Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mój Toruń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mój Toruń. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 kwietnia 2021

Oj, działo się… - marzec 2021

Marzec podzielmy na dwie części. Tę spędzoną w więzieniu i tę spędzoną na wolności. O tej pierwszej napisałam już dość. Zacznijmy więc od czegoś piękniejszego: od wyjścia na dwór. 

Przyznaję, kręciło mi się w głowie. I jakoś dużo było tych gwiazd na niebie, gdy w końcu opuściłam dom po 18 dniach kwarantanny. Tak bardzo stęskniłam się za przestrzenią i za spacerami, że za jednym zamachem przeszłam od razu sześć kilometrów. A potem już ruszyła lawina…

Spotkałam się z Marcinem, którego w czasie kwarantanny widywałam tylko z balkonu. Zobaczyłam się z babcią i przegrałam kilka złotych w karty. Odwiedziłam przyjaciółkę i razem obgadałyśmy, co trzeba i kogo trzeba. 

Później był szybki wypad do Gniezna, o którym więcej pisałam tutaj. Zdążyliśmy, zanim zamknęli hotele.

W drugiej połowie marca zaczęłam w końcu wygrywać w szachy. Tylko Marcina jeszcze nie ograłam. W marcu wzięłam się też dość dobitnie za moją magisterkę. Przebadałam 150 osób. 

Ruszyłam też z kopyta, jeśli chodzi o książki. Skończyłam "Paranoję", debiut toruńskiej autorki. Finał nieźle wbił mnie w fotel (a właściwie to w łóżko, bo czytałam na leżąco). Za to niestety, ku mojemu zdziwieniu, zawiodła mnie książka Michała Rusinka "Zero zahamowań". To analiza tekstów piosenek disco polo, utworów patriotycznych czy tych z czołówek seriali. O ile czytając poprzednie książki Rusinka, głośno się śmiałam, o tyle tutaj czułam niestety dość spore zażenowanie. Analizy były moim zdaniem nieco naciągane i po prostu mało zabawne. 

Co jeszcze robiłam w marcu? Prawie zaliczyłam jedne zajęcia na studiach. Piszę "prawie", bo za mną już egzamin – swoją drogą dość trudny, bo z odpowiedziami wielokrotnego wyboru. Wcieliłam się także w rolę mediatorki. Przede mną jeszcze napisanie pracy zaliczeniowej. Przedmiot nazywa się "negocjacje i mediacje" i muszę przyznać, że tematyka okazała się bardzo ciekawa, zajęcia traciły jednak na tym, że odbywały się w piątki i trwały od 13 do 20. O 19 nie wiedziałam już, co się dzieje. 

W marcu wróciły też survivale, czyli nasze wyprawy z Marcinem, podczas których chodzimy przez pola, dżungle i zaglądamy tam, gdzie normalni ludzie się nie zapuszczają. Na razie byliśmy na dzikiej plaży nad Wisłą i na murach Zamku Dybowskiego (dosłownie na murach). 

Jaki zapowiada się kwiecień? Pracowicie. Ale cieszę się, że do zakończenia studiów coraz bliżej. 


Jaki był dla Was marzec? Mam nadzieję, że trzymacie się zdrowo!

Sara

czwartek, 18 marca 2021

Oj, działo się… - luty 2021


Ostatnio mam "drobne" opóźnienie z podsumowaniami miesiąca. Ale oto jest, wpis na temat lutego. To był dziwny czas.

Do 23 lutego byłam bardzo aktywna, co widać po zapiskach w kalendarzu. Z początkiem miesiąca zakończyłam sesję i przez kolejne tygodnie miałam wolne od zajęć na studiach. Skupiłam się więc na pracy, życiu towarzyskim i załatwieniu wszystkiego, na co nie miałam do tej pory czasu.


Były spotkania ze znajomymi, był chwilowy powrót do normalności. Z Marcinem poszliśmy po wielu miesiącach na basen, a także do muzeum. Spędziliśmy sporo czasu razem. Uczyłam się grać w szachy (ale czy nauczyłam? Na to chyba potrzeba połowy życia). Poznałam też inną, nową grę, tym razem słowno-karcianą. "Tajniacy" bardzo mnie wciągnęli. Szkoda, że potrzeba do tej gry aż czterech osób.

