Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Do Szwecji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Do Szwecji. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 maja 2020

Top 10 niezapomnianych przygód, które przeżyłam w podróży wraz z mamą



Pomyślałam, że zrobię tym postem niespodziankę mojej mamie i przypomnę nasze przygody podróżnicze. Niektóre fajne, niektóre mniej fajne, ale na pewno – niezapomniane. I co ważne, ze wszystkich wyszłyśmy cało!

1. Podczas pobytu w Wiedniu spałyśmy w jednym pokoju z… Włochem (a może Hiszpanem?), który śpiewał pod prysznicem. Trochę fałszował. W Wiedniu moja mama musiała też dobudzać mnie, gdy przysypiałam na ławce przed Hofburgiem (ale nie dlatego, że tak mi się nudziło, o nie. Po prostu dobiła mnie dwunastogodzinna podróż autokarem).
2. W Paryżu z kolei jeden pan podszedł, by zrobić sobie ze mną zdjęcie. Fotografowała moja mama. Nie wiem, czy pan sądził, że jestem sławna (może o czymś nie wiem?). Również we Francji tak długo czekałyśmy w kolejce do kontroli bezpieczeństwa na lotnisku, że prawie nie zdążyłyśmy na samolot.
3. W Finlandii z kolei utrzymywałam, że widziałam łosia. A może renifera! A mama mi nie wierzyła. Bo on leżał. Łoś w sensie. Również podczas tej podróży okazało się, że lotnisko w Turku to jest właściwie taka większa poczekalnia i cywilizacja jeszcze tam nie dotarła (chociaż fortepian mają). Kartę pokładową trzeba więc wydrukować. Udałyśmy się do biblioteki w Helsinkach i szczęśliwie udało się.
4. Na Słowacji też nie obyło się bez przygód. Zaczęło się od hotelu, który niby miał być dwugwiazdkowy, ale właściwie to on chyba nawet obok gwiazdek nie leżał. W kuchni było tak brudno, że kubki przyklejały się do blatu i… trudno było je odkleić. Poza hotelem czekała na nas masa innych przygód, tylko chyba nie wszystkie nadają się do publikacji. :D Ale domyślam się, że mama pamięta, jak to pokazywała pani w aptece, co chcemy kupić.
5. W Brukseli było pysznie: pyszne gofry, dobre frytki. I hostel tuż obok… wesołego miasteczka. Ale było też strasznie: raz ja myślałam, że zginę, a raz moja mama była pewna, że już po nas. Jechałyśmy metrem, gdy do wagonu wszedł, a raczej został wepchnięty żebrak. Niewidomy mężczyzna stanął na środku i zaczął zawodzić w niezrozumiałym mi języku. Później przeszedł się po wagonie, żebrząc. Moja mama myślała, że z nami koniec, że mężczyzna zaraz się… wysadzi. Jego śpiew przypomniał jej arabskie wzywanie muezzina i skojarzył z terrorystami-samobójcami.
6. Za to na Maltę prawie nie polecieliśmy. Bo okazało się, że mój brat ma nieważny paszport. Łzy wylewałyśmy beczkami. Ostatecznie paszportu nie udało się załatwić w dwa dni, więc polecieliśmy o wiele później. Na wycieczce moja mama spróbowała królika (nigdy więcej) i drinka z ananasa. Udałyśmy się też razem do meczetu i na spływ do grot.
7. W Budapeszcie najpierw wspięłyśmy się na górę, a potem trafiłyśmy na… protest.
8. Wspinania nie zabrakło też w Andorze. I w Barcelonie. W Hiszpanii widziałyśmy też tak długą kolejkę na koncert, że szybko sprawdziłyśmy w Internecie, co jest grane. A była grana Billie Eilish.
9. Na Cyprze z kolei mama prawie włączyła alarm w pałacu arcybiskupa.
10. A do Szwecji popłynęłyśmy jak królowe, bo rejs promem wygrałyśmy w konkursie.
Mamuń, życzę nam kolejnych wygranych podróży i jak najwięcej przygód – oczywiście tych pełnych radości!
Sara

środa, 2 października 2019

Podsumowanie wakacji - co robiłam i przeżyłam



Moje trzymiesięczne wakacje dobiegły końca. Z jednej strony się cieszę, bo wreszcie zacznę coś robić. Z drugiej strony powrót na znienawidzone studia nie powoduje u mnie nadmiernej ekscytacji.

