czwartek, 23 listopada 2017

Luksemburg - ceny, praktyczne wskazówki i informacje


Nie ukrywajmy – mało kto decyduje się na podróż do Luksemburga. Nie jest to zbyt częsty kierunek wycieczek -  A SZKODA. Bo naprawdę warto zobaczyć to miasto, jak i państwo, na własne oczy i przekonać się, jak bardzo malownicze jest.
Wyprawa do Luksemburga wcale nie musi kosztować miliony monet. I wcale nie tak trudno ją zaplanować. Co prawda informacje w Internecie są szczątkowe, dlatego w tym przypadku mogą przydać się papierowe przewodniki (zwykle wydaje się takie kompleksowe po Belgii i Luksemburgu). A no i ja - mam nadzieję - też trochę Wam pomogę.
Luksemburg – jak się tam dostać?

Jest kilka opcji. Można dojechać własnym samochodem, można zdecydować się na wycieczkę objazdową po krajach byłego Beneluksu, można też dolecieć do Luksemburga drogimi liniami lotniczymi z Polski. My – wydaje mi się – wybraliśmy jedną z tańszych opcji. Polecieliśmy z Modlina do Brukseli Charleroi (lot trwał niecałe dwie godziny), a następnie w trzy godzinki dotarliśmy do Luksemburga autobusem firmy Flibco.
Luksemburg – gdzie spać?

Hosteli w mieście Luksemburg nie ma zbyt wiele do wyboru. Właściwie to aż jeden. Reszta to drogie hotele. Dlatego my postawiliśmy na Airbnb i wynajęliśmy pokój w Rodange (30 minut ciuchcią od Luksemburga). To był świetny pomysł i naprawdę cieszę się, że podjęliśmy taką decyzję. Polecam Wam to rozwiązanie.
Luksemburg – jak się po nim poruszać?

Komunikacja jest naprawdę niezła. Pociągi z Rodange do Luksemburga jeździły co pół godziny. Poza tym do wielu innych miejsc można dotrzeć koleją, choć niestety nie do zamku w Vianden. Ciuchcie są wygodne, ale nawet, jeśli jedziecie pociągiem 10 minut, spodziewajcie się kontroli konduktorskiej. W samej stolicy państwa są liczne linie autobusowe i trolejbusowe. Jednak po mieście można z łatwością poruszać się pieszo, jeśli nie zdecydujecie się na odwiedzenie dzielnicy Kirchberg. Najważniejsze atrakcje położone są blisko siebie.
Luksemburg – ile to kosztuje?

I teraz czas na to, co pewnie interesuje Was najbardziej – ile za to wszystko zapłaciliśmy?
Bilet lotniczy Warszawa Modlin-Bruksela Charleroi = 39 zł

Bilet lotniczy Bruksela Charleroi-Warszawa Modlin = 39 zł

Bilet autobusowy Bruksela Charleroi-Luksemburg Gare Centrale = 5 euro

Bilet autobusowy Luksemburg Gare Centrale-Bruksela Charleroi = 5 euro

Dwie noce w mieszkanku w Rodange – 57 euro za dwie osoby/28,5 euro na głowę

I dzień – bilet na pociąg Luksemburg-Rodange 2 euro

II dzień bilet całodzienny na komunikację (mogliśmy poruszać się po całym kraju autobusami i pociągami) – 4 euro

III dzień bilet na pociąg Rodange-Luksemburg 2 euro

Przechowalnia bagażu na dworcu (skorzystaliśmy z niej w pierwszym dniu) – 5 euro

Poza tym wydaliśmy trochę pieniędzy na pamiątki i słodycze (niestety nie znalazłam słodkości wyprodukowanych w Luksemburgu). Co nas bardzo pozytywnie zaskoczyło, to fakt, że w Luksemburgu działają toalety publiczne i – uwaga! – są czyste i niepłatne.

Podsumowując na transport, komunikację i noclegi każde z nas wydało niecałe 300zł (przy kursie euro 4,30 zł).

Wydaje mi się, że to naprawdę nieźle jak na Luksemburg. Dodam jeszcze, że datę podróży dostosowaliśmy do cen biletów – chcieliśmy, aby loty kosztowały 39zł, a bilety autobusowe do Luksemburga 5 euro.

Chcielibyście wybrać się kiedyś do tego kraju? Która pocztówka podoba Wam się najbardziej?
Uściski!

Sara 

poniedziałek, 20 listopada 2017

Zamek w Vianden - jak się tam dostać i czy w ogóle warto?