W lutym, mimo siarczystego mrozu, nie brakowało również spacerów. Podczas jednego z nich fotografowałam kłódki zakochanych do walentynkowej galerii. W poszukiwaniu miłosnych wyznań dotarliśmy aż nad Martówkę, starorzecze Wisły, które okazało się… zamarznięte. Ludzie nie tylko spacerowali, lecz także grali w hokeja na grubej tafli. I o ile zwykle uważałam chodzenie po lodzie za skrajny idiotyzm, o tyle tutaj, widząc te tłumy i bacząc na temperaturę, zdecydowałam się wejść na zamarzniętą Martówkę. To było niezapomniane doświadczenie.


W lutym wypadało też moje ulubione święto – i nie, nie chodzi o walentynki, a o Tłusty Czwartek. Pączki jadłam przez dwa dni (nie, żebym w inne dni w roku ich nie jadła). Były i wegańskie, i z bitą śmietaną, z malinami, z czekoladą…


I gdy tak sobie przyjemnie luty mijał nagle: bach! Kwarantanna. Ostatnie dni miesiąca spędziłam w domu. Więcej o kwarantannie napisałam tutaj.

Gdyby nie konieczność przymusowego siedzenia w domu (i to będąc zdrową), luty zaliczyłabym do naprawdę udanych. Choć w sumie… nadal zaliczam. Bo – mimo epidemii – wydarzyło się sporo wspaniałych rzeczy. Gdy przeglądałam telefon, przypomniałam sobie te miłe drobiazgi jak lody z gorącymi owocami i bitą śmietaną zaserwowane przez tatę, domowa pizza, zestaw biesiadny z pierogarnii (nie, to nie przypadek, że wymieniam samo jedzenie, ja naprawdę lubię jeść). Ale w lutym obserwowałam też sarenki z okna podczas mycia zębów (tzn. ja myłam zęby, nie sarenki), zjadłam pizzę w samochodzie (i znowu to jedzenie…) i wybierałam pierścionki w galerii. Do tego wyszła nowa płyta Kwiatu Jabłoni - ich koncert w Toruniu przez epidemię przekładali mi już trzy czy cztery razy. A wracając do jedzenia… To z okazji walentynek jadłam calzone. Najlepszy prezent.


Jestem ciekawa, jak będzie wyglądało podsumowanie marca. Pierwszą połowę spędziłam na kwarantannie. A co z drugą?

Trzymajcie się zdrowo!

Sara

piątek, 8 stycznia 2021

Świąteczne ozdoby i iluminacje w Toruniu oraz Chełmży

 

Dziś mam dla Was kilka świątecznych ujęć z Torunia i Chełmży. Warto wyjść z domu. Oczywiście w maseczce!

Świąteczne iluminacje w Chełmży

Zacznę od Chełmży, bo być może to mniej popularny kierunek styczniowych spacerów niż popularny, turystyczny Toruń. Tymczasem również do tego niewielkiego miasteczka również warto się wybrać, by podziwiać świąteczne iluminacje. Swoją drogą, mam wrażenie, że to obecnie jeden z nielicznych dozwolonych rodzajów turystyki i podróży – gdy wszystkie muzea i instytucje kultury są zamknięte, pozostaje nam podziwiać nam budynki z zewnątrz. A te często przystrojone są malowniczymi światełkami.



W Chełmży dekoracje znajdziecie na kilku uliczkach wokół starówki. Na głównym rynku stoi choinka, bombka oraz św. Mikołaj. Gdy z Marcinem pojechaliśmy do Chełmży, padał śnieg, dzieciaki rzucały się śnieżkami (no dobra, nie tylko dzieciaki, my też), maluchy lepiły bałwana, ktoś jeździł quadem… Aura była więc iście zimowa.


Nie sądziłam, że kiedykolwiek zimą wybiorę się nad jezioro. Co prawda nie morsować (jeszcze), ale przejść pomostem. I urządzić sobie tak durną zabawę, jak  "kto dalej rzuci śnieżką w wodę". Podczas wizyty w Chełmży pospacerowaliśmy trochę po plaży – tym razem nogi nie grzęzły w piasku, lecz w śniegu. Jezioro nie było zbyt mocno zamarznięte, więc ślizgających się ludzi nie widzieliśmy. Ale pewnie i tacy szaleńcy się znajdą, jeśli faktycznie przyjdzie do nas "bestia ze Wschodu", czyli - mniej medialnie – wyż znad Syberii.