Co ciekawego zrobiłam w te wakacje? Jakie miejsca odwiedziłam? Czego nie robiłam, bo nie chciałam albo… mi się nie chciało? Oto podsumowanie.
Zacznijmy od tego, co tygryski lubią najbardziej, czyli od podróży! W te wakacje nie planowałam dwóch wycieczek zagranicznych, ale tak jakoś przypadkiem wyszło, że wygrałam rejs promem do Szwecji. Dzięki temu z bratem zwiedziliśmy cudowną Karlskronę, do której pewnie nie wybrałabym się, gdyby nie ten konkurs. Poza tym odhaczyłam dwudziestą czwartą stolicę i to dość niepopularną – miasto Andorra la Vella. A stało się to przy okazji podróży do Barcelony - żałuję, że to nie stolica Hiszpanii, bo znalazłaby się na pewno bardzo wysoko w moim rankingu.
Niezapomniana była również dla mnie podróż na Podlasie. To jedna z tego rodzaju wycieczek, które odwlekałam od dawna. W końcu zobaczyłam meczet w Kruszynianach. Być może część z Was pamięta, że przez kilka lat jednym z moich celów rocznych było: "Zobaczyć meczety w Kruszynianach i Bohonikach". Tym razem nie umieściłam tego punktu na liście, a na Podlasie pojechałam. I przekonałam się, że to faktycznie jest trochę inny świat. Tam można usłyszeć ciszę.
Co jeszcze ciekawego zrobiłam w wakacje? Ano starałam się jak zawsze trochę ukulturnić. Obejrzałam dwa wspaniałe muzyczne filmy – "Rocketman" i "Yesterday". Byłam w kinie na "(Nie)znajomych" – bardzo Wam polecam tę produkcję. Jest polska, ale niech to Was nie odstrasza. Można się pośmiać, ale też… zastanowić nad życiem. Bo film ten jest w gruncie rzeczy bardzo, bardzo życiowy i prawdziwy. Nie jakieś tam dyrdymały, które zdarzają się tylko na srebrnym ekranie. W wakacje obejrzałam także dwa starsze filmy – "Utoya, 22 lipca" o zamachu Breivika i "Marsjanin" z genialnym Mattem Damonem. Opowieści o kosmicznej tematyce raczej nie należą do moich ulubionych, ale tę ogląda się wyjątkowo przyjemnie. Można trochę się pośmiać, ale i wzruszyć.

W wakacje przeczytałam 15 książek. Niektóre były bardzo słabe jak bijąca rekordy książka z leniwcem na okładce "Jak mniej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych", ale były też wyjątkowo świetne jak "Too late" Colleen Hoover, która niezmiennie pozostaje moją ulubioną autorką.

Ukulturniałam się nie tylko w domowym zaciszu. W minione lato odwiedziłam dwa świetne muzea toruńskie – Muzeum Zabawek i Bajek oraz Muzeum Dom PRL-u. Oba serdecznie Wam polecam, a szczegółowe relacje z tych miejsc znajdziecie na blogu.
W wakacje odhaczyłam również punkt z mojej listy celów, który brzmiał "Zobaczyć Notre Dame de Paris". Kupno biletów na ten musical było świetną decyzją, nie żałuję wydanych pieniędzy. Uwielbiam muzykę z musicali, słucham Studia Accantus, ale jakoś nigdy nie było mi po drodze do teatru. Tymczasem to, co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Mam nadzieję, że w najbliższym sezonie uda mi się zobaczyć kolejny musical – może "Miss Saigon" w Łodzi.
Sporo czasu w ciągu ostatnich trzech miesięcy spędziłam również na oglądaniu… list przebojów. Na Stars TV emitowano genialne topy alfabetyczne (top 36 przebojów na daną literę), a także inne listy ze starymi, kultowymi piosenkami. Trochę żałowałam, że nie mam telewizora we własnym pokoju, ale w sumie w salonie jest więcej miejsca do tańczenia.

