poniedziałek, 13 października 2014

Zwierzenia blondynki i wyznania blogerki cz. 13

Nie zliczę, ile razy już Wam mówiłam, jak bardzo lubię pisać podsumowania miesiąca, przypominać sobie, co niezwykłego i radosnego zdarzyło się przez ostatnie 30 dni. To przyjemne zajęcie, choć i przysparzające nieco trudności. W moich średnio uporządkowanych folderach muszę znaleźć zdjęcia, które przez cały miesiąc przewijały się przez moją głowę z podpisem To muszę pokazać! Muszę postarać się z całych sił, aby o niczym istotnym nie zapomnieć. I przy okazji stworzyć jakąś ciekawą formę - do tej pory każde podsumowanie miało swój własny charakter. Jako że ostatnio polubiłam podpisywanie zdjęć (to udoskonala umiejętność wymyślania krótkich i błyskotliwych haseł :D), to tym razem skupię się na bezpośrednim odniesieniu do zdjęć. Pogrupowałam je w kolaże, którym nadałam tytuły. Mam nadzieję, że taki pomysł Wam się spodoba.

1. Studnia rzeszowska jest jak Mikołaj Kopernik - wszyscy się przy niej spotykają. Za kartkę dziękuję Uli!
2. Pocztówka otrzymana od blogerki... modowej. A to dopiero gratka :D Tym razem dziękuję Agacie :)
3. Postcrosserzy niemieccy łączcie się! Mam nadzieję, że podpisy wszystkich uczestników spotkania się zmieściły.
4. Takich pocztówek było tylko 5 egzemplarzy. Jeden trafił do mnie.Dziękuję Jürgenowi!


1. Idziesz sobie do kawiarni, a tu galeria. Ale kawę też dają...
2... i to za pół ceny. Toruń za pół ceny to chyba moja ulubiona akcja. I wymarzony pretekst, aby iść na jedzenie na mieście.
3. Czy Wy też zawsze, gdy proponują Wam muffinkę w kawiarni odmawiacie i bierzecie tylko szybką kawkę? Ja tym razem zrobiłam wyjątek! A co tam, z niektórymi osobami widuję się tak rzadko, że trzeba świętować na bogato!


1. Aha, ups! Granie na PS to bardzo popularne zajęcie wśród blogerów... :)
2 i 3. Dwa torty, jedne urodziny? Ktoś tu mnie rozpieszcza...


1 i 2. Sztuka na plakatach co roku jest chętnie przyjmowanym gościem w Toruniu. Nie zostaje w przedsionku, ale od razu wkracza do głównego pomieszczenia... Nietrudno się więc na nią nie natknąć. Tym razem tematem głównym była wolność.


1. Urodzinowe życzenia aż z Rosji!
2. Mały zwierzyniec.
3. Krowy na uszach. Jakkolwiek to brzmi. Ale spójrzcie tylko na to misterne, precyzyjne i starannie wykonanie!
4. Pomyśleć, że mam już tyle przedmiotów z Wieżą Eiffla w moim pokoju, a jeszcze nigdy nie byłam w Paryżu! Kiedy moja skarbonka pozwoli mi to nadrobić?!


1. Zastanawiałam się, czy wstawić zdjęcie tej czekoladki, bo twarzyczka tego dziecka może Was przerazić... Ale smak czekolady już nie przerażał.
2. Bardzo trudno ją otworzyć, ale też bardzo trudno jej się oprzeć. Niejadalna, ale za to pysznie wyglądająca. Babeczka, której wnętrze stanowi... balsam do ust.


1 i 2. Kapelusz! Kapelusz! Mam własny! I przy tej okazji chciałabym napisać Wam o akcji H&M, o której być może już słyszeliście, a jeśli nie to koniecznie musicie się o niej dowiedzieć: w sklepach H&M (myślę, że w większości z nich, skoro nawet w Toruniu tak ;)) można oddać zniszczone, stare, niemodne ubrania, takie które już naprawdę nadają się tylko do wycierania podłogi i raczej nie oddamy ich potrzebującym ani nie sprzedamy. Już za niewielką reklamówkę (ja oddałam cztery ciuchy) można otrzymać rabat o wartości 5 zł na następne zakupy o wartości min. 40 złotych. Niby niewiele, ale to zdecydowanie coś, bo akcja ma przede wszystkim na celu promowanie ekologicznego podejścia do mody - bowiem nasze szmatki zostaną posegregowane i przetworzone. Nie dajcie modzie się zmarnować. :) Więcej informacji - tutaj.
A co tam u Was kochani? Co ciekawego ostatnio udało Wam się zobaczyć, kupić, znaleźć w skrzynce?
Sara

