wtorek, 15 sierpnia 2017

Auschwitz - miejsce, które powinien zobaczyć każdy

Jest takie miejsce w Polsce, które powinien odwiedzić każdy człowiek. I na tym zakończę wstęp.

Oświęcim był - odkąd pamiętam -  miejscem, do którego bardzo chciałam się wybrać. Czułam taką potrzebę. W końcu, podczas pobytu na południu Polski, zdecydowaliśmy, że jeden dzień poświęcimy na wizytę w  muzeum Auschwitz-Birkenau.
Chętnych do zwiedzenia  tego miejsca jest mnóstwo. Przybywają z całego świata. Wycieczki w kilku językach ruszają co 15 minut. Warto wcześniej zarezerwować miejsca na daną godzinę -  muzeum jest naprawdę ogromne. Można wybrać jedną z trzech tras zwiedzania - zwiedzanie ogólne (3,5 godz.), jednodniowe (6 godz.) oraz dwudniowe (4+4 godz.). My wybraliśmy najkrótszą z nich, ale i tak udało nam się zobaczyć całkiem sporo. O ile zazwyczaj zwiedzamy muzea i miasta bez przewodnika, o tyle w muzeum Auschwitz-Birkenau takie poruszanie się nie miałoby większego sensu. Moglibyśmy czytać tabliczki i patrzeć na pozostałości po obozach, ale… to wszystko. A dzięki przewodniczce nie tylko wiedzieliśmy, na co dokładnie teraz patrzymy, lecz także dowiedzieliśmy się o wiele więcej niż moglibyśmy przeczytać na tablicach informacyjnych. W ogóle nie czułam się znudzona.
Auschwitz jest oddalone od Birkenau o kilka kilometrów, w związku z czym między obozami podróżuje się specjalnym autobusem. W Auschwitz stworzono różne wystawy dotyczące życia w obozie. Zwiedzający mogą oglądać tam zachowane baraki, rzeczy osobiste więźniów takie jak buty, grzebienie czy naczynia. W Auschwitz obejrzymy także fotografie osób przebywających w obozie czy rysunki i grafiki odnoszące się do warunków panujących w tym miejscu. W Birkenau natomiast nie ma już jako takich wystaw, obiekty ogląda się z zewnątrz. Poraziły mnie te ogromne przestrzenie – trudno sobie wyobrazić, jak wielki był obóz.
Czy były takie momenty, podczas których odwracałam wzrok? Podczas których łzy stawały mi w oczach? Były, szczególnie na wystawie poświęconej dzieciom i głodowi. Nie mogłam patrzeć na te wychudzone, drobne ciałka.
Trudno sobie wyobrazić. Nie mogę sobie wyobrazić. Nie mogę tego pojąć – te słowa towarzyszyły mi podczas zwiedzania obozów, ale i długo po ich opuszczeniu. Nie mogę zrozumieć, jak człowiek mógł dokonać takich okrucieństw. Moja głowa nie chce przyjąć tego do siebie.
Znam osoby, które nie chcą jechać do Oświęcimia. Nie chcą stykać się z tym cierpieniem, które aż bije od baraków, komór gazowych i innych obiektów. Przed wizytą w muzeum miałam już całkiem sporą wiedzę na temat Holokaustu – sporo na ten temat czytałam, zapoznawałam się z twórczością byłych obozowiczów, oglądałam różne filmy na temat zagłady Żydów. Jednak zobaczenie tego wszystkiego na własne oczy… otwiera oczy. Jeszcze bardziej. Uważam, że każdy powinien tego doświadczyć, by nigdy więcej nie dopuścić do takich okrucieństw. By temu zapobiec.
Tak się rozpisuję na temat tego, że każdy powinien odwiedzić muzeum Auschwitz-Birkenau, ale mimo wszystko nie wszyscy rozumieją tę tragedię. Widziałam na własne oczy obcokrajowców wchodzących na wagon, którym do obozu docierali Żydzi. Cudzoziemcy wisieli na nim, uśmiechali się i robili sobie "superfotki". Nóż mi się w kieszeni otwierał. Widziałam też Polaków, którzy bezwstydnie pstrykali zdjęcia w komorach gazowych.  Ja sama miałam wielkie wątpliwości co do fotografowania w tym miejscu. W tym - jak to nazwała nasza przewodniczka - grobowcu, cmentarzu. Nie mogłam uwiecznić na zdjęciach włosów więźniów czy niektórych miejsc, fotografowałam więc głównie tablice z informacjami i baraki z zewnątrz.     
Sara

