wtorek, 20 maja 2014

"Lustereczko, powiedz przecie..."



Krótko i zwięźle. Dzisiaj zdradzę Wam, gdzie poznałam sekret bycia piękną.

O dziwo, stało się to… w muzeum. Z tyłu liceum, z przodu muzeum, mawiają. Zaryzykowałam i po fachową poradę udałam się do magicznego lustra. W Muzeum Etnograficznym. Wcale nie oszalałam. 





Wśród chat sprzed wieków i narzędzi, które współczesnym ludziom nie przypominają niczego prócz kilku zbitych ze sobą desek, nietrudno było zauważyć kolejkę. Skończyły mi się porównania dotyczące kolejek, więc napiszę po prostu, że była długa. Jeśli nie potraficie wyobrazić sobie, jak długa, to… dobra, wrócę do porównań nie do pobicia. Pomyślcie o kolejce z czasów PRL-u. I teraz wyobraźcie sobie, że była ona jeszcze dłuższa. ;)

Ależ ludzie są próżni, prawda? A jednocześnie wielce zakompleksieni… Wszystkich zgubiło jedno, niewinne ogłoszenie. Znajdowało się ono przed chatą, lustro zaś ukryte było w jednej z izb...




Któż nie chciałby poznać sekretu piękna, ideału, do którego po kryjomu bądź jawnie dąży każdy z nas? Jeden bardziej, inny mniej, niektórzy w zgodzie z naturą, pozostali we współpracy ze skalpelem.

Kolejka posuwała się powoli, gdyż, jak się później okazało, magiczne lustro przyjmowało pojedynczo. Co więcej – nie powiedziało ani słowa, dopóki nie zapytałeś. Kiedy przyszła kolej na mnie, odezwałam się nieśmiało: Lustereczko, powiedz przecie, czy mogłabym być najpiękniejsza na świecie? Zmieniłam słowa bajki z należytą skromnością. Lustro po dłuższej chwili zastanowienia (Czyżbym była trudnym przypadkiem?  Czyżby nic nie mogło mi już pomóc…?) w końcu odparło:

Chociaż buźka twoja śliczna, to twa cera anemiczna. Radzę zainwestować w samoopalacz (w tym momencie mina mi zrzedła…) lub podróże do ciepłych krajów (ale już po chwili na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech).

Cóż, okazało się, że zagadka piękna wcale nie jest taka trudna do rozwikłania. Jakie tajne sposoby lustro powierzało w sekrecie innym ludziom? Nie mogę Wam tego zdradzić, w końcu to tajemnica! Chociaż… chyba magiczne lusterko nie będzie się gniewać. W końcu trzeba sobie pomagać i wspierać innych w dążeniu do doskonałości!

Pewnej dziewczynie radziło eksponować żebra.

Moją mamę podniosło na duchu i wprawiło w dobry nastrój na kolejne dwa dni, mówiąc: Chociaż lat ci przybywa, to wcale tego nie widać.

Ach, ta Noc Muzeów… 




Życzę Wam, abyście z każdym dniem byli jeszcze piękniejsi! Chyba że już się nie da :)

Sara

niedziela, 18 maja 2014

Co robić nocą?



Założę się, że macie swoje ulubione sposoby na spędzanie czasu nocą… Począwszy od nauki (taak, znam takich), na pisaniu do 3 w nocy na fejsie z kimś, z kim nie gada się w rzeczywistości (takie osoby również nie są mi obce). Ja jednak w sobotę noc spędziłam zupełnie inaczej. Nieczęsto zaglądam do muzeów za dnia, a co dopiero… po zmroku. Tymczasem właśnie do tego zachęca Europejska Noc Muzeów, podczas której muzea są bezpłatne. To jedno z tych wydarzeń, w którym uczestniczyłam nie po raz pierwszy. Właściwie to trzeci. Do trzech razy sztuka – jako iż w Toruniu jakoś nie powstają nowe muzea, za rok zapewne naszym celem będzie Gdańsk albo Warszawa… Czas pokaże. J W tym roku padło na Centrum Sztuki Współczesnej, w którym właściwie zawsze można znaleźć coś szokującego, coś rzucającego na kolana i coś, co rozumieją tylko wybrani (ani ja, ani moja mama w tym wypadku, ech).



