Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wywiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wywiady. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 lutego 2019

400 escape roomów na koncie. Wielka pasja w sercu - wywiad z Wypuśćcie Nas


Zawsze mają ochotę na wypad do escape roomu. Odwiedzili ich blisko 400. Możliwość spotkania z Agatą i Wojtkiem bardzo mnie ekscytowała. Efekty mojej ekscytacji możecie zobaczyć poniżej.


Odwiedziliście blisko 400 pokoi. Ale ja muszę zapytać o ten pierwszy. Czy pamiętacie, jak to się stało, że poszliście do escape roomu?


Wojtek: To wyszło ode mnie. Siedzieliśmy na grillu i zastanawialiśmy się, co nowego i fajnego moglibyśmy zrobić. Powiedziałem do Agaty: "Teraz jest moda na escape roomy. Może się wybierzemy, sprawdzimy co to." Poszliśmy do jednego z gdyńskich escape roomów we trójkę, z kolegą. To właśnie z nim zaliczyliśmy około 200 pokoi. A tego pierwszego dnia tak nam się spodobało, że od razu odwiedziliśmy trzy pokoje.
Agata: Pamiętam uczucia, jakie towarzyszyły mi przy pierwszej wizycie w pokoju. Drżały mi ręce, czułam się taka napięta i podekscytowana.

Czyli od razu polubiliście escape roomy, czy wkręciliście się dopiero po kilku rozgrywkach?

W: Zdecydowanie od razu się wkręciliśmy. Do kolejnego, czwartego pokoju poszliśmy po tygodniu. A nasz pierwszy wyjazd do escape roomów w innym mieście zorganizowaliśmy już trzy miesiące po pierwszej wizycie w pokoju zagadek.

Czy odwiedzacie również pokoje za granicą?

W: Byliśmy w pokoju na Lanzarote podczas wakacji. Planujemy pojechać też do Budapesztu.
A: Wydaje mi się, że tam powstały pierwsze pokoje w Europie.
W: I tam są podobno najlepsze escape roomy w Europie. Chcemy to sprawdzić.


Co myślicie o chodzeniu do tego samego pokoju więcej niż raz? Czy zdarza Wam się wrócić do raz odwiedzonego escape roomu?

W: Zdarza nam się wracać do pokoi, do których mamy duży sentyment.
A: Czasami też zaglądamy do odwiedzonych już wcześniej pokoi, które znajdują się w zaprzyjaźnionych firmach.
W: Ot tak, żeby je sobie odświeżyć wizualnie.
A:Przyznaję, że ja z chęcią wróciłabym do niektórych pokoi. Prawda jest taka, że jak się odwiedza mnóstwo escape roomów, to po pewnym czasie wielu rzeczy się nie pamięta. Dla przykładu – część z odwiedzonych wcześniej trójmiejskich pokoi powtórzyliśmy podczas Ligi Uciekinierów. Z jednego pokoju, z którego uciekliśmy podczas pierwszej wizyty, nie wyszliśmy podczas drugiej gry. Próbowaliśmy rozwiązać zagadki z pamięci i tak się skupiliśmy na tym, że coś powinno być tak, a nie tak, że straciliśmy mnóstwo czasu.


Co sądzicie o toruńskim rynku escape roomów?

A: Na toruńskim rynku przydałaby się firma-lider, która podniosłaby poprzeczkę.
W: Jeśli jest lider, to inne firmy próbują mu dorównać, co sprawia, że podnosi się poziom, to stwarza taką zdrową konkurencję. W Toruniu escape roomy są na dobrym poziomie, ale mniej więcej wyrównanym. 
A: W Toruniu brakuje też takiego elementu, który szczególnie zapadłby w pamięć, wyróżnił się w jakiś sposób.
W: Poza tym w Toruniu nie ma zbyt wielu pokoi – około 25. Przydałaby się tu jakaś rozpoznawalna firma.


Czy sądzicie, że escape roomy to droga rozrywka?

W:To zależy. W niektórych miastach, np. w Toruniu, jest podział na osoby, co oznacza, że para płaci mniej niż cztero- czy trzyosobowa grupa. Gdy podzielimy 120 zł na cztery osoby, wychodzi nam, że escape room kosztuje tyle co bilet do kina. W większych miastach często jest to wyższa cena bez podziału na osoby, co dla dwójki osób może stawać się już ceną wysoką. Chociaż jak porównamy ceny za granicą, na przykład w Niemczech - cena pokoju nie wynosi 100 zł, lecz 100 euro.


Które miasto jest według Was escape roomową stolicą Polski?

W: Wrocław i Bydgoszcz. Te miasta ze sobą rywalizują w naszym prywatnym rankingu. Kiedy byliśmy we Wrocławiu, zbieraliśmy szczęki z podłogi. W jednym z pokoi mieliśmy taką sytuację: musieliśmy się nieźle nagimnastykować - nie chcę zdradzać szczegółów. Byliśmy w takim szoku, że powiedziałem wówczas do Agaty, która trzymała krótkofalówkę: "Weź zapytaj mistrza gry, czy to się dzieje naprawdę." (śmiech) Ale nasz numer 1 znajduje się w Bydgoszczy.
A: Żadne inne miasto nie pozostawiało nas w takim stanie jak Wrocław czy Bydgoszcz. Choć przyznaję, że ja w pewnym momencie się zastanawiałam, gdzie znajduje się granica kreatywności i pieniędzy. Słyszeliśmy już o pokojach, których budowa kosztowała kilkaset tysięcy.


Przyznaję, że ciekawi mnie, czy skoro odwiedziliście już tak wiele pokoi, to jesteście traktowani inaczej. Czy jesteście zapraszani przez firmy w zamian za opinię?

A: Nie praktykujemy tego, bo byłoby to bardzo zobowiązujące. Samo wystawianie ocen jest bardzo trudne. Zdarza się, że pokój jest średni, ale widzimy, że twórcy są bardzo zaangażowani w to, co robią – mamy wtedy problem z wydaniem opinii. Choć i tak staramy się oceniać dość łagodnie.
W: Ktoś kiedyś powiedział, że jeżeli my dajemy pokojowi 5/10, to znaczy, że ten pokój jest okropny (śmiech).


Muszę poruszyć temat tragedii w Koszalinie. Coraz więcej escape roomów zamyka się po tym wydarzeniu. Jaka przyszłość czeka według Was tę branżę? Czy liczba pokoi zagadek w Polsce nadal będzie spadać?

W: Myślę, że to się w pewnym momencie zatrzyma i rozpocznie się tendencja wzrostowa. Na pewno był zastój w chodzeniu do escape roomów. Nawet my mieliśmy dość długą, dwumiesięczną przerwę i to nie dlatego, że się baliśmy. Pokoje albo były w danym czasie kontrolowane, albo przechodziły jakieś zmiany i były chwilowo zamknięte, więc mieliśmy problemy z rezerwacją. Obecnie budują się kolejne pokoje. Według mnie nie ma takiej możliwości, by przemysł escape roomów zniknął. Ludzie będą chodzić do pokoi. Może taka rozrywka będzie droższa, bo trzeba będzie sprostać większym wymaganiom, chociażby w przystosowaniu lokalu, może będzie nieco mniej odwiedzających. Ale branża nie zniknie.
A: Ja, gdy usłyszałam o tej okropnej tragedii, miałam taką myśl, że to będzie wyjątkowo trudny cios dla branży między innymi przez to, jaki wydźwięk miała tragedia w Koszalinie w mediach. Informacje o bezpieczeństwie i dobrych stronach escape roomów się nie przebijały. Ale teraz nastał moment odwrócenia i obecne są pozytywne głosy na temat tej branży. Escape roomy przechodzą kontrole, ewakuacje i udowadniają, że są bezpieczne. Nigdy nie mieliśmy takiego poczucia, że w pokoju jesteśmy zagrożeni. Oczywiście zdarzały się pojedyncze przypadki pokoi, które wymagały poprawek, ale większość właścicieli escape roomów cechuje uważność i troska o bezpieczeństwo.


