piątek, 17 stycznia 2020

Oto osoby, z którymi przeprowadziłam wywiady. Trochę sław się uzbierało


Sześć lat blogowania i trzy lata pracy dziennikarskiej pozwoliły mi na przeprowadzenie wywiadów z naprawdę ciekawymi osobistościami. Zaczęłam się ostatnio zastanawiać, którego z moich rozmówców można by nazwać największą gwiazdą… Postanowiłam przygotować małe podsumowanie. Mam jednak nadzieję, że to jeszcze nie koniec mojej redaktorskiej kariery i w życiu czekają mnie kolejne interesujące rozmowy.

Lubię przeprowadzać wywiady, choć nie jest to łatwa forma. Do rozmowy trzeba się przygotować, trzeba się na nią umówić, co często stanowi problem. Wywiad należy nagrać, a potem spisać. I powiem Wam, że dwudziestominutowej rozmowy wcale nie przepisuję przez dwadzieścia minut, ale dwa razy dłużej. Później najczęściej muszę poczekać, aż osoba wywiad zatwierdzi. Mnie zdarzało się czekać na akceptację tekstu przez kilka tygodni, choć według prawa po 24 godzinach mogę opublikować artykuł na portalu.

Jak zaczęła się moja przygoda z wywiadami? Od… bloga! Niestety, wywiady, które publikowałam w pierwszych latach istnienia strony, były przeprowadzane zazwyczaj mailowo. Wybierałam inspirujące, niekoniecznie sławne osoby. Wychodzę z założenia, że większość inteligentnych ludzi ma coś ciekawego do opowiedzenia. Wypytałam więc poznaną przez Internet blogerkę o jej pocztówkową pasję, porozmawiałam z moim przyjacielem o jego wyjeździe do liceum w Wielkiej Brytanii, z kolei z inną znajomą pogadałam o Erasmusie w Czechach. Kilka lat temu na bohaterów moich tekstów wybierałam często osoby poznane przez Internet. Tak było chociażby z Polką, która mieszka w Wiedniu, Edytą, której marzeniem było zebranie pocztówek ze wszystkich powiatów w Polsce czy Michaelem ze Starring You. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że to był jeden z moich pierwszych wywiadów z kimś, kto faktycznie jest znany – może nie pokazują go na co dzień w telewizji, ale w społeczności postcrossingowej czy podróżniczej Michael jest postacią nieobcą. Zasłynął z wysyłania widokówek ze swoich wypraw do obcych ludzi.


Z czasem zaczęłam przeprowadzać wywiady z zupełnie obcymi osobami. Na blogu mogliście przeczytać rozmowę z toruńskimi stolarkami, Łotyszką studiującą w Toruniu czy pracowniczką jednego z escape roomów.

Na początku 2017 roku dołączyłam do redakcji Spod Kopca. Część z przeprowadzonych przeze mnie wywiadów ukazywała się na łamach portalu, niektóre natomiast również na blogu. Jednym z nich była rozmowa z Natalią, Peruwianką, która postanowiła studiować w Toruniu.

Z czasem zaczęłam przeprowadzać wywiady z gwiazdami, z osobami, o których piszą gazety, mówią media. W 2017 rozmawiałam z Olą i Karolem z Busem Przez Świat. Obecnie para ma na swoim koncie setki tysięcy (a może już miliony?) przejechanych kilometrów, mnóstwo wystąpień, kursów oraz 5 książek.
Rok później z kolei zadałam kilka pytań Karolinie Styczyńskiej. Być może na pierwszy rzut ucha to nazwisko Wam nic nie mówi. Karolina zawodowo gra w shogi, ale to nie wszystko. Została także bohaterką anime!
Bardzo się cieszę, że miałam okazję przeprowadzać wywiady z muzykami. Moimi rozmówcami byli m.in. Janek Traczyk, Wojtek Kiełbasa czy Piotr Sołoducha z zespołu Enej.
Nieobce są mi również tematy literackie. ;) Na blogu mogliście przeczytać wywiad z autorem pierwszej polskiej biografii The Smiths Maćkiem Koprowiczem (myślę, że gdy w końcu ukaże się druga książka Maćka, to możecie liczyć na kolejną rozmowę), a także z właścicielką jedynego toruńskiego antykwariatu Aldoną Mackiewicz.
Ostatnim wywiadem, który ukazał się na blogu, była rozmowa z Agatą i Wojtkiem, parą, która odwiedziła najwięcej escape roomów w Polsce – ponad 400!

