niedziela, 8 czerwca 2014

Dzień z życia księżniczki



Nie wierzę w to, że nie pisałam przez 5 dni. Jak mogłam do tego dopuścić?
Moi nauczyciele skutecznie mi to ułatwili. Okropne uczucie, tak wypaść z rytmu… Ale, ale! Tylko winny się tłumaczy. Więc już przestaję.
Dzisiaj mam dla Was wreszcie nowy, pozytywny post. Po takiej długiej przerwie musi pojawić się coś luźnego. Tak jak teoretycznie nie należy pisać sprawdzianów po długim weekendzie (teoretycznie, różnie bywa), tak po mojej prawie tygodniowej (nadal nie mogę w to uwierzyć) nieobecności przyda się post… przyjemny w odbiorze. W sumie… staram się, aby był taki zawsze. :)

Wczorajszy dzień wyglądał mniej więcej tak…
Najpierw odwiedziłam moją przyszłą rezydencję. Księżniczki z Disneya mogą się schować.




Okazało się, że jej ogród jest już zagospodarowany. Bajkowy – to mało powiedziane. Zupełnie jak z baśni – niewystarczające porównanie. 




Na jednym ze skwerów znajduje się prywatna siłownia. Na powietrzu, tak w końcu dużo zdrowiej. Wypróbowałam ją. Co z tego, że w sukience? Jak być damą, to w każdej sytuacji. A o figurę trzeba dbać. Jak później wcisnę się w gorset, przygotowując się na jedno z licznych przyjęć? Ach, zapomniałabym, siłownia jest prywatna, ale poddani powinni znać moją łaskę. Pozwoliłam im ćwiczyć wraz ze mną (po co mają kisić się w domu i trenować przed ekranem laptopa z Chodakowską, gdy mogą rzeźbić swoje ciało wraz ze mną?)
 


Moi przyszli paziowie zadbali również o to, abym nie utraciła swojej sentymentalności, skłonności do beztroskiego patrzenia na świat i niewinnej dziecinności. W przypałacowym ogrodzie znalazły się więc huśtawki. Nie są wykonane z kół karety, a jedynie z opon traktorów moich pachołków, ale swoją funkcję sprawują znakomicie. Przy okazji mogłam spełnić swoje odwieczne marzenie i trochę poszybować, odbić się od ziemi, a później... znaleźć się na niej w dość brutalny sposób.







W stajni nie mogło zabraknąć mojego rumaka. Chociaż ma kolce i nie szczyci się wielkimi rozmiarami, to posiada jedną, ważną zaletę – jest oryginalny. A przecież niepowtarzalność i unikatowość są w cenie.




Gdy zbliżałam się do końca spaceru po moich posiadłościach, nagle zza rogu wyłonił się przysadzisty jegomość. Jego aparycja nie wzbudzała we mnie zachwytu. Musiał to zauważyć, gdyż… zaatakował mnie. W moim własnym ogrodzie!




Na szczęście jeden z moich domowych pupilków przechadzał się akurat po ścieżce i nadbiegł w odpowiedniej chwili. Swoim niemałym rogiem trącił nieproszonego gościa. Ten uciekł w popłochu. Wdzięczna za uratowanie życia czule podziękowałam mojemu zwierzaczkowi.




Dzień dobiegł końca, a ja wróciłam do rezydencji, posiadłości swojego przytulnego i ukochanego domku. Ach, życie księżniczki, a nawet damy dworu wcale nie jest takie proste i pozbawione wrażeń. Momentami jest wspaniałe, ale bywają też chwile grozy. Dlatego przydałby się jakiś książę u boku.

Buziaki!

Sara

2 komentarze:

  1. Co za świetny artykuł i wspaniałe zdjęcia :-)
    Aż nie mogę uwierzyć, że nikt tego nie zauważył!
    Blogerka tyle się napracowała, a tu żadnego odzewu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za tak miłe i motywujące jednocześnie słowa. To wspaniałe uczucie widzieć, że jednak ktoś zauważa moje wysiłki i docenia je ;) I że to, co robię, się podoba!

      Usuń

Dziękuję za wszystkie miłe słowa, komplementy, ale także za rady i konstruktywną krytykę. Jeśli zostawiacie komentarz, bądźcie pewni, że odwiedzę Wasz blog. :)
Thanks for all kind words, compliments but also for advice and constructive criticism. If you leave a comment, you can be sure that I will visit your blog. :)