niedziela, 28 października 2018

Co zabrać ze sobą w podróż? - lista rzeczy do spakowania


Podczas spotkania w Od Nowie jedna z osób zapytała mnie, czy można na moim blogu znaleźć listę rzeczy do spakowania, którą pokazałam na slajdzie. Uświadomiłam sobie, że… nie! Czas to nadrobić.

Nie wyobrażam sobie pakowania się bez listy. Ktoś mógłby pomyśleć, że po tylu wyjazdach znam ją na pamięć, ale prawda jest taka, że umysł ludzki lubi płatać figle. Jeszcze kilka lat temu przed każdą podróżą ręcznie wypisałam rzeczy, które muszę ze sobą zabrać. W końcu zmądrzałam i przepisałam tę listę w Wordzie. Oczywiście lekko ją modyfikuję w zależności od tego, dokąd wyjeżdżam, na jak długo, z kim jadę, biorę też pod uwagę prognozę pogody. Zdarza się, że nie zabieram parasola albo płytek na komary. Nie pakuję przejściówki, gdy nie jest w danym kraju potrzebna. Gdy mam zapewniony ręcznik, nie zabieram go z domu (tym bardziej że zajmuje całkiem sporo miejsca!).

Lista rzeczy do spakowania
1. Przejściówka
2. Ładowarka do telefonu
3. Ładowarka do aparatu
4. Zapasowe baterie do aparatu
5. Aparat
6. Kijek do selfie
7. Mp4
8. Słuchawki
9. Ładowarka do mp4
10. Nowa soczewka (gdyby coś się stało ze starą)
11. Okulary
12. Płyn do soczewek
13. Pudełko do soczewek
14. Pomadka
15. Antyperspirant
16. Perfumy
17. Żel pod prysznic
18. Szampon
19. Gąbka (nie lubię się myć bez gąbki!)
20. Podkład
21. Puder
22. Tusz do rzęs
23. Pędzel
24. Chusteczki do demakijażu (nie trzeba brać płynu do demakijażu)
25. Chusteczki
26. Plastry
27. Podpaski
28. Poduszka
29. Folia aluminiowa (do zawijania kanapek)
30. Ibuprom
31. Stoperan
32. Witaminy
33. Coś na przeziębienie
34. Tabletki na gardło
35. Leki, które muszę stale przyjmować
36. Pasta do zębów
37. Szczoteczka do zębów
38. Szczotka do włosów
39. Gumki do włosów
40. Wsuwki do włosów
41. Ręcznik
42. Klapki
43. Ubrania
44. Buty na zmianę (nie zawsze je biorę)
45. Parasol
46. Paszport
47. Ekuz – Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego
48. Wydrukowane bilety, wskazówki itp.
49. Czyste kartki (mogą się przydać, wkładam je zwykle do książki)
50. Długopisy
51. Książka
52. Reklamówka foliowa (np. na brudną bieliznę)
53. Opaska na oczy
54. Pieniądze
55. Patyczki do uszu
56. Płytki na komary
57. Jedzenie

Niektóre osoby mogą być zdziwione tym, że zawsze biorę ze sobą lekarstwa. Obowiązkowo coś przeciwbólowego, ale zwykle pakuję też kilka pastylek na gardło czy jakieś witaminy, gdybym poczuła się gorzej. Po co mam wydawać na to pieniądze za granicą? A jednak prawda jest taka, że przeziębiam się dość często, a przezorny zawsze ubezpieczony.
Bez problemu pakuję te wszystkie rzeczy do walizki o wymiarach bagażu podręcznego. Do tego biorę jeszcze plecak. Nigdy nie podróżuję z bagażem rejestrowanym (wyjątek stanowiła wymiana do Stanów Zjednoczonych).
Korzystajcie z tej listy śmiało!
Sara

czwartek, 25 października 2018

Mój Wieczór Podróżnika w klubie Od Nowa



Po pięciu latach blogowania wyszłam do ludzi. I opowiedziałam im o mojej pasji.

Wystąpienie w toruńskim klubie studenckim Od Nowa było dla mnie ogromnym przeżyciem. Nie dość, że musiałam mówić do wielu osób, to jeszcze wypadało gadać z sensem. Na początku stres trochę mnie zjadł, ale później chyba dotarło do mnie, że przecież opowiadam o tym, co kocham, i napięcie opadło.
Denerwowałam się trochę tym, jak ci wszyscy ludzie pomieszczą się w Barze w Od Nowie. Na Facebooku blisko 250 osób (!) zadeklarowało, że weźmie udział w wydarzeniu, a ponad 2000 (!!!) wyraziło zainteresowanie.
Ostatecznie w Od Nowie faktycznie zjawiło się bardzo dużo gości, niektórzy musieli stać przez całe wystąpienie – tym bardziej dziękuję Wam, że wytrzymaliście! Bałam się, że będę mówić za krótko, a w rzeczywistości okazało się, że nieźle się rozgadałam…
Jeśli ktoś nie dał rady pojawić się na Wieczorze Podróżnika, przybliżę nieco szczegóły mojego wystąpienia.
Opowiadałam o tym, dlaczego nie warto korzystać z usług biur podróży i jak zorganizować wyprawę samemu. Smutno mi, że nadal jest wiele takich osób, które bardzo chciałyby gdzieś pojechać, ale nie wiedzą, jak się za to zabrać. Starałam się więc doradzić, w jaki sposób szukać tanich lotów, na jakich stronach rezerwować noclegi, podzieliłam się też garścią – mam nadzieję - przydatnych rad dotyczących samego planowania. Mówiłam również o tym, w jaki sposób można zaoszczędzić pieniądze podczas wycieczki, a także o czym nie można zapomnieć jeszcze przed wylotem. Aby nie być gołosłowna, pokazałam także podsumowania finansowe moich wypraw (po każdej podróży publikuję takie kosztorysy na blogu). Ale to oczywiście nie wszystko. Pokazałam również mnóstwo zdjęć z moich podróży i screenów ze stron internetowych, z których warto korzystać, planując wyjazd. Mam nadzieję, że zainspirowałam kogoś do udania się w nieznane, prezentując informacje o tym, dokąd można dolecieć z Polski tanimi liniami i co zrobić, gdy ani Ryanair, ani WizzAir nie latają z naszego kraju do danego miejsca (przede wszystkim nie można wtedy odpuszczać i się poddawać!). Na koniec opowiedziałam o alternatywnym sposobie podróżowania, jakim jest kolekcjonowanie pocztówek.
Już po powrocie do domu zorientowałam się, że nie powiedziałam Wam paru rzeczy o mojej pasji pocztówkowej, które chciałam, aby wybrzmiały. Bo oczywiście oprócz portalu postcrossing.com zdobywam widokówki również na inne sposoby – kupuję je podczas swoich podróży, proszę znajome dobre duszyczki, by  przywoziły mi kartki z wakacji, a także wymieniam się z ludźmi poznanymi na grupach facebookowych dotyczących Postcrossingu.
Jeśli ktoś z Was nie mógł zjawić się z Od Nowie, nic straconego! Będzie mnie można posłuchać raz jeszcze podczas Festiwalu podróżników Piąty Ocean! Przeprowadzę tam miniwarsztaty z organizacji tanich wycieczek. Po spotkaniu w Od Nowie wiem już, co mogę ulepszyć w moim wystąpieniu i o czym jeszcze warto wspomnieć.
Dziękuję wszystkim, którzy zjawili się w Od Nowie! Mam nadzieję, że wskazówki okazały się dla Was przydatne i że dowiedzieliście się czegoś nowego.
Dodam jeszcze, że na blogu w zakładce "przydatne posty" znajdziecie podsumowania finansowe wycieczek, natomiast w zakładce "Pocztówki" w bocznym pasku bloga możecie wybrać kraj i obejrzeć moje pocztówkowe zdobycze. Z kolei w zakładce "Podróże" znajdziecie relacje z wycieczek.
Dziękuję i do zobaczenia!
Sara

