wtorek, 27 września 2016

Notre Dame, pałace i inne hotele - Paris cz. 2



Tyle już widziałyśmy z mamą. Śmiejemy się, że prawdziwe z nas globetrotterki, mimo że nigdy nie podziwiałyśmy wietnamskich krajobrazów, nie byłyśmy ani w indonezyjskiej dżungli, ani w tej amazońskiej, a piramidę widziałyśmy tylko w Paryżu. No właśnie! W ostatnim poście pojawiło się wiele słynnych paryskich zabytków. Ale to jeszcze nie koniec mojej francuskiej przygody.

Był Luwr, był McDonald (tak, wiem, dziwne połączenie). A potem bieganie po paryskich uliczkach w poszukiwaniu sklepu, w którym można kupić znaczki pocztowe.

Po tylu wrażeniach dojechałyśmy metrem do Hotelu de Ville. Pamiętam dziwny wyraz twarzy mojej mamy, gdy, jeszcze w Polsce, pokazywałam jej, co warto zobaczyć w Paryżu. "Ale że hotel będziemy oglądać?" Okazuje się, że "hotel de ville" to w języku francuskim po prostu ratusz. Gdy pomyślę o toruńskim ratuszu i tym paryskim… Hmm, chyba słów mi brakuje. Zupełnie inna bajka. Ale obie bajki mi się podobają. Ratusz w Paryżu można sfotografować z wielu stron. Jest ładnie zdobiony. Żałuję, ze nie dane było mi podziwiać go po zmroku.
Już stojąc obok siedziby rady miejskiej, dostrzegłyśmy w oddali nasz kolejny punkt – Conciergerie (nadal nie wiem, jak to się czyta, podobnie jak milion innych francuskich słów.) Są rzeczy, którym paryżanom nie zazdroszczę, ale są i takie, które nieustannie mnie zaskakują i to pozytywnie. O, na przykład pałac w środku miasta.

Na jakiś czas odpuściłyśmy sobie wszelkie środki komunikacji i pieszo udałyśmy się do słynnej gotyckiej katedry. Nie czytałam "Dzwonnika z Notre Dame" (przez "Nędzników też nie mogłam przebrnąć jakby co), ale filmy o tych samych tytułach uwielbiam. Szczurów pod Notre Dame nie było.

Nagle zaczęło padać. Chciałyśmy schować się w Starbucksie, ale… nie mogłyśmy do żadnego trafić. Wcześniej na każdym kroku rzucała nam się w oczy ta hipsterska kawiarnia, a jak w końcu zamarzyłam o kawie dyniowej, to nikt nie potrafił podpowiedzieć nam, jak do Starbucksa dotrzeć. Kawowy raj znalazłyśmy, gdy deszcz ustał. Chwilę odpoczęłyśmy i skorzystałyśmy z… WiFi. Przydało się, bo nie bardzo wiedziałyśmy, jak dotrzeć do Panteonu.

Cieszę się, że mam już zdjęcia z dwoma panteonami – tym rzymskim i tym paryskim. Przed mauzoleum siedziało mnóstwo osób ze szkicownikami w rękach. Rany, to Paryż z filmów!


Nasze podróże są pełne dziwnych przygód, niespodzianek i śmiesznych sytuacji. Jedna z nich wydarzyła się w drodze z Panteonu do Teatru Odeon. Wiedziałyśmy, czym jechać, na jakim przystanku wysiąść, tylko że… nie wysiadłyśmy. Sama już nie wiem, czy kierowca się nie zatrzymał, czy to my nie nacisnęłyśmy z mamą jakiegoś guzika. Trudno, opuściłyśmy pojazd jeden przystanek dalej. I wiecie co? To był genialny zbieg okoliczności, bo trafiłyśmy dzięki temu do Ogrodu Luksemburskiego. Jaki to był piękny park! Wszędzie kolorowo, poczułyśmy się jak na wczasach na Majorce. I tak też prezentują się fotografie wykonane w ogrodach. Szkoda, że jestem w długich spodniach, bo mogłabym wmówić ludziom, że to Lazurowe Wybrzeże. ;)


Gdy w końcu trafiłyśmy do teatru, nie opadły nam szczęki. O wiele efektowniejsza była Opera Garnier, którą widziałyśmy nieco później.

Zmęczone wróciłyśmy do hostelu, by zjeść zupki chińskie, chwilę odsapnąć i… ruszyć dalej. Byłyśmy ogromnie ciekawe dzielnicy Montmartre.
Które z tych miejsc chcielibyście zobaczyć na własne oczy? A może już widzieliście? 
Wszystkiego dobrego! 
Sara

6 komentarzy:

  1. Przykre te Twoje wyjazdy. Jeździsz po świecie, ale z każdym takim postem mam coraz większe wrażenie, że oglądasz te wszystkie zabytki, publikujesz te swoje zdjęcia, bo to jest znane, bo to jest w przewodniku, bo inni to oglądają. A - jak wiele razy podkreślałaś - Ciebie zabytki i kościoły nudzą. Jakbyś była zadowolona z samego faktu wyjazdu za granicę, możliwości rzucenia potem na blogu kilku komentarzy, a nie była w stanie faktycznie docenić tego, że obcujesz z czymś, co tworzy naszą kulturę, co ktoś sam dawno temu zaprojektował, a ludzie wznieśli.