sobota, 12 sierpnia 2017

Trudy więziennego życia - escape room Tkalnia Zagadek

Daliśmy się zamknąć w "Celi". I… ostatecznie z niej nie wyszliśmy. Dopiero przemili właściciele wypuścili nas za kaucją.

Mamy na koncie już kilka escape roomów, ale muszę przyznać, że "Cela" w toruńskiej TkalniZagadek była jednym z najtrudniejszych, w jakich kiedykolwiek byliśmy. Jak wspomniałam, nie udało nam się z niego uwolnić, mimo licznych wskazówek…

"Cela" zaskakuje mnóstwem różnorodnych zagadek. Z niektórymi formami nie spotkaliśmy się nigdzie wcześniej. Można było użyć lasera, postrzelać, porysować, pomacać… Nagle coś spadało z góry albo otwierało się z trzaskiem. Pokój jest więc pełen zaskoczeń. Do zalet zaliczyłabym również to, że pomieszczenie było jasne i przestronne, ale jednocześnie dość klimatyczne. Wystrój naprawdę ciekawie nawiązywał do tytułowej „Celi”. Widać, że twórcy pokoju włożyli dużo wysiłku w jego przygotowanie.

Jakieś minusy? Dla nas zagadki były trochę za trudne, ale to naprawdę subiektywna opinia. Inni być może uznaliby je za banalne. Szkoda, że w pierwszej części pokoju spędziliśmy tyle czasu i nie mogliśmy pokazać, na co nas stać w drugiej części. Nie jest to escape room dla początkujących, ale jestem pewna, że jeśli lubicie kryminalne klimaty i nietypowe zadania, to na pewno "Cela" Wam się spodoba.

Toruńska Tkalnia Zagadek oferuje również drugi pokój, bardziej detektywistyczny. Może w przyszłości spróbujemy rozwikłać zagadkę "Zbrodni" i pójdzie nam lepiej niż w przypadku wydostawania się z „Celi”? Tkalnia zagadek ma swoje oddziały również w innych miastach (w Łodzi, w Poznaniu, we Wrocławiu, w Radomiu, w Zielonej Górze oraz w Płocku).

Jak tam Wasze escape roomowe doświadczenia? Dajcie znać!
Trzymajcie się ciepło!
Sara

PS Niezależnie od liczby osób wizyta w toruńskiej Tkalni Zagadek kosztuje 99zł. Więcej informacji znajdziecie na stronie internetowej i fanpage’u

środa, 9 sierpnia 2017

Cztery sekrety blogerki na czwarte urodziny bloga

No i stało się. Sawatka ma już cztery latka. Potrafi mówić, a nawet o coś poprosić. Z okazji czwartej rocznicy założenia bloga zdradzę Wam moje cztery tajemnice dotyczące samego procesu tworzenia, jak i bloga. Gotowi?

  • Swoje zdjęcia przerabiam w PhotoScapie. Nie umiem obsługiwać się Photoshopem, na razie PhotoScape w zupełności mi wystarcza. Nigdy nie powiększałam ani nie pomniejszałam żadnych części ciała w tym programie, ale zdarzyło mi się usuwać w nim krostki, pieprzyki i inne dziwnie wyglądające, niechciane obiekty. Moja tradycyjna obróbka fotografii polega na ich kadrowaniu, ewentualnym rozjaśnianiu, przyciemnianiu, pogłębianiu kolorów, a także wyostrzaniu.

