Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na Maltę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na Maltę. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 maja 2020

Top 10 niezapomnianych przygód, które przeżyłam w podróży wraz z mamą



Pomyślałam, że zrobię tym postem niespodziankę mojej mamie i przypomnę nasze przygody podróżnicze. Niektóre fajne, niektóre mniej fajne, ale na pewno – niezapomniane. I co ważne, ze wszystkich wyszłyśmy cało!

1. Podczas pobytu w Wiedniu spałyśmy w jednym pokoju z… Włochem (a może Hiszpanem?), który śpiewał pod prysznicem. Trochę fałszował. W Wiedniu moja mama musiała też dobudzać mnie, gdy przysypiałam na ławce przed Hofburgiem (ale nie dlatego, że tak mi się nudziło, o nie. Po prostu dobiła mnie dwunastogodzinna podróż autokarem).
2. W Paryżu z kolei jeden pan podszedł, by zrobić sobie ze mną zdjęcie. Fotografowała moja mama. Nie wiem, czy pan sądził, że jestem sławna (może o czymś nie wiem?). Również we Francji tak długo czekałyśmy w kolejce do kontroli bezpieczeństwa na lotnisku, że prawie nie zdążyłyśmy na samolot.
3. W Finlandii z kolei utrzymywałam, że widziałam łosia. A może renifera! A mama mi nie wierzyła. Bo on leżał. Łoś w sensie. Również podczas tej podróży okazało się, że lotnisko w Turku to jest właściwie taka większa poczekalnia i cywilizacja jeszcze tam nie dotarła (chociaż fortepian mają). Kartę pokładową trzeba więc wydrukować. Udałyśmy się do biblioteki w Helsinkach i szczęśliwie udało się.
4. Na Słowacji też nie obyło się bez przygód. Zaczęło się od hotelu, który niby miał być dwugwiazdkowy, ale właściwie to on chyba nawet obok gwiazdek nie leżał. W kuchni było tak brudno, że kubki przyklejały się do blatu i… trudno było je odkleić. Poza hotelem czekała na nas masa innych przygód, tylko chyba nie wszystkie nadają się do publikacji. :D Ale domyślam się, że mama pamięta, jak to pokazywała pani w aptece, co chcemy kupić.
5. W Brukseli było pysznie: pyszne gofry, dobre frytki. I hostel tuż obok… wesołego miasteczka. Ale było też strasznie: raz ja myślałam, że zginę, a raz moja mama była pewna, że już po nas. Jechałyśmy metrem, gdy do wagonu wszedł, a raczej został wepchnięty żebrak. Niewidomy mężczyzna stanął na środku i zaczął zawodzić w niezrozumiałym mi języku. Później przeszedł się po wagonie, żebrząc. Moja mama myślała, że z nami koniec, że mężczyzna zaraz się… wysadzi. Jego śpiew przypomniał jej arabskie wzywanie muezzina i skojarzył z terrorystami-samobójcami.
6. Za to na Maltę prawie nie polecieliśmy. Bo okazało się, że mój brat ma nieważny paszport. Łzy wylewałyśmy beczkami. Ostatecznie paszportu nie udało się załatwić w dwa dni, więc polecieliśmy o wiele później. Na wycieczce moja mama spróbowała królika (nigdy więcej) i drinka z ananasa. Udałyśmy się też razem do meczetu i na spływ do grot.
7. W Budapeszcie najpierw wspięłyśmy się na górę, a potem trafiłyśmy na… protest.
8. Wspinania nie zabrakło też w Andorze. I w Barcelonie. W Hiszpanii widziałyśmy też tak długą kolejkę na koncert, że szybko sprawdziłyśmy w Internecie, co jest grane. A była grana Billie Eilish.
9. Na Cyprze z kolei mama prawie włączyła alarm w pałacu arcybiskupa.
10. A do Szwecji popłynęłyśmy jak królowe, bo rejs promem wygrałyśmy w konkursie.
Mamuń, życzę nam kolejnych wygranych podróży i jak najwięcej przygód – oczywiście tych pełnych radości!
Sara

czwartek, 30 maja 2019

Mój subiektywny ranking stolic europejskich cz. 2


Jeśli nie widzieliście poprzedniego wpisu, to koniecznie nadróbcie go przed przeczytaniem tego posta! W ostatnim tekście przedstawiłam pierwszą część mojego subiektywnego rankingu stolic europejskich – odwiedziłam już połowę z nich i stwierdziłam, że to dobry moment na małe podsumowanie. Dzisiaj zaczynamy od miejsca 12.