niedziela, 21 października 2018

Greckie wyspy - tylko dla plażowiczów?



Mam pewien problem. Problem z greckimi wyspami. I tak się zastanawiam – może Wy pomożecie mi go rozwiązać?

Nie lubię leżeć na plaży ani nad basenem. Nudzi mnie to. Mogę spędzić na piasku godzinę, chwilę się popluskać w morzu, chwilę poleżeć na kocyku, poobserwować ludzi, popatrzeć na morze i… tyle. Starczy mi. Ale właściwie nawet to nie jest mi potrzebne do szczęścia.
I tak sobie myślę: czy warto odwiedzić którąś z greckich wysp, gdy nie lubi się plażować? Gdy priorytetem jest dla mnie zwiedzanie, oglądanie zabytków?
Zawsze mi się wydawało, że na greckie wyspy lata się po to, by poleżeć na plaży. By później wrócić opalonym do pracy i opowiadać,  że spędziło się wakacje na Krecie/Rodos/Kos/Korfu/Zakynthos/Kefalonia.
Ostatnio Maciek znalazł bilety na Kretę za 17 (!) zł. Gdy moja mama to usłyszała, skomentowała: "Ale po co lecieć na Kretę w październiku? Przecież jest za zimno na leżenie na plaży".
Nurtuje mnie fakt, czy żyję w jakimś błędnym przekonaniu dotyczącym greckich wysp, czy może właśnie mam o nich dobre wyobrażenie? Jak to jest?
Kiedy ostatnio oglądałam zdjęcia dwóch moich znajomych z Korfu, to pomyślałam sobie: "Jejku, ale pięknie, tam faktycznie jest co oglądać!". W dodatku Korfu ma tę zaletę, że można stamtąd popłynąć do Albanii.
Czy można generalizować i wszystkie greckie wyspy wrzucać do jednego worka? A może to jest tak, że np. na Krecie jest mnóstwo zabytków (w końcu odkryto tam pozostałości cywilizacji minojskiej), a na Kos to już za bardzo nic poza plażami nie ma?
Ciekawi mnie to. Gdy wróciłam z Aten, usłyszałam, że "greckie wyspy to zupełnie inny świat". Na pewno więc nie mogą utożsamiać Aten z całą Grecją. Aby lepiej poznać ten kraj, musiałabym odwiedzić jakąś wyspę. Moim marzeniem od zawsze było Santorini ze względu na malowniczość. Myślałam, by polecieć tam na dwa, trzy dni, naoglądać się białych domków i zapierających dech w piersiach obrazów i… wrócić. Wcale nie zależy mi na kąpieli w morzu.
Pytam dzisiaj Was – jak to jest z tymi greckimi wyspami? Polacy latają tam bardzo chętnie. Co one w sobie takiego mają? Czy osoba, która nie lubi plażować, znajdzie tam coś dla siebie?
Zebrałam dla Was kilka pocztówek, które otrzymałam od znajomych z ich greckich wakacji. Wszyscy jak jeden mąż piszą o pięknie, malowniczości, śliczności i Bóg wie czym jeszcze.
Kochani, czekam bardzo na Wasze komentarze! Opiszcie swoje wspomnienia z greckich wysp. Dajcie znać, co o nich wiecie, co słyszeliście!
Uściski
Sara