Opowiedzcie trochę o swoich statystykach.

W: Odwiedziliśmy 398 pokoi. Zaczęliśmy w czerwcu 2016 roku. Przez pierwszy rok udało nam się wydostać z 200 pokoi. Zdarzało się, że odwiedzaliśmy 12-14 pokoi w jeden weekend. Jeśli dobrze się to rozplanuje, to nawet nie czuć zmęczenia. Staramy się wyspać, rano robimy tak ze trzy pokoje, później mamy długą przerwę na obiad, a potem rozpoczynamy sesję wieczorną (śmiech).


Czy po tylu odwiedzonych escape roomach zdarza Wam się z jakiegoś pokoju nie wyjść?

W: Coraz rzadziej. Żartujemy, że jak nie uda nam się wyjść z jakiegoś pokoju, to znaczy, że jest nielogiczny (śmiech). A tak na serio, to raczej zdarzało się nam to na początku naszych ucieczek.

A jaki jest Wasz rekord?

W: 2 minuty. Ale to był błąd w pokoju. Klucz do wyjścia znaleźliśmy po dwóch minutach. Czasami zdarza nam się jednak wychodzić po dwudziestu minutach.

Czy macie wśród znajomych osoby, które były w escape roomie, ale zupełnie im się nie spodobało?

A: Nie, raczej nie. Mamy trochę znajomych, którzy byli kilka razy z nami w escape roomie. Spodobało im się i później już odwiedzali pokoje sami. Bywa, że kiedy rozmawiam z osobami, które nigdy nie były w escape roomie, to słyszę: "Brzmi fajnie, ale to chyba nie mój klimat, nie odnalazłabym się w tym." Zdarzają się więc ludzie, którym wydaje się, że pokoje zagadek nie są dla nich… Choć sądzę, że mogliby zmienić zdanie po pierwszej rozgrywce.
W: Ale oczywiście escape roomy mają swoich hejterów. Po tragedii w Koszalinie czytaliśmy w Internecie komentarze typu "Chodzenie po escape roomach? Niech się do roboty wezmą!", "400 escape roomów?! Oni są podstawieni!".

Jakie miasto macie teraz w planach?

W: Od dłuższego czasu mamy w planach Kraków i myśleliśmy też o Poznaniu. Ale teraz trzeba chwilę poczekać, w związku z kontrolami i wprowadzanymi zmianami pokojów.
A: Chcielibyśmy też wrócić do Wrocławia. I oczywiście regularnie odwiedzać miejsca blisko Trójmiasta. Czas nadrobić zaległości.

A Wy ile escape roomów odwiedziliście? :D
Sara

środa, 7 listopada 2018

Janek Traczyk: "Gdy byłem Andrzejem Zauchą, podrywałem kobiety" [wywiad]


