piątek, 20 września 2019

Andora - co warto tam zobaczyć?



Andora. Niektórzy nie wiedzą, gdzie leży. Inni jeżdżą tam na narty albo… na zakupy. Raj podatkowy, księstwo w samym środku Pirenejów. Poza Unią, poza Schengen. Oto, co warto zobaczyć, będąc w Andorze! Dwudziestej czwartej odwiedzonej przeze mnie stolicy europejskiej. :) 

Do Andory z Barcelony odjeżdżają autobusy różnych firm. Koszt biletów jest różny. W Internecie znalazłyśmy nawet oferty za 30 euro w obie strony, jednak opinie o przewoźniku Alsa były tak negatywne, że zdecydowałyśmy się na zakup biletów na stronie Andorra Direct Bus w cenie 50 euro w obie strony. Do wyboru macie też m.in. Andora By Bus, jednak tam natknęłyśmy się na najdroższe przejazdy.

Bardzo ważna informacja: zakupienie biletów przez Internet nie wystarczy. Na maila otrzymujecie bowiem tylko potwierdzenie rezerwacji, zwane przez przewoźnika voucherem. Musicie go wymienić w biurze Eurolines przy dworcu Barcelona Sants na bilety. Trzeba to zrobić min. 15 minut przed odjazdem busa.

Ze stolicy Katalonii wyjechałyśmy o 8:15. Najpierw trasa prowadziła autostradą, później natomiast pobocznymi drogami, aż w końcu za oknem pojawiły się wysokie szczyty i bajkowe jeziora. Widoki były niezapomniane. W szczególności piękne prezentowały się górskie stawy. Żałowałam, że obserwuję je tylko przez okno.
Andora nie należy do Unii Europejskiej ani Strefy Schengen, wobec tego istnieje tradycyjne przejście graniczne. Nie sprawdzano nam jednak paszportów. Dokument należało okazać jedynie przy odbiorze biletów w biurze. 

O 11:15 dotarłyśmy do stolicy państwa – miasta Andorra la Vella. Zwiedzanie musiałyśmy zaplanować wyjątkowo dokładnie, gdyż nie było mowy o korzystaniu z Internetu, w tym Google Maps. Kosztowałoby nas to podobnie jak dzwonienie z Afryki. Miałyśmy ze sobą wydrukowane trasy. Mapki miasta można znaleźć również na dworcu autobusowym.

Nasz spacer po stolicy rozpoczęłyśmy od zobaczenia nowoczesnych rzeźb przy Placa Casadet. Myślę, że mało kto je ogląda, my jednak chciałyśmy dotrzeć w Andorze nawet do tych mniej znanych miejsc. Skoro już przyjechałyśmy do najwyżej położonego państwa w Europie, zależało nam na tym, by maksymalnie spożytkować cztery godziny, które miałyśmy. Jak to ze sztuką współczesną bywa, niektóre z rzeźb nie przypominały niczego, wręcz zastanawiałyśmy się, czy mamy to fotografować, czy może lepiej nie robić sobie wstydu….
Efektowniej prezentowały się figury na słupach – Siedmiu Poetów. Na razie podziwiałyśmy je z dołu, ale jeszcze tego samego dnia miałyśmy okazję zobaczyć dumających mężczyzn z zupełnie innej perspektywy. 
Przeszłyśmy przez uroczy Park Centralny, który może być świetnym miejscem na chwilę relaksu. My jednak na razie nie byłyśmy zbyt zmęczone. Udałyśmy się w kierunku rzeźby "The nobility of time" autorstwa Salvadora Dalego. Nie da się ukryć, że jest to jedna z najciekawszych atrakcji miasta. Podarował ją miastu były agent artysty, Enric Sabater. W tle rzeźby widać słynny most z napisem z nazwą stolicy. Warto dodać, że do tej pory nasz spacer prowadził wzdłuż rzeki Valira. Nie przypominała ona jednak statecznej Wisły, lecz raczej wartki, górski potok.
Czekał nas spacer pod górę. Musiałyśmy zawrócić, by następnie po schodkach udać się w kierunku kapliczki św. Andrzeja. To niewielki budynek, nieco ukryty, jednak warto go zobaczyć, podobnie jak panoramę, która rozpościera się w jego okolicy.
Udałyśmy się do centrum miasteczka. Tam czekały na nas dwa główne zabytki – Kościół św. Szczepana (Sant Esteve) oraz Casa de la Vall. Świątynia znajduje się przy ogromnym placu, z którego również możemy podziwiać górskie szczyty. Właściwie to z każdego miejsca w Andorze możemy to zrobić, ale w niektórych częściach miasta Pireneje widać jak na dłoni i prezentują się one wyjątkowo okazale. Z placu obok świątyni widać też Siedmiu Poetów. Romański Kościół św. Szczepana powstał na przełomie XI i XII wieku. Niestety nie dane nam było zajrzeć do jego wnętrza, gdyż akurat odbywał się tam pogrzeb. Ciekawostką może być fakt, że w całym kraju rocznie umiera ok. 540 osób.
Casa de la Vall to budynek powstały w XVI wieku. Obecnie jest siedzibą rządu i sądownictwa. 
Przyszła pora na ostatni punkt wycieczki. I to nie byle jaki punkt, bo punkt widokowy. Wiedziałyśmy, że czeka nas niezła wspinaczka. Udałyśmy się szlakiem pod górę, trochę dysząc. Ale warto było. Punkt widokowy znajduje się przy szlaku kanałów irygacyjnych. Z centrum to ok. 10-15 minut spaceru pod górę. 
Zostało nam trochę czasu, kupiłyśmy więc kilka pamiątek, jedzonko i udałyśmy się na autobus. Cztery godziny bez problemu wystarczyły, by spokojnym tempem zwiedzić stolicę Andory.