To jednak nie wszystkie wywiady, jakie przeprowadziłam w swoim życiu. Przez ostatni rok współpracowałam z portalem Oto Toruń. W tym czasie rozmawiałam z takimi znanymi osobami jak Wojciech Waglewski, Joanna Scheuring-Wielgus, Wojtek Mazolewski, Monika Gotlibowska, Nicola Palladini czy Klaudia Halejcio. Nie brakowało też wywiadów sponsorowanych – nagle stałam się ekspertką od garniturów, koszul, wspinaczki i kredytów. Rozmawiałam również z Miss Kujawsko-Pomorskiego, blogerką Kasią Ogórek, a także z wieloma torunianami, którzy nie są znani w całym kraju, jednak w naszym mieście odgrywają istotną rolę.

Są takie wywiady, które wspominam z uśmiechem na ustach. Niektóre spotkania przebiegały w przemiłej atmosferze i wyglądały tak, jakbyśmy z rozmówcą znali się od lat. Ale pamiętam też takie przypadki, gdy mój bohater zupełnie nie potrafił się wysłowić i pokazywał siebie w negatywnym świetle. Wtedy moją rolą było takie zredagowanie wywiadu, by wyglądało, że dana osoba jest… mądrzejsza i ciekawsza niż się wydaje. :D

W sumie przeprowadziłam w życiu kilkadziesiąt wywiadów. Mam nadzieję, że to nie koniec.
Sara

poniedziałek, 13 stycznia 2020

Mój wymarzony… ślub



Moje ostatnie doświadczenia ze Spotted: Toruń zainspirowały mnie do oddania się marzeniom. O wymarzonym facecie i wymarzonym ślubie.

Tak jakoś wyszło, że dzięki poznanym osobnikom płci męskiej zrozumiałam, kogo dokładnie szukam. Jak śpiewały dziewczyny z Mikromusic "nie wariata, nie palacza, nie biedaka, nie pijaka, nie brzydala…". Ja bym mogła jeszcze dodać nie rolnika i nie faceta, który potrzebuje terapii. I na pewno nie takiego, który stosuje szantaż emocjonalny.

No właśnie, więc kogo szukam? No cóż, nie wiem, czy stworzono już takiego mężczyznę. Ale zawsze można pomarzyć! Przede wszystkim powinien podzielać moje zainteresowania. Nie wszystkie oczywiście, nie musi przecież kolekcjonować pocztówek czy słuchać Taylor Swift, aby być fajnym facetem. Ale nie wyobrażam sobie być z kimś, kto nie lubi podróży albo nie czyta książek. Po prostu. Ważne, byśmy mieli, o czym rozmawiać. I żebyśmy podzielali te same poglądy. Choć nie wiadomo, jak cudownie przystojny i inteligentny byłby jakiś mężczyzna, gdyby skręcał bardziej w prawo niż w lewo, to cóż, raczej byśmy się nie dogadali. No właśnie – inteligencja. To jest dla mnie najważniejsza cecha u drugiej osoby. I liczą się dla mnie takie drobiazgi jak to, czy ktoś pisze najważniejsze przez ż czy rz.

Jeśli chodzi o wygląd, to trudno mi opisać wymarzonego faceta. Bo podobają mi się różni. Byłoby miło, gdyby był wyższy ode mnie, a ja do karzełków nie należę. I raczej wolałabym, aby nie był łysy i nie miał wąsów. Ot, takie drobne wymagania. :D

Gdybym już znalazła tego inteligentnego faceta, który nie pali, nie pije (takich już nie produkują, prawda?), jest odważny, pewny siebie i nie przeszkadzałaby mu moja wielka potrzeba niezależności i nieśmieszne żarty, to wtedy może kiedyś tam wzięlibyśmy ślub.