Schowałam swój strach do kieszeni i przeprowadziłam wywiad z – nie ma co ukrywać – gwiazdą. 
Janek Traczyk to wspaniały muzyk i aktor musicalowy znany z "Metra", "Pilotów" czy "Notre-Dame de Paris". Występował w kilku programach telewizyjnych – mocno kibicowałam mu, oglądając "Twoja twarz brzmi znajomo". Aż tu nagle przyszło mi porozmawiać z Jankiem na żywo. I było to przemiłe doświadczenia. Mimo zmęczenia Janek odpowiadał szczerze i cierpliwie na moje pytania, a cała rozmowa toczyła się w sympatycznej atmosferze.
Zanim przejdę do poważnych pytań… Muszę zapytać, dlaczego pijesz sok z czarnej porzeczki podczas koncertów. Gdy zobaczyłam Twoją szklankę, myślałam, że to herbata. Z kolei artyści najczęściej podczas koncertów sięgają po wodę.
Herbata podobno bardzo wysusza śluzówkę. Natomiast co do soku z czarnej porzeczki – zawsze mi mama powtarzała, że zawiera on dużo witaminy C, a witamina C dobrze działa na naczynia krwionośne i cały organizm. Kiedyś popijałem wodę podczas występu i skończyło się to tak, że w trakcie śpiewania zacząłem odczuwać drapanie w gardle. Trudno mi było śpiewać niskie dźwięki. W pewnym momencie tak mnie zatkało, że przestałem wydobywać z siebie jakikolwiek głos. Wypraktykowałem więc sobie, że muszę popijać sok. Najlepiej właśnie z czarnej porzeczki.
Tajemnica rozwiązana. Przejdźmy do trudniejszych pytań. O piosence "Chciałbym to być ja" napisałeś kiedyś, że "wryła się głęboko w twoje emocje". Zastanawiałam się, czy zdarza Ci się wzruszać podczas śpiewania.
Tak, zdarza mi się. Zarówno przy tej piosence, jak i przy innych. Nie wiem, od czego to zależy. Być może od układu gwiazd na niebie albo ciśnienia w pomieszczeniu, a może pory roku? (śmiech). Czasami jest tak, że nic mnie nie rusza, a bywa też tak, że odpływam gdzieś myślami i wówczas przypominam sobie, o czym pisałem i dlaczego o tym pisałem, i wtedy mi się zdarza wzruszyć. Nie jest co prawda tak, że płaczę rzewnymi łzami i nie jestem w stanie śpiewać. Zwykle to wzruszenie ma miejsce już po zejściu ze sceny. Gdy w głowie otworzy się jakieś wspomnienie, wtedy dopadają mnie łzy. Jednak na scenie nigdy mi się nie zdarzyło, by tak mnie zatkało. Musiałaby to być całkiem świeża sprawa, a zazwyczaj jest tak, że piosenki, które wykonuję, zostały napisane jakiś czas temu i siłą rzeczy te rany po tak długim czasie są już zabliźnione, a ja podchodzę do tego wszystkiego z dystansem. Poza tym zwykle nie wzruszam się przy innych osobach.
W jaki sposób dobierasz repertuar koncertowy? Oprócz swoich autorskich piosenek wykonujesz też covery. Czy to są utwory bliskie Ci tekstowo, czy może po prostu dobrze Ci się je śpiewa?
Zwykle i to, i to. Podczas koncertów covery stanowią może 10%. Śpiewam "Lemon Tree", piosenkę, którą wykonywałem w "The Voice of Poland". Stała się ona takim moim sztandarowym utworem, wiele osób mnie z niej kojarzy. "All of Me" i "Summertime Sadness" wykonywałem w programie „Twoja twarz brzmi znajomo”. Czasami podczas koncertu śpiewam też utwór z musicalu "Notre-Dame de Paris" – "Czas Katedr". Tylko zwykle wykonuję go po francusku, a nie po polsku, jak w spektaklu. Na bis zdarza się też "Can You Feel The Love Tonight". Lubię wykonywać tę piosenkę. Dzięki niej mogę przekazać widowni to, co do niej czuję. Ale nie ukrywam, że staram się śpiewać jak najmniej coverów, chociaż wiem, że ludzie lubią słuchać tych piosenek, które znają.
Nawiążę teraz do tego, co podczas koncertu w toruńskim Dworze Artusa nazwałeś "wstydliwym epizodem w Twoim życiu", czyli do udziału w programie "Twoja twarz brzmi znajomo". Które wcielenie było dla Ciebie najtrudniejsze?
Zdecydowanie pierwsze, czyli Ania Wyszkoni. Pierwsze, ponieważ był to mój pierwszy występ w tym show, nie wiedziałem, czego się spodziewać, jak ocenią mnie jurorzy. Poza tym Ania Wyszkoni nie ma żadnej charakterystycznej maniery w głosie, którą można naśladować. Co więcej, jest kobietą, więc myślałem sobie: "Ale jak ja mam to zrobić, przecież nie zrobię sobie operacji krtani". Pierwszy raz w życiu chodziłem na szpilkach, co było dla mnie totalną abstrakcją. To był straszny stres. Ale podczas kolejnych występów denerwowałem się nieco mniej, bo już wiedziałem, z czym to się je.
A czy odniosłeś wrażenie, że ten program pchnął Twoją karierę do przodu, że stałeś się dzięki niemu bardziej rozpoznawalny?
Tak, zdecydowanie. Kolejne drzwi się przede mną otworzyły. Gram więcej koncertów, co też zawdzięczam Kasi, mojej menadżerce.
Działasz na wielu polach – grasz w spektaklach, występowałeś w programach telewizyjnych, pracujesz nad płytą. Która z tych aktywności jest obecnie dla Ciebie najważniejsza?
Dla mnie zawsze najistotniejsze było to, co jest moje własne, czyli to, co tworzę. Koncerty, na których gram swoje autorskie utwory, są dla mnie najważniejsze. To jest mój cel – by żyć ze swojej muzyki i dawać ludziom siebie w czystej postaci. W teatrze jednak jestem kimś innym, a na koncertach jestem w 100% sobą i to jest dla mnie najlepsza forma spełnienia. Ale teatr także uwielbiam. Choć gdy pewna pani zapytała mnie (jeszcze zanim poszedłem do szkoły muzycznej), czy wybieram się na jakiś casting do teatru, to ja odpowiedziałem, że nie, nie, musicali to ja nie lubię. Tymczasem później okazało się, że to jest coś, co bardzo lubię. To, że mogę wcielać się w kogoś innego, jest na swój sposób super, bo z jednej strony daję tej postaci swoją wrażliwość, ale z drugiej zamieniam się w inną osobę. A telewizja? Jeśli mam być szczery, to nie przepadam za nią. W telewizji zawsze jest jakaś sztuczność. Akurat w "Twoja twarz brzmi znajomo" czułem się wyjątkowo fajnie, była świetna atmosfera, a ja nauczyłem się dzięki temu programowi być sobą w telewizji. Wcześniej, gdy występowałem w różnych programach, to chyba próbowałem być kimś innym. Niby dobrze się bawiłem, ale coś mi tam nie grało, nie działałem w pełnej zgodzie ze sobą. Nie twierdzę, że kreowałem się na kogoś zupełnie innego, ale byłem nieco sztywny. A w "Twoja twarz brzmi znajomo" już czułem, że jestem sobą…
…mimo że byłeś w tym programie ciągle kimś innym!
Tak i muszę przyznać, że zdarzały się takie odcinki, w których przez dosłownie cały czas byłem kimś innym. Na przykład gdy wylosowałem Andrzeja Zauchę albo Eminema, to byłem nimi przez cały dzień. Jak już panie charakteryzatorki mnie ulepiły, to stawałem się tą postacią. Na przykład non stop mówiłem po angielsku albo, w przypadku Andrzeja Zauchy, cały czas podrywałem kobiety. To była naprawdę świetna zabawa. I to też jest ciekawa lekcja – nie być sobą, ale jednocześnie wiedzieć, jak wrócić do siebie.
Wróćmy na chwilę do spektakli. Jakie umiejętności musi posiadać aktor musicalowy? Czy musi umieć śpiewać, tańczyć i najlepiej być jeszcze po szkole aktorskiej?
Gdybym ja skończył szkołę baletową i aktorską, to cieszyłbym się bardzo, bo właściwie nie byłoby wtedy dla mnie ról nie do zagrania, miałbym naprawdę duży wybór. Tymczasem ja tancerzem nie jestem, więc z zagraniem Freda Astaire’a czy Michaela Jacksona mógłby być problem. Jeśli ktoś pokładałby we mnie nadzieję, mówił: "Zrobisz to, my cię wyszkolimy", a ja miałbym pół roku, to harowałbym jak wół, tańczył po kilka godzin dziennie. Nie wiem, czy wyćwiczyłbym dane partie, ale byłbym na pewno bardzo zdeterminowany. Jednak w teatrach zwykle szukają kogoś, kto już jest przygotowany. Wiem, że brak jakichś wielkich umiejętności tanecznych mógłby mi utrudnić zagranie wielu ról. Chociaż w "Pilotach" tańczę, w "Notre-Dame de Paris" powiedzmy, że… macham rękami. Więc stopniowo uczę się tańca.
A czy zauważyłeś jakąś prawidłowość wśród osób, które grają w musicalach? Czy większość jest po szkołach aktorskich, a może baletowych?
Różnie. Czasami są to ludzie z ulicy. Nie ukończyli żadnej szkoły aktorskiej. Ja też nie jestem po szkole aktorskiej, niewiele miałem z aktorstwem wspólnego. Tak naprawdę fachu aktora uczyłem się w Studio Buffo. To naprawdę dobre miejsce do rozwoju.
Fani z niecierpliwością czekają na Twoją autorską płytę. Czego możemy się po niej spodziewać i przede wszystkim kiedy możemy się jej spodziewać?
Płyta ukaże się wiosną 2019 roku. Będzie bardzo moja – moje teksty, moja muzyka, moje przeżycia. Chciałem, by nadchodzący album był autentyczny, niestylizowany na jakiś konkretny gatunek. Nie zależało mi na tym, by ta płyta się jakoś wpasowała w to, co obecnie jest grane w radiu. Jest tam cała masa nostalgicznych i nastrojowych nut, ale są też nieco bardziej żwawe piosenki. Część z nich śpiewam po angielsku, część wykonywana jest w języku polskim. Jeśli chodzi o inspiracje, trochę nieświadome właściwie, to gdy słucham tej płyty, na myśl przychodzą mi Beatlesi, Coldplay, a z polskich artystów może Lemon czy Dawid Podsiadło.
W styczniu ponownie zaśpiewasz w Toruniu, tym razem w CKK Jordanki, podczas koncertu "Filmowe przeboje symfonicznie". Czy masz taki swój ulubiony film, który mógłbyś oglądać bez końca?
Mam taką zasadę, że staram się nie oglądać tego samego filmu wiele razy, ale zdarzyło mi się kilkakrotnie obejrzeć "Forresta Gumpa" i za każdym razem porusza mnie on tak samo. Zawsze miałem też fioła na punkcie fantastyki, więc ze 2-3 razy widziałem "Władcę Pierścieni". Jak byłem mały, uwielbiałem "Gwiezdne Wojny" i w sumie zostało mi to dzisiaj.
A co z musicalami?
(Śmiech) "Nędznicy" są genialni. Fenomenalny jest według mnie "The Greatest Showman", widziałem go już dwa razy. Oglądając film za drugim razem, chciałem sobie odświeżyć trochę piosenki i sam klimat tego filmu, bo grałem później mały zamknięty koncert z utworami właśnie z tego musicalu.
Jakie są Twoje najbliższe zawodowe plany na przyszłość?
Występuję w "Pilotach", w "Notre-Dame de Paris", gram dużo koncertów – naprawdę dużo, jak na mnie. Mam nadzieję, że to "dużo" zamieni się w jeszcze więcej. Chciałbym wrócić kiedyś do Torunia ze swoim koncertem, chciałbym ponownie zaśpiewać i zagrać w Dworze Artusa, najlepiej z zespołem.

