Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do Bułgarii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do Bułgarii. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 maja 2019

Mój subiektywny ranking stolic europejskich cz. 1


Podobno już się pogubiliście. Nie wiecie, gdzie byłam, gdzie nie byłam. Dziś więc skromnie przypomnę 23 stolice, które już odwiedziłam. Drugie tyle przede mną!

Ostatni ranking stolic europejskich pojawił się na tym blogu w 2017 roku, gdy miałam za sobą 14 odwiedzonych stolic. Od tego czasu sporo się zmieniło – nie tylko zwiedziłam nowe miasta, lecz także wróciłam do niektórych z nich.

Właściwie im więcej miejsc poznaję, tym trudniej jest mi tworzyć takie rankingi. Bo trudno jest porównywać coś, co jest zupełnie inne. Dlaczego mam zestawiać Helsinki z Rzymem, skoro te miasta powstały w zupełnie innym okresie, położone są na innej szerokości geograficznej, różni je wielkość, liczba ludności i tysiące innych rzeczy? Tym razem postanowiłam, że ranking będzie wyglądać nieco inaczej. Stworzyłam właściwie spis skojarzeń – i tych dobrych, i tych złych. Starałam się jakoś uporządkować miasta pod względem poziomu sympatii, ale nie jest to sztywne ustawienie. Za to bardzo, bardzo subiektywne.

Powiem Wam, że w pewnym momencie, gdy rozpisałam ten ranking  na kartce, stwierdziłam, że uszeregowanie stolic od najwspanialszej, najpiękniejszej, tej, którą wspominam najlepiej do tej, która nie zagościła w moim sercu, jest… niewykonalne. Nie chciałam skrzywdzić żadnej ze stolic. Poza tym niektóre może nie cechują się wyjątkową architekturą, ale są po prostu bliskie mojemu sercu. Z kolei ślad po wizytach w niektórych z nich powoli zaciera się w mojej pamięci…

Wpis podzieliłam na dwie części – gdybym zaczęła opisać wszystkie dwadzieścia trzy odwiedzone stolice w jednym tekście, to wyszedłby nam rozdział książki.

Zacznę od końca.