Świąteczne iluminacje w Toruniu

Z kolei w Toruniu ozdoby są w większości te same, co w zeszłych latach, ale i tak robią wrażenie. Dla moich rodziców spacer po starówce był jeszcze bardziej wyjątkowym doświadczeniem, bo nie byli tam od dawna i nie wiedzieli, jak bardzo zmieniła się ta część Torunia. Czy na dobre, czy na złe – nie mnie oceniać. Ulica Szeroka, główny deptak, z każdym miesiącem staje się o wiele bardziej turystyczna (choć turystów obecnie jak na lekarstwo, ze względu na epidemię i zamknięte hotele). Coraz mniej tam sklepów z ubraniami, coraz więcej ze słodkościami. Ale z okien smutno spoglądają też plakaty "lokal do wynajęcia". Podczas spaceru odkryłam, że zamknęła się m.in. kawiarnia i cukiernia Wiślańska, w której byłam z przyjaciółką zaledwie kilka miesięcy temu, akurat wtedy gdy lokale gastronomiczne mogły przyjmować gości.



Jeśli będziecie szukać dekoracji świątecznych w Toruniu, to polecam Wam przede wszystkim okolice Rynku Staromiejskiego, gdzie czeka na Was św. Mikołaj, aniołki, choinka czy świecąca fontanna. Na Rynku Nowomiejskim jak co roku stoi szopka, są też inne ozdoby. Choinkę i stajenkę można podziwiać również przy Urzędzie Marszałkowskim.


Oczywiście toruńskie i podtoruńskie iluminacje oraz dekoracje trudno porównać do tych we Wrocławiu, które widziałyśmy z mamą w 2019 roku, podczas jarmarku bożonarodzeniowego. Ale i tak myślę, że warto wyjść z domu i wybrać się choć na krótki spacer. Ot, takie 5000 kroków. Dla mnie to zbawienie, bo ostatnie dni spędzam w większości w domu, więc każde wyjście to dla mnie święto. I wielka radość.

A jeśli już o ozdobach świątecznych mowa, to od lat wybieramy się z rodzicami do Parku Oliwskiego, aby zobaczyć tamtejsze światełka. Może w tym roku nam się uda?

Dajcie znać, gdzie widzieliście najładniejsze ozdoby świąteczne!

Sara

wtorek, 17 grudnia 2019

Toruń w grudniu - jarmark bożonarodzeniowy i świąteczne dekoracje



Ostatnio pokazywałam Wam bajkowy jarmark świąteczny we Wrocławiu. Toruń nie może poszczycić się aż tak dużą liczbą stoisk jak stolica Dolnego Śląska. Za to dekoracje świąteczne są w naszym mieście wyjątkowo urocze. Dziś więc mam dla Was trochę ujęć z zimowego Torunia.
Toruński jarmark bożonarodzeniowy to kilkanaście stoisk. Można na nich znaleźć ciepłe kapcie, wełniane czapki, ozdoby choinkowe, a także jedzenie. Wybór jest jednak zdecydowanie mniejszy niż we Wrocławiu. Królują oscypki i gorąca czekolada. Można również spróbować potraw z grilla.
Na Rynku Staromiejskim znajdują się także stoiska z domowymi wyrobami, perfumami oraz biżuterią. Można więc zakupić wisiorki, naszyjniki czy kolczyki w przystępnych cenach. Jednak jeśli nie będziecie mieli okazji odwiedzić jarmarku świątecznego, a nie za bardzo macie czas na szwendanie się po sklepach, biżuterię na każdą okazję znajdziecie w sklepie internetowym Markiza. Oferuje on m.in. złote kolczyki koła, bransoletki, a także zawieszki i inne ozdoby.
Co jeszcze znajduje się na jarmarku w Toruniu? Dzieciaki mogą pojeździć na karuzeli. Starsi wypić grzańca. Za to wszyscy są mile widziani w bramie świątecznych życzeń.
Jednym z najciekawszych straganów na toruńskim jarmarku bożonarodzeniowym jest ten, na którym można wylosować torbę z upominkiem. Płacimy 20 zł i otrzymujemy prezent – nie wiadomo jednak, co jest w środku.
Mnie jarmark w Toruniu nie zachwycił tak jak ten we Wrocławiu, za to dekoracje, które można oglądać na całej starówce, są zdecydowanie warte zobaczenia. Wzdłuż najważniejszego deptaku w mieście, ulicy Szerokiej, rozwieszono świąteczne ozdoby. Przy pomniku Kopernika stoi ogromna choinka oraz św. Mikołaj. Również w bocznych uliczkach jest co oglądać.
Według mnie najładniejsze są subtelne ozdoby na latarniach. To one tworzą ten przyjemny, świąteczny klimat.
O ile sam jarmark nie rzuca na kolana, o tyle moim zdaniem warto się wybrać na krótki, wieczorny spacer po Toruniu, by zobaczyć, jak w tym roku udekorowano miasto na Boże Narodzenie. Część ozdób pochodzi jeszcze z zeszłych lat, jednak niektóre są zupełnie nowe.
Zostawiam Was ze zdjęciami świątecznego Torunia. 
Sara

