środa, 28 lipca 2021

Tak wyglądały moje zaręczyny. Lepiej być nie mogło


fot. Agata Karnowska

W jednym miesiącu zostałam magistrą i narzeczoną. Jeszcze tylko awansu w pracy brakuje.

Jak wyobrażałam sobie swoje wymarzone zaręczyny? Łatwiej powiedzieć, jak nie wyobrażałam. Nie chciałam, by odbyły się przy rodzicach ani w centrum miasta, w tłumie ludzi. Nie chciałam zaręczyn w Wenecji ani pod Wieżą Eiffla. To zbyt oklepane, kiczowata, tandetne. Raczej nie uśmiechałyby mi się zaręczyny podczas romantycznej kolacji przy świecach. Co jeśli trochę szpinaku zostałoby mi między zębami, gdybym mówiła "tak"?

Marzyłam o zaręczynach niespodziewanych, a jednocześnie w głębi ducha bardzo chciałam poznać ich datę. Pytałam Marcina, czy przypadkiem nie oświadczy mi się w miesiącu, który ma więcej niż 9 liter (jedyny taki miesiąc to październik). Przyznaję, przeszukiwałam szafki w poszukiwaniu pudełka. Nic nie znalazłam.

Ostatecznie wszystkie te podpuchy i zabiegi były po nic. Zaręczyny były dla mnie niespodzianką, ale bardzo wyczekiwaną. Może gdzieś podświadomie czułam, że to może nastąpić, ale sam moment wybrany przez Marcina był dla mnie zaskoczeniem. Wyczekiwaniem zaskoczeniem.

Mój chłopak oświadczył się po survivalu (tak nazywamy nasze spacery w dzikie miejsca w Toruniu). Najpierw, cali popsikani Offem, poszliśmy na łączkę nieopodal Zamku Dybowskiego w Toruniu. Tam byliśmy na naszej pierwszej randce. Później trafiliśmy na dziką plażę nad Wisłą. Wtedy Marcin wyciągnął własnoręcznie upieczone ciasto czekoladowe. Było pyszne. Zjadłam dwa kawałki. W międzyczasie paplałam – jak to ja – o wszystkim. Gdy zamilkłam, Marcin wykorzystał sytuację.

- Dobra, Sarusia – usłyszałam. W głowie nagle tysiąc myśli. Nigdy tak do mnie nie mówi. Czy to…? Tak! W ciągu sekundy Marcin wyciągnął pierścionek i klęknął na plaży (dodajmy, że było po deszczu, więc piasek zamienił się w błotko). Ja momentalnie rzuciłam mu się w ramiona, przy okazji brudząc dżinsy.

Oczywiście powiedziałam tak. Czyli wreszcie podjęłam jakąś dobrą decyzję w moim życiu. Mam wrażenie, że to były najlepsze zaręczyny, jakie mogłam sobie wymarzyć. Były takie bardzo… nasze. Nad Wisłą, nad którą często bywamy i odkrywamy nowe miejsca. W Toruniu, mieście, które kochamy i w którym chcemy zostać. Z dala od tłumów i ciekawskich spojrzeń. Zamiast kwiatów było ciasto (wiecie, że ja mam osobny żołądek na słodycze?).

Po oświadczynach czułam się podekscytowana. Czułam, że oto wydarzyło się coś ważnego. Że teraz już, powiedzmy, z większą pewnością mogę stwierdzić, że w przyszłości będę żoną tego właśnie faceta.

Wieczorem zasypiałam cała rozemocjonowana. Rano obudziłam się cała w skowronkach.

Pierścionek wybrałam sobie sama, kilka miesięcy temu. Zależało mi bardzo, by był z białego złota, bo żółte kojarzy mi się z łańcuchami raperów i zupełnie nie podoba. Minimalistyczny, delikatny, bez ogromnych kamieni. I przede wszystkim – nie taki, jak wszystkie zaręczynowe. Marcin wziął pod uwagę moje prośby i wybrał najśliczniejszy pierścionek z listy.