12. Paryż. To miasto jest naprawdę wspaniałe. I chciałabym tam kiedyś wrócić. Dlaczego w takim razie umieściłam je dopiero/aż na dwunastym miejscu? Cóż, po prostu jakaś stolica musiała się znaleźć mniej więcej pośrodku. W Paryżu zakochałam się w Bazylice Sacré-Cœur, a gdy zobaczyłam Wieżę Eiffla, to ugięły się pode mną nogi. Ale raczej nie chciałabym mieszkać w tej stolicy – za duży tłok. No i ten francuski!
11. Rzym. Odwiedziłam tę stolicę dwukrotnie i… na razie mam dość. Zabytki w Rzymie są wspaniałe, choć podczas ostatniej wizyty bardziej zauroczyło mnie nieco zapomniane Zatybrze. Wiem, że mnóstwo osób kocha Italię – mnie podczas kilku wizyt zmęczyła nieco ta opieszałość Włochów i panujący w wielu miejscach chaos.
10. Warszawa. Ta stolica w ogóle nie powinna znaleźć się w moim rankingu. Jak mogę oceniać miejsce, w którym byłam dziesiątki razy, które – jak sądziłam – kiedyś zostanie moim domem? Warszawę poznałam zarówno od strony turystycznej tj. zabytków, muzeów, atrakcji i escape roomów, jak i od tej bardziej codziennej. Kiedyś myślałam, że Warszawa jest brzydka. Owszem, momentami bywa trochę przytłaczająca. Ale oferuje naprawdę duże możliwości.
9. Ateny. Myślałam, że ta stolica mi się nie spodoba, że jest przereklamowana. Tymczasem jej położenie zrobiło swoje. Cudowne widoki i przepiękne zabytki mnie zachwyciły. Jednak pomijając walory turystyczne, muszę stwierdzić, że Ateny są po prostu brudne.
8. Praga. Powinnam wrócić do Pragi. Boję się, że w przeciwnym wypadku w kolejnym rankingu to miasto znowu spadnie. To była przez długi czas jedna z moich ulubionych stolic. Miasto, które zajmowało ważne miejsce w moim sercu. Teraz Pragę pamiętam głównie dzięki zdjęciom. Powinnam tam wrócić, by to uczucie, które nas łączyło, znów odżyło.
7. Valletta. Niewielka stolica – nim się obejrzysz, będziesz już w innej miejscowości. Valletta, mimo swojego rozmiaru, zasługuje na wysokie miejsce ze względu na swoje urokliwe położenie oraz specyficzną architekturę – gdzie się nie obrócicie, tam budynki w kolorach piaskowca. Malta skradła moje serce, musiałam więc umieścić jej stolicę wysoko.
6. Ryga. W sumie to gdy piszę o tym mieście, to mi trochę smutno. Ryga to było takie nasze miejsce, moje i Maćka. Znany hotel, znane miejsca, znane uliczki. Przez innych zaś Ryga pozostaje nieodkryta. Ja cieszę się, że ją odkryłam, że mogłam tam powrócić i zobaczyć coś więcej niż najbardziej znane zabytki. Fajnie jest mieć takie miejsce w Europie, o którym wiesz, że, jeśli tam wrócisz, poradzisz sobie bez mapy. 
5. Budapeszt. Finałową piątkę otwiera Budapeszt. Mimo że to miasto zwiedzałyśmy z mamą w zimowych kurtkach, nie dało się w nim nie zakochać. Chociaż kompletnie nie rozumiałyśmy, o czym rozmawiają mieszkańcy i nie umiałyśmy przeczytać napisów, Budapeszt nas zauroczył. Wspaniała architektura, wyjątkowe pomniki i góra w środku miasta. Te miasta byłego cesarstwa mają coś w sobie...
4. Luksemburg. Chyba czuję jakiś pociąg do niewielkich stolic. Gdy myślę o Luksemburgu, pierwsze słowo, jakie nasuwa mi się na język, to: malowniczy. To miasto sprawia wrażenie, jakby było jakąś makietą. Część budynków położona jest niżej, część wyżej, co funduje nam niesamowite widoki. 
3. San Marino. Brązowy medal dla kolejnej malutkiej stolicy. Ciekawe, czy San Marino zachwyciłoby mnie tak samo, gdybym odwiedziła je latem. Wówczas czekałyby na mnie tłumy turystów. Tymczasem w marcu w San Marino leżał śnieg. I było to najlepsze, co nam się trafiło. Widoki jak z bajki - gdziekolwiek się nie spojrzało, zapierało dech w piersiach. San Marino mnie bardzo zaskoczyło – nie tylko dlatego, że mówili tam po polsku.
2. Lizbona. Chciałabym tam mieszkać. Pewnie czasami narzekałabym na to, że trzeba co chwilę łazić pod górę. I dobiłyby mnie ceny mieszkań. Ale mogłabym tam mieszkać. Gdy patrzę na ranking stolic z pewnej perspektywy, dostrzegam, że ważne jest dla mnie położenie stolicy. Lizbona nie dość, że znajduje się w ciepłym i słonecznym kraju, to jeszcze ocean jest w niej na wyciągnięcie ręki. Pamiętam, że gdy siedziałam nad brzegiem Tagu i wystawiałam twarz do słońca, czułam pełnię szczęścia i relaksu. Mogłabym tam wrócić. Chciałabym tam wrócić i pokazać Lizbonę mamie. I mieć pasteis de belem na co dzień.
1. Wiedeń. Czy jakaś stolica zajmie kiedyś jego miejsce? Czy coś pobije Wiedeń? Czy gdy wybiorę się tam znowu, znów się zachwycę? Dlaczego właściwie tak kocham Wiedeń? Znam tylko odpowiedź na ostatnie pytanie i chętnie Wam jej udzielę: uwielbiam to miasto za jego królewskość, dostojność, za architekturę, parki i pandy. I za Sisi.
A u Was jaka stolica znalazłaby się na pierwszym miejscu?
Uściski!
Sara