czwartek, 18 października 2018

Gdzieś w Odległej Galaktyce - muzeum i escape room Star Wars w Toruniu


Dobra, przyznaję się. Nigdy w życiu nie oglądałam "Gwiezdnych Wojen" i nie za bardzo wiem, o co chodzi w tej całej historii. Za to moi najbliżsi to fani kosmicznej sagi. A ja jestem wielbicielką escape roomów. Wybraliśmy się więc aż do Odległej Galaktyki.
W Toruniu już od ponad roku działa Muzeum Star Wars. Gwiezdne Muzeum posiada najobszerniejszą w naszym kraju kolekcję przedmiotów związanych z "Gwiezdnymi Wojnami". Znajdują się tam figurki, rzeźby, budowle z klocków Lego i inne gadżety nawiązujące do słynnej sagi. Możecie sobie zrobić zdjęcie z Yodą, Darthem Vaderem czy królową Amidalą. Wierzcie mi, gdy Fanny i Maciek wpadli do tego muzeum, byli zachwyceni.
W tym samym miejscu od niedawna działa również escape room "Przemytnicy Jabby". Pokój utrzymany jest w klimacie "Gwiezdnych Wojen", jednak niepotrzebna jest w nim wiedza specjalistyczna, więc i ja mogłam spróbować swoich sił w ucieczce z Odległej Galaktyki. Okazuje się, że był to 29. odwiedzony przeze mnie escape room.
Pokój "Przemytnicy Jabby" posiada niezwykły wystrój. Z różnych stron patrzą na nas postaci z "Gwiezdnych Wojen". Twórcy wymyślili naprawdę mnóstwo różnorodnych zagadek, więc nie ma ani chwili na nudę. Co więcej, oprócz tradycyjnych kłódek, w pokoju będziecie musieli zmierzyć się z nowoczesną technologią. Jeśli dopadnie Was niemoc, przemili pracownicy chętnie Wam pomogą. Na ucieczkę macie 60 minut, jednak jeśli nie uda Wam się rozwiązać wszystkiego w wyznaczonym czasie (jak nam), nie martwcie się – możecie spędzić w Odległej Galaktyce tyle czasu, ile potrzebujecie. Po upływie wyznaczonej godziny Darth Vader Was nie wyprosi.

Jakie umiejętności przydadzą się w escape roomie "Przemytnicy Jabby"? Spostrzegawczość (jak w każdym pokoju zagadek!), umiejętność liczenia (ale pierwiastków nie będzie, nie martwcie się). Warto też kojarzyć różne rzeczy ze sobą. I przede wszystkim przeszukajcie pokój dokładnie. Miejsce oczy dookoła głowy i nie krępujcie się zaglądać w podejrzanie wyglądajcie otwory. Nie zapominajcie również o tym, że w pokoju mogą znajdować się rozpraszacze, które mają Was zmylić i sprowadzić na manowce. Nie dajcie się!
My z escape roomu wyszliśmy po 80 minutach… Jest to nasz najsłabszy wynik w historii. Pokój był dość trudny. Co więcej, w czasie pobytu w Odległej Galaktyce dopadła nas złośliwość rzeczy martwych i jedna z kłódek postanowiła się nie otworzyć. Pobiliśmy za to rekord i w najszybszym czasie uporaliśmy się z kłódką kierunkową!
Jeśli wybierzecie się do Escape Roomu Odległa Galatyka, Gwiezdne Muzeum możecie zwiedzić za darmo.
Nieważne, czy bardziej lubicie escape roomy, czy Star Warsy, może czas odlecieć do Odległej Galatyki? Już w styczniu otwarcie kolejnego pokoju - oczywiście też w klimacie "Gwiezdnych Wojen". 
Sara
PS A jeśli chcecie wygrać wejściówkę do "Przemytników Jabby", macie czas tylko do 19 października! Szczegóły znajdziecie tutaj.

poniedziałek, 15 października 2018

Wojtek Kiełbasa: Ed Sheeran zaimponował mi swoim samozaparciem [wywiad]


Wojtka Kiełbasę poznałam dzięki Ed Sheeran Night. To ambitny, młody wokalista, który ma w planach kolejną płytę. Podczas przemiłej rozmowy opowiedział mi o tym, co łączy go z Edem Sheeranem. Zdradził również, jakie ma rady dla osób marzących o karierze muzycznej.
Dlaczego coverujesz akurat Eda Sheerana, a nie innego artystę? Na przykład Johna Mayera – wiem, że też go lubisz.
Lubię. Lubię też Coldplay. Ale Eda coveruję między innymi dlatego, że jest wśród ludzi zainteresowanie jego twórczością.
Szczególnie po ostatniej płycie "Divide".
Zgadza się. Co ciekawe, w czerwcu 2017 roku grałem koncert coverowy Johna Mayera. Ale niedługo potem wpadłem na pomysł Ed Sheeran Night. Eda coveruję też po prostu dlatego, że bardzo go lubię, lubię jego muzykę, jego wrażliwość. Podoba mi się to, jak ciężką pracą do wszystkiego dochodził i bardziej niż z jego stylem – bo styl, do którego chciałbym dążyć, wyobrażam sobie nieco inaczej – utożsamiam się z jego pracowitością i samozaparciem. Dużo czytałem o Edzie i to mi właśnie najbardziej w nim zaimponowało. Wydaje mi się, że Ed jest mi bliski osobowościowo.

Ostatnim razem, gdy byłeś w Toruniu, śpiewałeś też nieco mniej znane utwory Eda. Czym się kierujesz, wybierając piosenki, które wykonasz? Czy to są Twoje ulubione utwory? Czy po prostu dobrze Ci się je śpiewa?
Różne czynniki oddziaływały na kwestię doboru repertuaru Eda. Pierwsza rzecz – nigdy nie byłem blisko z muzyką rap. Nie chcę absolutnie jej negować, wiem, że na Eda rap wywarł duży wpływ. Jednak ja w tych klimatach nigdy się nie poruszałem. Nie decyduję się więc na wykonywanie piosenek w klimatach rapu, z wyjątkiem "Don’t" i "Shape Of You", ale te utwory po prostu lubię. Druga sprawa – śpiewam głównie te utwory, których teksty są mi bliskie.