Moja mama powiedziała, że gdyby zabytki, które oglądałyśmy w Andorze, zobaczyła gdzieś indziej np. w Barcelonie, to byłaby zawiedziona. Jednak ze względu na swoje wyjątkowe położenie, obiekty znajdujące się w Andorze, zapadają w pamięć i przykuwają wzrok. 

Jeśli mielibyście więcej czasu lub podróżowali po Andorze samochodem, wówczas warto udać się też do innych miejscowości, by zobaczyć wiekowe świątynie czy inne punkty widokowe. Sporo osób decyduje się również na zakup perfum, papierosów, alkoholu, markowych ubrań czy sprzętu elektronicznego ze względu na niskie ceny w bezcłowych sklepach.

O Andorze wyczytałam wiele ciekawostek, na koniec podzielę się z Wami kilkoma z nich:
- w Andorze nie ma ani lotniska, ani dworca kolejowego
- głową państwa są książęta - współksiążę francuski prezydent Francji Emmanuel Macron oraz współksiążę episkopalny, hiszpański duchowny Joan Enric Vives Sicília
- Andora nie należy do UE, ale walutą jest euro
- to jedyny kraj na świecie, w którym mówi się po katalońsku
- w stolicy państwa znajduje się jedno z największych SPA na świecie
- prawie że nie występuje tam bezrobocie i analfabetyzm

Zaplanowanie wycieczki po Andorze przysporzyło mi trochę trudności, ale ostatecznie na miejscu spędziłyśmy świetny czas i na pewno będziemy miło wspominać tę wyprawę.
Dajcie znać, z czym kojarzy Wam się Andora! I przede wszystkim – jeśli macie jakieś pytania lub potrzebujecie mapek, piszcie śmiało.
Sara

Salon w stylu góralskim


Urządzanie salonu zdecydowanie należy do jednej z najprzyjemniejszych części urządzania całego domu. To właśnie tam można się dać ponieść fantazji i zaszaleć. Można zdecydować się na styl skandynawski, vintage, minimalizm, albo pójść w coś bardziej nietypowego i wybrać styl góralski. Jest to jeden z tych stylów, które wymagają dużej uwagi i skupienia podczas urządzania, jednak dobrze i rozważnie dobrane dodatki mogą zdziałać cuda.

Drewniane meble

Jedną z najbardziej oczywistych rzeczy podczas urządzania salonu w stylu góralskim są drewniane meble. Nie sposób wyobrazić sobie salonu góralskiego bez mebli z drewna i w kolorze drewna. Komody, witryny, kredens, duży stół, stolik kawowy - każda  tych rzeczy może być niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju, a dzięki temu sprawiać, że salon będzie prezentować się wspaniale, okazale i bardzo reprezentacyjnie. Należy także wziąć pod uwagę to, że meble z drewna się nie starzeją, więc nawet jeśli w międzyczasie zmienimy nieznacznie koncepcję, to zawsze nadają się one do aranżacji.

Ponadto meble z drewna są wieczne i klasyczne. Nie tylko oddają doskonale charakter gór, ale także wspaniale łączą się z innymi górskimi dodatkami takimi jak dywany, obrazy, czy rzeźby.

Rzeźby z drewna na zamówienie

Elementem, który jest bardzo odważny, ale i doskonale oddaje charakter górski, jest rękodzieło. Rzeźby z drewna na zamówienie przygotowywane są w różnych rozmiarach i kształtach. Można zamówić zarówno rzeźbę, która przestawiać będzie coś nam bliskiego, bądź zupełnie neutralną. Rzeźby nie są popularnym rozwiązaniem w polskich domach i z reguły pojawiają się dość rzadko, jednak stają się coraz popularniejsze i dzięki temu sztuka wysoka zaczyna gościć w naszych mieszkaniach.