piątek, 28 grudnia 2018

Ten wspaniały rok - podsumowanie #2


Ten rok był tak pełen wrażeń, że podsumowanie nie zmieściło się w jednym poście. Poprzednią część alfabetu znajdziecie tutaj

L jak loty. W minionym roku leciałam samolotem dwanaście razy. Wiązało się z tym kilka nowości. Po raz pierwszy leciałam Wizzairem, po raz pierwszy płakałam, bojąc się, że nie zdążę na samolot, po raz pierwszy przepadły mi bilety lotnicze, po raz pierwszy ubiegałam się o odszkodowanie za odwołany lot. Nie pierwszy raz z kolei pstrykałam zdjęcia z okien samolotu. To chyba nigdy mi się nie znudzi. Szczyty i wyspy widoczne z samolotu to bajka! Ciekawe, czy kiedyś dane mi będzie oglądać Himalaje z góry?
Ł jak łapki kotka. I ładne kotki. W tym roku odwiedziłam wyjątkowo dużo wystaw kotów, ale przede wszystkim zakochałam się w kocie. Najgorsze, że nie swoim. Własnego jeszcze nie mam (pomijając Pusheena i Hamiltona). Otóż zaobserwowałam pewnego dnia, że moi sąsiedzi mają kota, który odpoczywa na podjeździe. Właściwie to moja mama zorientowała się jako pierwsza. Zrobiła mu nawet zdjęcia, na którym nie przypominał ani kota, ani żadnego innego zwierzęcia, raczej kupę futra. Ale to nie szkodzi. Kot doczekał się bowiem całkiem obszernego katalogu zdjęć na moim dysku, dorobił się nawet imienia. Niestety, zimą nie widuję go już tak często jak kiedyś… Pozostaje mi czekać na Pracusia do wiosny.
M jak Malta. Nie dla mnie leżenie na plaży i kąpiele w morzu. Malcie nie można jednak odmówić uroku. To miejsce, jakiego nie widziałam nigdy wcześniej – niewielka wyspa, na której wszystkie budynki wyglądają podobnie. To na Malcie zobaczyłam najpiękniejszy kolor wody w swoim życiu (właściwie to nie wodą, tylko piaskiem powinnam się zachwycać, ale co tam). Powtarzam to do znudzenia, ale Malta była naszym pierwszym rodzinnym wyjazdem do ciepłego kraju, więc na pewno na długo pozostanie w mojej pamięci. Ktoś, kto, odkąd skończył trzy lata, co roku smaży się na Krecie, w Turcji albo innym Egipcie (nie ogląd nawet piramid), tego nie zrozumie.
N jak nowe kraje. I nie myślę tu tylko o nowych odwiedzonych przeze mnie krajach, lecz przede wszystkim o pocztówkach z nowych krajów! W tym roku przybyło mi ich aż 27, wiele dzięki Maćkowi. Obecnie zostało mi już tak mało państw do zdobycia, że… zastanawiam się, czy kiedykolwiek je zdobędę. Nie chcę kupować pocztówek. A postcrosserów z brakujących mi krajów albo nie ma wcale, albo nie chcą się wymieniać z Polakami. Muszę szukać innych sposobów. Jeśli ktoś z Was ma jakiś  pomysł, jak zdobyć kartki z takich krajów jak: Angola, Benin, Botswana, Demokratyczna Republika Konga, Dominika, Grenada, Gwinea Równikowa, Kamerun, Komory, Kongo, Malawi, Mauretania, Palau, Papua Nowa Gwinea, Paragwaj, Republika Środkowoafrykańska, Sudan, Togo, Tonga, Tuvalu, Wyspy Salomona, Wyspy Św. Tomasza i Książęca, dajcie znać!
O jak odwołana podróż. Jestem osobą, która płacze dość często. Neurotycy tak mają. Płaczę ze stresu. Z bólu. Ze smutku. Z bezradności. W tym roku płakałam też nad ludzką głupotą, brakiem przezorności i straconym marzeniem. Dobrze, że je odzyskaliśmy.