Wiem, że byłeś na koncercie Eda na Stadionie Narodowym. Czy to był Twój pierwszy koncert tego muzyka?
Tak, to był mój pierwszy koncert Eda.
I jak wrażenia?
Ed bardzo dobrze radzi sobie sam na scenie. Kiedyś się zastanawiałem, dlaczego artysta tego formatu nie chce występować z muzykami na scenie, tylko woli sam. A Ed zapewne już się do tego przyzwyczaił i jest mu z tym dobrze. Jeśli chodzi o widowisko i pełnię brzmienia, wolę koncert Coldplay, na którym też byłem w Polsce. Ale pod kątem reakcji ludzi, kontaktu z publiką, charyzmy, to bardziej zaimponował mi Ed. To było coś niesamowitego – ludzie reagowali na niego piskiem.
Wojtek Kiełbasa o graniu na ulicy
Wiem, że grywałeś na wrocławskim rynku. Czy nadal można Cię tam spotkać?
Można, jak najbardziej, chociaż teraz już robi się coraz zimniej, co nie sprzyja graniu na świeżym powietrzu, a ja robię to jednak hobbystycznie. Większość ludzi mogłaby pomyśleć, że robię to tylko dla pieniędzy. Oczywiście pieniądze są najprzyjemniejszym materialnym efektem grania. Ale jednak jak jest już tak zimno, to nie występuję na rynku. Biorąc pod uwagę to, że w tym roku miałem więcej koncertów w lokalach, klubach, to rzadziej grywałem na rynku niż chociażby w zeszłym roku. W ciągu ostatnich kilku miesięcy grałem może 3 razy w miesiącu.
Czyli kiedyś grałeś na rynku częściej?
Tak, kiedyś nawet 10 razy w miesiącu. Ale różne czynniki muszą temu sprzyjać – chociażby pogoda, musi być też miejsce na rynku. Ale muszę przyznać, że to jedna z najprzyjemniejszych form grania i kontaktu ze słuchaczami.
A spotykałeś się z jakimiś negatywnymi komentarzami podczas grania na ulicy?
Myślę, że jak ktoś w swoim życiu nie spotyka się z negatywnymi komentarzami…
…to znaczy, że nic nie robi.
To znaczy, że coś jest nie tak i przebywa gdzieś w zamknięciu. Plusem jest to, że tych negatywnych komentarzy było bardzo, bardzo mało. Jakbym miał postawić na wadze negatywne i pozytywne komentarze, to tych drugich było o wiele, wiele więcej. Był taki rok, że dość uciążliwy stał się dla mnie fakt, iż ktoś ciągle dzwonił na straż miejską. Funkcjonariusze wtedy muszą reagować, bronią się tym, że muszą wykonać interwencję, że ktoś ich z tego rozlicza. Fakt jest taki, że ja na przykład musiałem przestać grać, a ktoś dalej mógł to robić. Nie chcę teraz narzekać, że ja cierpiałem, bo różne osoby grające na rynku miały podobnie, z tego co kojarzę. Może była to sprawka jakiegoś złośliwego mieszkańca… Gdyby ktoś dawał mi serenadę pod oknem, może też miałbym dość… Staram się patrzeć z różnych perspektyw. Chociaż z drugiej strony gdybym mieszkał w takim miejscu, na starówce, to chyba trochę bym się liczył z tym, że życie miast toczy się wokół starówki, rynku. Ale podsumowując, i tak negatywnych komentarzy było niewiele.
Zaskoczyłeś mnie tym, że ktoś dzwonił na straż miejską.
I to nie raz. Gdy w 2017 roku grałem na ulicy, to w sierpniu napisałem posta na Facebooku, bo po prostu miałem dość tych interwencji, to było dość podejrzane, że zmieniałem miejsca, a za każdym razem ktoś interweniował. Dziwne to było. Tak naprawdę nie wiadomo, kto to dzwoni. Czy ktoś, komu nie podoba się, jak ja śpiewam, czy ktoś, komu nie podoba się, że ktokolwiek śpiewa. Nie chcę tu snuć teorii spiskowych. W tym roku nie miałem chyba ani jednej takiej przykrej sytuacji.
Może stałeś się bardziej rozpoznawalny?
Coś w tym jest. Gdy zbierają się ludzie na ulicy, by słuchać, jak gram, to są to osoby, które gdzieś w pobliżu mieszkają, i jak mnie słyszą, to wychodzą. Albo znajomi, albo ludzie, którzy zobaczą mój status na Facebooku. Ale jednak najczęściej są to przypadkowe osoby. Najwięcej ludzi, którzy mnie poznali jako muzyka, kojarzą mnie właśnie z ulicy. Chociaż teraz… mam pewne wątpliwości, bo śpiewam też w lokalach.

Wojtek Kiełbasa: Jestem nastawiony na działanie


Wojtek, wydałeś pierwszą EP-kę. Co mógłbyś powiedzieć o rynku muzycznym w Polsce, czy on jest łaskawy dla debiutantów?

Trudno mi powiedzieć. Różne są możliwości dotarcia do większej liczby osób. Jedną z nich jest udział w programie typu talent show. Ale wtedy zaczyna się jakby od innej strony. Ja muszę – i chcę – budować to wszystko od podstaw. Ale czy rynek jest łaskawy? Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Wydałem tylko jedną EP-kę, ale jestem bojowo nastawiony i wiem, że będę wydawał kolejne. I myślę, że odpowiedzieć na Twoje pytanie będę mógł za jakiś czas, jak wydam drugą, trzecią płytę. Wtedy będę wiedział, być może, od czego to zależy. Na tę chwilę jestem nastawiony na działanie. Nie ma sensu narzekać. Jak chcę spełnić marzenia, to muszę pracować. Gdy przyjdzie moment, że nie będę czuł progresu, to może wtedy przyjdzie chwila refleksji nad tym, jaki jest rynek muzyczny w Polsce, dokąd zmierzam… (śmiech). A na razie staram się działać.
Opowiedz coś więcej o swojej pierwszej EP-ce "Relacje". Czego się można po niej spodziewać?
Po tej płytce można się spodziewać czterech utworów. Wszystkie są po polsku. Nagrywałem je tylko przy pomocy gitary akustycznej, w studiu w Wałbrzychu, plus kilka elementów na syntezatorach, ale bardzo niewiele. Nie jestem muzykiem, który używa innych instrumentów, więc tu bardziej chodziło o delikatne wzbogacenie brzmienia. Całe nagrywanie było oparte na koncepcji loopera, zapętlania partii, tak, żeby na żywo te utwory brzmiały bardzo podobnie i myślę, że ten efekt udało się uzyskać. Tytuł „Relacje” wziął się z tego, że każdy z utworów mówi o jakiejś formie relacji. Wszystkie teksty stworzyłem sam. Co do okładki, jest dość prosta, ale myślę, że schludna, za co bardzo dziękuję Oli, która się nią zajęła. Utwory z tej EP-ki są dość proste, stąd takie powiązanie prostoty okładki z prostotą tekstów i muzyki. Na większe kombinacje przyjdzie czas później.