I w końcu dochodzimy do jednego z najważniejszych wydarzeń tego lata. Decyzji, która zmieniła moje życie. W naszym domu zamieszkał Nicolas, kotek brytyjski. Zmodyfikował niektóre z naszych nawyków, a przede wszystkim dał nam dużo radości. Co lubi robić Nicolas? Siedzieć tam, gdzie dużo kurzu, czyli pod łóżkiem, prosić o jedzenie, uprawiać parkour. To prawdziwa gwiazda Instagrama. Nie wiem, jak to się dzieje, że z miejsca go pokochałam. Chociaż budzi mnie nad ranem, udając okręt.
Przeglądam mój kalendarz i nadziwić się nie mogę, że tyle fajnych rzeczy miało miejsce w te wakacje. A wydawało mi się, że nie robiłam kompletnie nic. Przeczą temu odwiedzone festiwale, escape roomy, napisane teksty, przeprowadzone wywiady, zdobyte nagrody. Cieszę się, że zapisuję miłe rzeczy, które wydarzyły się danego dnia. To pozwala jakoś bardziej docenić życie. I nawet to, że nie poszłam w końcu do kina na "Króla lwa", przestaje mnie martwić.
A ostatni dzień wakacji spędziłam w studiu nagraniowym. Szczegóły wkrótce. :)
Jak tam Wasze wakacje? Gdzie byliście, co zobaczyliście, co przeżyliście, co dobrego zjedliście, co przeczytaliście?
Sara

niedziela, 8 września 2019

Co można kupić w sklepie na promie Stena Line?


Wydaje mi się, że każdy z nas jako dziecko marzył, aby dostać jakąś sporą kwotę pieniędzy i wydać ją w sklepie, na co się tylko chce. Dzięki zwycięstwie w konkursie Stena Line mogliśmy z bratem przeznaczyć aż 1000 zł (słownie: tysiąc!) na produkty w sklepie pokładowym na trasie Gdynia-Karlskrona. Co kupiliśmy?

Jeszcze przed podróżą przeglądaliśmy katalogi Stena Line, by zdecydować, na co wydamy otrzymane bony. Kwota wydawała nam się ogromna, ale jak się okazało już na miejscu, przydałoby się jeszcze trochę pieniędzy… :D

Co można kupić w sklepie Stena Line? Na początku warto wspomnieć, że katalog nie zawiera wszystkich produktów. W sklepie możecie znaleźć:

- perfumy,
- kosmetyki,
- biżuterię i zegarki,
- bieliznę i skarpetki,
- elektronikę tzn. słuchawki czy powerbanki
- alkohol,
- słodycze,
- maskotki,
- klocki LEGO,
- pamiątki,
- okulary przeciwsłoneczne,
- torby,
- papierosy.

W regulaminie konkursu napisano, że nie możemy nabyć alkoholu ani papierosów. Nastawialiśmy się więc na zakup słodyczy i markowych perfum. Ostatecznie wygrane bony przeznaczyliśmy na słuchawki bezprzewodowe dla Dawida i tradycyjne nauszne dla mnie. Każde z nas kupiło sobie również perfumy. Nie byłabym sobą, gdybym nie przywiozła do Polski słodyczy. W sklepie pokładowym można znaleźć ogromne paki znanych smakołyków takich jak Mentosy czy Kinder Czekoladki. My jednak zdecydowaliśmy się na zakup szwedzkich słodkości, w tym czekolad Marabou. Do tego dorzuciliśmy jeszcze Geishę, którą trudno dostać w Polsce i ogromne Toblerone, chyba największe, jakie w życiu widzieliśmy. Z podróży przywieźliśmy też przeuroczą maskotkę fokę.
I choć mieliśmy do wydania 1000 zł, podczas zakupów stwierdziliśmy, że… przydałoby się więcej. A bo może jeszcze powerbank, a może jeszcze jedne perfumy… Człowiek to zachłanna istota!

Te zakupy to była niezła przygoda. Szkoda, że asortyment sklepu pokładowego nie jest szerszy. Ale nie ma co narzekać – dzięki wygranemu bonowi kupiliśmy przedmioty, na które na co dzień nie możemy sobie pozwolić, chociażby markowe perfumy czy gadżeciarskie słuchawki na bluetooth.

Jestem ciekawa, na co Wy wydalibyście 1000 zł na promie!
Sara

piątek, 6 września 2019

Karlskrona w jeden dzień – co warto zwiedzić?


To zabrzmi okrutnie, ale gdybym nie wygrała biletów na prom Stena Line, zapewne sama nie zdecydowałabym się na taką wycieczkę. Dobrze więc, że udało mi się zdobyć nagrodę, bo… Karlskrona bardzo mnie zaskoczyła, jest naprawdę malownicza i przywiozłam z niej piękne wspomnienia.