Co dalej? W przeciwieństwie do jednej z moich znajomych nie zaczęłam rozglądać się za salą dzień po zaręczynach. Zanim znajdziemy miejsce i orkiestrę, chcemy poszukać… mieszkania. A ślub? Będzie. Pewnie nie za 5 lat, ale za miesiąc też nie. Wiem, że niektórzy uważają, że zaręczyny oznaczają rychły ślub. Inni traktują to po prostu jako kolejny etap i na razie nie myślą o obrączkach. Dla mnie zaręczyny to znak, że ślub nastąpi. Ale kiedy – o tym dopiero zdecydujemy.

Marcin oświadczył mi się po 14 miesiącach od pierwszej randki. Pierwszej randki 2.0, bo znaliśmy się już w gimnazjum i to wtedy po raz pierwszy próbowałam go poderwać – z marnym skutkiem. Teraz jakoś lepiej mi to chyba wyszło, jak sądzicie?

Jedni powiedzą, że taki termin to za szybko. Drudzy, że po co tyle czekaliśmy, skoro już od kilku dobrych miesięcy wiedzieliśmy: tak, to jest to. Innym nie dogodzisz. Ale sobie możesz.

Śmiało stwierdzam, że jestem szczęśliwa. I Wam też życzę, byście budzili się rano z taką myślą.

Sara

sobota, 24 lipca 2021

Gdzie kupuję ubrania?

Ostatnio byliśmy z Marcinem w galerii, co nam się naprawdę rzadko zdarza. Nie lubię chodzić po centrach handlowych, męczy mnie to. Ale nasza wizyta skłoniła mnie do przemyśleń: gdzie kupuję ubrania? Skąd mam ich najwięcej? Oto podsumowanie.

Co do jednego nie mam wątpliwości – najwięcej ubrań mam z lumpeksów. I jestem z nich naprawdę dumna. W sklepach z używaną odzieżą niełatwo jest przebić się przez gąszcz byle jakich szmat z poliestru, stworzonych z myślą o niziutkich Brytyjkach. Będąc w lumpeksie, patrzę na wygląd, ale też na metki. Gdy coś prezentuje się nieźle i ma dobry skład, wkładam do koszyka i zabieram do przymierzalni. Zwykle podczas jednej wizyty przymierzam ok. 20 ubrań, a kupuję dwie rzeczy, jedną, a zdarza się, że nie kupuję nic.

Do mojego ulubionego lumpeksu chodzę zwykle w soboty, gdy towar jest przeceniony o 50 proc., choć gdy szukam czegoś konkretnego np. wełnianego swetra, to zdarza mi się iść do sklepu również w tygodniu.

Nie przyjmuję kompromisów – jeśli coś jest poplamione albo podarte, a kosztuje 5 złotych, nie kupuję.

Z lumpeksów mam zarówno spodnie, jak i koszulki, swetry (te głównie z działu męskiego!) sukienki, spódnice…

Poza tym w mojej szafie znajdziecie trochę ubrań z sieciówek. Trafiam do nich zwykle wtedy, gdy w lumpeksie nie mogę nic znaleźć. Dla przykładu – szukam marynarki. W lumpeksie albo żakietów nie ma zbyt wiele, albo coś mi w nich nie pasuje – w końcu marynarka to element garderoby zdecydowanie bardziej wymagający niż T-shirt. Wtedy idę do sieciówek. Czy mam swoje ulubione? Niekoniecznie, choć zwykle odwiedzam te same: H&M, C&A, Reserved, New Yorker, Sinsay, Cropp, House. Zaglądam też do Mohito, Carry’ego, Stradivariusa, Bershki, ale w tych sklepach rzadko znajduję coś dla siebie. Chociaż w Mohito wypatrzyłam ostatnio piękną spódnicę – wisiała na wieszaku jedna, rozmiar 38. Pasowała idealnie. Teraz co chwilę słyszę, jaką mam fajną spódnicę. Jest dość odważna i nie wszystko do niej pasuje, ale ja lubię łączyć ją np. z różową górą.