A jakie są Twoje muzyczne plany na najbliższą przyszłość: koncerty czy raczej druga EP-ka?
Cały czas chcę grać. Im więcej gram, tym bardziej żywo się czuję jako muzyk. A skupiam się obecnie na swoich utworach. Choć śmieję się, że na razie zarobek dają mi cudze utwory…
Ale na każdym Ed Sheeran Night ludzie słyszą też Twoje autorskie utwory. I kupują płyty.
Zostały mi już ostatnie sztuki z pierwszego nakładu. Chciałbym dać się ludziom poznać ze swojej twórczości. Oczywiście to jest świetne grać czyjeś utwory, kształtuje to gust czy smak muzyczny, ale myślę, że każdy muzyk najlepiej się czuje, grając swoje kompozycje.
To na pewno większa satysfakcja.
Oczywiście. Zadziwiało mnie, gdy napisałem jakiś prosty utwór, a ludzie mówili mi, że dla nich on coś znaczy. To była wielka satysfakcja.
Na koniec Wojtek, powiedz, proszę, jakie masz rady dla osób, które chcą zacząć śpiewać, grać i występować?
Jeśli ktoś chce grać, śpiewać i występować, to powinien grać, śpiewać i występować. To jest moja jedyna rada. Ja nie wiem, czy jest na to inny sposób. Dobrze jest trafić na ludzi, którzy dadzą odpowiednie rady dotyczące śpiewania. Ja na lekcje wokalne chodzę dopiero od pół roku i to była najlepsza decyzja. Z tego miejsca chciałbym pozdrowić Radka Kota z Laboratorium Śpiewu i Mowy we Wrocławiu. Już teraz mu dużo zawdzięczam, a mam nadzieję, że będę jeszcze więcej. Jeżeli trafi się na osoby, które wiedzą, jak pokierować, to jest duży skarb. Ale na gitarze nauczyłem się grać sam, nie brałem żadnych lekcji i to, jak gram, wynika tylko z liczby godzin, które spędziłem z gitarą. Jeśli ktoś mówi o talencie i predyspozycjach w muzyce, to według mnie może być to czynnik ułatwiający naukę, przyspieszający niektóre procesy, ale nie wydaje mi się, by talent miał aż taki wpływ w kontekście efektu końcowego. I tak sprowadza się to do ogromu pracy, zarówno wokalnie jak i instrumentalnie. A jeśli chodzi o rady dotyczące występowania, to ja analizuję sobie moje występy sprzed kilku lat, nadal mam duży dystans do tego, jak śpiewam. Nie wiem, czy słowo "ratowała" tu pasuje , ale na pewno (śmiech) pomagała mi wiara w to, że to, co robię, ma sens. Technicznie i wokalnie, jeszcze parę lat temu, było naprawdę średnio (śmiech). Mam tego świadomość. Ale nie poddałem się. Grałem na ulicy, występowałem, gdzie się dało i nadal to robię. Pewnie za parę lat, gdy spojrzę na teraźniejsze nagrania, pomyślę, ile było do poprawy. I chyba tak będę miał do końca życia. Spocząć na laurach to w muzyce, i w całym życiu, najgorsza rzecz. Jak się samemu stoi, to cały świat idzie do przodu.

Zachęcam Was do śledzenia profilu Wojtka - ten chłopak zamiesza na polskim rynku muzycznym!
Sara

piątek, 12 października 2018

Ateny i Sofia – komunikacja, ceny, wskazówki i koszty podróży


Zdawaliśmy sobie sprawę, że nasza wycieczka tym razem nie będzie kosztować 200 zł. Ale i tak udało nam się znaleźć całkiem niezłe okazje.


Dlaczego ta wycieczka nie mogła kosztować 200 zł? 

Po pierwsze, lecieliśmy we wrześniu, na południe Europy, a więc teoretycznie jeszcze w sezonie letnim udawaliśmy się tam, gdzie jest ciepło. W praktyce jedynie w Atenach było ciepło i to tylko w pierwszym dniu. W Sofii chodziłam w trzech rękawach i żałowałam, że nie mam czapki i rękawiczek. 
Po drugie, nasza wyprawa była dłuższa niż zwykle – płaciliśmy aż za 4 noclegi i 4 loty samolotem. Do tego dochodził koszt dotarcia na lotnisko, które nie jest położone w centrum miasta. 
Po trzecie, Ateny wcale nie są tanie, a już na pewno komunikacja miejska w tym mieście do tanich nie należy.

Plan wycieczki

Niestety, trafiliśmy na wyjątkowo niekorzystne godziny lotów do Aten i z Aten, w związku z czym musieliśmy wziąć trochę bezsensowne noclegi. 

Poniedziałek, 24 września:

  • Warszawa Modlin->Ateny [Ryanair] 14:55-18:35 (w Atenach jest godzina później niż w Polsce)
  • Nocleg w Atenach

Wtorek, 25 września:


Środa, 26 września:

  • Ateny->Sofia 8:35-9:55 [Ryanair] (W Sofii jest godzina później niż w Polsce, a więc ten sam czas, co w Atenach)
  • Zwiedzanie Sofii
  • Nocleg w Sofii

Czwartek, 27 września

  • Zwiedzanie Sofii
  • Sofia->Ateny [Wizz Air] 16:40-18:00
  • Nocleg w Atenach

Piątek, 28 września:

  • Ateny->Poznań 11:00-13:00

Ile zapłaciliśmy za loty?

Lot dla jednej osoby z Warszawy do Aten kosztował 94 zł
Lot dla jednej osoby z Aten do Sofii kosztował 9,99 euro = 42 zł
Lot dla jednej osoby z Sofii do Aten kosztował 19,99 lewów = 45 zł
Lot dla jednej osoby z Aten do Poznania kosztował 126 zł
W sumie więc za cztery loty zapłaciłam 307 zł.
Ile zapłaciliśmy za noclegi?