W poprzednim poście opowiadałam Wam, jak minęła podróż promem. Do terminalu w Karlskronie dopłynęliśmy o 7:30. Zostawiliśmy walizkę w skrytce bagażowej, kupiliśmy bilety całodzienne w automacie i udaliśmy się w stronę autobusu. Ważne jest to, że w Szwecji zawsze wsiadamy do pojazdu przednimi drzwiami. Podróż do centrum nie trwała zbyt długo, ok. 20 minut. Wysiedliśmy na przystanku Karlskrona Centrum i ruszyliśmy na podbój miasta. Miasta, które jeszcze spało. Było cicho, rześko i bardzo przyjemnie. Na palcach jednej ręki mogliśmy policzyć ludzi, których spotkaliśmy po drodze. A naszym pierwszym punktem na liście "must see" był rynek, na którym znajdują się trzy zabytki – Ratusz oraz Kościół św. Trójcy i Kościół Fryderyka. Świątynie wydawały się dość zaniedbane. To ratusz prezentował się najładniej spośród tych trzech budowli. Chwilę pokręciliśmy się po placu, na którym akurat rozkładały się niewielkie bazarki, i ruszyliśmy dalej. 
Piechotą udaliśmy się do drewnianego Kościoła Admiralicji oraz położonego nieopodal Bastionu Aurora. Mój brat nie miał ochoty na oglądanie świątyni z bliska, a szkoda, bo czytałam, że tuż obok stoi figurka Matsa Rosenboma. Nam jednak nie dane było się z nim przywitać. Usiedliśmy więc przy bastionie, by podziwiać morze. Nadal było cicho i bezludnie, nie wybiła jeszcze 9.
Powolnym spacerkiem udaliśmy się w stronę portu, z którego odpływają bezpłatne promy na wyspę Aspo. Kolejny ruszał o 9:30. Promy te wyglądają jak platformy. Przewożą zarówno samochody, jak i pasażerów pieszych. Rejs trwał około 25 minut. Podziwialiśmy okoliczne wysepki – Karlskrona położona jest aż na 33 wyspach, więc było co oglądać. W końcu dotarliśmy do wyspy. Spacer po Aspo będę wspominać jako jedną z najmilszych części tej wycieczki. Znów było bardzo cicho i spokojnie. Wyspa słynie z typowych szwedzkich domków. Szliśmy więc wąską asfaltową drogą i chłonęliśmy atmosferę Aspo. Nie mieliśmy żadnej mapy, po prostu spacerowaliśmy. W końcu dotarliśmy do największej atrakcji wyspy, czyli zamku. Wstęp jest darmowy. Wokół nie było żywej duszy, zajrzeliśmy więc we wszystkie zakamarki twierdzy położonej nad brzegiem morza. Chodziliśmy po pomostach, kazamatach i wzgórzach, a wiatr układał nam włosy. Widoki były bajeczne.
Chcieliśmy wracać promem o 12:30, więc ruszyliśmy w drogę powrotną tą samą trasą. Gdybyśmy mieli więcej czasu, moglibyśmy obejść wyspę dookoła. Właściwie to mieliśmy czas, ale chcieliśmy zostawić trochę sił na dalsze zwiedzanie Karlskrony.