Kiedy umieszczamy we wnętrzu swojego domu rzeźbę, to musimy bardzo uważać, ponieważ jest to element ozdobny, który w łatwy sposób może wprowadzić kicz i przepych. Dlatego ogromnie ważne jest to, aby tak charakterystyczne elementy zestawiać z czymś mniej wystawnym, dzięki czemu zachowamy umiar i równowagę pomiędzy oryginalnymi dodatkami, a czymś bardziej zwyczajnym.

Im mniej, tym lepiej

Tworząc jakikolwiek styl we wnętrzu salonu, należy pamiętać o złotej zasadzie, że im mniej tym lepiej. Im mniej dodatków sugerujących, że mamy do czynienia z konkretnym i charakterystycznym stylem, tym lepiej. Niech będą one subtelne i delikatne, a do tego nienachalne. Niech sugerują, a nie atakują. Tylko w taki sposób można zachować równowagę.

[artykuł sponsorowany]

środa, 18 września 2019

Barcelona i Andora – jak połączyć te dwa miejsca w jedną wycieczkę?


Dość długo myślałyśmy z mamą nad kolejnym kierunkiem podróży. Chciałyśmy połączyć Madryt z Barceloną, ale kalkulacja takiej wycieczki nas przerażała. Rozważałyśmy też Cypr, Sardynię… Chciałyśmy lecieć gdzieś, gdzie będzie wysoka temperatura, ale i jest co zwiedzać. W końcu wymyśliłam, że można by jednocześnie odwiedzić ciepłe miasto pełne zabytków, w dodatku leżące nad morzem – Barcelonę i podczas tej samej wyprawy pojechać do Andory i zaliczyć kolejną stolicę. To brzmiało jak genialny plan. I… taki faktycznie był. Jak i cała wycieczka.

Jak wyglądał nasz plan?

Do Barcelony leciałyśmy w poniedziałek, 2 września, o 11:20 z Modlina. Ważne jest to, że z Polski samoloty docierają aż na trzy barcelońskie lotniska:
– główne El Prat, które jest oddalone o pół godziny drogi od centrum, 
- lotnisko Girona, do którego mamy aż 100 km
- położone w podobnej odległości, tylko w innym kierunku, Reus
Gdy szukałam biletów, wyskakiwały mi tanie oferty do Girony, ale stwierdziłam, że koszt i czas trwania dojazdu do Barcelony nie jest tego wart. Zdecydowałyśmy się więc na lot na El Prat. W poście podsumowującym koszty naszej wycieczki dokładniej opiszę dojazd z tego lotniska do centrum.
Popołudnie poświęciłyśmy na spacer po Wzgórzu Żydowskim.
We wtorek, 3 września, zwiedzałyśmy Barcelonę na piechotę. Tego dnia zobaczyłyśmy najważniejsze obiekty zaprojektowane przez Gaudiego, a także inne najbardziej znane atrakcje miasta. Po południu zostało nam trochę czasu, więc wybrałyśmy się na plażę.
W środę, 4 września, o godz. 8:15 wyruszyłyśmy do Andory. Podróż busem z Barcelony trwa 3 godziny. Od 11 do 15 zwiedzałyśmy stolicę Andory – miasteczko Andorra la Vella. Te kilka godzin w zupełności wystarczyło, by zobaczyć wszystkie ważne i mniej ważne obiekty.
Wieczorem, tego samego dnia, wybrałyśmy się na pokaz magicznych fontann w Barcelonie.
W czwartek, 5 września, od godz. 9 zwiedzałyśmy słynny Park Guell. Spędziłyśmy tam około dwóch godzin. Potem udało nam się jeszcze zobaczyć jeden budynek Gaudiego,  Casa Vicens, położony nieco na uboczu. O 17 miałyśmy samolot powrotny do Polski.
Obawiałam się, że w te kilka dni nie zdążymy zobaczyć wszystkich ważnych zabytków w Barcelonie. Tymczasem nam starczyło czasu jeszcze na pójście na plażę i wyjazd do Andory. Oczywiście, gdybyśmy chciały zwiedzać każdy budynek zaprojektowany przez Gaudiego wewnątrz, wówczas potrzebowałyśmy pewnie z dwóch tygodni i… dwóch walizek pieniędzy. :D

W kolejnych postach opowiem Wam ze szczegółami o tym, jak zwiedzać Barcelonę, na co uważać i jak sprawić, by taka wycieczka nie kosztowała milionów. Opiszę również Andorę, która dla wielu osób pozostaje zagadką. Nie znam nikogo, kto by był w tym kraju, a i na blogach niewiele napisano o Andorze.