P jak puzzle. Zaczęło się na początku roku. Z nudów. Najpierw nieśmiało, 300 części, później 500, w końcu 1000. Na więcej na razie się nie porywam. Wszystkie ułożone puzzle skrzętnie fotografowałam. Ze zdjęć wynika, że ułożyłyśmy z mamą w tym roku 22 pudełka puzzli. Były wśród nich przede wszystkim widoki i zabytki architektoniczne.
R jak Regina Brett. W zeszłym roku spotkałam się z Nicholasem Sparksem. W tym roku mogłam przytulić Reginę Brett. Kto następny, Colleen Hoover, a może Richard Paul Evans?
S jak San Marino. Miało być ciepło. Mieliśmy uciec od zimnej Polski. Tymczasem trafiliśmy do ośnieżonego kraju. Była to jednak piękna wycieczka i gdy patrzę na swoje pocztówki z San Marino, żałuję, że nie mam żadnej zimowej. Poznałam to państwo w śniegu, takie mnie zachwyciło i takie chcę je zapamiętać.
T jak The Smiths. W tym roku mój chłopak wydał książkę. To pierwsza polska biografia zespołu The Smiths. Przed poznaniem Maćka nigdy wcześniej nie słyszałam o The Smiths. Za to gdy pierwszy raz usłyszałam ich piosenki, to… nie chciałam słuchać dalej. Morrissey brzmiał okropnie. Dopiero po zapoznaniu się z historią tej grupy, nieśmiało zaczęłam puszczać jakieś pojedyncze utwory… I tak się stało, że drugim najczęściej słuchanym przeze mnie na Spotify wykonawcą w 2018 roku był właśnie zespół The Smiths. Towarzyszyłam Maćkowi na jego spotkaniach autorskich, wypytałam go o szczegóły związane z książką i cieszyłam się z każdej recenzji. Nie muszę wspominać, że były pozytywne? Jeśli choć trochę interesujecie się muzyką, przeczytajcie "Piosenki o twoim życiu". Nie musicie lubić biografii. Przed sięgnięciem po tę książkę nie musicie nawet lubić The Smiths. Maciek pisze tak, że polubicie.
U jak ukulturnianie się. Zdarza mi się mówić, że nie lubię muzeów. To małe kłamstwo, a właściwie nieścisłość: nie przepadam za niektórymi typami muzeów. Inne uwielbiam. W tym roku odwiedziłam chociażby Muzeum Azji i Pacyfiku, Muzeum Polskiej Wódki czy Muzeum Domków dla Lalek. Uwielbiam nietuzinkowe placówki, stworzone z pasją. A jeśli mowa o ukulturnianiu się, to w ostatnich miesiącach starałam się to robić na rożne sposoby – odwiedzałam wystawy czy festiwale. Po prostu czasami wychodziłam z domu. Zwykle nie żałowałam.  
W jak wystąpienia. Mam 21 lat. Gdyby ktoś mi powiedział, że będę przemawiać przed tłumem, który nie jest trzymany w sali przymusem i nie jest to przemówienie na koniec szkoły, otworzyłabym szeroko oczy ze zdumienia. Nadal otwieram,  gdy pomyślę o tych osobach, które stały po to, by dowiedzieć się, jakie są moje sposoby na tanie podróżowanie. Stały, bo wszystkie miejsca były zajęte. Kurtyna.
Z jak zaproszenia. Zakończę mało skromnie. Przez większość czasu nadal nie wierzę w siebie, ale są takie momenty, gdy znam swoją wartość. Gdy zostaję doceniana za swoją pracę. 
Jejku. Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, jakie mam super życie. Jestem za to bardzo, bardzo wdzięczna. Postaram się mniej narzekać!
Jaki był Wasz rok? Życzę Wam, byście w kolejnym spełniali swoje marzenia! Nie odkładajcie ich na później.
Sara

