poniedziałek, 16 grudnia 2013

Berlińskie światełka i inne bajery

Chyba gdzieś w mózgu podświadomie postawiłam sobie cel: publikować wpisy codziennie. Pamiętacie, jak kiedyś było to normą? Zamierzchłe czasy, rajskie wakacje. Później po cichu do życia wkradła się brutalna rzeczywistość, która jest złodziejką czasu, a mówią o niej: szkoła. Gdy nie uczęszczam do niej z przyczyn niezależnych ode mnie (prędzej z powodu braku oświetlenia na drodze i nierównego pobocza), siedzę w domu, wymachując tylko jedną, zdatną do użycia nogą, posty same się tworzą, prawie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dlatego korzystajcie, póki możecie, nigdy nie wiadomo, kiedy czar pryśnie.
 




Był 5 grudnia, niebo wydawało się znużone jasnością, wokół zaczęła się unosić atmosfera pełna szarości. Zmęczeni, głodni i zmarznięci znaleźliśmy się w protestanckiej katedrze. Zwykle kojarzą się one z surowością, brakiem jakichkolwiek elementów ozdobnych. Tymczasem Berliner Dom to zdecydowane zaprzeczenie typowego zboru. Było w niej mnóstwo… wszystkiego. I mimo że jestem wielką przeciwniczką bogatych zdobień w kościołach, przepych w świątyniach zawsze budzi moją odrazę, to tym razem… podobało mi się to. Ale jeszcze bardziej od wystroju katedry podobała mi się możliwość wejścia na jej kopułę.






Na samym szczycie katedry poczuliśmy, jak bardzo nie lubi nas Ksawery. Nadal nie wiem, czy chciał nas stamtąd zdmuchnąć, czy po prostu postraszyć. Nie udało mu się ani to, ani to. Z kopuły roztaczał się wspaniały widok na, niezamknięte wtedy jeszcze, jarmarki. Tak bardzo spodobał mi się oświetlony diabelski młyn, że wyginałam i wychylałam się na wszelkie możliwe sposoby, aby uchwycić go w jak najlepszy sposób. Czy na Was świąteczne światełka też oddziałują w przedziwny sposób, wprawiają w nieodgadnioną euforię i dziwny entuzjazm?






Jednym z elementów planu naszej wycieczki, który zbytnio nie przypadł mi do gustu, było Muzeum Egipskie. Już słyszę te obelgi xd Jeśli śledzicie mojego bloga, to wiecie, że odwiedziłam to miejsce w sierpniu i było to jedno z lepszych muzeów, jakie kiedykolwiek miałam okazję zwiedzić. Dlatego gdy dowiedziałam się, jeszcze w Polsce, że zapewne przez jakiś czas tam zabawimy, trochę zrzedła mi mina. W Berlinie jest tyle ciekawych muzeów, że szkoda było mi poświęcać 2 godziny albo więcej na oglądanie tego samego. Istniał jednak jakiś niewielki cień szansy, że zamiast Muzeum Egipskiego odwiedzimy Pergamon. W sumie będąc w Berlinie, kompletnie zapomniałam o tej możliwości, nastawiłam się już na to, że znowu pojedziemy do Egipskiego i starałam się robić dobrą minę do złej gry. Tymczasem w ciągu dnia okazało się, że naszym celem jest Pergamon. Jednak los czasami człowiekowi sprzyja.



  

Niestety, nie dane mi było zwiedzić całego słynnego Pergamonu. Zajęłoby to zapewne pół dnia. My mieliśmy jedynie godzinę, a nogi odpadały wszystkim. Zmobilizowałam się jednak i zamiast siedzieć cały czas na schodach (ktoś chyba przewidział, jak bardzo męczące jest zwiedzanie Berlina i w Pergamonie umieścił schody, na których można siadać, bo nie są zabytkiem! W dodatku całkiem spore schody). Prawie biegiem (zmęczenie nie pozwalało na skuteczny bieg w sumie…) przeleciałam kilka sal.







Czasami moje umiejętności robienia zdjęć naprawdę mnie powalają, najlepszy kadr, jaki kiedykolwiek uchwyciłam, szczególnie ten grzejnik z tyłu... Oj, zdarza się. :)







Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła w muzeum choć kilku zdjęć biżuterii. Podziwianie, jak stroiły się kobiety setki czy tysiące lat temu, jara mnie prawie tak samo jak świąteczne światełka, Shia Labeouf, Hugh Jackman, 5 z matmy z niezapowiedzianej kartkówki, kolejny komentarz na blogu i lajk pod zdjęciem na fejsie.

Nie wiem, czy już Wam wspominałam, że dostaję nerwicy, gdy przyjdzie mi robić zdjęcia w muzeum. Chyba nie ma nic gorszego. Przestawianie trybów i lamp potrafi wykończyć człowieka, a i tak odbijające się światło lub niewyraźne eksponaty są nieuniknione. Jak dorobię się lustrzanki i nauczę robić zdjęcia, co w chwili obecnej traktuję jako zdolność boską, to może efekty będą lepsze.
 



Berliński dzień dobiega końca… Ale czekała na nas jeszcze jedna doba wycieczki, chociaż jak przekonaliśmy się później, to właściwie dwie, jedna zupełnie niezaplanowana…

Trzymajcie się,

Sara

PS. Zachęcam Was do polubienia Sawatki na FB CLICK

7 komentarzy:

  1. Łaaa, światełka, światełka, światełka. <3
    Chyba po wczorajszym wpisie nie muszę powtarzać, jak bardzo je kocham. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. fajnie fajnie :) widzę że przyjemna wycieczka
    a dlaczego nie lubisz bogatych zdobień w kościołach?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie lubię bogatych zdobień w kościołach, bo wydaje mi się, że można by spożytkować te pieniądze w inny, korzystniejszy sposób. :)

      Usuń
    2. ale wiesz, że artyści zdobili kościoły na chwałę Boga?
      w takim razie światełka z jarmarku też można spożytkować lepiej, np. nakarmić głodne dzieci... podobnie neony w wielkich miastach... i dużo rzeczy, które - nie wiem czemu - nie przeszkadzają ci tak jak zdobienia...

      Usuń
    3. Tak, wiem, że na chwałę Boga, ale myślę, że Bóg o wiele bardziej ucieszyłby się, gdyby ludzie okazali mu swoją wdzięczność za życie i za to, co im dał, w inny sposób, np. pomagając ludziom, będąc dla nich życzliwym.
      Oj, na tym świecie wydaje się mnóstwo pieniędzy w niepotrzebny sposób i zapewne tego nie zmienimy :)

      Usuń
  3. Świetny blog :)
    obserwujemy? :)
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. świetne zdjecia :* zazdzroszcze :D

    www.kataszyyna.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie miłe słowa, komplementy, ale także za rady i konstruktywną krytykę. Jeśli zostawiacie komentarz, bądźcie pewni, że odwiedzę Wasz blog. :)
Thanks for all kind words, compliments but also for advice and constructive criticism. If you leave a comment, you can be sure that I will visit your blog. :)