poniedziałek, 2 grudnia 2019

Oj, działo się... - listopad 2019


Wiecie, jak przygotowuję się do pisania podsumowań miesiąca? Zwykle otwieram kalendarz, zaglądam na Instagrama i próbuję sobie przypomnieć, co ciekawego działo się w ciągu minionych 30 dni. Tak też zrobiłam tym razem. Kalendarz okazał się… pusty.

Staram się zapisywać, co miłego/fajnego/niespodziewanego/ciekawego wydarzyło się w ciągu dnia. W listopadzie zupełnie to odpuściłam. Przykre. Próbowałam sobie jednak przypomnieć, czy faktycznie tylko narzekałam i leżałam w łóżku? Chyba jednak nie…

Na pewno w listopadzie pobiłam swój koncertowy rekord – byłam na trzech koncertach w ciągu jednego tygodnia. Co prawda na dwa z nich udałam się w ramach pracy w CKK Jordanki, ale nadal była to okazja do ukulturnienia się. Te trzy koncerty były skrajnie różne. Obejrzałam występ Comy, Pawbeats Orchestra i Sorry Boys. Na ten ostatni wybrałam się z własnej woli i nie żałuję – bawiłam się świetnie. Szkoda, że Sorry Boys nie są bardziej znani. Wokalistka, Bela Komoszyńska, ma wyjątkowy, charakterystyczny, mocny głos, który na żywo brzmi nawet lepiej niż na płytach.
W listopadzie odwiedziłam dwa escape roomy – jeden w Toruniu i jeden w Bydgoszczy. Tajemnica Strefy 51 miała niesamowity, kosmiczny klimat – pełno elektroniki, kabli, dziwnych przycisków. Naprawdę odnieśliśmy wrażenie, że za chwilę zza rogu wyskoczy ufoludek albo że jak coś naciśniemy, to wystrzelimy w powietrze.

Z kolei drugi odwiedzony przez nas pokój, Legenda Miecza, to obecnie 14. najlepszy escape room w kraju. Stworzyła go firma Wyjście Awaryjne. Do nich należy również pierwsze miejsce w Polsce. Nie zawiedliśmy się. Pokój nas zaskakiwał na każdym momencie i naprawdę wczuliśmy się w jego rycerski klimat.
W listopadzie sporo czasu poświęciłam na badania, o których wspominałam Wam krótko w poprzednim poście. W ramach zaliczenia jednego z przedmiotów sprawdzałam, czy toruńska Aleja Solidarności spełnia cechy dobrego węzła komunikacyjnego. Jak to zbadać? Na różne sposoby. Przeprowadzaliśmy obserwacje, robiliśmy wywiady terenowe, ankiety, a także analizę śladów (czyli fotografowaliśmy śmietniki xd). Badania kosztowały mnie sporo wysiłku, ale raport jest już oddany. Ciekawi wyników? Okazało się, że torunianie dość dobrze oceniają Aleję Solidarności, jednak jest tam również sporo do zmiany. Brakuje oznaczeń, nie ma biletomatów i jest zdecydowanie za wąsko.
Dla wielu osób ważnym listopadowym wydarzeniem jest… Black Friday. Ja co roku w tym dniu poluję na książki. Przez cały rok kupuję ich niewiele. W Black Friday wyszukuję najlepsze promocje. Tym razem udało mi się kupić 3 książki za 54 zł, więc chyba nie było to jakieś oszustwo cenowe. ;)