sobota, 11 października 2014

Szwecja w miniaturze

Szwecja to ogromny kraj, Sztokholm to wielkie miasto, a ja nadal jestem pod wrażeniem tego, ile udało nam się zobaczyć z mamą w czasie niecałych 48 godzin (z przerwami na spanie i... tylko spanie ;))
Co turyści najczęściej odwiedzają w Sztokholmie? Prawdopodobnie Skansen. Dla niektórych może brzmieć nudno i w sumie to mogliby zmienić nazwę na jakąś bardziej przyciągającą, haha. Chociaż nawet bez niej w Skansenie nie brakuje turystów!
Otworzono go w 1891, jako pierwsze muzeum na świeżym powietrzu. Skansen to Szwecja w pigułce - mówili. Mimo to nie wiedziałam, czego się spodziewać...


Zdjęcie z przyjacielem musi być
Widzicie, jaką miejscówę znalazły sobie małpki?!
Jeśli nie macie czasu, aby zwiedzić całą Szwecję, przejechać ją wzdłuż i wszerz, z północy na południe, zajrzeć do tajgi i jeszcze, tak zupełnie przy okazji, odbyć podróż przez ostatnie pięć wieków - nie martwcie się. :) Myślę, że większość tak ma ;) Z tego powodu ludzie zaglądają do Skansenu.


Trawnik przed domem to już przeżytek
Co ciekawe, Skansen jest celem nie tylko turystów, ale również miejscowych! Nic w tym dziwnego. :)



Dlaczego warto zajrzeć do Skansenu, chociaż na chwilę (ale najlepiej na calutki dzień!)
1. Zoo! Nordyckie zwierzątka takie jak wilki czy niedźwiedzie, ale także te typowo wiejskie. Nikt nie śmiał się ze mnie, gdy udawałam dźwięk wydawany przez owieczki, a one żwawo podchodziły do płotu. (więc z Was też nie będą się śmiać :))
2. Ludzie z przeszłości. Mnóstwo osób w tradycyjnych, szwedzkich strojach zajętych tradycyjnymi czynnościami sprzed wieków.
3. Ogromna przestrzeń. Można się wyspacerować za wszystkie czasy, wybiegać za dwa maratony i nawdychać świeżego powietrza, bowiem Skansen znajduje się na wyspie o wdzięcznej nazwie Djurgården, na której niewiele jest domków, mieszkańców zaledwie 800 - znaczną część stanowią tereny zielone.

Foka długo nie chciała dać się złapać. W końcu wynurzyła swój łepek, a aparat momentalnie ją pokochał
To właśnie te bordowe domki sprawiły, że zakochałam się w Szwecji.
4. Tradycyjna, szwedzka zabudowa - począwszy od wiatraka bez jednego skrzydła (nie wiem, czy to zabieg celowy, czy skrzydło się po prostu urwało), na drewnianych chatkach skończywszy.
5. To po prostu dobry sposób na poznanie Szwecji, a dla rodowitych Szwedów - świetny sposób na odpoczynek.
6. Nieziemskie widoki! Teren, na którym położony jest Skansen, nie jest płaski - bywały momenty, że trzeba było trochę się zziajać i wejść pod górkę. Ale nagrodę stanowił roztaczający się widok na stolicę Szwecji. Mnie to rekompensowało cały wysiłek. :)

W Skansenie można spotkać specjalnie przebranych ludzi, którzy chętnie pozują do zdjęć :)
Cudownie miękka wełna + ciekawy mam tu kolor włosów, prawda?
I jak, umieścilibyście Skansen na swojej liście miejsc, które trzeba zobaczyć w Sztokholmie? :) 
Pozdrawiam!
Sara
PS Pod poprzednim postem o imionach, w komentarzach, znajdziecie sporo ciekawostek na temat imion, zajrzyjcie koniecznie! :)