  • Nie zarabiam na blogu. Na moje konto nie wpływa co miesiąc żadna sumka pieniędzy. Za to dzięki blogowi mogę skorzystać z niektórych atrakcji bezpłatnie. Wizytę w escape roomie czy muzeum – dzięki reklamie na blogu – otrzymuję za darmo. Zwykle to ja wychodzę z inicjatywą, ale zdarzyło się, że to firmy odzywały się pierwsze. Mam również za sobą kilka nieudanych współprac z początków bloga. Zagraniczne firmy same pisały do mnie maile, a później albo stawiały nieludzkie wymagania, albo nie miały do mnie za grosz szacunku.

  • Regularnie czytam tylko jeden blog. To ogromna zmiana w moim życiu. Bloga założyłam bowiem zainspirowana setkami, jak nie tysiącami wpisów przeczytanych na innych stronach. Jeszcze kilka lat temu całe popołudnia spędzałam, przeglądając blogi, głównie modowe. Co więcej wszyscy moi komentujący mogli liczyć na to, że zajrzę na ich bloga i napiszę komentarz. Teraz nie mam na to ani czasu, ani ochoty. W związku z tym pod moimi postami nie pojawia się już tyle komentarzy, co kiedyś. Jednak wiem, że jeśli ktoś faktycznie chce coś napisać, to podzieli się ze mną swoją refleksją. I nie są to komentarze pisane wyłącznie po to, by zrobić sobie reklamę. A, byłbym zapomniała – wspomnianym przeze mnie regularnie czytanym blogiem jest strona Joasi Glogazy, do niedawna Style Digger

  • Blog to część życia. Przynajmniej dla mnie. Nie jest moją pracą, ale jest nieodłącznym elementem dnia. Gdy podróżuję, wiem, że relacja wyląduje na blogu. Kiedy robię sporo zdjęć, to zwykle po to, by móc opublikować je tutaj. Niektóre posty pojawiają się dlatego, że podjęłam współpracę z daną instytucją i punktem naszej umowy była publikacja wpisu. Nie wyobrażam sobie życia bez bloga. Serio. Przede wszystkim czuję wielką potrzebę pisania, dzielenia się z innymi swoimi spostrzeżeniami i wrażeniami, w szczególności z podróży. Poza tym blog stał się już częścią mnie, często mówię o sobie, że kocham podróże i jestem blogerką. Sawatka to istotny element mojej tożsamości. Nie mogłabym tego porzucić.

Coś mi się zdaje, że całkiem sporo w tym poście zdradziłam… ;) Ale znamy się już tak długo, że chyba mogłam sobie pozwolić na szczerość?
Dziękuję, że jesteście ze mną! Po co pisać bloga, którego nikt nie czyta?
Moc uścisków!
Sara
PS Bonusowy sekret: mój chłopak poleciał na mnie, bo stwierdził, że mam ciekawego bloga. 

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Kraków w jeden dzień

Kraków odwiedziłam po raz pierwszy jako małe dziecko. Jedyne, co pamiętałam, to zdjęcie przy smoku, który od czasu do czasu sobie zionął. Bardzo chciałam wrócić do tego miasta - według niektórych – najpiękniejszego w Polsce. Udało się to  w lipcu podczas wakacji z rodzicami i bratem.

Nasz spacer po Krakowie rozpoczęliśmy od Małego Rynku. Okazało się, że jest on położony zaledwie 15 minut spacerkiem od hostelu. A od Małego Rynku już rzut beretem do słynnej krakowskiej starówki z Sukiennicami, pomnikiem Adama Mickiewicza i Kościołem Mariackim.
Kraków zwiedzaliśmy w niedzielę, więc rynek był dość zatłoczony. Sporo turystów robiło sobie zdjęcia, część z nich zdecydowała się na przejażdżkę dorożką, a jedna pani zafundowała swojemu facetowi striptiz na środku krakowskiego rynku.

Zajrzeliśmy do środka Kościoła Mariackiego, gdzie akurat trwała msza, więc na wejściu przywitała nas tabliczka z napisem "Nie zwiedzać". Rzuciliśmy więc okiem na pięknie zdobiony ołtarz – zwykle kościoły rzymskokatolickie nie rzucają mnie na kolana, ale trzeba być totalnym ignorantem, by nie docenić dzieła Wita Stwosza. Rodzice pośmiali się ze mnie, że nie wiem, o co chodzi z żółtą ciżemką i ruszyliśmy dalej.