środa, 26 grudnia 2018

Ten wspaniały rok - podsumowanie #1



Podsumujcie mijający rok. Przekonajcie się, ile dobrego się zdarzyło.

Ja jak co roku mam dla Was alfabetyczne podsumowanie minionych dwunastu miesięcy.

A jak Ateny. Miały być brzydkie, zakurzone, brudne i w ogóle ble i faktycznie trochę takie były. Ale jednocześnie można było podziwiać tam zapierające dech w piersiach widoki. Ateny pożegnały nas awarią metra i ulewnym deszczem. Do samej stolicy raczej nieprędko wrócę, chyba że będę się tam przesiadać, aby dotrzeć do Santorini.
B jak Bułgaria. Miejscami nadal wyglądająca biednie i socjalistycznie, ale chwilami naprawdę urokliwa. Położenie Sofii – podobnie jak Aten – pozwala na podziwianie pięknych widoków. Jeden dzień spokojnie wystarczy Wam na zwiedzenie tego miasta i to na piechotę. A wieczorem wypijcie herbatę w Macu, bo dają do niej miodzik.
C jak cele. Na 2018 rok miałam ich osiem, wypełniłam pięć. Nie tak źle, ale też nie jakoś rewelacyjnie. Najbardziej cieszę się ze zrealizowanego celu podróżniczego, czytelniczego i tego dotyczącego stypendium. Cały czas się zastanawiam, czy wypisywać postanowienia na kolejny rok. Na pewno odpuszczę na razie odwiedzenie meczetów w Kruszynianach i Bohonikach – zdałam sobie sprawę, że ze względu na trudny dojazd najłatwiej zajrzeć tam przy okazji podróży do Mińska. Nie będę też raczej obiecywać sobie, że przepracuję w wakacje równy miesiąc. A czy warto planować podróż za granicę i czytanie książek, skoro i tak to robię?
D jak dziennikarstwo. W grudniu minęły dwa lata, odkąd dołączyłam do redakcji Spod Kopca. Był to dobry moment na to, by zamknąć drzwi i otworzyć okno. Odeszłam z redakcji, jednak nie będę ukrywać, że bycie jej częścią dało mi wiele możliwości. Tylko w 2018 roku przeprowadziłam wywiad z Jankiem Traczykiem, Wojtkiem Kiełbasą czy właścicielką jedynego toruńskiego antykwariatu. Zrobiłam też kilka fotorelacji z koncertów i napisałam ponad sto artykułów. A wiadomo, że aby lepiej pisać, trzeba po prostu pisać. Więc to robiłam.
E jak escape roomy. W 2018 roku liczba odwiedzonych przeze mnie pokoi zagadek osiągnęła 30. Z tej genialnej formy rozrywki zamierzam korzystać również w kolejnych miesiącach. Zauważyłam, że w escape roomie przez 60 minut nie myślę o niczym innym niż zagadki. Jeśli więc coś Was trapi, idźcie do escape roomu – tam czeka na Was mnóstwo problemów do rozwiązania!
F jak filmy. Jednym z moich celów na rok 2018 było obejrzenie trzydziestu filmów. Niektórzy oglądają tyle w miesiąc. Ja niestety nie. Muszę jednak przyznać, że ten cel zmotywował mnie do częstszego chodzenia do kina. Wyszukiwałam promocje i rozmaite akcje, by nie płacić za bilety więcej niż 20 zł. Przygotuję dla Was osobny post o tym, które filmy obejrzane w 2018 polecam.