Wywiad został przeprowadzony dla portalu SpodKopca.
Widzieliście któryś z musicali z udziałem Janka? A może śledziliście jego zmagania w programach telewizyjnych? Ja już nie mogę się doczekać albumu z autorskimi utworami Janka. To będzie nastrojowa magia!
Uściski
Sara


poniedziałek, 15 października 2018

Wojtek Kiełbasa: Ed Sheeran zaimponował mi swoim samozaparciem [wywiad]


Wojtka Kiełbasę poznałam dzięki Ed Sheeran Night. To ambitny, młody wokalista, który ma w planach kolejną płytę. Podczas przemiłej rozmowy opowiedział mi o tym, co łączy go z Edem Sheeranem. Zdradził również, jakie ma rady dla osób marzących o karierze muzycznej.
Dlaczego coverujesz akurat Eda Sheerana, a nie innego artystę? Na przykład Johna Mayera – wiem, że też go lubisz.
Lubię. Lubię też Coldplay. Ale Eda coveruję między innymi dlatego, że jest wśród ludzi zainteresowanie jego twórczością.
Szczególnie po ostatniej płycie "Divide".
Zgadza się. Co ciekawe, w czerwcu 2017 roku grałem koncert coverowy Johna Mayera. Ale niedługo potem wpadłem na pomysł Ed Sheeran Night. Eda coveruję też po prostu dlatego, że bardzo go lubię, lubię jego muzykę, jego wrażliwość. Podoba mi się to, jak ciężką pracą do wszystkiego dochodził i bardziej niż z jego stylem – bo styl, do którego chciałbym dążyć, wyobrażam sobie nieco inaczej – utożsamiam się z jego pracowitością i samozaparciem. Dużo czytałem o Edzie i to mi właśnie najbardziej w nim zaimponowało. Wydaje mi się, że Ed jest mi bliski osobowościowo.

Ostatnim razem, gdy byłeś w Toruniu, śpiewałeś też nieco mniej znane utwory Eda. Czym się kierujesz, wybierając piosenki, które wykonasz? Czy to są Twoje ulubione utwory? Czy po prostu dobrze Ci się je śpiewa?
Różne czynniki oddziaływały na kwestię doboru repertuaru Eda. Pierwsza rzecz – nigdy nie byłem blisko z muzyką rap. Nie chcę absolutnie jej negować, wiem, że na Eda rap wywarł duży wpływ. Jednak ja w tych klimatach nigdy się nie poruszałem. Nie decyduję się więc na wykonywanie piosenek w klimatach rapu, z wyjątkiem "Don’t" i "Shape Of You", ale te utwory po prostu lubię. Druga sprawa – śpiewam głównie te utwory, których teksty są mi bliskie.

Wiem, że byłeś na koncercie Eda na Stadionie Narodowym. Czy to był Twój pierwszy koncert tego muzyka?
Tak, to był mój pierwszy koncert Eda.
I jak wrażenia?
Ed bardzo dobrze radzi sobie sam na scenie. Kiedyś się zastanawiałem, dlaczego artysta tego formatu nie chce występować z muzykami na scenie, tylko woli sam. A Ed zapewne już się do tego przyzwyczaił i jest mu z tym dobrze. Jeśli chodzi o widowisko i pełnię brzmienia, wolę koncert Coldplay, na którym też byłem w Polsce. Ale pod kątem reakcji ludzi, kontaktu z publiką, charyzmy, to bardziej zaimponował mi Ed. To było coś niesamowitego – ludzie reagowali na niego piskiem.
Wojtek Kiełbasa o graniu na ulicy
Wiem, że grywałeś na wrocławskim rynku. Czy nadal można Cię tam spotkać?
Można, jak najbardziej, chociaż teraz już robi się coraz zimniej, co nie sprzyja graniu na świeżym powietrzu, a ja robię to jednak hobbystycznie. Większość ludzi mogłaby pomyśleć, że robię to tylko dla pieniędzy. Oczywiście pieniądze są najprzyjemniejszym materialnym efektem grania. Ale jednak jak jest już tak zimno, to nie występuję na rynku. Biorąc pod uwagę to, że w tym roku miałem więcej koncertów w lokalach, klubach, to rzadziej grywałem na rynku niż chociażby w zeszłym roku. W ciągu ostatnich kilku miesięcy grałem może 3 razy w miesiącu.
Czyli kiedyś grałeś na rynku częściej?
Tak, kiedyś nawet 10 razy w miesiącu. Ale różne czynniki muszą temu sprzyjać – chociażby pogoda, musi być też miejsce na rynku. Ale muszę przyznać, że to jedna z najprzyjemniejszych form grania i kontaktu ze słuchaczami.
A spotykałeś się z jakimiś negatywnymi komentarzami podczas grania na ulicy?
Myślę, że jak ktoś w swoim życiu nie spotyka się z negatywnymi komentarzami…
…to znaczy, że nic nie robi.
To znaczy, że coś jest nie tak i przebywa gdzieś w zamknięciu. Plusem jest to, że tych negatywnych komentarzy było bardzo, bardzo mało. Jakbym miał postawić na wadze negatywne i pozytywne komentarze, to tych drugich było o wiele, wiele więcej. Był taki rok, że dość uciążliwy stał się dla mnie fakt, iż ktoś ciągle dzwonił na straż miejską. Funkcjonariusze wtedy muszą reagować, bronią się tym, że muszą wykonać interwencję, że ktoś ich z tego rozlicza. Fakt jest taki, że ja na przykład musiałem przestać grać, a ktoś dalej mógł to robić. Nie chcę teraz narzekać, że ja cierpiałem, bo różne osoby grające na rynku miały podobnie, z tego co kojarzę. Może była to sprawka jakiegoś złośliwego mieszkańca… Gdyby ktoś dawał mi serenadę pod oknem, może też miałbym dość… Staram się patrzeć z różnych perspektyw. Chociaż z drugiej strony gdybym mieszkał w takim miejscu, na starówce, to chyba trochę bym się liczył z tym, że życie miast toczy się wokół starówki, rynku. Ale podsumowując, i tak negatywnych komentarzy było niewiele.
Zaskoczyłeś mnie tym, że ktoś dzwonił na straż miejską.
I to nie raz. Gdy w 2017 roku grałem na ulicy, to w sierpniu napisałem posta na Facebooku, bo po prostu miałem dość tych interwencji, to było dość podejrzane, że zmieniałem miejsca, a za każdym razem ktoś interweniował. Dziwne to było. Tak naprawdę nie wiadomo, kto to dzwoni. Czy ktoś, komu nie podoba się, jak ja śpiewam, czy ktoś, komu nie podoba się, że ktokolwiek śpiewa. Nie chcę tu snuć teorii spiskowych. W tym roku nie miałem chyba ani jednej takiej przykrej sytuacji.
Może stałeś się bardziej rozpoznawalny?
Coś w tym jest. Gdy zbierają się ludzie na ulicy, by słuchać, jak gram, to są to osoby, które gdzieś w pobliżu mieszkają, i jak mnie słyszą, to wychodzą. Albo znajomi, albo ludzie, którzy zobaczą mój status na Facebooku. Ale jednak najczęściej są to przypadkowe osoby. Najwięcej ludzi, którzy mnie poznali jako muzyka, kojarzą mnie właśnie z ulicy. Chociaż teraz… mam pewne wątpliwości, bo śpiewam też w lokalach.

