, ponieważ Rafał poszedł do szkoły w Toruniu. Ale przed jego maturą skontaktowaliśmy się ze sobą, wszystko dzięki mocy Facebooka. Z harcerstwa organizujemy każdego roku zlot dla szóstych klas i w 2012 organizowaliśmy razem dużo konkurencji. Po miesiącu odbył się biwak harcerski - nie spaliśmy przez dwie noce, tylko siedzieliśmy przy ognisku i rozmawialiśmy. I tak się zaczęło. :) W skrócie - szkoła i ZHP. A i jeszcze mogę wspomnieć, że kiedyś ze sobą w podstawówce już chodziliśmy - aż jeden dzień! Ale stwierdziłam, że wolę kolegę z klasy haha. :) - A.

Poznaliśmy się z Ł., kiedy miałam 12 lat, on 16. To nie mogło się udać. Zupełnie inne światy. Pierwszy raz spotkaliśmy się na majówce. Jeździłam zawsze w to samo miejsce i przyjaźniłam się z jego rodziną. Wpadłam mu podobno od razu w oko. Nasza pierwsza rozmowa odbyła się na temat religii. Ł. zgadywał, ile mam lat. Nie mógł uwierzyć, że tylko 12. Wymieniliśmy się numerami telefonu. Pisaliśmy ze sobą do lipca. Kiedy w końcu się spotkaliśmy, w miejscowości była powódź. Poszliśmy nad rzekę zobaczyć, ile wody przybyło, i pierwszy raz się pocałowaliśmy. Jednak jak to wakacyjna miłość, trwała dwa tygodnie. Po pół roku odezwaliśmy się do siebie ponownie. Spotkaliśmy się 10 kwietnia 2009. Od tego czasu minęło już 8 lat. W 2018 bierzemy ślub. Oglądając ostatnio jego zdjęcia z dzieciństwa, zauważyłam, że na niektórych w tle siedzi moja rodzina. Okazało się, że będąc małymi dziećmi, bawiliśmy się na tej samej plaży. Śmiejemy się, że już wtedy sobie mnie upatrzył. Chociaż na początku słyszałam różne komentarze, że on jest za stary, a ja jestem jeszcze dzieckiem, Ł. stał się moim najlepszym przyjacielem i tak jest do tej pory. Chyba nie muszę mówić, na której plaży mi się oświadczył. :)  A.
 

Portale i aplikacje randkowe budzą wiele złośliwych komentarzy. I to zarówno wśród pewnych siebie „związkowców”, którzy uważają ich użytkowników za nieudaczników, jak i singli, którzy z wyniosłą dumą patrzą na tego typu zaloty. Ci drudzy czują się lepsi od korzystających z portali i aplikacji randkowych "desperatów", a tak naprawdę zazdroszczą im odwagi i zdecydowania, by wyjść wreszcie z uporczywej samotności. Po paru naprawdę kiepskich miesiącach, gdy poczucie życiowej niekompletności stawało się coraz bardziej dokuczliwe, postanowiłem znaleźć tę odwagę i w sobie. Przecież każdy sposób jest dobry, by spróbować znaleźć jedyną prawdziwą wartość – szczęście przy drugiej osobie. Próbowałem z Sympatią, a w końcu zainspirowany przez kumpla, postanowiłem sprawdzić Tindera. Zaskoczyło mnie, jak wiele wartościowych i sympatycznych dziewczyn korzysta z aplikacji, wbrew panującej obiegowej opinii. Kilka udało mi się nawet poznać, ale jedna była zdecydowanie bardziej fascynująca od innych. Blogerka, czytelniczka, podróżniczka, fanka Beatlesów – z miejsca znaleźliśmy wspólny język. Tematów nie brakowało nigdy i tak samo było w dniu, kiedy postanowiliśmy się spotkać "in real life"... Nigdy nie zapomnę tamtego sierpniowego dnia. Od tamtej pory 11 sierpnia przypada dla mnie codziennie. Dziękuję, S. - M. 


Lepiej zapamiętujemy te zdarzenia, które wywołują w nas silne emocje – to psychologiczny fakt. Dlatego nie dziwię się, że z najmniejszymi szczegółami potrafię odtworzyć to, jak poznałam M. 31 lipca 2016r. założyłam Tindera. Zrobiłam to z nudów. Nie spodziewałam się fajerwerków. Chciałam po prostu z kimś pogadać, ewentualnie usłyszeć kilka komplementów (co za próżność!). Przez 2 dni dostałam kilka suchych wiadomości, przeczytałam parę dwuznacznych tekstów. A 1 sierpnia napisał do mnie On. Wiadomość odczytałam dopiero następnego dnia rano. M. pisał, że zainteresował go mój blog, że widać, iż pisze go osoba z pasją. Zrobiło mi się ciepło na sercu. Później, wspominając tę wiadomość, myślałam: wiedział, w jaki punkt uderzyć! Blog jest moim oczkiem w głowie. Świetnie nam się rozmawiało. Te konwersacje różniły się od rozmów z innymi "kandydatami"  polegających na zadawaniu mało kreatywnych pytań i odpowiedzi w stylu "aha". Dyskutowaliśmy i dzieliliśmy się wrażeniami tak, jakbyśmy znali się od zawsze. 11 sierpnia spotkaliśmy się po raz pierwszy. W restauracji zabrakło na pewien czas prądu, więc jedliśmy nasze naleśniki ze szpinakiem w półmroku. To nie przeszkodziło nam w niekończących się rozmowach. Jesteśmy razem już/dopiero blisko 5 miesięcy. Nieraz myślę, że naczytałam się tyle powieści Sparksa, że w końcu sama doświadczyłam pięknej, wielkiej, odwzajemnionej, pełnej romantycznych uniesień miłości. I każdemu życzę takiego uczucia. - S.



Ten post powstał dzięki sile miłości i Waszej chęci podzielenia się swoimi romantycznymi wspomnieniami. Jestem Wam za nie ogromnie wdzięczna. 
Kochani, dużo szczęścia Wam życzę! I wytrwałości, i cierpliwości w związku. A tym, którzy jeszcze nie odnaleźli miłości swojego życia, chcę powiedzieć: nie martwcie się. Bo ta miłość przyjdzie. W najmniej oczekiwanym momencie. 
Sara