G jak Gozo. Będąc na tej wyspie, miałam taką myśl: "Chcę tu zabrać Maćka". Świadomie stwierdziłam, że muszę wrócić w to miejsce. Rzadko mi się to zdarza. Gozo miało w sobie coś sielskiego, coś dziewiczego. Krajobrazy momentami przypominały wieś, w której czas się zatrzymał, chwilami bardziej kojarzyły się z powierzchnią Marsa. Polecieć na Maltę i nie wybrać się choć na jeden dzień na Gozo to grzech.
H jak hidżab. Może znacie tę nazwę z książek o arabskich mężach (i naiwnych Polkach) albo z telewizji. Ja miałam okazję na własne oczy, a właściwie na własnym ciele przekonać się, jak kobieta czuje się w hidżabie czy abai. Mimo że miałam na sobie to tradycyjne arabskie ubranie zaledwie przez kilka minut, zdążyłam poczuć się odarta z kobiecości. Nie patrzyłam w lustro. Dopiero później, oglądając zdjęcia, przekonałam się, jak wyglądałam. To był szok. Przychodzą mi na myśl historie w stylu: "Gdy założyłam strój baletnicy, wiedziałam, że muszę związać swoją przyszłość z tańcem…". Ja gdy włożyłam hidżab, utwierdziłam się w przekonaniu, że przejście na islam mi nie grozi. 
I jak Italia. W 2017 roku dwukrotnie odwiedziłam Łotwę. W 2018 z kolei dwa razy poleciałam do Włoch - w marcu, kiedy zwiedziłam San Marino, Rimini i Bolonię, oraz w maju, gdy babcia zabrała mnie na wycieczkę do Rzymu. Z jednej strony cudownie było znów zobaczyć Koloseum, z drugiej strony zdałam sobie sprawę, że jednak nie chcę mieszkać w Italii. Tamtejsza pizza mi nie smakuje, a poruszanie się samochodem to masochizm. Włoski styl bycia jest dla mnie zbyt luźny, a ulice, przynajmniej w Rzymie, to śmietniki.
J jak Jordanki. Długa rekrutacja sprawiła, że powoli traciłam nadzieję. Nie straciłam jej jednak do końca. Opłaciło się. W listopadzie napisałam dwa pierwsze teksty na temat koncertów i spektakli odbywających się w Centrum Kulturalno-Kongresowym Jordanki. To niesamowite móc uczestniczyć w najważniejszych kulturalnych wydarzeniach w Toruniu, a relacjonowanie ich jest prawdziwym wyzwaniem. Mam nadzieję, że ta przygoda będzie trwała jak najdłużej. Dodaje mi to wiary w to, że potrafię pisać (choć pan z Fly4Free twierdził inaczej).
K jak koncerty. Raczej daleko mi do dziewczyny, która chodzi na koncerty, tańczy pogo (czy pogo się tańczy?) i wydaje pięćset złotych na jeden bilet, by zobaczyć gwiazdę z zagranicy. Gdy przejrzałam jednak swoje posty i zdjęcia z tego roku, okazało się, że uczestniczyłam w kilku koncertach. Największy z nich to oczywiście występ Eda Sheerana na Stadionie Narodowym. Notabene od tego wydarzenia bardzo rzadko włączam piosenki Eda, za to uwielbiam słuchać Anne-Marie (w tym roku była ona piątym najczęściej słuchanym przeze mnie wykonawcą na Spotify!). Oprócz wielkiego show w stolicy miałam okazję uczestniczyć w koncercie Janka Traczyka, Wojtka Kiełbasy, Tymona Tymańskiego czy Leszka Możdżera i Glorii Campaner. Posłuchałam także na żywo Natalii Nykiel, Kasi Kowalskiej, Mateusza Ziółko i Marka Piekarczyka podczas koncertu ku pamięci Grzegorza Ciechowskiego.
Ciąg dalszy nastąpi. 
Sara