Po rejsie promem udaliśmy się do Muzeum Marynarki Wojennej. Dla wielu osób może to być genialna atrakcja, widać, że w wybudowanie tej instytucji włożono mnóstwo pracy i pieniędzy. Nas jednak ta tematyka w ogóle nie interesowała, przez muzeum więc przeszliśmy, zatrzymując się jedynie przy bardziej interesujących okazach. Zajrzeliśmy do łodzi podwodnej, pograliśmy na interaktywnych tablicach, weszliśmy do tunelu i… tyle. Gdyby ktoś chciał, mógłby spędzić w Marin Museum cały dzień. My jednak woleliśmy podziwiać naturę. 
Stwierdziliśmy jednak, że najpierw przydałoby się coś zjeść. W muzeum można skorzystać z bufetu, ale kosztuje to od 90 do 120 SEK. Poza tym Dawidowi nadal wszystko śmierdziało rybą po wykwintnej kolacji na promie. Zdecydowaliśmy się więc na… McDonalda. I tu całkiem niezła historia. W 2019 roku zamknięto McDonalda znajdującego się w centrum Karlskrony. Udaliśmy się więc autobusem do jedynego pozostałego fast foodu. Jakie było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że położony jest on na wylotówce z miasta, tuż obok stacji benzynowej… Na początku nie wiedzieliśmy nawet, jak przejść przez ruchliwą szosę. W końcu znaleźliśmy podziemne przejście. W McDonaldzie spotkało nas parę zdziwień – począwszy od braku elektronicznych stanowisk do zamawiania, skończywszy na dozowniku do keczupu. Zjedliśmy i… wróciliśmy do centrum. Naszym kolejnym celem była dzielnica kolorowych domków - Björkholmen. Wcześniej na jednym z blogów wyczytałam, na jakiej ulicy jest ich największe zagęszczenie. Tym największym zagęszczeniem okazały się trzy domki stojące obok siebie…
Pstryknęliśmy kilka zdjęć i wróciliśmy w okolice przystanku autobusowego. Znajdowała się tam bowiem marina i… tajemnicza wyspa. Prowadziła do niej drewniana kładka, położona między szuwarami. Weszliśmy. Po chwili znaleźliśmy się na bezludnej wyspie - Stakholmen. Towarzyszyły nam cudowne widoki m.in. na białe domki na Brändaholm.
Zobaczyliśmy wszystko, co mieliśmy w planach, do promu pozostało jednak trochę czasu. Wróciliśmy więc do centrum, by zjeść deser. Szukaliśmy lodziarni. W pewnym momencie zauważyliśmy bardzo długą kolejkę. Jak się okazało, prowadziła ona do lodziarni serwującej ogromne gałki i oferującej wiele smaków. Wypisano je w języku szwedzkim, więc przetestowaliśmy nasze zdolności lingwistyczne. Gałki faktycznie były bardzo duże, większe niż w toruńskim Lenkiewiczu. Ciekawostką jest fakt, że za lody zapłaciliśmy więcej niż za obiad w McDonaldzie…
Pod wieczór pogoda nieco się popsuła, usiedliśmy więc na chwilę w kawiarni, a później udaliśmy się na terminal.
Karlskrona ogromnie mnie zaskoczyła. Bardzo spodobał mi się spokój i panująca w miasteczku cisza. Najwięcej ludzi spotkaliśmy zdecydowanie w Muzeum Marynarki Wojennej, w innych miejscach niekiedy przez dłuższy czas nie widzieliśmy nikogo. Na pewno warto odwiedzić Karlskronę dla widoków. To idealne miejsce na jednodniowy wypad. Nie dłuższy, bo potem zapewne byście się tam nudzili.
W kolejnych postach opowiem Wam o cenach w Karlskronie i pokażę, na co wykorzystaliśmy wygrany voucher.
Jak Wam się podoba Karlskrona?
Sara

niedziela, 1 września 2019

Podróż promem Stena Line do Karlskrony – jak wygląda?


Nadszedł w końcu czas, bym opisała Wam moją zwycięską podróż. Na fanpage’u Stena Line na Facebooku udało mi się wygrać rejs dla dwóch osób do Karlskrony w Szwecji wraz z posiłkami na promie i bonami do wykorzystania w sklepie pokładowym. Najpierw opowiem Wam, jak wyglądał rejs promem.

Terminal promowy Stena Line znajduje się w Gdyni. Udaliśmy się do tego miasta pociągiem z Torunia. Przed wypłynięciem zdążyliśmy jeszcze zjeść coś dobrego nieopodal plaży (nie była to jednak ryba za 100 zł za kg, tylko pierogi :D) oraz… pójść do escape roomu!