W szafie mam też ubrania z Lidla. Jeśli dobrze trafimy (i będziemy patrzeć na metkę!), możemy zaopatrzyć się tam w naprawdę fajnej jakości ubrania. W Lidlu kupiłam moją ukochaną marynarkę w kwiaty, maxi sukienkę, a także dresy – tu już miałam większego pecha, bo te zaczęły się szybko mechacić. Noszę je jednak głównie po domu. Jeśli chodzi o zakupy w Lidlu, to zwykle kupuję kilka rozmiarów danej rzeczy, mierzę w domu, a potem zwracam – nie ma z tym problemu.

Na koniec zostawiłam perełki, czyli moje ubrania znanej polskiej marki Risk Made In Warsaw i Marie Zelie. Z Riska mam dwie sukienki, z Marie – sukienkę oraz spódnicę. Wszystkie te ubrania uwielbiam i, co ważne, czuję się w nich jak milion dolarów. Co prawda w cenie jednej sukienki z Riska mogłabym kupić z 30 koszulek w lumpeksie… Ale nie żałuję. Pozwalam sobie na taki zakup raz na kilka miesięcy. Czy gdybym miała więcej pieniędzy, kupowałabym w tych sklepach częściej? Z jednej strony wydaje mi się, że pewnie tak, z drugiej myślę: po co mi tyle ubrań? Przecież nie o to chodzi, by z naszej szafy się wylewało, a my nadal nie miałybyśmy, co na siebie włożyć, tylko żeby elementy tworzyły spójną całość i jak najwięcej z nich do siebie pasowało.


Oprócz Risk Made In Warsaw i Marie Zélie w ogóle nie kupuję ubrań w Internecie. Niestety, jestem bardzo niewymiarowa. Raz pasuje na mnie XS, raz S, raz M, a raz L. Serio. Moja sukienka z Riska ma na metce rozmiar XS, a ramoneska z Reserved – 40. Co więcej, coś może mi się bardzo podobać na zdjęciu, ale ja będę w tym wyglądać jak klaun albo beza. Poza tym lubię dotknąć dany ciuch, zobaczyć, czy materiał jest śliski, czy się gniecie. Internet wchodzi więc w grę tylko w wybranych przypadkach.

A Wy gdzie znajdujecie swoje ubraniowe perełki?

Sara

PS Ubrania nie zawsze trzeba kupować. Można je także… wynająć! Coraz więcej kobiet robi tak z sukienkami, również ślubnymi. Z kolei firmom zdarza się wynajmować ubrania dla swoich pracowników. Jeśli interesuje Was odzież specjalistyczna, to znajdziecie ją chociażby na stronie Elis. Marka posiada aż 100-letnie doświadczenie w wynajmie i serwisie odzieży roboczej oraz ochronnej, która stanowi jeden z kluczowych czynników w bezpieczeństwie higieny pracy.

sobota, 17 lipca 2021

Jak zostałam magistrem psychologii

Stało się. Po pięciu latach męki zostałam magistrem (lub też jak kto woli – magistrą) psychologii. Trochę nie dowierzam, trochę czuję ulgę, a trochę dziwię się, bo myślałam, że euforia będzie większa. Spróbuję w kilku akapitach podsumować tę wyboistą drogę.

Zaczęło się od wahania. To nie zwiastuje nic dobrego. W liceum wahałam się, w którą stronę iść. Dziennikarstwo? A może coś bardziej społecznego? Byłoby fajnie móc pomagać ludziom. W głowie miałam pedagogikę specjalną, bo psychologii nie było wtedy jeszcze w Toruniu. Aż tu nagle… bach. Kilka miesięcy przed moją maturą ogłaszają nowy kierunek na UMK. Składam papiery na dziennikarstwo i nowo otwartą psychologię. Dostaję się na oba kierunki, ale mogę wybrać tylko jeden. Stawiam na psychologię i szybko zaczynam żałować swojego wyboru.