23. Bratysława. Nawet po kilku latach od wizyty w tym mieście Bratysławę nadal umieszczam na szarym końcu. No ale ktoś musi zająć to zaszczytne, ostatnie miejsce. Bratysława to stolica, do której nie chciałabym wrócić, bo nie widzę powodu, dla którego miałabym to zrobić. Miasto dało mi się poznać jako szare, smutne, brudne, postkomunistyczne, zaniedbane. Zobaczyłam, co miałam zobaczyć, skręciłam kostkę, spałam w obskurnym hotelu i nie mogłam się z nikim dogadać. Czy zauważyłam jakiekolwiek plusy tego miasta? Ciekawe pomniki i ładny zamek.
22. Tallinn. To miasto nie jest brzydkie. Tylko że nie zapisało się w mojej pamięci. Pewnie przyćmiła je Ryga, w której wówczas nocowaliśmy. Tallinn… po prostu odwiedziłam. Było fajnie, momentami zabawnie. Na przykład wtedy gdy nie byliśmy pewni, czy to, co oglądamy, to faktycznie Pałac Kadriorg, czy może tylko jakaś przybudówka.
21. Wilno. Po latach jawi mi się jako miasto, do którego nie chciałabym wrócić. Gdy myślę o Wilnie, widzę kościoły, cmentarze… Mało zachęcający widok, prawda? Pozytywnym punktem tego miasta była na pewno wizyta w Republice Zarzeczańskiej, czyli artystycznym państwie w państwie. Władca tej nie przez wszystkich uznawanej krainy wysłał mi nawet maila z podziękowaniami za promowanie jego kraju.
20. Dublin. Podróż do Dublina zaliczam do dość… trudnych. To był nasz pierwszy wspólny wyjazd z Maćkiem, dochodziło do małych zgrzytów, w naszym pokoju chrapał narkoman, a i pogoda nie za bardzo sprzyjała. Może miasto pubów po prostu nie powinno przypaść do gustu dziewczynie, która nie pije alkoholu. Co dobrego zapamiętam z Dublina? Przepiękne parki.
19. Berlin. Byłam w tej stolicy kilkukrotnie i wydaje mi się ona zbyt nowoczesna. Wiadomo, że Berlin był zniszczony po II wojnie światowej i nie znajdziemy tak urokliwego Starego Miasta. Gdybym miała wrócić do tej stolicy, to chciałabym zobaczyć Pałac Charlottenburg, który de facto położony jest pod Berlinem.
18. Sofia. Gdy wybieraliśmy się w podróż do Aten i Sofii, czułam, że grecka stolica mnie zawiedzie, a ta bułgarska zaskoczy. W sumie było na odwrót. W Sofii spodobała mi się multireligijność – tu meczet, tam cerkiew, nieco dalej synagoga. Lubię czytać o wierzeniach innych narodów i te elementy miasta wydawały mi się interesujące. Poza tym było jednak dość… smutno. Dało się dostrzec, że nie jest to zachodnie miasto. Plus za położenie nieopodal gór i przelatujące samoloty.
17. Bruksela. Zawsze gdy opowiadamy z mamą o stolicy Belgii, podkreślamy, że zabytki były piękne, ale samo miasto brudne i zaniedbane. Spotkałyśmy w nim wielu bezdomnych i żebraków – nawet takich z Polski… Zaskoczyło nas to, że miasto uznawane za stolicę Unii Europejskiej wygląda właśnie tak. Zabytki były naprawdę piękne, kojarzyły się nieco z architekturą wiedeńską. Gofry w Brukseli bardzo nam smakowały. Frytki belgijskie natomiast lepsze jadłam w Polsce.
16. Londyn. Gdy myślę o Londynie, to dochodzę do wniosku, że to wcale nie jest jakieś wybitnie ładne miasto. Na pewno najlepiej zapamiętam z tej stolicy wizytę w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds. Możecie uważać to za płytkie, ale ja bawiłam się w tym miejscu po prostu genialnie. I to najlepiej zapamiętałam z Londynu
15. Sztokholm. Możliwe, że gdybym odwiedziła nieco mniej stolic, to Sztokholm znalazłby się wyżej. To naprawdę przyjemne miasto, ciekawie położone, otoczone przez wodę. Super było to, że w Sztokholmie nie tylko oglądałyśmy zabytki, lecz także bawiłyśmy się w Junibacken, czyli Muzeum Szwedzkiej Literatury, i spacerowałyśmy po ogromnym skansenie. Co więcej, zajrzałyśmy też do parku rozrywki Grona Lund, gdzie przejechałam się kolejką górską. W sumie teraz żałuję, że miałam wówczas zamknięte oczy.
14. Watykan. Niełatwo oceniać drugą najmniejszą stolicę świata. Wiadomo, że trudniej będzie jej się bronić. W dodatku nie czuję się do końca swobodnie, wypowiadając się o Watykanie, bo, mimo że odwiedziłam ten kraj i miasto dwukrotnie, to nie zwiedziłam Kaplicy Sykstyńskiej. Bądź co bądź uważam, że warto zobaczyć Watykan, nieważne, czy jesteś osobą wierzącą czy nie.
13. Helsinki. Niby takie nic, a jednak coś. Helsinki to ostatnia odwiedzona przeze mnie stolica. I chociaż pogoda nie w pełni dopisała, to miasto będę wspominać miło, głównie ze względu na wyspę Suomenlinnę. Mało turystów, sielsko, cicho i przyjemnie.
Kolejne miejsca w następnym poście. Jak obstawiacie, co znajdzie się na podium? Czy coś Was zdziwiło? Jak wyglądałby Wasz ranking stolic europejskich?
Uściski!
Sara

środa, 26 grudnia 2018

Ten wspaniały rok - podsumowanie #1



Podsumujcie mijający rok. Przekonajcie się, ile dobrego się zdarzyło.

Ja jak co roku mam dla Was alfabetyczne podsumowanie minionych dwunastu miesięcy.