    Sądzę, że o wiele ciekawiej byłoby, gdybyś zamiast szarpać się średnio trzy razy do roku na obskoczenie kolejnych stolic, zebrała więcej kasy i wyjechała raz a dobrze. Na kilka dni, może na tydzień. A może też na dzień-dwa, ale za to zjadłabyś dobry posiłek, spróbowała regionalnego jedzenia, zamiast w każdym miejscu cisnąć do Maka i Starbacksa, bo tak najtaniej - ile można. Zamiast łowić wi-fi, może lepiej by było, gdybyś zgubiła się w paryskich uliczkach i, zamiast szukać kolejnego zabytku, który i tak cię nie powali na kolana, obejrzała sobie życie zwykłych ludzi. Może wtedy narzuciłyby Ci naprawdę interesujące obserwacje i ujęcia codziennego życia, których nikt nie znajdzie w przewodniku, za to chętnie przeczytałby i obejrzał na osobistym blogu.

    Jeśli jedna forma zwiedzania Ci nie leży, może warto byłoby rozważyć inne, niekoniecznie zaproponowaną przeze mnie. Wszyscy by na tym skorzystali.

    Pozdrawiam,
    KnŚ

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przykro mi, KnŚ, że, mimo czytania moich postów, w ogóle mnie nie poznałeś/aś. Nigdy nie wspomniałam, że zabytki mnie nudzą. Kościoły, owszem, tak. Ale ogromnie chciałam zobaczyć tę słynną katedrę z filmów. I sprawdzić, czy naprawdę biegają pod nią szczury. ;)
      Jasne, byłoby wspaniale móc wyjechać na tydzień i spędzić trochę czasu na zwiedzaniu, trochę na spokojnym spacerowaniu i przyglądaniu się mieszkańcom. Niestety, nie mogę sobie na to pozwolić. Pokochałam krótkie, intensywne podróże.
      Nie zgodzę się, że oglądamy z mamą tylko to, o czym wspominają przewodniki. Nie dalej jak za kilka dni na blogu pojawi się blog o magicznych kawiarenkach na Montmartre, o atmosferze, jaka tam panuje...
      Ta forma zwiedzania, jaką praktykuję, bardzo mi leży i przykro mi, że wyciągnąłeś/aś zupełnie inne wnioski... Dalej chciałabym obskakiwać stolice. No chyba że ktoś zasponsoruje mi tydzień w dwóch stolicach rocznie. :D I załatwi mojej mamie urlop. ;)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Każdy podróżuje tak jak lubi i w sposób jaki pozwala mu sytuacja finansowa czy obowiązki szkolne lub zawodowe. I nikomu nic do tego. Najlepiej kogoś zmieszać z błotem, wdeptać w ziemię. Najchętniej ci wielcy "prawdziwi" podróżnicy zabroniliby innym turystom wychodzenia wyjeżdżania poza granice kraju.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzę, że prawdziwi twardziele też się pojawiają. Nie dość, że anonimowy (wstyd) to jeszcze wylewa z siebie tą prawdziwą polską żółć, aby drugiemu dowalić do pieca. Lepiej stary zaproponowałbyś nowy temat na bloga lub formę jego prowadzenia a nie jedziesz po dziewczynie jak prawdziwy "buraczany" patriota. Szkoda, że tylko tyle potrafisz - cóż i tacy też chcą żyć, dlatego życzę Ci aby los spłatał Ci figla i wyczyścił konta do zera - wtedy może zmienisz zdanie o takich wspaniałych i skromnych osobach jaką jest Sara realizująca swoje wielkie plany małymi nakładami.

      Usuń
    2. Nie każdy ma portfel wypchany euro żeby sobie przesiadywać w drogich knajpach w Paryżu. Sara jest uczennicą, więc skąd ma brać kasę na wyjazdy w twoim typie? Na pewno solidnie oszczędza kieszonkowe by móc spełniać swoje marzenia. Najłatwiej jest komuś przysrać zamiast podnieść na duchu, pomóc czy doradzić.

      Usuń
  3. Słów mi brak na taki hejt. "Przykre te Twoje wyjazdy" - najłatwiej oceniać, ale pomyśleć, że Tobie odpowiada taki tryb wyjazdowy to już nie łaska? Mało kto potrafi realizować swoje marzenia podróżnicze tak jak Ty Saro! Nie pracujesz na stałe, masz inne obowiązki, ważne wydatki (chociażby prawko) a mimo to jakoś potrafisz zorganizować fundusze na poznanie kolejnego miejsca. Wracasz ze wspaniałymi wspomnieniami i to jest Twoje, to zostaje w pamięci. A mi i innym czytelnikom (no nie wszystkim oczywiście) się przyjemnie czyta Twoje posty, bo widzę, czuję, że dobrze się bawiłaś. Poza tym nie szukujmy się - przy naszych pensjach w zł życie w euro nie jest tanie. Sami np. w Amsterdamie jedliśmy z kuponów w Burger King (było najtaniej), w Karlskronie w Maku, a w Pradze wybraliśmy raz taniego chińczyka, a raz droższego Hootersa, ale taki był plan - Adam chciał zjeść w tej knajpie, a tu nigdzie u nas takiej nie ma. Świadomie wybraliśmy takie miejsca. A to, że nie zwiedzasz kurczowo trzymając się przewodników potwierdziło się chociażby przy sytuacji z przystankiem i z Ogrodem Luksemburskim. Przyznam, że to miejsce byłoby idealne dla mnie, uwielbiam takie parki i ogrody :D. Trzymaj się ciepło i dalej realizuj swoje plany i marzenia <3.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie miłe słowa, komplementy, ale także za rady i konstruktywną krytykę. Jeśli zostawiacie komentarz, bądźcie pewni, że odwiedzę Wasz blog. :)
Thanks for all kind words, compliments but also for advice and constructive criticism. If you leave a comment, you can be sure that I will visit your blog. :)