Ciepło im musiało być. Co ciekawe, te urocze istotki były dosłownie na wyciągnięcie ręki.



czwartek, 9 października 2014

Mów do mnie po imieniu, proszę



Oczywiście opowieść o Szwecji ma swoje kolejne rozdziały, ale dzisiaj - mała dygresja. Bo zżera, a właściwie to delikatnie kąsa mnie ciekawość - czy lubicie swoje imiona? Tak mnie naszło w dniu moich imienin. Sary w większości kalendarzy nie znajdziecie, ale wierzcie mi, że faktycznie dziś to kobiety o tym imieniu mają swój dzień. :) Osobiście zdradzę Wam, że kiedyś nie cierpiałam mojego imienia, wydawało mi się takie pompatyczne, poza tym, gdy byłam dzieckiem, nie umiałam poprawnie go wypowiedzieć. Niektórzy więc nie rozumieli mnie, kiedy się przedstawiałam. To trochę słaby początek interakcji, nie sądzicie? Później czytałam sporo o moim imieniu, dowiedziałam się, jakie jest jego znaczenie (Sara z hebrajskiego – księżniczka). Obecnie jestem z niego zadowolona i spotykam się z naprawdę miłymi komentarzami na temat mojego imienia od zupełnie przypadkowych ludzi. Zatem nie mam co narzekać. A Wy? Może znacie kogoś kto nosi imię, którego nikt z jego znajomych nie używa, zwracając się do tej osoby? Teresę, do której wszyscy mówią Marzenka i nikt nie pamięta dlaczego? Albo osobę, do której tak wiele znajomych zwraca się po przezwisku, że mało kto pamięta jeszcze prawdziwe imię tego człowieka widniejące przecież w jego dokumentach? Osobiście zdradzę Wam, że ja nie lubię przezwisk, staram się ich nie używać i gdy wszyscy wołają moją przyjaciółkę, krzycząc Lisica!, ja uparcie mówię Julia. 


Jeśli chodzi o przekręcenie imion – nikomu nie wybaczam. Nie jestem Sandrą i osoba, która mnie tak nazwie, zginęłaby, gdyby wzrok mógł zabijać. Po roku w liceum wzdycham, kiedy nasza wychowawczyni niepoprawnie wypowiada imię mojej przyjaciółki. Mimo tylu poprawek i próśb… Wydaje mi się, że zwracać uwagę trzeba bez końca, aż w końcu komuś zrobi się naprawdę głupio i wstyd. W tym wypadku jestem naprawdę bezwzględna. :) Naprawdę cieszę się, gdy ktoś szybko zapamiętuje imię – nie jestem już wtedy kimś anonimowym. Chociaż w szkole ma to swoje plusy i minusy – nikt nie lubi słyszeć Ty, dziewczynka z kwiatkami na głowie, obok chłopaka w koszuli w kratkę. Chociaż kiedy belfer nie zna naszego imienia, istnieje mniejsza szansa, że nas spyta! Chyba że nagle poczuje nieodpartą chęć zaznajomienia się właśnie z nami…


Jestem zwolenniczką wtrącania imion, gdzie się da. Potrafię męczyć kogoś swoimi monologami (tzn. staram się, aby przebiegało to jak najmniej boleśnie) i co jakiś czas wtrącam imię rozmówcy. Zostało mi tak po przeczytaniu artykułu na temat szacunku wobec drugiej osoby. :)


Ach, i jakoś nie ogarniam sensu istnienia drugich imion – chyba, że to pamiątka po babci lub kimś szczególnym. A tak to co, rodzice nie mogli się zdecydować? Tylko więcej miejsca w dokumentach… Chociaż w jakiś sposób może sprawia to, że ktoś czuje się wyjątkowy…  
Dajcie znać, jaki Wy macie stosunek do swoich imion, czy zdarzały Wam się jakieś śmieszne wpadki. Ja pamiętam, że na pewnej lekcji chemii nauczycielka zbulwersowana powiedziała coś w stylu: Marika?! Ja nigdy nie słyszałam o takim imieniu! Lekki nietakt, nie sądzicie?