wtorek, 18 września 2018

Malta – komunikacja miejska, ceny i przydatne informacje



To ostatni maltański post. Cieszę się, że mogłam zabrać Was w tę podróż. To była wyjątkowa wycieczka z kilku powodów.

1. Po raz pierwszy byliśmy we czwórkę na rodzinnych wakacjach za granicą.
2. Po raz pierwszy moi rodzice i brat odwiedzili ciepły kraj strefy śródziemnomorskiej.
3. Po raz pierwszy Dawid leciał samolotem.
4. Już myśleliśmy, że nasze wymarzone wczasy nie dojdą do skutku ze względu na nieważny paszport.
Ostatecznie jednak wszystko się udało i dziś chciałabym się podzielić z Wami garścią praktycznych informacji dotyczących podróży na Maltę. Bo – przyznaję – planowanie tej wycieczki wcale nie było łatwe!
Jak dostać się na Maltę? 

Na Malcie funkcjonuje tylko jedno lotnisko. Nie jest ono jednak zlokalizowane w stolicy kraju. Na wyspę lata Ryanair z Gdańska, Krakowa, Poznania i Wrocławia oraz Wizz Air z Katowic i Warszawy.

Komunikacja na Malcie

Na Malcie obowiązuje ruch lewostronny, czyli krótko mówiąc – wszyscy jeżdżą jak wariaci, a na rondzie skręcają w lewo. Był to jeden z powodów, dla których nie zdecydowaliśmy się na wypożyczenie samochodu. Okazało się to doskonałą decyzją, bowiem uliczki na Malcie są bardzo wąskie, a zaparkowanie graniczy z cudem.
W dniu przylotu kupiliśmy siedmiodniowe bilety na komunikację miejską. Jeden taki bilet kosztował 21 euro. Jak sobie pomyślę, że w Atenach bilet trzydniowy to koszt 22 euro, stwierdzam, że zrobiliśmy niezły deal.
Wyspa jest mała, ale to kłamstwo, że wszędzie jest blisko. Autobusy objeżdżają nawet najmniejsze wioseczki i zatrzymują się co chwilę. Już o tym pisałam, ale powtórzę: każdy przystanek na Malcie i Gozo jest na żądanie. Jeśli chcemy wysiąść – naciskamy przycisk. Jeśli chcemy wsiąść – machamy. Może się zdarzyć tak, że autobus się nie zatrzyma, ponieważ kierowca nas nie zauważy (pech) albo autobus będzie przepełniony (jeszcze większy pech).
Czy autobusy na Malcie jeżdżą, jak chcą? Nie do końca. Większość z nich kursuje mniej więcej według rozkładu. Ale zdarza się, że jakiś autobus po prostu nie przyjedzie.
Planując podróż na Maltę, dziwiłam się, że - na przykład - podróż z Valletty do plaży Golden Bay (odległość 20 km) zajmie nam godzinę. Tymczasem tak to wygląda na Malcie. By jeździć autobusami, trzeba mieć trochę cierpliwości. Jednak wszystkie pojazdy są klimatyzowane - chociaż takie szczęście!
Na Malcie spotykaliśmy bardzo życzliwych ludzi. Nawet niepytani chętnie wskazywali drogę.
Ile kosztuje pobyt na Malcie?