Koniec listopada przyniósł mi powód do radości – dostałam stypendium naukowe, czyli zrealizowałam kolejny cel na rok 2019. Przyznam się Wam, że bardzo wątpiłam w to, czy w tym roku otrzymam stypendium. Zmieniły się zasady, zmieniła się kwota, a ja miałam niższą średnią niż poprzednio. Ale udało się, czyli jednak pilna ze mnie studentka. Chyba.

Grudzień zapowiada się o wiele ciekawiej i radośniej. Co prawda czeka mnie egzamin z MMPI, czyli testu do oceny zaburzeń klinicznych, ale możemy go pisać z notatkami, więc raczej zdam. Mam nadzieję, że to ostatni medyczny element na tych studiach.

Z milszych rzeczy – w grudniu wyjeżdżam do Wrocławia, planuję także odwiedzić toruński jarmark bożonarodzeniowy. Wybieram się też na koncert Sylwii Banasik ze Studia Accantus (wokalistka wystąpi w kilku miastach Polski). Mam nadzieję, że w grudniu zrealizuję również moje cele filmowe i książkowe. Na tę chwilę mam 55 przeczytanych w tym roku książek i 23 obejrzane filmy.

Dajcie znać, jaki był Wasz listopad!
Sara
PS Moi drodzy, na koniec ważna informacja: podjęłam współpracę z firmą marketingową, więc na blogu od czasu do czasu będą pojawiały się artykuły sponsorowane. Oczywiście tematyka bloga nie zmieni się i mam nadzieję, że nadal będziecie tu zaglądać.

sobota, 26 października 2019

W Toruniu znajduje się Lunapark inny niż wszystkie...


Uwielbiam lunaparki. Rollercoastery, karuzele i tę całą otoczkę, która kojarzy się z wesołym miasteczkiem. W Toruniu znajduje się wyjątkowy lunapark. Nie możecie w nim jednak zostać dłużej niż przez godzinę…

Gdy dowiedziałam się, że największy toruński escape room Open The Door zamyka swoje pokoje, byłam w szoku. To właśnie tam zaczęłam swoją przygodę z tą formą rozrywki. Nawiedzony Hotel był moim pierwszym w życiu escape roomem. Miałam nadzieję, że Open The Door ponownie otworzy swoje drzwi i… tak też się stało! Firma znalazła nową siedzibę. Na początek właściciele zdecydowali się przenieść pokój Lunapark. Byliśmy ciekawi, czy mimo nowej lokalizacji, zagadki pozostaną te same. Z Lunaparku udało nam się uciec po raz pierwszy kilka miesięcy temu. Pamiętaliśmy więc ten pokój dość dobrze. Mogliśmy porównać poprzedni Lunapark z tym znajdującym się w nowej siedzibie. I powiem Wam, że to porównanie wypadło bardzo korzystnie!

Lunapark jest jednocześnie słodki i mroczny. Kryje wiele tajemnic i przypomina wesołe miasteczka odwiedzane wieczorową porą. Nowa odsłona Lunaparku zawiera to, co najlepsze, ze starej wersji, ale pojawiło się w niej też trochę zaskoczeń. Nas intrygowało to, czy wyjdziemy z pokoju po 20 minutach, bo wszystko będzie się powtarzać i wykonamy zadania z pamięci, czy też czeka na nas większe wyzwanie. Okazało się, że twórcy zadbali o nasze szare komórki i pojawił się spory element zaskoczenia.

Nigdy nie zdarzyło nam się odwiedzić tego samego pokoju dwukrotnie. Byliśmy więc ciekawi, jak spodoba nam się Lunapark vol. 2. Z pokoju wyszliśmy o wiele bardziej zadowoleni niż za pierwszym razem. A zatem jeśli już próbowaliście swoich sił w ucieczce z Lunaparku, ale także jeżeli ten pierwszy raz dopiero przed Wami, warto spróbować swoich sił i poczuć tę tajemniczą aurę wesołego miasteczka. 