Już mniej więcej po pół roku przekonuję się, że psychologia nie jest dla mnie. Że jest w niej zbyt dużo biologii i medycyny. Że moja odpowiedź:

- Dlaczego poszłaś na psychologię?

 – Bo chcę pomagać ludziom.

wcale nie jest oryginalna. Tak odpowiada większość. Ale tylko mniejszość się do tego nadaje. Ja zdecydowanie nie, co odkryłam dość szybko. Ledwo radziłam sobie z własnymi problemami, jak więc mogłabym wziąć na barki jeszcze czyjeś?

Dość szybko wpadłam jednak w pułapkę utopionych kosztów i po jednym semestrze już szkoda było mi rzucić te studia. Mówiłam sobie, że skończę je, a poza tym od drugiego/trzeciego/czwartego roku, rozpocznę dziennikarstwo. Oczywiście ostatecznie nic takiego nie nastąpiło, ale dziennikarką i tak zostałam. Psycholożką też, ale tylko na papierze.

Studia niesamowicie mnie uwierały. Irytowało mnie to, że zaczęłam wyszukiwać sobie choroby i zaburzenia. Zmieniłam się. Gdy kwestionariusze psychologiczne pokazały mi, że jestem neurotyczna, ja w to uwierzyłam. I myślałam, że tak już musi być. Dopiero terapia pokazała mi, że zmartwienia nie są częścią mnie.

Im dalej w las, tym było… trudniej. Chociaż stypendium dostawałam co roku. Miałam jedną z najwyższych średnich na kierunku. Co za ironia. 

Na czwartym roku dowaliłam sobie jeszcze pracę w Nowościach, najpierw na pół etatu, na piątym roku – na cały etat. Pandemia w pewien sposób pomogła mi przetrwać, bo dzięki temu, że i studia, i praca były zdalne, mogłam połączyć te dwa elementy życia. Choć i tak bywało trudno. Miałam chwile załamania. Płakałam. Myślałam, że nie dam rady. Gdyby rodzice i Marcin, nie wiem, czy nie rzuciłabym tych studiów 12345 razy. Nie wiedziałam, czy napiszę tę magisterkę. Ale zawzięłam się. Napisałam. I to przed założonym sobie terminem.

Pod koniec musiałam już brać urlopy i zwolnienia, bo było serio ciężko, również psychicznie. Ale podołałam. Najpierw napisałam, a potem obroniłam pracę magisterską na 5.

Gdy wyobrażałam sobie obronę jakieś dwa, trzy miesiące temu, widziałam, jak płaczę. Jak schodzi ze mnie ciężar tych pięciu lat. Może ta wizja pomogła mi przetrwać. Tyle że w rzeczywistości płaczu nie było. Pojawiła się dziwna obojętność. To już koniec. Przetrwałam. Jestem magistrem.

Pójście na te studia postrzegam jako jedną z najgorszych decyzji w moim życiu. Psychologia nie jest dla każdego, a na pewno nie jest dla mnie. Nie oznacza to, że czasami nie zalatuję psycholożką i nie wydobywa się z moich ust psychologiczny bełkot. Te studia zmieniają człowieka i jego sposób patrzenia na świat.

Czasami myślę sobie, co by było, gdybym poszła na dziennikarstwo. Przecież pisanie to coś, co kocham. Czy wiodłabym teraz takie samo życie? W końcu i tak pracuję jako dziennikarka...

Teraz już nie mam jednak, czego żałować. Przetrwałam. Czegoś się nauczyłam. I tyle.

Czas rozpocząć nowy etap.

W kolejnym poście opowiem Wam o mojej pracy magisterskiej, bo dotyczyła ona psychologii tylko częściowo. Jej głównym bohaterem jest… Toruń. Moje miasto.

Trzymajcie kciuki, bym może teraz podejmowała lepsze decyzje, co?