Niektórzy twierdzą, że wolą sztukę współczesną, bo ta tradycyjna, sprzed wieków, ich nuży. Inni z kolei za nic nie chcą przekonać się do nowoczesnych tworów, swoje stanowisko argumentując tym, że teraz sztuką może być nazwane cokolwiek, na próżno doszukiwać się w niej głębi, jest po prostu trudna, a wręcz niemożliwa do zinterpretowania. W której grupie jestem? Chyba gdzieś po środku, bo lubię sztukę jako taką – nieważne, czy powstała ona w tym roku, czy kilka wieków temu. Tylko jeśli weźmiemy pod uwagę stwierdzenie ze zdjęcia poniżej, to zaczynam się gubić. Dopisek poniżej cytatu, którego nie widać już na zdjęciu, głosił: Niecenzuralne słowo, kto jest artystą?! Teraz każdy może nim być!



Co mnie zachwyciło? Gazety. A właściwie dwie wystawy z nimi w roli głównej. Dziennikarstwo to twardy orzech do zgryzienia, we współczesnym świecie niełatwo jest się wybić, tym bardziej podziwiam tych, którym to się udało. I mam nadzieję, że kiedyś do nich dołączę. Ale nie o moich marzeniach (planach?) chciałam Wam opowiadać, a o wystawach. Na jednej z nich znalazło się ponad 150 okładek gazet. Na każdej informacja o zamachu na World Trade Centre. Robi to wrażenie z kilku powodów. Po pierwsze – liczba okładek. Po drugie – ogrom i różnorodność krajów, z których pochodzą (od Niemiec po Chiny, od Stanów Zjednoczonych po Hiszpanię), a co za tym idzie – multum tytułów. Po trzecie – zdjęcia. Autorowi chodziło o to, aby zwrócić uwagę na obrazy. Muszę przyznać, że wybrał niezwykle efektowny temat. Wyobrażacie to sobie? 150 okładek wiszących na trzech ścianach, tuż obok siebie, a na każdej płomienie, dym, panika, której nie widać, ale którą można odczuć. 





Druga wystawa mojej mamy nie zachwyciła, wręcz rozbawiła, mnie za to spodobała się bardzo. Stosy gazet ułożone na długim stole, a wokół nich tablice korkowe. Na nich natomiast fragmenty wycięte przez zwiedzających. Świadomość tego, iż możesz przyczynić się czegoś, co potem będą oglądać setki ludzi, robi wrażenie. Taką sztukę współczesną to ja lubię. :) Niektórzy odwiedzający wykazali się niebywałą kreatywnością… 




W muzeum moją uwagę zwróciły także inne dzieła, których interpretację i analizę pozostawiam Wam. Dopiszcie sobie własną historię. Bo chyba właśnie o to chodzi w sztuce współczesnej.





Z jednej wystawy wyszłam z obrzydzeniem i niesmakiem malującymi się na twarzy, mimo że tabliczka przed wejściem ostrzegała, że przedstawione tam treści mogą być dla niektórych gorszące. Mnie nie tylko zgorszyły, ale i wprawiły w osłupienie. W tamtym momencie zwątpiłam w sztukę współczesną i zadałam sobie pytanie, czy tylko ja jej nie rozumiem. I chyba nie tylko ja. :)

Odwiedziłam także inne miejsca, ale o tym w następnym wpisie. Za duży natłok informacji też nie jest dobry.




Pozdrawiam Was serdecznie!

Sara

piątek, 16 maja 2014

5 rzeczy, które wyniosłabym z płonącego domu




Możemy sobie pogdybać, bo nikt nam nie zabroni. Wiadomo, że z płonącego domu ludzie jak najszybciej uciekają, zupełnie zapominając o czymś takim jak sentymentalizm, pamiątki czy miś, z którym śpią od dziecka, bo tylko on obroni ich przed potworami mieszkającymi pod łóżkiem (nie wiem, czy uda mi się Was przekonać, ale spróbuję Was uspokoić: pod łóżkiem, oprócz kurzu, nie ma nic – mój brat czołga się tam za każdym razem, gdy powiem coś nadzwyczaj górnolotnego i nadal żyje). W każdym razie gdybym naprawdę wiedziała, że nic mi się nie stanie i wyjdę bez szwanku z pożaru, ale jednocześnie miałabym świadomość, iż stanie się tak tylko wówczas, gdy zabiorę nie więcej niż 5 rzeczy, a reszta spłonie, co takiego bym wyniosła z płonącego domu?