Jak wiecie, naszą wyprawę zorganizowaliśmy w całości sami, nie korzystaliśmy z usług biur podróży. Organizowaliśmy ją jednak dwukrotnie. Początkowo już w lutym kupiliśmy bilety lotnicze oraz wynajęliśmy apartament na lipiec. Wówczas bilety dla czterech osób w dwie strony kosztowały 1379 zł, natomiast tygodniowy pobyt w apartamencie miał wynieść nas 1624 zł. Jednak w kwietniu pan anulował naszą rezerwację, tłumacząc się jakimiś pracami budowlanymi w domu. Wynajęliśmy więc inny apartament. Było coraz bliżej sierpnia, więc zapłaciliśmy już nieco więcej, bo 1813 zł za tygodniowy pobyt dla czterech osób. A w lipcu nastąpiła awaria paszportowa. Nie polecieliśmy na Maltę w zaplanowanym terminie. Musieliśmy ponownie kupić bilety lotnicze i wynająć apartament. O ile bilety udało nam się dorwać w naprawdę świetnej cenie, bo za 1374 zł, o tyle apartamenty były już o wiele droższe. Za nasz zapłaciliśmy 2110 zł, jednak jego lokalizacja była idealna – w Valletcie, dwie minuty od przystanku autobusowego, blisko wszystkich zabytków, 15 minut od głównego dworca autobusowego. I tu mam dla Was niespodziankę - 100 zł zniżki na nocleg na Airbnb!
Przykładowe ceny

Rejs łódeczką po Blue Grotto8 euro
Rejs promem na Gozo i z powrotem – 4,65 euro
Rejs na Blue Lagoon i z powrotem – 10 euro
Pocztówka – 0, 25 euro
Obiad w knajpce dla czteroosobowej rodziny (np. dwie pizze i dwa makarony z piciem) – ok. 50 euro
Trzy gałki lodów – od 3,5 euro do 4,5 euro
Pisząc ten post, po raz kolejny uświadomiłam sobie, że organizowanie podróży samemu jest po prostu tańsze niż kupowanie wycieczek w biurze podróży. Dla przykładu – ostatnio rozmawiałam ze znajomą, która już zapłaciła za wczasy dla czterech osób na przyszły rok organizowane przez biuro podróży. Tygodniowy pobyt na Zakynthos bez wyżywienia wyniósł ją 4000 zł. De facto więc za loty i hotel dla czterech osób zapłaciła 4000 zł, kupując wczasy rok wcześniej. My, kupując wszystko na miesiąc przed, zapłaciliśmy 3500 zł. A mogliśmy wydać jeszcze mniej, załatwiając wszystko na kilka miesięcy przed wyjazdem. Nie muszę dodawać, że mieliśmy do dyspozycji kuchnię i całe mieszkanie. 

Jeszcze taka uwaga – hotele na Malcie są bardzo drogie, o wiele bardziej opłaca się wynająć coś na Airbnb. Jak działa ten portal, pisałam w tym poście.

Jeśli macie jakiekolwiek pytania dotyczące wyjazdu na Maltę, śmiało, piszcie! Postaram się pomóc.
Uściski!
Sara