Czego możecie spodziewać się w tym pokoju? Znajdziecie tam zarówno tradycyjne kłódki, jak i elektroniczne rozwiązania. Jak zawsze warto dobrze przeszukać pokój i zaglądać we wszystkie zakamarki. O odpowiedni klimat zadbano nie tylko poprzez wystrój i dekoracje, lecz również… efekty dźwiękowe. Nic więcej zdradzić nie mogę! Oprócz tego, że pewne rzeczy w pokoju dzieją się magicznie. W końcu to nie jest zwykły Lunapark. 

Co ważne, pokój dostępny jest w dwóch wersjach – dla dorosłych przygotowano nieco trudniejszą i bardziej mroczną, dla dzieci łatwiejszą, bez zbędnych elementów z horroru, ale nadal efektowną.  

Na razie w Open The Door można odwiedzić tylko Lunapark, ale już niebawem pojawi się drugi scenariusz, coś o wiele bardziej mrocznego… Choć my nie przepadamy za pokojami w klimacie thrillera czy horroru, na pewno wybierzemy się ponownie do Open The Door, z czystej ciekawości. O ile w poprzedniej siedzibie pokoi było sporo i niekiedy zarzucano obsłudze, że nie śledzi dokładnie tego, co robi grupa, o tyle obecnie właściciele stawiają przede wszystkim na jakość, nie na ilość. My na pewno zajrzymy do Open The Door, gdy tylko pojawi się drugi pokój.

Toruń ma swój własny Lunapark. Warto go odwiedzić, niezależnie od tego, ile macie lat. Emocje jak na kolejce górskiej gwarantowane.
Sara

wtorek, 15 października 2019

Mój rok na Jordankach - co lubię w swojej pracy?


Wielkimi krokami zbliża się Tofifest, festiwal filmowy. To właśnie dzięki niemu dostałam pracę w Centrum Kulturalno-Kongresowym Jordanki. Niedługo minie rok od tego wydarzenia. Z tej okazji chciałabym dziś napisać Wam nieco więcej o tym, czym się zajmuję i za co lubię tę pracę.

W Centrum Kulturalno-Kongresowym Jordanki w Toruniu odbywają się rozmaite wydarzenia – począwszy od koncertów i spektakli, poprzez kabarety i balety, na konferencjach, kongresach i festiwalach skończywszy. A ja mam okazję w tym wszystkim uczestniczyć od blisko roku. Oczywiście nie codziennie (czego czasami żałuję!), lecz zaledwie kilka razy w miesiącu. Jednak przez rok zdążyła się już uzbierać spora pula ciekawych, artystycznych działań, które miałam okazję podziwiać na własne oczy.
Ale może zanim przejdę do tego, które z wydarzeń wspominam najmilej, wyjaśnię, jak to się stało, że otrzymałam pracę w Jordankach. Rekrutacja była kilkuetapowa. We wrześniu zeszłego roku wysłałam swoje CV i kilka artykułów. Następnie wybrani kandydaci poproszeni byli o przesłanie tekstu związanego z Tofifestem. Postawiłam na recenzję genialnego filmu biograficznego "McQueen". Chyba się spodobało, bo zaproszono mnie na rozmowę rekrutacyjną. I prawdopodobnie nie wypadłam źle, gdyż pracę dostałam.
Od blisko roku, kilka razy w miesiącu chodzę więc na wydarzenia wskazane przez Jordanki, a później tworzę z nich relacje. Uczestniczyłam w wielu koncertach, w występach grup baletowych, oglądałam spektakle, brałam udział w kilku konferencjach, a nawet wybrałam się na festiwal muzyki chrześcijańskiej, studniówkę i bal! Które z tych wydarzeń najbardziej utkwiły mi w pamięci?

Na pewno na kolana powalił mnie występ gruzińskiej grupy Sukhishvili. To było coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam na żywo i co trudno było mi sobie wyobrazić. Wygimnastykowane ciała, niezwykła synchronizacja, bajeczne kostiumy… Zbierałam szczękę z podłogi.