Jak wygląda terminal promowy Stena Line? Właściwie jak poczekalnia u lekarza. Nie ma tam żadnych restauracji, kawiarni, nie ma również kantoru. Znajdziecie tam jedynie stanowiska do samodzielnej odprawy i kasy, w których również możecie się odprawić i pobrać swoje karty. Są też toalety oraz automaty z przekąskami. Warto wiedzieć, że jeśli wybieracie się w podróż promem, musicie mieć przy sobie potwierdzenie rezerwacji. Znajdujący się na nim kod posłuży Wam do odprawy, której należy dokonać najpóźniej godzinę przez wypłynięciem. Czy opłaca się być na terminalu dużo wcześniej? Myślę, że nie ma takiej potrzeby, my dotarliśmy tam dwie godziny przed wypłynięciem, a odprawa nie zajmuje wiele czasu. Wydaje mi się, że optymalny czas przybycia na terminal to półtorej godziny przed rejsem. W razie gdyby były kolejki, mamy trochę zapasu.
Na prom o 21 pasażerowie wpuszczani są o godz. 20:15. Z racji tego że naszą nagrodą były również posiłki, szybko udaliśmy się do kabiny, by zostawić bagaże i od razu poszliśmy coś zjeść. Przysługiwały nam kolacje i śniadania w restauracji Taste. To lokal z bogatym szwedzkim stołem. Możecie tam zjeść zarówno posiłki na ciepło, jak i na zimno. Są mięsa, ryby, owoce morza, przystawki, sałatki, ziemniaczki, deska serów, mnóstwo ciast. Z jednej strony aż nie wiadomo, czego spróbować, z drugiej – z bratem uznaliśmy, że taki kolacyjny bufet nie jest dla nas. Brakowało nam tam rzeczy, które z chęcią jemy na co dzień takich jak pierogi, naleśniki, makaron czy chociaż kotlety. :D Śmialiśmy się, że szwedzki stół jest dla dorosłych ludzi, którzy lubią śledzie i inne takie. Jednak korzystając z okazji, mój brat odważył się posmakować muli, krewetek i kawioru. Żałował tego do końca wycieczki, bo przez całą noc wszystko śmierdziało mu rybą.
Po kolacji wyszliśmy jeszcze na pokład, by zrobić kilka zdjęć. Później spędziliśmy chwilę w sklepie i wstępnie zorientowaliśmy się, na co podczas podróży powrotnej moglibyśmy przeznaczyć nasze vouchery. Mieliśmy do wykorzystania aż 1000 zł.
Jak wyglądała nasza kabina? Spaliśmy w kabinie Comfort plus z oknem, w której znajdują się łóżka, wieszaki, telewizor, mały stoliczek, lustra, łazienka z prysznicem. Kabinę trzeba opuścić teoretycznie na półtorej godziny przed dopłynięciem do portu. Mieliśmy dotrzeć do Karlskrony o 7:30, więc wypadało zwolnić kabinę ok. 6:00. O tej godzinie budziło nas "Sailing" Roda Stewarta płynące z głośników. Prawda jest jednak taka, że mało kto wychodzi z kabiny równo o 6:00. My na śniadaniu pojawialiśmy się ok. 6:15, po czym wracaliśmy jeszcze po bagaże, które można zabrać z kabiny pół godziny przed dopłynięciem.

Warto wspomnieć, że noc na promie można spędzić na różnych rozrywkach. My mieliśmy w planach całodzienne zwiedzanie, więc zależało nam na tym, aby się wyspać, nie w głowie nam były dyskoteki czy siłownia. Jednak dla chętnych istnieje możliwość skorzystania ze SPA, są też automaty do gier i oczywiście sklep. O tym, co można w nim kupić i co my przywieźliśmy do Polski, opowiem Wam w osobnym poście.

Kolacje nas nie zachwyciły, a co ze śniadaniami? Poranny posiłek wspominamy o wiele lepiej. Do wyboru były płatki, jajecznica, pieczywo, różne sery i dodatki do kanapek, naleśniki, jogurty… Słowem – wszystko, co można zjeść na śniadanie. Nieważne, czy lubicie słodki początek dnia, czy wolicie słone potrawy. Akurat śniadanie na promie to coś, na co nie narzekaliśmy.

Po 10,5 godzinach rejsu dopłynęliśmy do Szwecji. Powitały nas piękne widoki i malownicze wysepki. Po opuszczeniu promu zostawiliśmy torbę w skrytkach bagażowych na terminalu – ich koszt to 20 SEK mała, 40 SEK duża. Nasza podręczna walizka spokojnie zmieściła się do mniejszej skrytki. I tutaj bardzo ważna rzecz: skrytki przyjmują wyłącznie monety o nominałach 10 SEK. Próbowałam zdobyć taki bilon w kantorach w Toruniu, jednak było to niemożliwe. Banknoty rozmieniła mi dopiero miła pani w kasie na terminalu w Gdyni. Być może na promie również uda Wam zdobyć monety. Skrytek jest niewiele, bo tylko 63, warto więc postarać się być jedną z pierwszych osób opuszczających pokład. Oczywiście nie wszyscy pasażerowie korzystają ze skrytek, część z nich podróżuje samochodami, wielu wsiada do autokarów i rusza na wycieczki do Kopenhagi, Legolandu czy na Bornholm. Jednak jeśli decydujecie się na całodzienne zwiedzanie Karlskrony, to zostawienie bagażu w skrytkach na pewno ułatwi Wam późniejszy spacer. Jeśli nie uda Wam się znaleźć wolnej skrytki, przechowalnia bagażu znajduje się również na dworcu kolejowym w Karlskronie.
Z terminalu w Karlskronie do centrum odjeżdża autobus nr 6. Bilety można kupić u kierowcy (płatność tylko kartą) bądź w automacie na terenie terminala. My zdecydowaliśmy się na zakup w tym drugim miejscu, ponieważ było to bardziej opłacalne. Bilet całodzienny na poruszanie się po Karlskronie to koszt 59 SEK dla dorosłego i 35 SEK dla osób do 19 roku życia. Z kolei na bilet jednorazowy zakupiony u kierowcy musielibyście przeznaczyć 35 SEK (dzieci 21 SEK). Zdecydowanie więc opłaca się kupić bilet całodzienny, jeśli wieczorem wracacie do Polski. Autobus nr 6 kursuje w dni powszednie co 20-30 minut, w weekendy zaś co 30-60 minut. W praktyce jednak gdy wysiedliśmy z promu czekały na nas aż dwa pojazdy. Czas dotarcia do centrum wynosi ok. 30 minut. Ale o tym, co zobaczyliśmy w Karlskronie, opowiem Wam w kolejnym poście.