Powiem Wam, że moje przekonania na temat ślubu i wesela są ukształtowane od dawna. Przede wszystkim – nie chcę wesela. Nie uśmiecha mi się zapraszanie jakichś niewidzianych od lat wujków, a później obserwowanie, jak uchlewają się za moje pieniądze. O nie. Wesele to strata kasy według mnie. Zresztą to rezerwowanie sali na dwa lata przed, decydowanie – orkiestra, DJ czy Zenek Martyniuk – to chyba nie na moje nerwy. Nie wspominając o żałosnych, weselnych "zabawach", które bawią tylko tych niemuszących brać w nich udziału. 

Chciałabym wziąć cichy ślub w urzędzie stanu cywilnego. Tam nałożylibyśmy sobie obrączki ślubne klasyczne, bez zbędnych udziwnień. Takie, które byłyby ponadczasowe i przetrwałyby do końca naszej wspólnej przygody. Najlepiej z białego złota.

Na pewno poszłabym do ślubu w płaskich butach. Skoro nigdy nie chodzę na obcasach, to wybaczcie, ale w tym wyjątkowym dniu nie chciałabym się męczyć i skręcić kostki. A co z sukienką? Nie planuję ślubu kościelnego, skoro w kościele mnie raczej nie widują, a więc długiej kreacji do ziemi zapewne też bym nie włożyła. Nie chciałabym też wychodzić za mąż gdzieś daleko od domu, np. na Majorce albo w Las Vegas.

Skoro nie chcę wesela, to co w zamian? Myślę, że skromne spotkanie z najbliższą rodziną byłoby o wiele lepszym rozwiązaniem. Przynajmniej nie musiałabym sobie przypominać, z kim właśnie rozmawiam i czyim bratem jest ten nieznany pan. Poza tym taka uroczystość byłaby tańsza, a ja, nie ma co ukrywać, wolałabym wydać pieniądze na… podróż poślubną!
Sara

sobota, 11 stycznia 2020

Problemy z tanimi liniami, czyli dlaczego od dawna nie kupiłam żadnych biletów



Przez kilka miesięcy nie kupiłam żadnych biletów lotniczych. Dramat, co nie? Dzisiaj czas na historię "od miłości do nienawiści", czyli moje perypetie z tanimi liniami.

Bardzo chciałam gdzieś lecieć w lutym. Pojawiły się jednak pewne problemy…
Zacznijmy od tego, że niestety wybór miast, do których można dolecieć z Polski, się kurczy. Niby tanie linie otwierają co rusz nowe kierunki, ale... zamykają inne. A jak już uruchamiają nowe destynacje to albo są to miejsca, w których już byłam, albo takie, które niezbyt mnie interesują. 24 stolice europejskie za mną i naprawdę trudno jest znaleźć bezpośredni lot Ryanairem i Wizz Airem z Polski do miejsca, w którym nie byłam, w którym w lutym jest powyżej 10 stopni i do którego chciałabym polecieć. Co więcej, wiele tras jest nieczynnych zimą – w szczególności te, które akurat mogłyby mnie zaciekawić...

Kolejny problem to godziny lotów. Mieszkam pod Toruniem, do najbliższego lotniska mam więc minimum 2-3 godziny drogi. Na lotnisku wypada być choć godzinę wcześniej. Niestety, jestem cieniasem i nie jeżdżę samochodem na tak dalekie dystanse. Pozostaje więc jedynie autobus i pociąg. Rozkłady nie są zbyt przyjazne. Dla przykładu – jeśli lot z Modlina jest o 12, muszę wyjechać o 2 z Torunia, by zdążyć. Zabawne, prawda? Tylko jakoś nie chce mi się śmiać. A tym bardziej zarywać nocki. Godziny lotów potrafią być sporym utrudnieniem. Np. do Kopenhagi z Gdańska można dolecieć za 19 zł. Samolot startuje jednak o 6:50… Nawet gdybym wynajęła nocleg niedaleko lotniska, co wcale nie jest takie łatwe, musiałabym wstać pewnie po 4.

Podobnie godziny lądowań -  zarówno te za granicą, jak i w Polsce, potrafią nieźle dać w kość i zniechęcić do zakupu biletów. Kiedy widzę, że samolot dociera do innego kraju w środku nocy, od razu zadaję sobie pytanie, czy będzie możliwość dojechania do hotelu czy apartamentu – najczęściej jedyną (i drogą) opcją pozostaje taksówka. Niektórzy wynajmujący żądają dodatkowej opłaty za późne zameldowanie.