Niewątpliwie ciekawe doświadczenie stanowiło dla mnie uczestniczenie w Balu Marszałka. To była okazja do zanurzenia się w świat prestiżu. ;) Na bal przybyło mnóstwo znanych i ważnych osobistości. Dla mediów przygotowano wówczas osobne pomieszczenie, a w nim… jedzenie! Tak pięknie podane, że zrobiłam mu zdjęcie. Byłam pod wrażeniem całej tej otoczki i organizacji.
W mojej pamięci dość dobrze zapisał się też festiwal muzyki chrześcijańskiej Song of Songs. Czułam się tam bardzo nie na miejscu, ja, lewaczka, otoczona ludźmi głębokiej wiary. Dałam się jednak porwać muzyce. Podczas występu zespołu Dagadana stałam pod samą sceną i nie mogłam uwierzyć, że słyszę te dziewczyny po raz pierwszy! To było coś genialnego - muzyka folkowa, ale przedstawiona w nowoczesny sposób. Chętnie zobaczyłabym Dagadanę na koncercie ponownie.
To oczywiście nie jedyne wydarzenia, które wzbudziły we mnie mnóstwo pozytywnych emocji. Bardzo miło wspominam koncerty Toruńskiej Orkiestry Symfonicznej. Na co dzień nie słucham muzyki klasycznej. Nasza orkiestra robi jednak wszystko, by jej koncerty zaciekawiły różnorodną publiczność. Muzycy grają przeboje filmowe albo sięgają po nietypowe instrumenty. Toruńska Orkiestra Symfoniczna ma swoją siedzibę w CKK Jordanki, więc myślę, że jeszcze nieraz będę miała okazję jej posłuchać.
W ciągu minionego roku polecono mi również uczestniczyć w koncertach muzyków, których kompletnie nie znałam. Waglewski Fisz Emade? To jakiś rap? Kompletnie nie wiedziałam również, czego spodziewać się po współpracy Mazolewskiego z Porterem. Tymczasem w każdym z tych koncertów odnalazłam coś fajnego. I to jest prawdopodobnie jeden z największych atutów tej pracy – uczestniczę w wydarzeniach, na które pewnie nie wybrałabym się z własnej woli. Poszerzam horyzonty, poznaję nowych artystów, a podczas konferencji i kongresów dowiaduję się czegoś nowego.
Niektóre osoby mówiły mi, że zazdroszczą mi takiej pracy – chodzę sobie na koncerty i spektakle, dobrze się bawię, a potem o tym piszę. Brzmi to super i faktycznie ja tę pracę bardzo lubię. Choć bywa ciężka – niekiedy wydarzenie trwa kilka godzin, a ja jestem skazana na słuchanie czegoś, co mnie nie interesuje lub na czym się nie znam. Ale ze wszystkiego staram się wyciągnąć jakieś inspiracje i ciekawostki.
Mam nadzieję, że moja przygoda na Jordankach będzie trwać jeszcze bardzo długo.
Sara

środa, 2 października 2019

Podsumowanie wakacji - co robiłam i przeżyłam



Moje trzymiesięczne wakacje dobiegły końca. Z jednej strony się cieszę, bo wreszcie zacznę coś robić. Z drugiej strony powrót na znienawidzone studia nie powoduje u mnie nadmiernej ekscytacji.