W miasteczku Vianden mieszka mniej niż 2000 osób. Czyli mniej niż w Małej Nieszawce. Zdecydowanie warto je jednak odwiedzić, by zobaczyć majestatyczny zamek położony na wzgórzu. A w drodze powrotnej zatrzymajcie się w urokliwym Diekirch.

Przyznaję – dojazd do Vianden łatwy nie jest. My się zgubiliśmy. Ze stolicy kraju, Luksemburga, należy pojechać pociągiem w kierunku Diekirch i wysiąść na stacji… no właśnie, jakiej? My sądziliśmy, że Diekirch, tymczasem okazało się, że stamtąd autobus do Vianden odjeżdża bardzo rzadko. Z racji tego że mieliśmy bilet całodzienny i mogliśmy poruszać się po całym Luksemburgu, wsiedliśmy w pociąg… powrotny i cofnęliśmy się jedną stację. Typowe ogary z nas. Okazało się, że z Ettelbruck autobusy do Vianden również jeżdżą dość rzadko. Na szczęście następny był w ciągu pół godziny. 
Gdy w końcu znaleźliśmy się we właściwym autobusie (linia 570), zorientowaliśmy się, że przystanków o nazwie "Vianden coś tam" jest kilka. Nie wiedzieliśmy, na którym najlepiej wysiąść. Więc gdy wydawało nam się, że przez okna autobusu widzimy już zamek z dość bliskiej odległości, nacisnęliśmy guzik. Nasz wybór był idealny. Tylko… jak dostać się do zamku? Szliśmy, szliśmy, a tu żadnej ścieżki w górę. W końcu zaproponowałam, aby dojść do kolejki linowej, na pewno tam będzie jakiś szlak. Jednak wcześniej zaczepiliśmy pana, który po niemiecku (oboje z Maćkiem uczyliśmy się niemieckiego, oboje nic nie umiemy w tym języku) wyjaśnił nam, gdzie jest ścieżka. Jakoś go zrozumieliśmy, cofnęliśmy się i w końcu wylądowaliśmy na właściwej drodze. Nie muszę wspominać, że prowadziła ona pod górę? Zmęczyliśmy się. I gdy już mieliśmy trochę dość, zapytaliśmy schodzących z góry piechurów, czy daleko jeszcze. Na szczęście okazało się, że zamek jest tuż za rogiem!
Nie świeciło słońce, ale zamek i tak prezentował się pięknie. Budowla należała niegdyś do Luksemburgów. Jest miszmaszem różnych stylów architektonicznych – gotyku, renesansu, posiada nawet cechy romańskie. Obecnie zamek w Vianden jest własnością państwa i można go zwiedzać – my jednak zdecydowaliśmy się podziwiać go tylko od zewnątrz.
W Vianden cudowna była cisza i spokój. Co prawda nieco zirytował nas fakt, że większość miejsc była pozamykana – sklepy z pamiątkami czy informacja turystyczna. Swoją drogą w Vianden wcale nie było masy turystów. Jeśli chodzi o zabytki, w miasteczku tym, oprócz zamku, znajduje się kościół Trójcy Świętej z XIII wieku z relikwiami św. Antoniego. 


Gdy opuszczaliśmy Vianden, usłyszeliśmy: "Nie inaczej, proszę pani, nie inaczej". Nie był to turysta, lecz Polak pracujący akurat w tym niewielkim luksemburskim miasteczku. Chwilę porozmawialiśmy - okazało się, że nie jesteśmy pierwszymi Polakami, których spotkał w ostatnim czasie. 

Zdecydowaliśmy, że naszym kolejnym przystankiem będzie Diekirch. Głównie dlatego, że jadąc wcześniej przez to miasto, widzieliśmy kilka interesujących budynków. Wysiedliśmy z autobusu koło katedry św. Wawrzyńca (eglise de Saint-Laurent). Próbowałam znaleźć dla Was jakieś ciekawostki o tej świątyni i znalazłam, ale po… francusku. To by było na tyle z mojej szansy zabłyśnięcia.
Spacerowaliśmy po Diekirch, zatrzymując się po prostu przy obiektach, które nas zainteresowały. Trafiliśmy m.in. do parku. Poza tym Maciek śmiał się z eleganckiej tabliczki na jednym z budynków napisanej czcionką Comic Sans…. Mam nadzieję, że te kilka zdjęć uświadomi Wam, że warto podróżować jesienią. ;)
W końcu dotarliśmy do dworca kolejowego w Diekirch i wróciliśmy do Luksemburga.
O ile Diekirch nie jest może jakieś oszałamiające, jest po prostu uroczym miasteczkiem na krótki spacer, o tyle Vianden serdecznie Wam polecam. Warto odbyć tę krótką wycieczkę pod górę, by móc podziwiać piękną budowlę. 
Dajcie znać, co sądzicie o Vianden i Diekirch!
Ściskam
Sara