Wojtek Kiełbasa: Jestem nastawiony na działanie


Wojtek, wydałeś pierwszą EP-kę. Co mógłbyś powiedzieć o rynku muzycznym w Polsce, czy on jest łaskawy dla debiutantów?

Trudno mi powiedzieć. Różne są możliwości dotarcia do większej liczby osób. Jedną z nich jest udział w programie typu talent show. Ale wtedy zaczyna się jakby od innej strony. Ja muszę – i chcę – budować to wszystko od podstaw. Ale czy rynek jest łaskawy? Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Wydałem tylko jedną EP-kę, ale jestem bojowo nastawiony i wiem, że będę wydawał kolejne. I myślę, że odpowiedzieć na Twoje pytanie będę mógł za jakiś czas, jak wydam drugą, trzecią płytę. Wtedy będę wiedział, być może, od czego to zależy. Na tę chwilę jestem nastawiony na działanie. Nie ma sensu narzekać. Jak chcę spełnić marzenia, to muszę pracować. Gdy przyjdzie moment, że nie będę czuł progresu, to może wtedy przyjdzie chwila refleksji nad tym, jaki jest rynek muzyczny w Polsce, dokąd zmierzam… (śmiech). A na razie staram się działać.
Opowiedz coś więcej o swojej pierwszej EP-ce "Relacje". Czego się można po niej spodziewać?
Po tej płytce można się spodziewać czterech utworów. Wszystkie są po polsku. Nagrywałem je tylko przy pomocy gitary akustycznej, w studiu w Wałbrzychu, plus kilka elementów na syntezatorach, ale bardzo niewiele. Nie jestem muzykiem, który używa innych instrumentów, więc tu bardziej chodziło o delikatne wzbogacenie brzmienia. Całe nagrywanie było oparte na koncepcji loopera, zapętlania partii, tak, żeby na żywo te utwory brzmiały bardzo podobnie i myślę, że ten efekt udało się uzyskać. Tytuł „Relacje” wziął się z tego, że każdy z utworów mówi o jakiejś formie relacji. Wszystkie teksty stworzyłem sam. Co do okładki, jest dość prosta, ale myślę, że schludna, za co bardzo dziękuję Oli, która się nią zajęła. Utwory z tej EP-ki są dość proste, stąd takie powiązanie prostoty okładki z prostotą tekstów i muzyki. Na większe kombinacje przyjdzie czas później.

A jakie są Twoje muzyczne plany na najbliższą przyszłość: koncerty czy raczej druga EP-ka?
Cały czas chcę grać. Im więcej gram, tym bardziej żywo się czuję jako muzyk. A skupiam się obecnie na swoich utworach. Choć śmieję się, że na razie zarobek dają mi cudze utwory…
Ale na każdym Ed Sheeran Night ludzie słyszą też Twoje autorskie utwory. I kupują płyty.
Zostały mi już ostatnie sztuki z pierwszego nakładu. Chciałbym dać się ludziom poznać ze swojej twórczości. Oczywiście to jest świetne grać czyjeś utwory, kształtuje to gust czy smak muzyczny, ale myślę, że każdy muzyk najlepiej się czuje, grając swoje kompozycje.
To na pewno większa satysfakcja.
Oczywiście. Zadziwiało mnie, gdy napisałem jakiś prosty utwór, a ludzie mówili mi, że dla nich on coś znaczy. To była wielka satysfakcja.
Na koniec Wojtek, powiedz, proszę, jakie masz rady dla osób, które chcą zacząć śpiewać, grać i występować?
Jeśli ktoś chce grać, śpiewać i występować, to powinien grać, śpiewać i występować. To jest moja jedyna rada. Ja nie wiem, czy jest na to inny sposób. Dobrze jest trafić na ludzi, którzy dadzą odpowiednie rady dotyczące śpiewania. Ja na lekcje wokalne chodzę dopiero od pół roku i to była najlepsza decyzja. Z tego miejsca chciałbym pozdrowić Radka Kota z Laboratorium Śpiewu i Mowy we Wrocławiu. Już teraz mu dużo zawdzięczam, a mam nadzieję, że będę jeszcze więcej. Jeżeli trafi się na osoby, które wiedzą, jak pokierować, to jest duży skarb. Ale na gitarze nauczyłem się grać sam, nie brałem żadnych lekcji i to, jak gram, wynika tylko z liczby godzin, które spędziłem z gitarą. Jeśli ktoś mówi o talencie i predyspozycjach w muzyce, to według mnie może być to czynnik ułatwiający naukę, przyspieszający niektóre procesy, ale nie wydaje mi się, by talent miał aż taki wpływ w kontekście efektu końcowego. I tak sprowadza się to do ogromu pracy, zarówno wokalnie jak i instrumentalnie. A jeśli chodzi o rady dotyczące występowania, to ja analizuję sobie moje występy sprzed kilku lat, nadal mam duży dystans do tego, jak śpiewam. Nie wiem, czy słowo "ratowała" tu pasuje , ale na pewno (śmiech) pomagała mi wiara w to, że to, co robię, ma sens. Technicznie i wokalnie, jeszcze parę lat temu, było naprawdę średnio (śmiech). Mam tego świadomość. Ale nie poddałem się. Grałem na ulicy, występowałem, gdzie się dało i nadal to robię. Pewnie za parę lat, gdy spojrzę na teraźniejsze nagrania, pomyślę, ile było do poprawy. I chyba tak będę miał do końca życia. Spocząć na laurach to w muzyce, i w całym życiu, najgorsza rzecz. Jak się samemu stoi, to cały świat idzie do przodu.

Zachęcam Was do śledzenia profilu Wojtka - ten chłopak zamiesza na polskim rynku muzycznym!
Sara

piątek, 27 kwietnia 2018

Aldona Mackiewicz (Toruński Antykwariat Księgarski): Do antykwariatu może przyjść każdy [wywiad]


Antykwariaty – jest w nich coś owianego tajemnicą. Jak właściwie funkcjonują? Co można w nich kupić i kto zagląda tam w głównej mierze? Wypytałam o to  Aldonę Mackiewicz, właścicielkę jedynego toruńskiego antykwariatu, funkcjonującego od 1994 roku.

Czym różni się praca w antykwariacie od pracy w księgarni?