Co ciekawego zrobiłam w te wakacje? Jakie miejsca odwiedziłam? Czego nie robiłam, bo nie chciałam albo… mi się nie chciało? Oto podsumowanie.
Zacznijmy od tego, co tygryski lubią najbardziej, czyli od podróży! W te wakacje nie planowałam dwóch wycieczek zagranicznych, ale tak jakoś przypadkiem wyszło, że wygrałam rejs promem do Szwecji. Dzięki temu z bratem zwiedziliśmy cudowną Karlskronę, do której pewnie nie wybrałabym się, gdyby nie ten konkurs. Poza tym odhaczyłam dwudziestą czwartą stolicę i to dość niepopularną – miasto Andorra la Vella. A stało się to przy okazji podróży do Barcelony - żałuję, że to nie stolica Hiszpanii, bo znalazłaby się na pewno bardzo wysoko w moim rankingu.
Niezapomniana była również dla mnie podróż na Podlasie. To jedna z tego rodzaju wycieczek, które odwlekałam od dawna. W końcu zobaczyłam meczet w Kruszynianach. Być może część z Was pamięta, że przez kilka lat jednym z moich celów rocznych było: "Zobaczyć meczety w Kruszynianach i Bohonikach". Tym razem nie umieściłam tego punktu na liście, a na Podlasie pojechałam. I przekonałam się, że to faktycznie jest trochę inny świat. Tam można usłyszeć ciszę.
Co jeszcze ciekawego zrobiłam w wakacje? Ano starałam się jak zawsze trochę ukulturnić. Obejrzałam dwa wspaniałe muzyczne filmy – "Rocketman" i "Yesterday". Byłam w kinie na "(Nie)znajomych" – bardzo Wam polecam tę produkcję. Jest polska, ale niech to Was nie odstrasza. Można się pośmiać, ale też… zastanowić nad życiem. Bo film ten jest w gruncie rzeczy bardzo, bardzo życiowy i prawdziwy. Nie jakieś tam dyrdymały, które zdarzają się tylko na srebrnym ekranie. W wakacje obejrzałam także dwa starsze filmy – "Utoya, 22 lipca" o zamachu Breivika i "Marsjanin" z genialnym Mattem Damonem. Opowieści o kosmicznej tematyce raczej nie należą do moich ulubionych, ale tę ogląda się wyjątkowo przyjemnie. Można trochę się pośmiać, ale i wzruszyć.

W wakacje przeczytałam 15 książek. Niektóre były bardzo słabe jak bijąca rekordy książka z leniwcem na okładce "Jak mniej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych", ale były też wyjątkowo świetne jak "Too late" Colleen Hoover, która niezmiennie pozostaje moją ulubioną autorką.

Ukulturniałam się nie tylko w domowym zaciszu. W minione lato odwiedziłam dwa świetne muzea toruńskie – Muzeum Zabawek i Bajek oraz Muzeum Dom PRL-u. Oba serdecznie Wam polecam, a szczegółowe relacje z tych miejsc znajdziecie na blogu.
W wakacje odhaczyłam również punkt z mojej listy celów, który brzmiał "Zobaczyć Notre Dame de Paris". Kupno biletów na ten musical było świetną decyzją, nie żałuję wydanych pieniędzy. Uwielbiam muzykę z musicali, słucham Studia Accantus, ale jakoś nigdy nie było mi po drodze do teatru. Tymczasem to, co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Mam nadzieję, że w najbliższym sezonie uda mi się zobaczyć kolejny musical – może "Miss Saigon" w Łodzi.
Sporo czasu w ciągu ostatnich trzech miesięcy spędziłam również na oglądaniu… list przebojów. Na Stars TV emitowano genialne topy alfabetyczne (top 36 przebojów na daną literę), a także inne listy ze starymi, kultowymi piosenkami. Trochę żałowałam, że nie mam telewizora we własnym pokoju, ale w sumie w salonie jest więcej miejsca do tańczenia.

I w końcu dochodzimy do jednego z najważniejszych wydarzeń tego lata. Decyzji, która zmieniła moje życie. W naszym domu zamieszkał Nicolas, kotek brytyjski. Zmodyfikował niektóre z naszych nawyków, a przede wszystkim dał nam dużo radości. Co lubi robić Nicolas? Siedzieć tam, gdzie dużo kurzu, czyli pod łóżkiem, prosić o jedzenie, uprawiać parkour. To prawdziwa gwiazda Instagrama. Nie wiem, jak to się dzieje, że z miejsca go pokochałam. Chociaż budzi mnie nad ranem, udając okręt.
Przeglądam mój kalendarz i nadziwić się nie mogę, że tyle fajnych rzeczy miało miejsce w te wakacje. A wydawało mi się, że nie robiłam kompletnie nic. Przeczą temu odwiedzone festiwale, escape roomy, napisane teksty, przeprowadzone wywiady, zdobyte nagrody. Cieszę się, że zapisuję miłe rzeczy, które wydarzyły się danego dnia. To pozwala jakoś bardziej docenić życie. I nawet to, że nie poszłam w końcu do kina na "Króla lwa", przestaje mnie martwić.
A ostatni dzień wakacji spędziłam w studiu nagraniowym. Szczegóły wkrótce. :)
Jak tam Wasze wakacje? Gdzie byliście, co zobaczyliście, co przeżyliście, co dobrego zjedliście, co przeczytaliście?
Sara