Jeśli macie jakieś pytania dotyczące podróży promem, piszcie śmiało!
Sara

wtorek, 28 maja 2019

Mój subiektywny ranking stolic europejskich cz. 1


Podobno już się pogubiliście. Nie wiecie, gdzie byłam, gdzie nie byłam. Dziś więc skromnie przypomnę 23 stolice, które już odwiedziłam. Drugie tyle przede mną!

Ostatni ranking stolic europejskich pojawił się na tym blogu w 2017 roku, gdy miałam za sobą 14 odwiedzonych stolic. Od tego czasu sporo się zmieniło – nie tylko zwiedziłam nowe miasta, lecz także wróciłam do niektórych z nich.

Właściwie im więcej miejsc poznaję, tym trudniej jest mi tworzyć takie rankingi. Bo trudno jest porównywać coś, co jest zupełnie inne. Dlaczego mam zestawiać Helsinki z Rzymem, skoro te miasta powstały w zupełnie innym okresie, położone są na innej szerokości geograficznej, różni je wielkość, liczba ludności i tysiące innych rzeczy? Tym razem postanowiłam, że ranking będzie wyglądać nieco inaczej. Stworzyłam właściwie spis skojarzeń – i tych dobrych, i tych złych. Starałam się jakoś uporządkować miasta pod względem poziomu sympatii, ale nie jest to sztywne ustawienie. Za to bardzo, bardzo subiektywne.

Powiem Wam, że w pewnym momencie, gdy rozpisałam ten ranking  na kartce, stwierdziłam, że uszeregowanie stolic od najwspanialszej, najpiękniejszej, tej, którą wspominam najlepiej do tej, która nie zagościła w moim sercu, jest… niewykonalne. Nie chciałam skrzywdzić żadnej ze stolic. Poza tym niektóre może nie cechują się wyjątkową architekturą, ale są po prostu bliskie mojemu sercu. Z kolei ślad po wizytach w niektórych z nich powoli zaciera się w mojej pamięci…

Wpis podzieliłam na dwie części – gdybym zaczęła opisać wszystkie dwadzieścia trzy odwiedzone stolice w jednym tekście, to wyszedłby nam rozdział książki.

Zacznę od końca.