Z przylotem do Polski w nocy również są problemy, bo zwykle nie ma już jak wrócić do Torunia. Musiałybyśmy więc zapłacić za nocleg w innym mieście.

Kolejnym kłopotem, który pojawił się, gdy już-już wydawało mi się, że oto znalazłam bilety w dobrej cenie, był wzrost ceny za bagaż podręczny. Pamiętam, gdy za walizeczkę nie płaciło się nic (to były czasy!), później opłata w Ryanairze i Wizz Airze wynosiła symboliczne kilkanaście złotych. Teraz trzeba zapłacić nawet 100 zł! Często więc cena jest wyższa niż… koszt samego bilet. A powiem Wam, że nie wyobrażam sobie podróży wyłącznie z małym plecakiem (który można zabrać za darmo). Zwykle staram się ograniczyć rzeczy, które biorę ze sobą na wycieczkę, ale są takie, których po prostu nie mogę nie wziąć jak klapki pod prysznic czy aparat. Poza tym z mamą zwykle pakujemy jedzenie, lekarstwa, jakieś kosmetyki, ubrania na zmianę. Zmieszczenie się w mały plecak nie wchodzi w grę. Podziwiam osoby, którym się to udaje, coś mi się zdaje, że mają one nieco inne osobowości. ;)

Po tym wszystkim stwierdziłam, że obrażam się na tanie linie i biletów nie kupiłam. Jednak nie mogłam gniewać się zbyt długo, bo tanie linie – nawet z okropnie drogimi walizkami – nadal pozostają tańsze od tych tradycyjnych. Uznałam, że kupię te bilety.

I wtedy ogłoszono wojnę. No, prawie. Upatrzyłam sobie bowiem bilety do Izraela. Znalazła je moja dzielna mama, która nie denerwuje się na tanie linie tak jak ja. Cena bardzo spoko, godziny lotów – również. Wszystko grało, tylko że nagle zabito Sulejmaniego i zaczęto grozić Izraelowi. I my wtedy trochę zwątpiłyśmy. Najpierw tłumaczyłyśmy sobie, że to pewnie tylko takie słowa rzucane na wiatr, że w Izraelu jest bezpiecznie. Ale gdy "przez przypadek" zestrzelono samolot, a ja w Internecie natykałam się na nagłówki ze słowami "zbombardujemy Hajfę", odpuściłyśmy podróż do Izraela.

Wróciłam więc do mojego pomysłu sprzed kilku miesięcy. Pomysłu, który nie chciał dać mi spokoju. Tak bardzo pragnę ciepła i słonka w lutym i tak bardzo nie mogę usiedzieć w jednym miejscu, że przełknęłam lot o 6 rano, przełknęłam także powrót do Krakowa – będziemy przebijać się przez całą Polską. Bilety kupiłam. Jak myślicie – dokąd?
Koniec tego narzekania. 
Sara

wtorek, 7 stycznia 2020

Oto filmy, które obejrzałam w 2019 roku. Których zdecydowanie nie polecam?



Podsumowanie książkowe poszło mi całkiem nieźle, a wszystko dlatego, że każdą z przeczytanych pozycji - od razu po ukończeniu - oceniałam na lubimyczytac. Niestety, nie robiłam niczego podobnego z filmami. Po prostu zapisywałam je w swoim notesie, bez żadnych uwag czy gwiazdek. I to był błąd. Gdy widzę listę obejrzanych w 2019 roku filmów, mam wrażenie, że podobały mi się… wszystkie. No, prawie.

Czytam więcej książek niż oglądam filmów – i to o 100% więcej. W zeszłym roku postanowiłam, że obejrzę 30 filmów, których nie widziałam nigdy wcześniej. A to wszystko bez Netflixa. :D Udało mi się ten cel zrealizować.

Część produkcji obejrzałam w kinie, niektóre na Vod bądź cda, kilka – w telewizji. Dwa filmy poznane w 2019 roku oglądałam na zajęciach z feminizmu (!). Swoją drogą to nie jedyne powiązanie kinematografii z moimi studiami – na początku zeszłego roku obejrzałam pięć filmów, które łączy temat eutanazji. Wszystko po to, by napisać rzetelny i ciekawy esej zaliczeniowy z bioetyki.