W antykwariacie w Toruniu są głównie książki używane i stare (choć i używane nowe). Nie biorę zatem pod uwagę tego, co księgarz w księgarni, rotacji towaru, tego, aby książki jak najszybciej się sprzedały, aby móc zamówić nowe, bo, jak wiadomo, nowe książki wychodzą cały czas. U nas rotacja towaru potrafi trwać 20 lat. Mamy książki wycenione 20 lat temu, ręką mojego ojca, na 3 czy 5 zł, które przenoszą się razem z nami podczas naszych przeprowadzek. I gdy teraz, w 2018 roku, ktoś bierze do ręki taką książkę, powiedzmy, że jest to wartościowe dzieło filozoficzne, które my dziś wyceniłybyśmy na 30 zł, klient kupuje je za 7 zł. To podstawowa różnica.

Wydaje mi się, że w społeczeństwie panuje takie błędne przekonanie, że w antykwariacie można kupić wyłącznie stare książki i nic więcej. Tymczasem z tego, co wiem, tutaj w Toruniu można znaleźć też płyty i wiele innych przedmiotów.

W czasach PRL-u był ścisły podział na antykwariaty naukowe, antykwariaty współczesne i antykwariaty księgarskie. Ja nasz nazwałam księgarskim, dlatego że skupiamy się na książkach. Jednak w czasach PRL-u można było w antykwariacie znaleźć wydawnictwa. Obecnie wygląda to podobnie, oprócz książek oferujemy pocztówki, mapy, płyty analogowe i kompaktowe, kasety, taśmy, slajdy, bajki na rzutnik, fotografie oraz wszelkie nośniki, na których ukazywały się muzyka i książki.

Kim są głównie klienci antykwariatu? Jaka grupa wiekowa przeważa?

Od dzieci świeżo narodzonych – przychodzą do nas mamy z niemowlętami w chustach – do 90-letnich pań i panów. Gościmy i młodzież, i zapracowane panie domu, i pracowników uniwersytetu. Na pewno jest tak, że do antykwariatu zaglądają ci, którzy mają więcej czasu, a więc często są to mamy na urlopie macierzyńskim czy emeryci i emerytki.

Czy częściej ludzie szukają konkretnych tytułów, czy przychodzą się rozejrzeć i kupują akurat to, co ich zainteresuje?

Wizyty w naszym antykwariacie dzielą się na dwa rodzaje. Część klientów przychodzi tylko po odbiór zamówienia internetowego, niektórzy natomiast lubią spędzić w antykwariacie 20 czy 30 minut i spokojnie się rozejrzeć. Toruń przeżywa w ostatnim czasie oblężenie turystyczne. Mamy więc klientów z całej Polski, a nawet i spoza granic naszego kraju. To często wytrawni kolekcjonerzy, którzy wcześniej sprawdzili, że w Toruniu jest antykwariat. Mają oni własne kolekcje książek na jakiś wąski temat i zdarza się, że brakuje im jednej czy dwóch do skompletowania całości. Ale te egzemplarze są zwykle tak poszukiwane przez innych kolekcjonerów, że istnieje naprawdę małe prawdopodobieństwo, że będą one u nas. Nie lubię tego uczucia, gdy muszę rozczarować zapalonych kolekcjonerów. A najgorsze jest, gdy klient pyta, czy dana książka u nas była, a my musimy odpowiedzieć, że tak – na przykład 5 lat temu. Jednak w takich sytuacjach zostawiamy zawsze jakąś drobną iskierkę nadziei, zapisujemy kontakt do tej osoby bądź podajemy kontakt do nas, bo przecież książki cały czas spływają i być może jutro, być może za rok, taka perełka do nas trafi.

A czy pamięta Pani jakąś niecodzienną sytuację, która miała miejsce w antykwariacie?

Mamy pełno niecodziennych sytuacji. Dlatego też zaczęłam prowadzić fanpage na Facebooku. Tych zaskakujących sytuacji było tak wiele, że rodzina i znajomi już nie wytrzymywali i mówili: "Zacznij to opisywać!" W pamięć zapadła mi na pewno wizyta prof. Jerzego Bralczyka, który przychodzi do nas za każdym razem, gdy jest w Toruniu. Pan profesor poszukuje książek z językoznawstwa i niestety ma ogromnego pecha, bo u nas językoznawstwo jest na samym dole regału i trzeba się niestety schylić. Pan profesor skomentował to słowami, że w każdym antykwariacie, który odwiedza, czy w Polsce, czy za granicą, językoznawstwo zepchnięte jest na szary koniec i on zawsze musi się namęczyć. Ale to mu nie przeszkadza, każdą książkę dokładnie sprawdza i ogląda. Profesor to też przykład kolekcjonera. Jest bardzo małe prawdopodobieństwo, że coś u nas znajdzie, ale zawsze doceni i porozmawia.

Jaka jest najstarsza książka, która kiedykolwiek trafiła do antykwariatu na Wysokiej?

To wydarzyło się całkiem niedawno – trafiła do nas książka z końca XVII wieku, wydawnictwo francuskie dotyczące znanych Francuzów – polityków i innych ważnych osobistości. Takie who is who na dzisiejsze czasy. Ta książka była wystawiona u nas na sprzedaż, lecz niestety nie sprzedała się i właściciel zabrał ją z powrotem. To była piękna pozycja, dużego formatu, nie kosztowała mało. Zawsze powtarzam, że takie cenne książki muszą swoje poleżeć. Nie jest tak, że ktoś, akurat w drodze do restauracji, powie: „O, książka za kilka tysięcy złotych, kupię sobie”. Taki zakup musi być przemyślany. Czasami finalizuje się on przez kilka wizyt. Klient przychodzi do antykwariatu raz na miesiąc, ogląda, zastanawia się, czy można coś utargować. Zwykle można. Jeśli książka nie sprzedaje się przez kilka miesięcy, my nie upieramy się, że musi ona kosztować tyle a tyle. Mamy na przykład takiego klienta, który nabył u nas wielotomową, dosyć drogą encyklopedię, pięknie oprawioną. Stał się on klientem-przyjacielem. Zagląda do nas zawsze, jak jest w Toruniu, dzwoni, pisze życzenia. Rozmawiamy o sprzedanej książce, bo my też w jakiś sposób jesteśmy do niej przywiązani, pytamy, czy klient czyta, czy książka się przydała. To miłe aspekty tej pracy.

Czy to wydawnictwo z XVII było jednocześnie najcenniejszą książką, jaka trafiła do antykwariatu?

Tak, jedną z cenniejszych, ze względu na wiek, cenę i drogę, jaką przeszła. Na wewnętrznej stronie okładki miała ona adnotacje, w jakich księgarniach była sprzedawana i jak długo.

Jaka była najoryginalniejsza książka, która znalazła się w toruńskim antykwariacie, taka, która Panią zaskoczyła?

Książek, które mnie zaskakują, jest mnóstwo. Właściwie zdarzają mi się codziennie. Ludzkość, odkąd poznała pismo, pisze na każdy temat. Istnieją wielkie dzieła naukowe i nienaukowe na tematy zaskakujące – chociażby higieny stóp czy wiązania krawata. Czymkolwiek człowiek się zajmuje, może napisać na ten temat książkę. To też są właśnie historie, które opisuję na fanpage’u. Każdy, kto ma jakąś pasję, pracę, zawód, znajdzie w książce odzwierciedlenie tego. Do biblioteki, antykwariatu czy księgarni może przyjść każdy, nieważne, czym się zajmuje, bo książki pisze się na każdy temat. Mieliśmy kiedyś takiego klienta, który fascynował się kulturystyką. Na ten temat również wydaje się książki.

