poniedziałek, 28 lipca 2014

Wojna z wakacyjną nudą #3



Jako że tylko najtrwalsi i najbardziej cierpliwi oraz moja mama docierają do końca posta, chciałabym już na początku podziękować Wam za tak wielki odzew, jeśli chodzi o moje wygibasyna drabinie i liczenie pocztówek. Cieszę się, że spodobała Wam się moja kolekcja, dziękuję za wszystkie komentarze, setki wyświetleń, kilkadziesiąt lajków na grupach postcrossingowych. Kilka godzin nie poszło na marne, a ja miałam wrażenie, że w jakiś sposób zbliżyłam się do Was, w szczególności do tych, którzy także zbierają pocztówki. Kolekcje niektórych z Was są o wiele liczniejsze i na pewno macie wśród swoich skarbów prawdziwe perły. Nie perełki, ale perły. Dlatego gratuluję Wam wszystkim wytrwałości i życzę wielu wspaniałych niespodzianek w skrzynce! A teraz przechodzimy do sedna sprawy, zrobi się o wiele ostrzej, w końcu co poniedziałkowa walka musi się odbyć...



Do przeczytania - PS Kocham cię

Wychodzę z założenia – najpierw książka, później film. To jednak ta pierwsza forma rozrywki niesie za sobą mnóstwo korzyści takich jak wzbogacenie słownictwa, rozbudzenie wyobraźni, no wiecie, znacie to wszyscy i ja w to głęboko wierzę + po prostu kocham zatracać się zupełnie w słowach znajdujących się na papierze i przenieść na moment, ewentualnie pięć momentów, do innego świata. Filmy często… zawodzą. Niestety. Tak mnie zirytował film PS Kocham cię, że męczyłam wszystkich w domu pytaniami: Dlaczego? W jakim celu scenarzyści tak zmieniają fabułę? Mogę zrozumieć pominięcie niektórych wątków – OK, nie zmieściły się, może nie wydawałyby się na filmie aż tak porywające, nie pojmuję za to zupełnie zmiany. Dlaczego jeśli bohaterowie mieszkali w Dublinie, to w tym Dublinie nie mogli zostać, tylko trzeba było ich przenieść do mieszkania w Nowym Jorku? No po co? Co to komu? Czyżby taniej było nakręcić film w Stanach? Nie chce mi się w to wierzyć…

I o ile Hilary Swank bardzo mnie drażniła jako aktorka, to film obejrzałam do końca i niewątpliwie były w nim cudowne momenty. Ale to jednak książka okazała się mistrzostwem, chociaż niektórzy mogą pod koniec mieć już dość nieustannego zadręczania się głównej bohaterki… Ja jednak składam pokłony autorce, że wpadła na tak genialny pomysł, jakim jest tajemnicza lista (bez spoilerów!). Ach, i nie wiem, jak Wy, ale ja podczas czytania książek, w których ktoś umiera, nieważne czy na początku, w środku, czy tuż przed epilogiem, zawsze mam nadzieję, że ta osoba się… odrodzi. W końcu to tylko fikcja. Skoro w prawdziwym świecie to niemożliwe (no chyba że wyznajemy buddyzm), to może chociaż w książce…? Ale przyznam Wam się, że zazwyczaj moje nadzieje są złudne, a pragnienia reinkarnacji, zombie albo po prostu słów: On tak naprawdę nie umarł zwykle się nie spełniają.



Do zapamiętania - zmarszczki na twarzy nie byłyby problemem, gdyby wszyscy je mieli w tym samym czasie. (Elżbieta Grabosz)

Czy można było to ująć lepiej?


Do obejrzenia - PS Kocham cię i Lassie (1994)

Jeśli nie czujecie niechęci do Hilary Swank, to oczywiście polecam Wam PS Kocham cię (chociażby dla wspaniałych krajobrazów irlandzkich). A jeżeli nie pora na komedie romantyczne, to, zupełnie nieprofesjonalnie, polecę Wam kolejny film ze zwierzęciem w roli głównej. Lassie z 1994 roku. Podobno jedna ze starszych wersji jest jeszcze lepsza, istnieje również wersja z 2005 roku (ta najpopularniejsza, tj. najczęściej emitowana w telewizji). Dajcie znać, jeśli widzieliście którąś z nich, dla mnie ta, którą udało mi się obejrzeć, zupełnie przypadkiem w sobotni poranek, jest delikatnie wzruszająca. Przewidywalna, ale chyba przynajmniej jeden film o Lassie wypada mieć na swoim koncie. :) Komentarz mojej mamy do tego filmu: Piękny pies, ale nie chciałabym mieć takiego w swoim domu. Taak, oczami wyobraźni widzę jak sierść collie pozostawia po sobie ślady we wszystkich zakamarkach. Ale taki jej urok.

źródło: wallpaperswide.com

Do posłuchania- Te es fou


To bardzo nieprofesjonalne z mojej strony (znowu!), że polecam Wam piosenkę tego samego zespołu, co dwa tygodnie temu ale mam nadzieję, że wybaczycie mi to, gdy posłuchacie. Obowiązkowo oglądając teledysk. Za pierwszym razem wydaje się chaotyczna i nielogiczna, pomyślicie, że to jakiś słaby David Guetta, za drugim spróbujecie tupać (niepostrzeżenie) stopą do rytmu, a za trzecim nie będziecie mogli się doczekać czwartego i piątego powtórzenia.






Jak zawsze czekam na Wasze pomysły na pokonanie nudnych momentów w czasie upału albo letniej burzy!

Sara

2 komentarze:

  1. PS Kocham Cię -widziałam film najpierw, zamiast przeczytać książkę. Jak będę miała możliwość to na pewno to nadrobię. Mi się bardzo spodobał ten film, wzruszający ;) Jak byłam mała to zawsze chciałam mieć takiego psa i zawsze słyszałam od mamy ,że za dużo sierści ;p ale miałam inne pieski na szczęście :) Też oglądałam ten film co ty. Podobało mi się jak Lassie zawsze wracała do domu. I co do piosenki, wkręciła mi się :D jak dla mnie taki rytm stadionowy ;p

    OdpowiedzUsuń
  2. Tylko nie Lessie, co jak co, ale filmów o psach to ja nie ścierpię :P PS Kocham Cię ani nie czytałam, ani nie oglądałam, może na emeryturze, bo to nie do końca moje klimaty ;) A piosenka faktycznie, jak mówi Lenka, stadionowa, w sumie czemu nie ;) Ja z nudą walczę tak, że niestety, nie walczę wcale... Ale czytam 15 stron książki dziennie, a to bardzo dużo jak na mnie!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie miłe słowa, komplementy, ale także za rady i konstruktywną krytykę. Jeśli zostawiacie komentarz, bądźcie pewni, że odwiedzę Wasz blog. :)
Thanks for all kind words, compliments but also for advice and constructive criticism. If you leave a comment, you can be sure that I will visit your blog. :)