1. Koszyk z pocztówkami. A właściwie dwa. Liczę to jako jedną rzecz, gdyż raczej nie ryzykowałabym życia, szukając jednej kartki – poza tym nie mam tej ulubionej, wszystkie z nich są dla mnie ważne – wiadomo, jedne bardziej cieszą oko, inne mniej, jedne niosą za sobą dłuższą historię, inne krótszą, ale zależy mi na wszystkich. Dlaczego akurat to? Może niekoniecznie liczy się tutaj wartość materialna – chociaż wierzę, że ponad 400 pocztówek, między innymi z takich krajów jak Brunei czy Surinam, jest trochę wartych albo przynajmniej byłoby za kilka lat. Po prostu zadaję sobie pytanie: czy miałabym poświęcić kawałek świata, który zebrałam w czasie trzech lat, pozwolić, aby płomienie leniwie lizały fragment mojej pasji?

2. Zeszyt z wierszami. Tak, tak, kiedyś próbowałam – to chyba najlepsze słowo – pisać wiersze. Teraz zdarza mi się to zazwyczaj w stanach skrajnego załamania, ale zdarza się. Wątpię w to, że owe utwory nadają się do publikacji, ale czasami nachodzą mnie takie myśli, że jeśli już zostanę sławną pisarką (za świętej nigdy), to może ktoś zainteresuje się tomikiem wierszy z dzieciństwa tej znanej XXX – choćby z czystej ciekawości i chęci sprawdzenia, jak zmienił się mój styl, jakie problemy mogła mieć szesnastoletnia dziewczyna… Poza tym w zeszycie tym z uroczymi czarodziejkami na okładce (moje pokolenie oglądało Witch, mój młodszy brat już średnio kojarzy tę bajkę) znajduje się nie 10, nie 30, nie 50, ale dużo więcej rymowanek i wierszy. Choćby jeden z nich miał okazać się udany - byłoby to już wiele. Poza tym to także swego rodzaju pamiętnik.

3. Książka. W sumie to nie wiem jaką, raczej nie byłaby to encyklopedia, myślę, że coś z mojej półki z powieściami. Nawet, jeśli chwyciłabym książkę, która nie była moją ulubioną, miałabym poczucie, że uratowałam… książkę, czyli multum słów, które komuś udało się we wspaniały i ciekawy sposób połączyć, zupełnie jakby był czarodziejem. Książek się nie pali. Chyba że będzie się zbliżać kolejna epoka lodowcowa jak w filmie Pojutrze. Wtedy zrobiłabym wyjątek, chociaż z bólem serca. Na szczęście w filmie palili głównie pozycje dotyczące prawa podatkowego. ;)

4. Dokumenty. Tak się niby mówi,  że w przypadku pożaru, jeśli uda nam się cokolwiek zabrać, powinniśmy wziąć dokumenty. Wydaje mi się, że moje resztki racjonalnego myślenia pokierowałyby mnie również w tę stronę. Pytanie tylko – jakie dokumenty? Czy dźwigałabym całe segregatory papierków?

5. Długo zastanawiałam się nad piątą rzeczą. Na myśl przychodziły mi różne przedmioty, zarówno bardziej praktyczne np. telefon, jak i odwołujące się do uczuć i emocji np. listy. W końcu stwierdziłam, iż piąty punkt pozostawię pusty. Miałabym na piątym miejscu umieścić pieniądze? W dzisiejszych czasach większość z nich trzyma się na kontach bankowych, w domu niektórzy posiadają naprawdę niewielkie kwoty. Być może niebawem wpadnę na coś, co mogłabym zabrać z domu, w rozgorączkowaniu, panice, przerażeniu i jednoczesnym zachowaniu czujności, ostrożności i spokoju. Czyli stanie niemożliwym.
A Wy co byście zabrali z płonącego domu?