A co Pani na co dzień najchętniej czyta, jacy są pani ulubieni autorzy, gatunki?

Ostatnimi czasy na co dzień czytam… poradniki, co niektórym może wydawać się straszne. Są to pozycje o biznesie, o tym, jak efektywniej pracować, jak prowadzić własną firmę, jak wychowywać dzieci. Ale nigdy nie czytam jednej książki, zwykle mam 6 lub 7 zaczętych. Wśród nich zawsze znajdzie się coś z literatury piękniej. Staram się też czytać coś z klasyki – Victora Hugo, Lwa Tołstoja, Fiodora Dostojewskiego. Kanon jest, ale nie oszukujmy się, niewiele osób ma czas na ich ciągłe czytanie. Jeśli chce się być dobrym księgarzem czy antykwariuszem, to na pewno trzeba znać klasykę. Poza tym czytam wspomniane poradniki i koniecznie coś lekkiego. To może być na przykład Jane Austen czy Małgorzata Musierowicz. Czytałam te książki już siedem, a nawet dziesięć razy, znam je na pamięć, ale to zupełnie mi nie przeszkadza.

Zdarza Wam się zaglądać do antykwariatów?
Uściski!
Sara

środa, 18 kwietnia 2018

Maciej Koprowicz: Morrissey śpiewa dla każdego [wywiad]



Przeprowadzenie wywiadu z własnym chłopakiem... Czy to profesjonalne? Na pewno bardzo pouczające. :D 

Mój chłopak, Maciej Koprowicz, jest autorem pierwszej w Polsce biografii zespołu The Smiths. Trudno mi opisać, jak bardzo jestem z niego dumna. Ten wywiad to zapis naszej bardzo długiej rozmowy o The Smiths, o postrzeganiu tego zespołu oraz o samym procesie powstawania książki. Jeśli więc:

a) marzycie o wydaniu własnej książki
b) uwielbiacie The Smiths albo...
c) ... nie znacie tego zespołu

przeczytajcie ten wywiad. Ja - mimo że jestem z Maćkiem od półtora roku i towarzyszyłam mu podczas powstawania książki - wiele się dowiedziałam z tej rozmowy. Momentami czułam się wręcz poruszona. Może ona teraz poruszy Was. Albo zainspiruje. Albo chociaż zaczniecie się zastanawiać, komu Maciej zadedykował swoją pierwszą książkę.  

Opowiedz, jak to się stało, że zacząłeś słuchać The Smiths.

Najpierw zacząłem słuchać Morrisseya (wokalisty The Smiths). W 2004, dzięki grzee FIFA 2005, poznałem jego piosenkę "Irish Blood, English Heart". W 2009 roku, gdy już nieco bardziej interesowałem się muzyką, Morrissey wydał płytę "Years Of Refusal" i dość często był grany w radiu, chociażby w Trójce. Wiedziałem, że Morrissey był kiedyś członkiem The Smiths, ale nie słuchałem wcześniej tego zespołu. Na fali tego, że o Morrisseyu było wówczas głośno, Piotr Stelmach, w audycji Myśliwiecka 3/5/7 w radiowej Trójce, zaczął prezentować utwory The Smiths. Był taki cykl, w którym Stelmach puszczał strony B singli The  Smiths, czyli teoretycznie te mniej znane piosenki. Pewnego dnia puścił stronę B singla "This Charming Man", a więc utwór "Jeane". Od pierwszego usłyszenia twórczość tego zespołu mi się spodobała. Wcześniej słuchałem mocno brytyjskich zespołów jak Blur, które nawiązywały trochę do Beatlesów, ale i rocka, nowej fali i post punku. W The Smiths te wszystkie rzeczy się łączą. Co zaskakujące, jeszcze wtedy nie znałem historii zespołu, ale już domyślałem się, o co chodzi w tej muzyce. The Smiths z jednej strony wyrasta z nowej fali, z drugiej nawiązuje do brytyjskiego popu. W tamtych czasach nie miałem jeszcze dostępu do Internetu, musiałem się zadowolić tym, co zgrywali mi koledzy. Przez kilka kolejnych miesięcy nie usłyszałem żadnej innej piosenki The Smiths. W marcu, w magazynie "Teraz Rock", znalazła się wkładka o The Smiths. Czytając tę historię, upewniłem się, że będę chciał bardziej poznać ten zespół. Dzieje tej grupy wydawały mi się zupełnie odmienne od wszystkich innych zespołów.

Co to znaczy odmienne? Chodzi o to, że grali tak krótko? Na czym polegała ta odmienność?

Tak, grali krótko, ale w tym krótkim czasie naprawdę wiele się wydarzyło. The Smiths byli zespołem niezależnym, alternatywnym, ale zdobyli ogromną popularność i stali się młodzieżowymi idolami. Występowali nawet w tak mainstreamowych miejscach, jak program "Top Of The Pops" albo… festiwal włoskiej piosenki w San Remo, ale nigdy nie zdradzili alternatywnych ideałów, zawsze byli sobą. Niektórzy próbowali krzyżować im szyki – kilka tekstów Morrisseya zostało zupełnie opacznie zinterpretowanych, a zespół oskarżono o pedofilię i rasizm, ale udało mu się odeprzeć wszystkie ataki. Historia The Smiths obfituje w wiele takich niesamowitych epizodów.

Byli pod wieloma względami wyjątkowi. Bardzo odróżniali się od reszty sceny pop swoim wizerunkiem. Jedni mówią, że grali rock, inni, że pop, ale oni nie wyglądali na przedstawicieli żadnej sceny – występowali w swetrach, damskich koszulach, dżinsach, nosili fryzury z lat 80., a Morrissey zakładał na scenie okulary i aparat słuchowy. Czegoś takiego w świecie muzyki jeszcze nie było. The Smiths wnieśli do niego także zupełnie oryginalne brzmienie – w latach 80. wszyscy grali na syntezatorach, a oni przywrócili modę na gitary. Nikt też wcześniej nie pisał takich tekstów jak Morrissey – pełnych nawiązań literackich i popkulturowych, opowiadających o życiu zwykłych ludzi w poetycki sposób. W tekstach przewijała się także kwestia orientacji seksualnej. Nikt do końca nie wiedział, czy wokalista jest gejem, czy nie, a on sam nie udzielał jednoznacznej odpowiedzi. To także fascynowało słuchaczy.

Napisanie książki to marzenie wielu osób. Tylko jak zacząć?