Z filmami jest trochę inaczej niż z książkami. Mam wrażenie, że staranniej je dobieram. Książki czasami wpadają mi w ręce dziwnym trafem - zaciekawi mnie okładka (wiem, wiem, to zdradliwe), zainteresuje opis albo zaintryguje przyznana książce nagroda. Czasami spodziewam się po danej pozycji dużo więcej niż otrzymuję. Tymczasem większość filmów oglądam dopiero wtedy, gdy naprawdę jestem ich bardzo ciekawa i wiem, że prawdopodobnie przypadną mi do gustu. Dlatego też trudno było mi wskazać te najlepsze i najgorsze obejrzane w 2019 roku. Większość filmów, które zobaczyłam, wspominam dobrze. Spośród trzydziestu wybrałam zaledwie trzy, które wzbudziły we mnie dyskomfort i przywołały skwaszoną minę na mojej twarzy.

Pierwszy z nich obejrzałam na początku zeszłego roku. Miał mnóstwo nominacji do Oscara (aż 10!) i… zdobył zaledwie jedną statuetkę. "Faworyta", bo o niej mowa, to film dziwny, z bardzo specyficznymi zdjęciami. Właściwie nie do końca wiadomo, o czym jest ta historia - a to chyba najgorsze, co może być w kinie. Ja wyszłam z seansu zdecydowanie zawiedziona, bo po tak dużej liczbie nominacji spodziewałam się większego wow.

Drugim filmem, którego raczej nie będę dobrze wspominać, są "Siłaczki". To bardzo niskobudżetowa produkcja, opowiadająca o polskich sufrażystkach. Niestety, film wydaje się sztuczny, w szczególności sceny rozmów, które rzekomo miały wyglądać identycznie jak prowadzone przed laty dyskusje kobiet walczących o swoje prawa. Są one po prostu… nieprzekonujące. Film ten oglądałam na zajęciach z feminizmu. Sam wykład jest bardzo ciekawy i otwierający oczu, jednak akurat "Siłaczki", mimo walorów edukacyjnych, raczej nie skradły mojego serca.

A na koniec zostawiłam bombę. W gronie filmów, które obejrzałam w 2019 roku, a których raczej nie będę wspominać z uśmiechem na ustach, znalazł się… "Król lew". Po co, ja się pytam – po co zrobiono ten film? Przecież mamy cudowną, animowaną wersję, którą chce się oglądać, nawet nie będąc już dzieckiem. Świetne piosenki, urocze dubbingi… Po co robić coś nowego? Dla mnie wersja "Króla lwa" z 2019 roku jest filmem przyrodniczym. Brakowało tylko Krysi Czubówny, serio. Zmieniono część cytatów, jakieś ceny wycięto, jakieś dodano. Zupełnie nie rozumiem celu tych zabiegów. Gdy kilka dni po obejrzeniu nowego "Króla lwa", wróciłam do starej wersji, co rusz tylko krzyczałam "I to zmienili!", "I to!", "O rany, tego nie było, dlaczego to usunęli?". No właśnie – po co ruszać coś, co było genialne?

Najlepszych filmów wybrać nie potrafię. Zachwyciło mnie "Yesterday", podobała mi się "Czarownica 2". Również tegoroczne polskie filmy były niczego sobie – polecam Wam w szczególności "(Nie)znajomych". A "Bożego Ciała" to już chyba nawet rekomendować nie muszę?

Za to na sam koniec wspomnę o tytule, który oglądałam od lat… w kawałkach. W telewizji dość często puszczają "Księcia w Nowym Jorku". Moi rodzice mają ten film także nagrany, więc gdy nic nie ciekawego nie leci, włączają właśnie tę komedię. Miałam wrażenie, że nieustannie, gdy wchodzę do pokoju, trafiam na te same fragmenty. W końcu, w czasie przerwy świątecznej, usiadłam przed telewizorem i obejrzałam film z Eddiem Murphym od początku do końca. Okazało się, że znałam go prawie w całości. ;)

Dajcie znać, jakie są najlepsze (i najgorsze!) filmy, jakie widzieliście w 2019 roku. Polećcie mi coś! Lubię dramaty, musicale, komedie romantyczne, biografie i… filmy katastroficzne.
Sara