Za pierwsze dwa noclegi w Atenach w prywatnym studio z kuchnią i łazienką wynajętym za pomocą Airbnb zapłaciliśmy 250 zł. Co daje 125 zł na głowę za dwa noclegi. Apartament miał świetną lokalizację, dosłownie 5 minut drogi od supermarketu i stacji metra Panormou (cztery stacje od Monastiraki). Z Panormou mogliśmy też dojechać metrem bezpośrednio na lotnisko. Do wad mieszkanka zaliczyłabym oświetlenie  – dla nas było trochę za ciemno. Ale poza tym wszystko było czyste i schludne.

Za jeden nocleg w Sofii w hostelu, w pokoju prywatnym z łazienką na korytarzu, wynajętym za pośrednictwem Hostel Bookers zapłaciliśmy 86 zł, co daje 43 zł na głowę. Hostel również miał świetną lokalizację, ok. 10 minut drogi od stacji metra SU St Kliment Ohridski, 5 minut od Teatru im. Iwana Wazowa i wielu innych zabytków. Mogliśmy korzystać z kuchni. W pokoju i łazience było czysto, ale widać, że nie jest to nowy budynek. Minusem było to, że do łazienki trzeba było przejść przez salonik połączony z recepcją. W praktyce więc paradowałam z turbanem z ręcznika na głowie na oczach innych gości.

Nasz trzeci nocleg w Atenach postanowiliśmy wynająć w nieco tańszym apartamencie. Jeden nocleg w studio z kuchnią i łazienką wynajętym za pośrednictwem Airbnb zapłaciliśmy 106 zł, co daje 53 zł na głowę. Był to jeden z najlepszych apartamentów, jakie wynajęliśmy kiedykolwiek na Airbnb. Gospodarz zostawił nam picie, jedzenie, drobny upominek, wszystko było czyste i schludne. Minusem okazał się brak czajnika i fakt, że do bloku trzeba było podejść pod górkę. Apartament był oddalony ok. 10 minut od stacji metra Panormou.
W sumie więc za cztery noclegi zapłaciłam 221 zł
I tu mam dla Was niespodziankę - 100 zł zniżki na nocleg na Airbnb!

Ile zapłaciliśmy za komunikację miejską?

To chyba były najgorsze wydatki podczas podróży. W związku z tym, że trochę sobie polataliśmy, musieliśmy płacić za dojazd z lotniska. W praktyce wyglądało to następująco:

W poniedziałek z lotniska w Atenach do apartamentu dostaliśmy się autobusem X95. Jest to autobus, który kursuje między lotniskiem a placem Syntagma. Bilet normalny kosztuje 6 euro, ulgowy 3 euro. My jechaliśmy do stacji Errikos Ntinan, co zajęło nam ok. 45 minut.

We wtorek kupiliśmy jedynie pojedyncze bilety, by dojechać z Panormou do Monastiraki i z powrotem z placu Syntagma do Panormou. Pojedynczy bilet na metro to koszt 1,40 euro.

W środę zdecydowaliśmy, że zamiast autobusem X95 pojedziemy na lotnisko metrem. Wydawało nam się, że to szybszy i pewniejszy środek transportu, a na lotnisku musieliśmy być naprawdę wcześnie. Bilet na metro docierające na lotnisko to koszt 10 euro (!). Podróż trwała ok. 30 minut.

A jak wyglądała sprawa biletów w Sofii?
Z lotniska do centrum można dojechać metrem. Koszt biletu to 1,60 lewów. W środę był to jedyny bilet na komunikację miejską, jaki kupiliśmy w Sofii

W czwartek również pojechaliśmy metrem na lotnisko, co przyprawiło nas o dwa powody do stresu. Pierwszy związany był z nadgorliwością. Kupiliśmy bilety wcześniej, by później nie stać w kolejce i stresować się, że nie zdążymy na samolot. Gdy chcieliśmy je skasować, okazało się, że zakupione w automacie bilety trzeba wykorzystać niezwłocznie. Nasze więc, kupione godzinę szybciej, były już nieważne… Tak wyszło, że Maciek nie miał już żadnych lewów. Na szczęście mnie zostało jeszcze trochę bułgarskiej waluty, kupiłam więc bilety. Gdy je skasowaliśmy i zjechaliśmy schodami ruchomymi do metra, Maciek… znalazł banknot - 10 lewów. 

Jednak to nie koniec stresów. Metro dociera do Terminala 2. My tymczasem mieliśmy wylot z Terminala 1. Pytam więc pani w informacji, jak można tam dojść. Ona na to, że między terminalami kursuje autobus (!) i że będzie za 20 minut. Byliśmy na lotnisku wcześniej, ale czy wystarczająco wcześnie…? Autobus jechał ok. 10 minut, więc na szczęście na samolot zdążyliśmy. Uff.

Po dotarciu na lotnisko w Atenach, ponownie skorzystaliśmy z autobusu X95.

A co się działo w piątek rano? Płacz i zgrzytanie zębami. Lało, stwierdziliśmy więc, że pojedziemy metrem. Stacja była bliżej niż przystanek, a metro, jak już wspominałam,  wydawało się pewniejsze. Ta, jasne. Po przyjściu na stację dowiedzieliśmy się, że metro na lotnisko nie kursuje przez pogodę! Ja wpadłam w płacz, pomyślałam, że autobusem nie zdążymy. Nie mieliśmy jednak wyjścia, podjechaliśmy metrem dwie stacje i udaliśmy się na przystanek autobusu X95. Miał przyjechać w ciągu 20 minut. Nie przyjechał. Los chciał, że na przystanku spotkaliśmy Polaka. Postanowiliśmy więc zrzucić się na taksówkę. Brzmi burżujsko, wiem. Tymczasem taksówka na lotnisko kosztowała nas 30 euro, a więc 10 euro na głowę, czyli tyle, ile zapłacilibyśmy na metro. Na samolot zdążyliśmy.
Dojazdy z lotniska i poruszanie się po Atenach i Sofii kosztowało mnie w sumie 28,8 euro i 3,20 lewów, co razem daje 130 zł.