Nie wiem, czy czuję się kompetentny, by radzić komuś, jak się pisze książkę. Mogę opowiedzieć, jak to wyglądało w moim przypadku. Zaczęło się od pomysłu. Zawsze chciałem pisać książki, a kiedy zainteresowałem się muzyką, stało się oczywiste, że chciałbym napisać coś na ten temat. Odkąd The Smiths stał się moim ulubionym zespołem, wiedziałem, że to oni będą bohaterami mojej pierwszej książki. Natrafiłem na strony internetowe, które zawierały mnóstwo skanów z prasy brytyjskiej dotyczących The Smiths. Udało mi się uzbierać całkiem sporą bazę źródłową. Nie wszystkie zespoły mają takich fanów, którzy zbierają dosłownie wszystkie informacje prasowe o swoim idolu. To też jest dowód na fenomen The Smiths. Stwierdziłem, że te źródła internetowe mogą być bazą do stworzenia książki. Ale oczywiście należało też podeprzeć się istniejącą literaturą. Jednak książki o The Smiths nie były w Polsce dostępne w regularnej sprzedaży, tylko przez Ebay czy Allegro. W tym miejscu chciałbym podziękować Pawłowi Soi, który pomógł mi zdobyć część z tych książek. Uzbierałem dość godną uwagi liczbę materiałów i źródeł, przeczytałem je, ale do własnej książki robiłem kilka podejść. Czasami zaczynałem od środka. Gdy miałem ochotę napisać o płycie „The Queen is Dead”, to pisałem, gdy chciałem napisać o czymś innym, to zaczynałem pisać o czymś innym.  Ale w końcu dotarło do mnie, że to nie ma większego sensu. Te próby trafiły do kosza. Stwierdziłem, że powinienem napisać książkę, zaczynając od początku, Uważam, że to był najlepszy pomysł. Dzięki temu narracja nie jest zaburzona, a przy tym mam wrażenie, że ta książka staje się coraz lepsza z każdą kolejną stroną. Osobom, które chcą pisać literaturę faktu, radziłbym – piszcie po kolei, zgodnie z chronologią.

Jak motywowałeś się do pisania? Czy miałeś jakieś wytyczne w stylu „codziennie muszę napisać min. pięć stron”?

Tak, chciałem codziennie pisać dziesięć stron. Ale różnie z tym bywało. Raz wychodziło pięć, raz zero, a raz dwanaście stron. Książkę, która ma 350 stron, udało mi się napisać w trzy miesiące.

Co było głównym powodem napisania tej książki?

Głównym powodem napisania tej książki było to, że chciałem napisać książkę. A drugim, oficjalnym powodem, było to, że o The Smiths zbyt mało się u nas w Polsce mówi, zarówno w mediach, jak i w książkach, w stosunku do tego, jak bardzo są popularni. Wielu moich kolegów słucha The Smiths. Gdybym miał powiedzieć, czy więcej moich znajomych słucha Dire Straits, których piosenka zajmuje pierwsze miejsce na Trójkowym Topie Wszech Czasów, czy The Smiths, którzy nie mają żadnego utworu w tym samym topie, to ta druga grupa ma zdecydowanie więcej fanów wśród młodych ludzi. Gadanie, że nikt w Polsce nie słucha The Smiths, to jakieś brednie. Są oni inspiracją dla polskich muzyków. W Warszawie odbywają się imprezy tematyczne The Smiths w klubie Pogłos. Jeśli w Polsce wydaje się książki muzyczne, to głównie są to tłumaczenia literatury z Zachodu. Zwykle dotyczy to takich zespołów jak Pink Floyd, AC/DC, Led Zeppelin, Depeche Mode. Ale są tacy ludzie, dla których kanon wygląda zupełnie inaczej. I to między innymi dla nich powstała ta książka.

Co było dla Ciebie najtrudniejsze podczas całego procesu tworzenia?

Nie przypominam sobie żadnych momentów kryzysu. Praca nad książką była bardzo przyjemna, sprawiła mi dużo radości. Czasami pisanie przeciągało się do 2 nad ranem. Chciałem tę książkę ukończyć jak najszybciej, a jednocześnie nie chciałem tego przerywać.

Napisanie książki to jedno, ale jeszcze ktoś musi ją wydać. Jak wyglądało szukanie wydawcy w Twoim przypadku?

Większość wydawców na swojej stronie ma umieszczoną informację, jak się z nimi skontaktować. Niektórzy proszą o wysłanie całości książki w wersji elektronicznej, inni o przesłanie fragmentu. Napisałem do kilku czy kilkunastu wydawnictw muzycznych. Odzew był niestety niewielki. Bodajże dwa wydawnictwa odpisały, że nie są zainteresowane, od pozostałych nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Przyznaję, to mnie zasmuciło. I wtedy Bartek Popkowski, mój kolega z zespołu Glamour, powiedział mi, że czytał książkę Darka Duszy „Jestem ziarnkiem piasku” wydaną przez Zima Records. Wysłałam do nich książkę i dosłownie po paru dniach otrzymałem odpowiedź od Zimy. Zdawał on sobie sprawę, że The Smiths są w Polsce lubiani, pomysł na książkę bardzo mu się spodobał. Po kilku miesiącach rozpoczął się cały proces wydawniczy.

Zatytułowałeś biografię The Smiths "Piosenki o twoim życiu". Czy sądzisz, że każdy może utożsamiać się z tym, o czym śpiewał Morrissey?

Myślę, że tak. Tytuł jest parafrazą fragmentu piosenki „Panic”, która jest swego rodzaju krytyką głupkowatego, płytkiego popu opowiadającego o jakichś błahostkach, rzeczach, z którymi normalny człowiek nie może się identyfikować. Morrissey stwierdził, że teksty piosenek muszą mówić coś ważnego o przeciętnych Kowalskich, przeciętnych Smiths, żeby mogli się oni z nimi utożsamiać. Morrissey swoją twórczość kieruje do osób, które mają jakieś problemy w relacjach międzyludzkich, są nieśmiałe, samotne czy nieszczęśliwie zakochane, czują się brzydkie i beznadziejne, mają pracę, która ich dobija albo w ogóle nie mają pracy. Są to często młode osoby, które próbują się odnaleźć w życiu. Bywa, że są to ludzie, którzy nie potrafią określić swojej orientacji seksualnej. Pop do tej pory nie zajmował się outsiderami, a Morrissey postawił tych szarych ludzi na piedestale, to dla nich chciał tworzyć. Tak naprawdę każdy z nas czasami czuje się niezrozumiany, każdy z nas ma jakieś kompleksy. A zatem Morrissey śpiewa dla każdego. Wszystkich chce pocieszyć i pokazać im, że takich, jak oni, jest wielu, w tym on sam, gwiazda rocka. To było przełomowe w muzyce. Do tej pory muzycy rockowi chwalili się, jacy są wspaniali, śpiewali o tym, że mają supersamochody i supergitary, a Morrissey śpiewał o tym, że w ogóle nie idzie mu w relacjach międzyludzkich, nikt go nie chce. The Smiths chcieli opowiedzieć o życiu szarych ludzi.

Czy zamierzasz napisać kolejną książkę?

Tak, bo pisanie książek jest super. Bardzo chciałbym napisać kolejną książkę, pomysłów mam sporo. Na razie nie chciałbym ich jednak zdradzać.

A czy jest szansa, że to będzie powieść? Biografia to jednak dość niszowy gatunek.

Zawsze chciałem napisać coś z prozy, ale trzeba być naprawdę świetnym, aby książka prozatorska debiutanta się sprzedała. Chciałbym napisać powieść, ale czy ktoś by to wydał? Ja jestem bardziej dziennikarzem niż pisarzem i lepiej się czuję w pisaniu literatury faktu. Nie wiem, czy kolejna książka to będzie biografia, mam różne pomysły.


Kochani, jeśli chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej o The Smiths, jeśli Maciek zaintrygował Was swoją opowieścią o tym zespole albo po prostu chcecie go zobaczyć i posłuchać (i mnie może też spotkać przy okazji), zapraszam Was serdecznie na spotkania autorskie, które odbędą się w trzech miastach:

20 kwietnia w Warszawie 
26 kwietnia w Gliwicach
8 maja w Toruniu

Sara