23. Bratysława. Nawet po kilku latach od wizyty w tym mieście Bratysławę nadal umieszczam na szarym końcu. No ale ktoś musi zająć to zaszczytne, ostatnie miejsce. Bratysława to stolica, do której nie chciałabym wrócić, bo nie widzę powodu, dla którego miałabym to zrobić. Miasto dało mi się poznać jako szare, smutne, brudne, postkomunistyczne, zaniedbane. Zobaczyłam, co miałam zobaczyć, skręciłam kostkę, spałam w obskurnym hotelu i nie mogłam się z nikim dogadać. Czy zauważyłam jakiekolwiek plusy tego miasta? Ciekawe pomniki i ładny zamek.
22. Tallinn. To miasto nie jest brzydkie. Tylko że nie zapisało się w mojej pamięci. Pewnie przyćmiła je Ryga, w której wówczas nocowaliśmy. Tallinn… po prostu odwiedziłam. Było fajnie, momentami zabawnie. Na przykład wtedy gdy nie byliśmy pewni, czy to, co oglądamy, to faktycznie Pałac Kadriorg, czy może tylko jakaś przybudówka.
21. Wilno. Po latach jawi mi się jako miasto, do którego nie chciałabym wrócić. Gdy myślę o Wilnie, widzę kościoły, cmentarze… Mało zachęcający widok, prawda? Pozytywnym punktem tego miasta była na pewno wizyta w Republice Zarzeczańskiej, czyli artystycznym państwie w państwie. Władca tej nie przez wszystkich uznawanej krainy wysłał mi nawet maila z podziękowaniami za promowanie jego kraju.
20. Dublin. Podróż do Dublina zaliczam do dość… trudnych. To był nasz pierwszy wspólny wyjazd z Maćkiem, dochodziło do małych zgrzytów, w naszym pokoju chrapał narkoman, a i pogoda nie za bardzo sprzyjała. Może miasto pubów po prostu nie powinno przypaść do gustu dziewczynie, która nie pije alkoholu. Co dobrego zapamiętam z Dublina? Przepiękne parki.
19. Berlin. Byłam w tej stolicy kilkukrotnie i wydaje mi się ona zbyt nowoczesna. Wiadomo, że Berlin był zniszczony po II wojnie światowej i nie znajdziemy tak urokliwego Starego Miasta. Gdybym miała wrócić do tej stolicy, to chciałabym zobaczyć Pałac Charlottenburg, który de facto położony jest pod Berlinem.
18. Sofia. Gdy wybieraliśmy się w podróż do Aten i Sofii, czułam, że grecka stolica mnie zawiedzie, a ta bułgarska zaskoczy. W sumie było na odwrót. W Sofii spodobała mi się multireligijność – tu meczet, tam cerkiew, nieco dalej synagoga. Lubię czytać o wierzeniach innych narodów i te elementy miasta wydawały mi się interesujące. Poza tym było jednak dość… smutno. Dało się dostrzec, że nie jest to zachodnie miasto. Plus za położenie nieopodal gór i przelatujące samoloty.
17. Bruksela. Zawsze gdy opowiadamy z mamą o stolicy Belgii, podkreślamy, że zabytki były piękne, ale samo miasto brudne i zaniedbane. Spotkałyśmy w nim wielu bezdomnych i żebraków – nawet takich z Polski… Zaskoczyło nas to, że miasto uznawane za stolicę Unii Europejskiej wygląda właśnie tak. Zabytki były naprawdę piękne, kojarzyły się nieco z architekturą wiedeńską. Gofry w Brukseli bardzo nam smakowały. Frytki belgijskie natomiast lepsze jadłam w Polsce.
16. Londyn. Gdy myślę o Londynie, to dochodzę do wniosku, że to wcale nie jest jakieś wybitnie ładne miasto. Na pewno najlepiej zapamiętam z tej stolicy wizytę w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds. Możecie uważać to za płytkie, ale ja bawiłam się w tym miejscu po prostu genialnie. I to najlepiej zapamiętałam z Londynu
15. Sztokholm. Możliwe, że gdybym odwiedziła nieco mniej stolic, to Sztokholm znalazłby się wyżej. To naprawdę przyjemne miasto, ciekawie położone, otoczone przez wodę. Super było to, że w Sztokholmie nie tylko oglądałyśmy zabytki, lecz także bawiłyśmy się w Junibacken, czyli Muzeum Szwedzkiej Literatury, i spacerowałyśmy po ogromnym skansenie. Co więcej, zajrzałyśmy też do parku rozrywki Grona Lund, gdzie przejechałam się kolejką górską. W sumie teraz żałuję, że miałam wówczas zamknięte oczy.
14. Watykan. Niełatwo oceniać drugą najmniejszą stolicę świata. Wiadomo, że trudniej będzie jej się bronić. W dodatku nie czuję się do końca swobodnie, wypowiadając się o Watykanie, bo, mimo że odwiedziłam ten kraj i miasto dwukrotnie, to nie zwiedziłam Kaplicy Sykstyńskiej. Bądź co bądź uważam, że warto zobaczyć Watykan, nieważne, czy jesteś osobą wierzącą czy nie.
13. Helsinki. Niby takie nic, a jednak coś. Helsinki to ostatnia odwiedzona przeze mnie stolica. I chociaż pogoda nie w pełni dopisała, to miasto będę wspominać miło, głównie ze względu na wyspę Suomenlinnę. Mało turystów, sielsko, cicho i przyjemnie.
Kolejne miejsca w następnym poście. Jak obstawiacie, co znajdzie się na podium? Czy coś Was zdziwiło? Jak wyglądałby Wasz ranking stolic europejskich?
Uściski!
Sara