I na koniec… czy polecam podróż do Barcelony? Tak! To wyjątkowe miasto, w którym czuć ducha Gaudiego. Zabytki znajdziecie tam na każdym kroku. W dodatku to dobry kierunek dla tych, którzy chcą zarówno odpocząć nad morzem, jak i podziwiać ciekawą architekturę. Na początku września wcale nie było w Barcelonie niesamowitych tłumów, jakimi nas straszono.

A czy polecam wycieczkę do Andory? Zdecydowanie. Ten kraj jest nieco mniejszy od Warszawy, położony w Pirenejach, więc gdzie się nie obrócisz, widzisz szczyty. Dzięki górskim krajobrazom wszystkie zabytki prezentowały się o wiele bardziej malowniczo. Uważam, że być w Barcelonie i nie pojechać do Andory to błąd. Tym bardziej że w tym kraju nie ma ani lotniska, ani stacji kolejowej. Najłatwiej się tam dostać z Barcelony bądź Tuluzy. 

Zapraszam Was na kolejne posty!
Kto z Was był w Barcelonie? A może… komuś marzy się Andora? Dajcie znać!
Sara

poniedziałek, 16 września 2019

22 lata w pigułce


Dzisiaj kończę 22 lata. Z tej okazji postanowiłam przyjrzeć się mojej dotychczasowej egzystencji. Brzmi poważnie, prawda? Ale niektórym wydarzeniom z mojego życia daleko do powagi.

Rok 1997. Rodzę się ja, z czarną, gęstą czupryną (!) i pulasami jak u kota brytyjskiego.
Rok 1998. Chodzę na czworakach do tyłu i jem obierki od ziemniaków.
Rok 1999. Zostaję ikoną stylu i pozuję z piwem.
Rok 2000. Biorę udział w pokazie mody i idę do przedszkola. 
Rok 2001. Wymyślam serek jak na plaży.
Rok 2002. Rodzi się mój młodszy brat, a ja z motylkiem vel wenflonem na ręku ląduję w piaskownicy.
Rok 2003. Zakochuję się w pizzerkach jedzonych na plaży i gram Maryję w przedszkolnych jasełkach.
Rok 2004. W drodze na Morskie Oko obcieram sobie pięty do krwi, idę do szkoły i tym razem w jasełkach gram Diabła.
Rok 2005. Jestem druhną na ślubie i biorę udział w kuligu na granicy polsko-ukraińskiej.
Rok 2006. Robię sobie tatuaż na brzuchu i występuję w teatrze.
Rok 2007. Pierwszy raz wyjeżdżam za granicę.
Rok 2008. Uczestniczę w międzynarodowej olimpiadzie matematycznej (!) i ścinam zapuszczane od dzieciaka długie blond włosy.
Rok 2009. Poznaję twórczość Taylor Swift i wyprowadzam się z Torunia.
Rok 2010. Dostaję się do najlepszego toruńskiego gimnazjum i zakładam Facebooka.
Rok 2011. Zostaję laureatką w konkursie z języka polskiego, co zwalnia mnie z egzaminu, i zakładam konto na portalu postcrossing.com.
Rok 2012. Wygrywam bilet na mecz Hiszpania-Irlandia na EURO 2012.
Rok 2013. Zostaję laureatką z geografii, co zwalnia mnie z kolejnego egzaminu, zakładam bloga, całkowicie zmieniając swoje życie, wyruszam w daleką podróż do Italii i zaczynam liceum.
Rok 2014. Pierwszy raz lecę samolotem, zakładam Instagrama i na chwilę zostaję redaktor naczelną.
Rok 2015. Mieszkam przez dwa tygodnie w Stanach Zjednoczonych i staję się dorosła (ale niekoniecznie dojrzała).
Rok 2016. Zdaję maturę, rozpoczynam studia psychologiczne, co staje się najgorszą decyzją mojego życia, poznaję chłopaka na Tinderze, z którym spędzam kolejne 2 i pół roku i zdaję egzamin na prawko.
Rok 2017. Kupuję własne autko, zostaję dziennikarką na dłużej, rudzielcem na krócej i wygrywam w "Milionerach".
Rok 2018. Idę na pierwszy wielki koncert i zaliczam pierwsze wystąpienia podróżnicze.
Rok 2019. Zmieniam pracę, wycinam tarczycę i kupuję kota. Nadal nie rzucam studiów. Nadal zwiedzam stolice europejskie. Nadal piszę bloga.


Życzcie mi przede wszystkim zdrowia i mniej lęków.
Sara