wtorek, 18 lutego 2014

Czy warto płakać nad rozlaną kawą?



W którym momencie stałam się lanserką? Czy stało się to w chwili, gdy natknęłam się na słynny obrazeczek kobiety z długimi, falowanymi włosami na zielonym polu na jednym z blogów kilka lat temu? Czy może nieco później, gdy kawa (a raczej kubek z kawą, ewentualnie sam kubek) z owej kawiarni stał się moim marzeniem? Nie, chyba stałam się lanserką dopiero w momencie planowania przystanku pod nazwą Starbucks w Warszawie. Poziom lanserstwa osiągnęłam wchodząc do środka. A przekroczyłam jakąkolwiek granicę zamawiając kawę na wynos (i to średnią, im większy kubek, tym lepiej). Nadal za mało lansu… Zdjęcia z kubkiem. Sara z kubkiem. Kubek z Sarą. Sam kubek. Następnie pochwalmy się tym na Facebooku i Twitterze – niech ludzie wiedzą, co to lans.



Tak właściwie to żadnego lansu nie było, bo NIE PODPISALI MI KUBKA. Teraz pytanie – czy uznali, że jestem zbyt małym fejmem, czy po prostu zapomnieli? Słyszałam teorię, że im bardziej skomplikowaną kawę zamawiasz, tym większe prawdopodobieństwo, że ją podpiszą. Moja caffè latte okazała się zbyt plebejska. Nadal nie mogę przeżyć tego, że babka, która przygotowywała moją kawę z kubkiem, to znaczy kubek z kawą, miała w ręku marker. Dlaczego nie spytała mnie o imię?! 


Kubek zachowałam. A raczej dwa kubki – moja mama zapragnęła lansować się ze mną (mamuń, tylko pamiętaj, z umiarem!). Jej też nie napisali imienia, mimo iż wybrała mniej plebejskie waniliowe cafè latte (które smakowało jak słodki ulepek, nie dla mnie niestety).Tuż obok statuetek laureat konkursu jakiegośtam, niedaleko sztucznego kwiatka zalanego betonem (nie podlewałam), drzeworytu z Funki ukazującego moje beztalencie do jakichkolwiek prac manualnych stanęły dwa kubki. Niczym trofea.
Zostawiłam w Starbucksie 30 złotych. Mogłabym za to kupić paczkę kawy. Albo dwie. I 8 cheeseburgerów w McDonaldzie. Warto było? Dla kubka zawsze. To znaczy dla kawy. A właśnie – prawie zapomniałam. Dobra była.


Starbucks ma w Polsce 34 kawiarnie (chyba że w ostatnim półroczu otworzyła się kolejna, o której nie wiem – co za wstyd, już spadłam z samego szczytu elity…). Żadnej w Toruniu. Żadnej w Bydgoszczy. A w Warszawie kilkanaście. Gdzie tu sprawiedliwość? Aa, zapomniałam, w świecie blasków, wrzasków i swagów nic nie jest fair.  


Pozdrawiam Was i życzę samych smacznych kawusi :)
Sara

3 komentarze:

  1. haha usmialam sie :) wpadam do starbucksa od czasu do czasu ale nie po noralna ciepla kawa bo na taka mi szkoda 6euro ale po frapuccino - jest nejlepsze :D:D:D:D:D i raz na jakis czas pozwalam sobie na kawowe szalenstwo!

    OdpowiedzUsuń
  2. A moje podniebienie kawy nie może strawić... pewnie nigdy mnie tam nie będzie.

    OdpowiedzUsuń
  3. a propos tytułu, to czasami warto popłakać na rozlaną kawą, kiedy utraci się coś/kogoś bezpowrotnie ....

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie miłe słowa, komplementy, ale także za rady i konstruktywną krytykę. Jeśli zostawiacie komentarz, bądźcie pewni, że odwiedzę Wasz blog. :)
Thanks for all kind words, compliments but also for advice and constructive criticism. If you leave a comment, you can be sure that I will visit your blog. :)