piątek, 17 listopada 2017

Odnaleźliśmy kryjówkę rycerzy w Room Escape



Chciałabym opisać wszystko, ale jednocześnie nie mogę zbyt wiele zdradzać. Muszę jednak przyznać, że w rycerskim świecie odnaleźliśmy się z Maćkiem nadzwyczaj dobrze…

Czym zaskoczył nas Pokój Rycerski w Room Escape Warszawa?

Sara: Prawdopodobnie gdyby właściciele nie polecili mi tego pokoju, nie wybrałabym go z własnej woli ze względu na nazwę. Nie jestem zbyt wielką miłośniczką historii ani fanką opowieści o rycerzach.  Tymczasem ten escape room okazał się jednym z najlepszych, w jakich byłam. Twórcy zdobyli tyle przedmiotów związanych ze średniowieczem, że podziwiam ich do teraz. Poza tym bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie komunikacja z zespołem – podpowiedzi nie udzielano na nasze życzenie , - pracownicy obserwowali nas przez kamery i dokładnie wiedzieli, w którym momencie rozgrywki (tzw. escape game) jesteśmy. Wskazówki były więc świetnie dopasowane, a jednocześnie enigmatyczne. Jednak co najważniejsze – pomogły nam! A niestety w niektórych escape roomach zdarza się, że podpowiedzi tylko irytują i nie pozwalają ruszyć dalej, wprowadzają zamęt, albo – co gorsza – trzeba bardzo długo na nie czekać. Więc czasami warto schować dumę do kieszeni i pozwolić sobie na otrzymywanie podpowiedzi nie na naszą prośbę.

Maciek: Rozmiarem. Kiedy dowiedziałem się, że idziemy do pokoju udającego zamek, wątpiłem, czy escape room może przypominać tak potężną budowlę. Tymczasem w Pokoju Rycerskim rzeczywiście można było poczuć się jak w zamku z przestronnymi, sekretnymi komnatami. Zaskoczyła mnie też liczba zgromadzonych przez twórców pokoju historycznych gadżetów. Wyposażenie na miarę prawdziwego zamku! Nie brakuje niczego, co powinno znaleźć się w rycerskiej kryjówce.

Co najbardziej podobało nam się w Pokoju Rycerskim?

S: W pokoju było naprawdę dużo zagadek – można by pomyśleć, że za dużo jak na dwie osoby. Nam tymczasem udało się wyjść z pokoju i to 1min20s przed upływem wyznaczonego czasu. Wiele typów zagadek nas zaskoczyło, nigdzie wcześniej nie spotkaliśmy się z takimi rozwiązaniami. Jeśli chodzi o niektóre zadania, w życiu bym nie pomyślała, że można takie magiczne sztuczki i triki zastosować! Bardzo chciałabym opowiedzieć Wam o tym, jak na chwilę umarłam, ale nie mogę, sami musicie tego doświadczyć!

M: Zagadki były bardzo logiczne, a przy tym pomysłowe. Było ich również bardzo dużo, dzięki czemu emocji nie brakowało ani na moment. Kocham historię, więc byłem zachwycony faktem, że w pokoju można było naprawdę wykazać się wiedzą. Ale największym hitem było pewne bardzo pomysłowe rozwiązanie, które na chwilę nas mocno skołowało… ale na szczęście odważyliśmy się wykonać zadanie :)

Komu polecilibyśmy ten pokój?

S: Wszystkim! Naprawdę. Dzieciakom, dorosłym, wielbicielom średniowiecza, tajemnic rycerskich, tym, których fascynuje legenda Templariuszy. Ale także tym, którzy historię w szkole omijali szerokim łukiem (jak ja). Tym, którzy zaczynają swoją przygodę z rozrywką typu escape game, jak i tym, którzy – tak jak my – mają już kilkanaście pokoi na koncie. Tylko nie zakładajcie szpilek, ok?

M: Każdemu! Nie jest bardzo trudny, ale mimo wszystko wymagający. Z racji jego rozmiarów poleciłbym go jednak raczej większym grupom, niż parom, jak my – trzeba się sporo nachodzić i naszukać, a do dyspozycji tylko godzinka.

