środa, 4 maja 2016

Przepis na biblioteczkę

Dobrze, że ten post przygotowałam wcześniej, bo po dzisiejszych maturach z polskiego już nic mądrego bym pewnie nie napisała!


Post o tym, aby pokazać Wam moją biblioteczkę, chodził mi po głowie od dłuższego czasu. Być może zastanawiacie się, jak wygląda biblioteczka dziewczyny, która dużo czyta, ale kupuje mało książek i co rusz jakieś sprzedaje. 
Nie wiedziałam, w jaki sposób się do tego wpisu zabrać, jako że w naszym domu książki są rozłożone w trzech pokojach – część z nich znajduje się u moich rodziców, niektóre ustawiliśmy u Dawida w pokoju, reszta trafiła do mnie. Poza tym na półkach przez długi czas trzymałam książki, których chciałam się pozbyć, które wcale nie wywoływały we mnie żadnych emocji lub które po prostu mi się nie spodobały. 

W końcu udało mi się zostawić te pozycje, które albo przeczytałam, albo przeczytać zamierzam, z którymi wiążą się jakieś wspomnienia. Nie ma tego dużo, bowiem 90% czytanych przeze mnie książek wypożyczam z bibliotek, ewentualnie męczę znajomych. ;) Dlatego to, co widzicie na półce, nie należy do grupy "Nie wiem, skąd mam tę książkę" albo "Co to w ogóle jest?". O praktycznie każdej z nich mam coś do powiedzenia. Jednak słaba ze mnie recenzentka, dlatego dziś przedstawię Wam moją biblioteczkę w nieco inny sposób. :) Aa, i kilka książek pożyczyłam, więc ich na tych zdjęciach nie zobaczycie. :(


Skład: 37 książek, w tym aż 18 książek polskich autorów.


Ulubione składniki: Poradniki! Jest ich 8.


Dobre dodatki: Czasami trzeba się przenieść do innego kraju, na inny kontynent, do innego świata… Dlatego też na mojej półce stoją 4 książki podróżnicze.


Ambitnie: Mam kilka książek w języku angielskim.


Najwięcej: Czytam twórczość różnych autorów, bardzo cenię Martynę Wojciechowską. Tak się składa, że na mojej półce stoją 3 części cyklu "Kobieta na krańcu świata".


Dużo nie znaczy lepiej: Nie jestem zwolenniczką bardzo grubych książek. Są ciężkie i trochę niewygodnie jest je ze sobą nosić. Najgrubsza książka w mojej biblioteczce liczy 561 stron (to "Jej wszystkie życie").


Więcej niż raz: Rzadko kiedy wracam do raz przeczytanych książek. Doba trwająca 24h to dla mnie za mało. ;) Poza tym wychodzę z założenia, że jest jeszcze tyle ciekawych pozycji do przeczytania…! Ale zdarza mi się powracać do poradników np. do "Blogera".


Może w przyszłości: O dziwo, na półce znajdują się książki, których jeszcze nie przeczytałam! Jedną z nich, powieść „Książę i żebrak”, dostałam na… 6 urodziny! Ponad 12 lat czeka więc na swoją kolej, ale jestem pewna, że się doczeka. 

Specjalnie dla mnie: Mam w swoim domu także książki z wspaniałymi dedykacjami i życzeniami. Są to wspomniane już "Jej wszystkie życia", "Nie rozumiemy się bez słów" (moje prezenty urodzinowe) oraz "Powiedz wilkom, że jestem w domu" (wygrana w konkursie na blogu Marty).


Sława, sława: Książki podpisane przez autorów – ha! I takie szczęście miałam. :) "Moją ukochaną zmorę" dostałam w prezencie od Kasi i już wówczas w książce tej mogłam znaleźć autograf autorki Anny Sokalskiej. Natomiast Irena Kantorska-Schick napisała kilka słów na stronie tytułowej swojej książki "Głód" podczas wizyty w moim gimnazjum. Co ciekawe, nie mogłam odnaleźć tej książki na lubimyczytac!


Nie potrzeba więcej wody: Książki, przy których łza zakręciła mi się w oku? Albo cała poduszka była mokra…  "Powiedz wilkom, że jestem w domu", "Jeden dzień", "Mała księżniczka", "Chłopiec w pasiastej piżamie", 'Wiosna 1941” i na pewno coś jeszcze, bo jestem masochistką, jeśli chodzi o literaturę. 

Najlepsza: Książka, która ma najwyższą cenę na portalu lubimyczytac: "Powiedz wilkom, że jestem w domu" (nic dziwnego!). 

Nie taka dobra: Książka, która ma najniższą o cenę na portalu lubimyczytac to "Księżniczki z Park Avenue" Mnie książka się podobała, ale do najgłębszych nie należy.

Które tytuły z mojej skromnej kolekcji są Wam znajome, a o których słyszycie po raz pierwszy? Może któreś z tych książek szczególnie Wam się podobały albo wręcz przeciwnie okropnie zawiodły? Dajcie znać!
Sara
PS Słowniki stoją gdzie indziej. :D

niedziela, 1 maja 2016

Oj, działo się... - kwiecień 2016



Zastanawiam się, czy skoro obecnie mój czas galopuje, to czy za kilka lat będzie już pędził jak lampart, a za kilkanaście osiągnie prędkość  światła?