Pozdrawiam Was ciepło!
Sara
PS Wklejam Wam linki do moich ulubionych piosenek z imionami w tytule!

wtorek, 7 października 2014

Jeden rollercoaster, setki emocji

Czasami zastanawiam się, dlaczego człowiek świadomie decyduje się na coś, co może spowodować, że zawartość jego żołądka wyląduje na znajomym obok, że przez następne kilkanaście minut będzie trząsł się ze strachu, przedtem zdarłszy sobie gardło podczas wykrzykiwania przekleństw we wszystkich językach. Dla udowodnienia sobie, iż nie jest tchórzem, dla zabawy (zabawy?!), dla chwili adrenaliny? 
Takie psychologiczne dywagacje. 

Ja kocham lunaparki i nie mogłam pominąć sztokholmskiego Gröna Lund! Chociaż miałyśmy z mamą wcale tam nie iść... Kolejna atrakcja, która nie była częścią pierwotnego planu. Czyżby to kolejny powód pokazujący, iż nie warto nic planować, bo i tak wyjdzie inaczej? :)
Dzięki karcie sztokholmskiej, o której napiszę trochę więcej w poście podsumowującym moją wycieczkę do Szwecji, mogłyśmy wchodzić do naprawdę wielu miejsc. Wchodzić to jest adekwatny czasownik w tym miejscu. Okazało się, że owszem, do wesołego miasteczka możemy wejść za okazaniem karty, ale... tylko wejść. Za wszystkie atrakcje trzeba płacić. Chciało mi się śmiać, że to zupełnie jak w Polsce, w której płacimy zarówno za wstęp do lunaparku, jak i za każdą karuzelę z osobna. To był trochę nieprzewidziany wydatek. W pierwszym momencie postanowiłam, że wybiorę sobie jeden rollercoaster (moja ulubiona atrakcja :)), w drugim momencie trochę stchórzyłam, w trzecim stwierdziłam, że szkoda kasy, a w czwartym już kupowałam kupony na jedną z kolejek. Okazało się, iż jest to jedna z - w porządku, użyję tego słowa - najstraszniejszych atrakcji w Gröna Lund. Gdy pracowniczka parku rozrywki zapytała mnie, czy jestem gotowa, odparłam, że... nie jestem pewna. Ale na fotelu usiadłam. Miejsce obok mnie zajmowała dużo młodsza dziewczynka (ona, w przeciwieństwie do mnie, chyba nie krzyczała, ale pomińmy to). Chwila oczekiwania aż karuzela ruszy (pisząc to, mam wrażenie, że wszystkie moje mięśnie się spinają, jakbym przeżywała to jeszcze raz). Najpierw powolny wjazd do góry. Nie tylko żołądek podszedł mi do gardła, ale także trzustka, wątroba i pozostała zawartość mojego organizmu. Później, kiedy mama zobaczyła mnie całą, stwierdziła, że wyglądałam na przerażoną. Serio?! Niemożliwe. :)
W końcu... ruszyliśmy. Zamknęłam oczy i krzyczałam, w tym samym czasie zwisając do góry nogami, obracając się i przybierając mnóstwo różnych innych, dziwnych pozycji, których nie byłam świadoma - dopiero potem zobaczyłam na filmiku, co wyczyniał ten rollercoaster... 



Właściwie to żałuję, że zamknęłam oczy. Przez to miałam wrażenie, iż przejażdżka (trochę eufemizm, nie sądzicie?) trwała niesamowicie krótko, za krótko i jednak nie doświadczyłam tylu emocji, co podczas jazdy iSpeedem w Mirabilandii, na północy Włoch. 

Mama próbowała złapać mnie w czasie startu. Prędkość 60 km/h jej na to nie pozwoliła.
Kiedy zjawiłam się na dole, moja mama powiedziała, że to były najdłuższe minuty w jej życiu. A ja oczywiście byłam przeszczęśliwa, że nie stchórzyłam i nie wypadłam. 
W czerwcu po raz kolejny wybieram się do Mirabilandii. Sama jestem ciekawa, do czego zaprowadzi mnie moja ciekawość. A do Gröna Lund może jeszcze kiedyś wrócę...
A Wy lubicie lunaparki? Które polecacie?
Pozdrawiam!
Sara
PS Tuż po naszym wyjściu z Gröna Lund zaczęło lać. Zdążyłam zażyć trochę adrenaliny przed deszczem. :)