Czym ten escape room wyróżnia się spośród innych?

S: Na pewno atmosferą i klimatem – średniowieczne komnaty zostały odwzorowane niczym w profesjonalnym filmie historycznym. Oprócz tradycyjnych kłódek w Pokoju Rycerskim znajdziecie mnóstwo innych rodzajów zagadek. Pokój jest bardzo profesjonalnie przygotowany.  

M: Jest bardzo profesjonalny i dopracowany do najmniejszych szczegółów.

Czy Pokój Rycerski w warszawskim Room Escape ma w ogóle jakieś wady?

S: Niech pomyślę… Mnie w pewnym momencie przestraszyła antresola. Ale drabina okazała się stabilna. ;) Zagadki były logiczne, więc żadnych minusów nie widzę.

M: Nie! Najlepszy pokój, jaki odwiedziłem.

Dobrej zabawy!
Sara

wtorek, 14 listopada 2017

Kirchberg i inne oblicze Luksemburga


Nie wiem, czy można znaleźć pocztówki z Warszawy z podpisem "Wola", "Ochota” albo "Praga". Ale za to na pewno dostaniecie widokówki z Luksemburga z napisem "Kirchberg". To małe miasto w mieście.

Maciek narzekał na Kirchberg. Nie spodobały mu się tamtejsze budynki, a jeszcze bardziej nie spodobał mu się pan, który przyczepił się do nas, bo robiliśmy zdjęcia. No właśnie, jak to jest, polski sejm można fotografować, Parlament Europejski w Brukseli również, a budynków powiązanych z Unią Europejską zlokalizowanych w Luksemburgu nie?

W dzielnicy Kirchberg znajduje się siedziba Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, oddziały Komisji Europejskiej, sekretariat Parlamentu Europejskiego, Europejski Bank Inwestycyjny oraz budynki należące do Uniwersytetu w Luksemburgu. Nie widzieliśmy wszystkich tych obiektów, ale chyba niewiele straciliśmy. Te, które zdołaliśmy odnaleźć, faktycznie nie prezentowały się zbyt okazale. Gdyby nie flagi, pewnie minęłabym je obojętnie. Dzielnica Kirchberg nie zmieniła jednak naszej opinii o Luksemburgu. Ale wiecie co, gdziekolwiek oglądam tego typu budynki związane z Unią Europejską lub innymi ważnymi instytucjami, czuję się nieco zawiedziona ich wyglądem. Chyba przestanę poświęcać na nie czas podczas innych wycieczek.
Niedaleko europejskich budynków można podziwiać filharmonię. Przywiodła mi ona na myśl operę w Szczecinie, nagradzaną i wychwalaną, a w rzeczywistości wyglądającą jak kiczowata góra lodowa. Wyczytałam, że kształt filharmonii luksemburskiej podkreśla jej niezależność. Ekhm.
Opuściliśmy Kirchberg i postanowiliśmy pospacerować jeszcze trochę po Luksemburgu, zobaczyć miejsca, których nie udało nam się obejrzeć wcześniej. Zdecydowaliśmy się wybrać na jeden z punktów widokowych. Nie muszę wspominać, że spędziliśmy tam sporo czasu? Trzeba było zrobić pełną sesję zdjęciową. :D Taras widokowy znajdował się niedaleko baszty, którą widzieliśmy dwa dni wcześniej.
Późnym popołudniem wróciliśmy w okolice Placu Konstytucji, ponieważ wydawało nam się, że widzieliśmy tam schody na dół, prowadzące do parku. Schody znaleźliśmy, ale wylądowaliśmy w jakichś dziwnych chaszczach i szybko wróciliśmy na górę.

Wydaje mi się, że miasto Luksemburg polubiłam za widoki. Za atmosferę. Za to, że gdzie się nie spojrzało, coś przykuwało uwagę. Luksemburczycy to szczęściarze – mają te scenerie na co dzień.
Tuż pod miastem znajduje się lotnisko Luksemburg. Jejku, samoloty przelatywały tak nisko, że można było bez problemu przeczytać napisy na nich. Przypomniało mi to plażę w Sint Maarten – słyszeliście o niej? Największą atrakcją są tam właśnie samoloty przelatujące zaledwie kilkanaście metrów (!!!) nad głowami ludzi.
W jednym z kolejnych postów chciałabym pokazać Wam cudowny zamek w Vianden oraz Diekirch – miasteczko, do którego nie planowaliśmy jechać, ale coś nas do niego przyciągnęło. :)
Uściski!

Sara