Sara

środa, 7 lipca 2021

Arboretum w Rogowie, czyli jak zrelaksować się w bajkowym ogrodzie


Powoli zbliżam się do obrony pracy magisterskiej i nowego etapu w życiu… W tym nowym etapie zamierzam oczywiście częściej pisać na blogu. Czy tak często jak kiedyś – tego nie wiem. W końcu jedyne, czego możemy być pewni w życiu, to zmiany. ;) Myślę, że będę stopniowo opisywać moje małe podróże, które odbyłam w ostatnich miesiącach. Nie były to co prawda wyprawy zagraniczne, ale dzięki nim lepiej poznałam zarówno bliższe, jak i dalsze okolice.

O Arboretum w Rogowie dowiedziałam się prawdopodobnie z… pocztówki. Zacznijmy może jednak od wyjaśnienia, czym jest arboretum, inaczej nazywane ogrodem dendrologicznym albo dendrarium (kolejne trudne słowa!). To miejsce, w którym znajdziecie wiele gatunków drzew i krzewów. Zwykle w arboretach prowadzi się badania nad roślinami. W Polsce takich ogrodów mamy blisko 30. My postanowiliśmy odwiedzić Arboretum w Rogowie, w województwie łódzkim.

Ktoś mógłby pomyśleć – oglądanie roślin i to jeszcze za kasę? Nudy! Tymczasem arboretum to miejsce, które odwiedzają nie tylko emeryci. Podczas naszej wycieczki spotkaliśmy i rodziny z dziećmi, i zakochane pary, i seniorów. Niektórzy zatrzymywali się przy poszczególnych okazach tylko po to, by zrobić sobie efektowne zdjęcia, inni dyskutowali o pielęgnacji roślin.

Nas zaskoczyła przede wszystkim wielkość arboretum. Można tam spędzić właściwie cały dzień, gubiąc się wśród drzew i krzewów. Chociaż podczas naszej wizyty (był to piątek po Bożym Ciele) do arboretum przyjechało całkiem sporo gości – wnioskujemy po przepełnionym parkingu – to niektóre z alejek było puste. Można więc było spokojnie spacerować, bez tłumów.

My wybraliśmy się do arboretum w momencie kwitnienia azalii i różaneczników. W arboretum na początku czerwca można było podziwiać te krzewy w dziesiątkach odcieni – różowe, czerwone, fioletowe, żółte, pomarańczowe… Wyglądały przepięknie. A jak pachniały! Momentami mogło zakręcić się w nosie… i w głowie. Niestety, spóźniliśmy się nieco na kwitnienie magnolii. Mam wrażenie, że w tym roku wypuściły one pączki dość niepostrzeżenie, bo w Toruniu również przegapiłam ten moment.

Ciekawym punktem arboretum jest alpinarium, czyli ogród ze skałkami, oczkami wodnymi, idealny, by na chwilę przycupnąć i odpocząć.

Co ważne, w arboretum nie wolno wyprowadzać psów, palić papierosów ani używać dronów.

Można za to zorganizować sesje ślubną, jest to jednak dodatkowy koszt. Na co dzień za bilety zapłacicie:

Bilety indywidualne:

bilet normalny - 14 zł

bilet ulgowy - 8 zł

Bilet rodzinny:

bilet rodzinny (dwa bilety normalne i dwa ulgowe plus dzieci do 6 lat) - 40 zł

Bilety łączone do Arboretum oraz Muzeum Lasu i Drewna:

bilet normalny - 22 zł

bilet ulgowy - 12 zł

Dodam jeszcze, że w niektórych "zakamarkach" ogrodu znajdziecie huśtawki. Można na nich zrobić bajkowe zdjęcia.

W dniu, w którym my odwiedziliśmy Rogowo, przed wejściem do arboretum działał outlet roślin. Można było kupić zielone cuda, by zasadzić je w swoim ogródku.

Bardzo polecam Wam wizytę w arboretum w Rogowie. Nie ukrywam, że ja sama chętnie zajrzałabym tam ponownie jesienią.

Sara