niedziela, 9 lutego 2014

Zwierzenia blondynki i wyznania blogerki cz.5

Życie to teatr. Każdego dnia odgrywamy inne role. Niektóre przymusowo, inne zupełnie z własnej woli. Jakie przebrania wkładałam na siebie w minionym miesiącu? Czy miewałam tremę? Co okazało się lepszą sceną - moja własna szkoła czy piaski Mazowsza? Czas na kolejne podsumowanie miesiąca, a poprzednie znajdziecie tu, tu, tu i tu. :)

Wcieliłam się w rolę...Turystki łaknącej jak największej liczby pięknych widoków i ogromu zdjęć (aby oczywiście przygotować dla Was fotorelację na bloga :)) oraz dziwnie spragnionej kawy dziewczyny... kawy ze Starbucksa, rzecz jasna. Ach, ta Warszawa, wyzwala w człowieku przedziwne emocje...


Chciało mi się pić nie tylko w Warszawie. Aktorskie zdolności mego podniebienia dawały o sobie znać w szczególności w szkole. Mrozy sprawiły, że zapotrzebowanie mojego organizmu na ciepłe napoje drastycznie wzrosło (a było i tak wysokie!). Pani ze sklepiku świetnie zapamiętała, że jak herbata, to tylko bez cukru. Jak mogę nazwać tę rolę, jakże przyjemną i rozgrzewającą? Degustatorka herbaty? 
Przy okazji taki krótki epizod - typowy, amerykański policjant. Donuty na pewno smakują o niebo lepiej na Manhattanie, ale nie pogardziłam też takimi jedzonymi przy moim nieamerykańskim biurku.



Rola Dziadka Mroza była przeze mnie grana niechętnie, mieszkanki Syberii też. Nie pogardziłabym propozycją wcielenia się w rolę Włoszki z południa. Bowiem wkupienie się w łaski minusowych temperatur nie należało do łatwych... Chociaż widoki były przepiękne, więc chwilami zapominałam, kogo mam grać i zamieniałam się w podziwiającą otaczający mnie świat estetkę. (Może zdjęcia nie odzwierciedlają tego uroku, widać na nich raczej poranną zawieruchę, ale to chyba jedyne fotki śniegu, które udało mi się zrobić w styczniu).



Rola, którą odgrywam codziennie, prócz weekendów. Chociaż w sumie... w soboty i niedziele też się zdarza, szczególnie kiedy poniedziałek zamierza przywitać mnie klasówką. Uczennica. Chyba całkiem dobrze wychodzi mi wcielanie się w nią, mam wprawę, w końcu to już prawie 10 lat! Jeszcze trochę zostało... Jeśli miałabym uściślić, jaką uczennicą byłam w minionym miesiącu, to nie odkryłabym Ameryki, mówiąc, że licealistką. Ale momentami moje kwestie myliły mi się z tradycyjną przedstawicielką gimbazy...



Rola, która nie wymaga ode mnie specjalistycznego stroju, mimo podróżowania... Moimi rekwizytami są jedynie: niewypisany długopis, mnóstwo znaczków i wiele pocztówek. 


Doskonale wychodzi mi granie wędrowniczka, ale spacery nocą nieco mnie przeraziły... W każdym razie rolę piechura możecie mi spokojnie, powierzyć, nie zawiodę. Dziewczyny zakochanej w swoim mieście też. :) Zachwyt światełkami byłby na pewno przekonujący!


To skoro już tak świetnie poradziłam sobie z różnymi życiowymi rolami, to może przed kamerą też się uda? Hm, no przyznam, że myślałam, iż będzie lepiej. Stres zrobił swoje. Wykręcałam palce we wszystkie możliwe strony, łapałam się policzków, jakbym co chwilę zabijała na nich jakieś niewidoczne muszki. Mogłam zrobić wiele rzeczy bardziej profesjonalnie. Ale pierwsze koty za płoty, pierwsze śliwki robaczywki! Następnym razem będzie lepiej, gorzej na pewno nie, już ja się o to postaram. Uśmiałam się nieźle, nagrywając ten filmik. Kręcenie i mówienie do Was przywiało milion pozytywnych emocji. Cieszę się, że mogłam to zrobić. Aktorka i prezenterka to niewątpliwie rola, którą muszę jeszcze poćwiczyć. Nie widzieliście jeszcze filmiku? Zobaczcie go tutaj :)





Kolejny post będzie już z granicy! Pozdrawiam Was, kochani :)
Sara


1 komentarz:

  1. Ciekawy filmik i miły głos :)
    A czerwonego nosu nie zauważyłem...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie miłe słowa, komplementy, ale także za rady i konstruktywną krytykę. Jeśli zostawiacie komentarz, bądźcie pewni, że odwiedzę Wasz blog. :)
Thanks for all kind words, compliments but also for advice and constructive criticism. If you leave a comment, you can be sure that I will visit your blog. :)