Kwiecień minął mi szybko, choć też dość schematycznie. Chodziłam do szkoły (albo i nie), uczyłam się do matury bądź robiłam wszystko, by się nie uczyć, bywałam zmęczona, a nawet wyczerpana tym, że ciągle jestem zmęczona. Ale pomiędzy tym wszystkim znalazło się miejsce na małe co nieco (jak to mawiał Kubuś Puchatek). 


Był sobie Toruń za pół ceny. Za każdym razem z utęsknieniem czekam na to wydarzenie, bo po prostu kocham kawiarnie, jedzenie, kawę i jedzenie. I jeszcze jedzenie. A do tego nie lubię przepłacać i wydawać pieniędzy. Dlatego taka akcja jest idealna dla mnie. Za każdym razem przeżywam wewnętrzny dylemat – lepiej odwiedzić ukochane, drogie miejsce, do którego nie zagląda się zbyt często, czy odkryć nową miejscówkę? W tym roku postawiłam na tę drugą opcję i trafiłam aż do czterech miejsc (!). Pierwszym z nich było Od dechy do dechy, zupełnie nowa knajpka. Mimo że soczek kosztował tylko 3,5zł, nie polecam tego miejsca. Ciasnota w połączeniu z niewygodnymi krzesłami i wysokimi półkami ze stosami książek potrafią przytłoczyć człowieka. Pomysł na kawiarenkę fajny, tylko coś nie poszło. 

Oprócz Od dechy do dechy odwiedziłam również Grzankę (pyszności!), a z rodzicami wybraliśmy się na obiad do włoskiej restauracji (gdy szliśmy przez miasto, a ja wypowiadałam się na temat co drugiej kawiarni, można by uznać, że spędzam w nich każde popołudnie. Ech, chciałabym!) Na deser udało nam się w końcu zajrzeć do restauracji Olender, oddalonej od naszego domu o zaledwie 2km. Przyznaję, że pewnie gdyby nie ceny zmniejszone o połowę, raczej by mnie tam nie zobaczyli.

Ok, porozwodziłam się trochę na jeden z moich ulubionych tematów, ale kwiecień to coś więcej  niż trzydniowa  akcja Toruń za pół ceny. W minionym miesiącu połechtałam nie tylko zmysł smaku, lecz także słuchu. Po raz pierwszy miałam okazję oglądać występy zespołów na przeglądzie KATAR. Wybrałam się tam z przyjaciółką w celu obejrzenia jednej konkretnej kapeli – Kids. Gdy chłopacy skończyli grać, my wróciłyśmy do domu. Jakże mile byłam zaskoczona, gdy okazało się, że to właśnie Kids wygrali przegląd! Zachęcam Was do posłuchania ich utworu – mnie ta melodia kojarzy się ze współczesnym Beatlesami. 

Co tam jeszcze się działo w kwietniu? Otrzymałam tajemniczą przesyłkę. Przed otwarciem Obejrzałam ją ze wszystkich stron. Kolorowa koperta, ładne znaczki i naklejki, dziwny adres… W środku znalazłam pocztówkę z Australii z przyklejoną, wydrukowaną wiadomością oraz kartkę z wypisanymi miejscami. Okazało się, że nadawca wylosował mnie na portalu Postcard United i po prostu miał nadzieję, że umówię się z nim na prywatnego swapa, jeśli tylko będę miała którąś z poszukiwanych przez niego pocztówek. A ja ani nie zamierzałam wymieniać się z nikim z Australii, bo mam z tego kraju już sporo widokówek, ani nie mogłam poratować tego postcrossera żadną poszukiwaną przez niego kartką. W każdym razie mnie ta przesyłka nie wkurzyła, bardziej zdziwiła. Widziałam jednak, że na forum takie przesyłki nazywane są "rakiem Postcrossingu". :O

Oprócz tej nietypowej przesyłki otrzymałam paczuszki od Tomasza, któremu serdecznie dziękuję! Wiecie, że moja kochana Taylor, od czasu zdjęcia na okładkę poniższego lutowego magazynu, zmieniła fryzurę już dwa razy?!

W drugiej przesyłce znalazłam przepyszne słodycze. Spałaszowaliśmy już wszystko. Mój brat stwierdził nawet, że powinnam polecieć do Wielkiej Brytanii i nakupować ciasteczek Reese's. Oj, chciałabym!

O końcu szkoły wspominałam w poprzednim poście, ale chciałabym jeszcze dodać, że w dniu zakończenia roku szkolnego od młodszych uczniów nasza klasa otrzymała kupony totolotka i zdrapki, co było naprawdę zaskakującym podarkiem! Niestety, milionerką nie zostałam, za to zdrapałam 10zł. :D A najpiękniejszym momentem zakończenia roku i tak był śpiewający pan od fizyki…

Jak Wam minął kwiecień, moi drodzy?
Pozdrawiam Was ciepło!
Sara