Ile kosztowała nas wycieczka do Aten i Sofii?

W sumie więc cała wycieczka jedną osobę wyniosła 658 zł. Biorąc pod uwagę, że zobaczyliśmy dwa miasta, zapłaciliśmy za cztery noclegi i cztery loty, nie jest to wygórowana kwota. Na pewno udało nam się znaleźć loty w świetnych cenach, na noclegi też narzekać nie mogę. Oczywiście były do wyboru też tańsze mieszkania, ale miały o wiele gorsze lokalizacje. Sporo kasy zjadło poruszanie się między lotniskiem a centrum miasta. Być może gdyby godziny lotów były inne, jeździlibyśmy wyłącznie autobusem X95, a nie metrem.

Na co jeszcze wydaliśmy pieniądze? Na jedzenie, pamiątki i ewentualne wstępy (do synagogi w Sofii czy na Akropol). 

Przykładowe ceny 
Ateny
Obiad w knajpie - 6 euro
Pocztówka - 0,20 euro
Koszulka z flagą grecką - 4 euro
Sofia
Cheeseburger w McDonaldzie - 2,3 lewów
Pocztówka 0,7  lewów
Magnes 2,5 lewów


O czym warto pamiętać przed podróżą do Aten

  • W Grecji papieru toaletowego nie wrzuca się do muszli. To obrzydliwe. To właściwie tak obrzydliwe, że myślałam, iż tylko przez ten fakt znienawidzę ten kraj.
  • W Grecji obowiązuje inny alfabet. W praktyce jednak nazwy przystanków czy stacji metra wyświetlają się zarówno w alfabecie greckim, jak i łacińskim.
O czym warto pamiętać przed podróżą do Sofii
  • W Bułgarii obowiązuje cyrylica. Dodatkowo nie z każdym dogadacie się po angielsku.
  • Do Sofii nie latają żadne tanie linie z Polski.
  • Pamiątki w Sofii możecie kupić w okolicy stacji metra Serdica i w przejściach podziemnych w centrum.
  • Sklepy z pamiątkami w Sofii pełne są różanych kosmetyków. Można w nich też znaleźć czekoladę czy herbatę z różą. 
Jeśli mielibyście jakiekolwiek pytania dotyczące wyjazdu, nie wahajcie się, piszcie śmiało!
Sara

wtorek, 9 października 2018

Sofia - miasto świątyń. Co warto zwiedzić w stolicy Bułgarii?


Bardzo liczyłam na Sofię. Troszkę się przeliczyłam.