Przeszliśmy przez Sukiennice czyli wielkie, miejskie targowisko. Można było kupić tam dosłownie wszystko, od futrzanych czapek, poprzez kiczowate pamiątki, na flagach Hiszpanii skończywszy. Wyszliśmy na zewnątrz, by już po chwili oglądać pozostałość po miejskim ratuszu – samotnie stojącą wieżę. Usilnie próbowałam zrobić sobie z nią bardzo oryginalne zdjęcie, jak trzymam czubek wieży… I w końcu się udało. Tylko chyba wieża wyszła lepiej ode mnie.
Odbiliśmy nieco w bok, by zobaczyć "Damę z łasiczką". Niestety, Muzeum  Czartoryskich było akurat w remoncie, dzieło Leonarda da Vinci zostało przeniesione do innej placówki i ostatecznie go nie zobaczyliśmy. Może następnym razem, może ten następny raz będzie szybciej niż za kilkanaście lat… Później zaliczyłam wpadkę, fotografując bramę z myślą, że to ta słynna Brama Floriańska. Okazało się, że znajdowała się ona kawałek dalej… A ja pozowałam przy kawałku muru. Cóż, najważniejsze, że do  właściwej Bramy Floriańskiej w końcu dotarliśmy. Kawałek dalej sfotografowaliśmy Barbakan, a ja znalazłam w jego pobliżu pomnik Jana Matejki.
Naszym kolejnym celem był Wawel. Musieliśmy w tym celu przejść ponownie przez pełne uroku uliczki Starego Miasta. Po drodze natknęliśmy się na piękny teatr - to właśnie ten obiekt najbardziej zapadł mi w pamięć. Wejście na Wawel okazało się dla mnie dość męczące, słońce niemiłosiernie prażyło. Zamek zdecydowanie bardziej podobał mi się oglądany z mostu. Pod Wawelem znajduje się wspomniany wcześniej smok, który – uwaga – nadal zieje ogniem. Robi to co kilka chwil, niestety nie udało nam się uchwycić tego na zdjęciu.
Wróciliśmy do hostelu, by trochę odpocząć. Popołudnie chcieliśmy przeznaczyć na spacer po Kazimierzu. Bardzo zależało mi na tym, by zobaczyć tę znaną, żydowską dzielnicę. Ogromnie fascynuje mnie judaizm, Żydzi i ich historia. Na mojej tablicy korkowej wisi pocztówka z Jerozolimy przedstawiająca tradycyjnie ubranych Żydów, gdziekolwiek jestem, chcę oglądać synagogi, kirkuty i inne miejsca związane z judaizmem. Krakowski Kazimierz zatem był dla mnie czymś w rodzaju must see. Udało nam się zobaczyć kilka synagog, niestety cmentarz żydowski obejrzeliśmy tylko przez kraty.  Najbardziej spodobały mi się szyldy z typowymi, żydowskimi imiona i nazwiskami oraz żydowska muzyka sącząca się z restauracyjnych głośników. I chociaż Kazimierz skojarzył mi się trochę z toruńskim Bydgoskim Przedmieściem (wierzcie mi, to nie jest pozytywne skojarzenie), to cieszę się, że mogłam w końcu zobaczyć tę dzielnicę na żywo. To właśnie będąc na Kazimierzu, zajrzałam do jednej z synagog, natykając się na spotkanie przybyszów z Izraela i zrobiłam zakupy w sklepie koszernym.
Poniedziałkowy poranek poświęciliśmy na wejście na Kopiec Kościuszki, które wcale nie zajęło nam zbyt dużo czasu. Widoki nie były może oszałamiające ze względu na pogodę, ale zawsze przyjemnie jest spojrzeć na miasto z innej perspektywy. Pod Kopcem zwiedziliśmy niewielkie muzeum figur woskowych, o którym wcześniej nie słyszeliśmy. 
Kraków bardzo mi się spodobał i myślę, że jeszcze kiedyś tam wrócę, chociaż najważniejsze zabytki i miejsca udało nam się zwiedzić.
Jakie są Wasze wspomnienia związane z Krakowem?
Pozdrawiam wakacyjnie
Sara