Sofia niewątpliwie jest pięknie położona, u podnóży masywu Witosza. Jednak da się zauważyć, że to nie jest miasto zachodnie. W architekturze widoczne są wpływy zarówno tureckie, jak i sowieckie.
Większość zabytków Sofii znajduje się blisko siebie. W mieście można obejrzeć liczne cerkwie, ale także meczet czy synagogę. My nasz spacer po Sofii rozpoczęliśmy od pomnika cara rosyjskiego Aleksandra II. W Bułgarii nazywany jest on Wyzwolicielem. W pobliżu pomnika znajduje się siedziba Uniwersytetu, a także, prawdopodobnie, jeden z najważniejszych zabytków Sofii – Cerkiew św. Aleksandra Newskiego. O ile z zewnątrz kopuły świątyni wyglądają naprawdę imponująco, o tyle w środku cerkiew wydawała się – przynajmniej Maćkowi – zaniedbana. Po świątyni biegał pan, który czatował na robiących zdjęcia, i wołał "photos 10 leva".
Nieopodal Cerkwi św. Aleksandra Newskiego, która właściwie jest swego rodzaju prezentem dla Rosjan, w podziękowaniu za ich walkę o niepodległość Bułgarii, znajduje się Cerkiew Mądrości Bożej, która architektonicznie zdecydowanie różni się od soboru Aleksandra Newskiego. Niegdyś była ona meczetem. Jest o wiele skromniejsza.  
Pospacerowaliśmy jeszcze trochę w okolicy cerkwi, obejrzeliśmy pobliski pchli targ i udaliśmy się w stronę… kolejnej cerkwi. Cerkiew rosyjska św. Mikołaja, która została wybudowana na początku XX wieku, najbardziej zauroczyła Maćka. W pobliżu świątyni, w parku, znajduje się pomnik Puszkina. Z racji że ja nie potrafię czytać cyrylicy, nawet nie wiedziałam, czyj był to posąg! Na szczęście Maciek uczył się rosyjskiego na studiach i on ratował mnie w takich niewygodnych sytuacjach.
Myślę, że centralnym węzłem komunikacyjnym Sofii można nazwać stację metra Serdica. To właśnie w jej okolice zmierzaliśmy. Ale przedtem sfotografowaliśmy się jeszcze z panami pełniącymi wartę przed Pałacem Prezydenckim. Niedaleko tego budynku znajduje się Largo, czyli coś na kształt naszego Pałacu Kultury i Nauki – przykład sowieckiej architektury. Largo nie jest tak wysokie jak nasz warszawski PKiN. Ale jest za to siedzibą wielu polityków.
W końcu dotarliśmy do stacji metra Serdica. Serdica oznacza Sofię. Tak nazywało się miasto w starożytności. Bardzo ciekawe jest to, że w 2011 roku, przy budowie stacji metra, odkryto ruiny dawnego miasta, pochodzące m.in. z V czy VI wieku. Ruiny można oglądać i na świeżym powietrzu, i w podziemiach.
W okolicy stacji metra znajduje się także kilka innych, ważnych zabytków. Jednym z nich jest Cerkiew św. Petki Samardżijskiej. Można ją zobaczyć przy przejściu podziemnym. Wewnątrz znajdują się freski z XIV wieku, jednak nam nie udało się wejść do środka. To nie jedyna cerkiew w tej okolicy. W centrum można podziwiać również cerkiew Sweta Nedelja (św. Niedzieli). W Polsce święta ta znana jest jako św. Dominika z Nikomedii.
Zaintrygowana arabską kulturą nie mogłam przegapić meczetu Bania Baszi Dżamija. Zresztą trudno go przegapić. Znajduje się parę kroków od stacji metra Serdica, a jego minaret i kopuła widoczne są z daleka. Udało nam się wejść do meczetu, należało jedynie zdjąć buty, a ja musiałam zakryć włosy. Meczet nadal działa, a zbudowano go pod koniec XVI wieku. Na minarecie znajdują się głośniki, dzięki którym słychać nawoływanie muezzina na modlitwę. Choć właściwie to ich… nie słychać, gdyż zagłusza je gwar uliczny. Ciekawostką jest to, że pierwsze, poranne i ostatnie, wieczorne nawoływanie, zostały pominięte.
Odeszliśmy nieco od stacji metra i udaliśmy się w stronę budynku Sofijskiej Łaźni Mineralnej. To jeden z moich ulubionych skarbów architektury w Sofii. Budynek powstał nieco ponad 100 lat temu, przywodzi na myśl orientalną architekturę bizantyjską. Obecnie nie mieszczą się tam łaźnie, lecz Muzeum Historyczne. Przed budynkiem odbywał się targ - można było zakupić na nim różne rodzaje miodów. Bułgaria słynie z wyrobu tego słodkiego ulepku, nawet w McDonaldzie do herbaty dostaliśmy miód. 
Widzieliśmy kilka cerkwi, widzieliśmy meczet, przyszedł czas na… synagogę! Budynek jest ogromny – to największa żydowska świątynia na całych Bałkanach. Aż trudno zrobić jej zdjęcie. Jednak w Sofii nie pozostało zbyt wielu Żydów. W całej Bułgarii, która liczy ponad 7 milionów mieszkańców, żyje tylko kilka tysięcy wyznawców judaizmu. Do jednej z dwóch czynnych w kraju synagog przychodzą oni tylko w najważniejsze żydowskie święta. Wstęp do synagogi jest płatny dla turystów (5 leva). Tym, na co warto zwrócić uwagę we wnętrzu świątyni, jest żyrandol, który waży ponad 2 tony.
Byliśmy już dość zmęczeni spacerem, ale postanowiliśmy wrócić do okolic stacji Serdica, by znaleźć Rotundę św. Jerzego. To najstarsza cerkiew w Sofii, my jednak początkowo ją przeoczyliśmy! Okazało się, że można się do niej dostać tylko od jednej strony, dlatego nie była widoczna, gdy wcześniej spacerowaliśmy w tych okolicach. Byliśmy pewni, że w najstarszym w Sofii budynku (zbudowanym przez Rzymian w IV w.) nie odbywają się już nabożeństwa. Tymczasem trafiliśmy akurat na wieczorną mszę. Rotunda, podobnie jak wiele świątyń w Sofii, pełniła niegdyś funkcję meczetu, a dopiero później przemianowano ją na kościół prawosławny.
Ostatnim punktem, który zobaczyliśmy tego dnia w Sofii, był Teatr im. Iwana Wazowa, bułgarskiego pisarza żyjącego na przełomie XIX i XX wieku. Myślę, że mogę zaryzykować stwierdzenie, iż dla Bułgarów jest on kimś takim, jak dla Polaków Mickiewicz – pisał wiersze i dramaty, a jego dorobek literacki liczy wiele utworów. Budynek Teatru Narodowego jest naprawdę okazały i przepięknie usytuowany, w ogrodach, przy fontannie. Pierwszą sztuką, jaką wystawiono w Teatrze im. Iwana Wazowa, był dramat autorstwa Iwana Wazowa właśnie.
My zakończyliśmy ten dzień w Sofii na obejrzeniu Teatru, jednak sądzę, że gdyby ktoś zaczął zwiedzanie kilka godzin szybciej (i nie był tak przemarznięty jak ja tamtego dnia), mógłby tego samego dnia zobaczyć to, co my zostawiliśmy sobie na następny dzień. A był to Narodowy Pałac Kultury (nie mylić z Pałacem Kultury i Nauki!) i… kolejna cerkiew, tym razem Świętych Siedmoczislenników. Narodowy Pałac Kultury znajduje się tuż przy stacji metra NDK i jest to największy budynek w tej części Europy. Trudno nazwać go zabytkowym, gdyż powstał w 1981 roku, ale myślę, że warto go zobaczyć, będąc w Sofii. Komuś może wydawać się, że to współczesny, socrealistyczny moloch, mnie jednak sam budynek, jak i jego otoczenie, bardzo się podobało. Wokół NDK stworzono różne fontanny, a także – chyba wychodząc naprzód turystom – ustawiono napis "Sofia". W mieście nie widzieliśmy zbyt wielu turystów, ale przy tym napisie spotkaliśmy fotografujących się podróżników, co więcej – byli to Polacy.
Gdy wpiszecie w Google "cerkwie Sofia", okaże się, że w Wikipedii funkcjonuje 6 haseł dotyczących cerkwi w bułgarskiej stolicy. My widzieliśmy 5 z nich. Nie dotarliśmy jedynie do Cerkwi Bojańskiej, gdyż jest ona położona na obrzeżach miasta. Trochę szkoda, gdyż cerkiew ta została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, jednak naczytaliśmy się trochę o tym, jak trudno tam dotrzeć i baliśmy się, że po prostu nie zdążymy wrócić na nasz samolot.
Jeśli interesuje Was architektura sakralna inna niż katolicka, jeśli macie ochotę pooglądać nisko przelatujące samoloty, jeśli jesteście ciekawi, czy Sofia faktycznie jest miastem niedocenianym – lećcie tam. Tylko pamiętajcie, że do Sofii z Polski nie docierają żadne tanie linie. My dolecieliśmy tam z Aten, o czym wspominałam tutaj
Sofia na pewno uplasuje się w moim rankingu stolic wyżej niż Bratysława, czyli moja najmniej ulubiona stolica. Chyba miałam nieco większe oczekiwania co do tego miasta, ale nie żałuję, że tam pojechałam.
Jestem ciekawa, czy Wy chcielibyście wybrać się do Sofii! A może byliście w innej części Bułgarii?
Sara