A jak Ateny. Miały być brzydkie, zakurzone, brudne i w ogóle ble i faktycznie trochę takie były. Ale jednocześnie można było podziwiać tam zapierające dech w piersiach widoki. Ateny pożegnały nas awarią metra i ulewnym deszczem. Do samej stolicy raczej nieprędko wrócę, chyba że będę się tam przesiadać, aby dotrzeć do Santorini.
B jak Bułgaria. Miejscami nadal wyglądająca biednie i socjalistycznie, ale chwilami naprawdę urokliwa. Położenie Sofii – podobnie jak Aten – pozwala na podziwianie pięknych widoków. Jeden dzień spokojnie wystarczy Wam na zwiedzenie tego miasta i to na piechotę. A wieczorem wypijcie herbatę w Macu, bo dają do niej miodzik.
C jak cele. Na 2018 rok miałam ich osiem, wypełniłam pięć. Nie tak źle, ale też nie jakoś rewelacyjnie. Najbardziej cieszę się ze zrealizowanego celu podróżniczego, czytelniczego i tego dotyczącego stypendium. Cały czas się zastanawiam, czy wypisywać postanowienia na kolejny rok. Na pewno odpuszczę na razie odwiedzenie meczetów w Kruszynianach i Bohonikach – zdałam sobie sprawę, że ze względu na trudny dojazd najłatwiej zajrzeć tam przy okazji podróży do Mińska. Nie będę też raczej obiecywać sobie, że przepracuję w wakacje równy miesiąc. A czy warto planować podróż za granicę i czytanie książek, skoro i tak to robię?
D jak dziennikarstwo. W grudniu minęły dwa lata, odkąd dołączyłam do redakcji Spod Kopca. Był to dobry moment na to, by zamknąć drzwi i otworzyć okno. Odeszłam z redakcji, jednak nie będę ukrywać, że bycie jej częścią dało mi wiele możliwości. Tylko w 2018 roku przeprowadziłam wywiad z Jankiem Traczykiem, Wojtkiem Kiełbasą czy właścicielką jedynego toruńskiego antykwariatu. Zrobiłam też kilka fotorelacji z koncertów i napisałam ponad sto artykułów. A wiadomo, że aby lepiej pisać, trzeba po prostu pisać. Więc to robiłam.
E jak escape roomy. W 2018 roku liczba odwiedzonych przeze mnie pokoi zagadek osiągnęła 30. Z tej genialnej formy rozrywki zamierzam korzystać również w kolejnych miesiącach. Zauważyłam, że w escape roomie przez 60 minut nie myślę o niczym innym niż zagadki. Jeśli więc coś Was trapi, idźcie do escape roomu – tam czeka na Was mnóstwo problemów do rozwiązania!
F jak filmy. Jednym z moich celów na rok 2018 było obejrzenie trzydziestu filmów. Niektórzy oglądają tyle w miesiąc. Ja niestety nie. Muszę jednak przyznać, że ten cel zmotywował mnie do częstszego chodzenia do kina. Wyszukiwałam promocje i rozmaite akcje, by nie płacić za bilety więcej niż 20 zł. Przygotuję dla Was osobny post o tym, które filmy obejrzane w 2018 polecam.
G jak Gozo. Będąc na tej wyspie, miałam taką myśl: "Chcę tu zabrać Maćka". Świadomie stwierdziłam, że muszę wrócić w to miejsce. Rzadko mi się to zdarza. Gozo miało w sobie coś sielskiego, coś dziewiczego. Krajobrazy momentami przypominały wieś, w której czas się zatrzymał, chwilami bardziej kojarzyły się z powierzchnią Marsa. Polecieć na Maltę i nie wybrać się choć na jeden dzień na Gozo to grzech.
H jak hidżab. Może znacie tę nazwę z książek o arabskich mężach (i naiwnych Polkach) albo z telewizji. Ja miałam okazję na własne oczy, a właściwie na własnym ciele przekonać się, jak kobieta czuje się w hidżabie czy abai. Mimo że miałam na sobie to tradycyjne arabskie ubranie zaledwie przez kilka minut, zdążyłam poczuć się odarta z kobiecości. Nie patrzyłam w lustro. Dopiero później, oglądając zdjęcia, przekonałam się, jak wyglądałam. To był szok. Przychodzą mi na myśl historie w stylu: "Gdy założyłam strój baletnicy, wiedziałam, że muszę związać swoją przyszłość z tańcem…". Ja gdy włożyłam hidżab, utwierdziłam się w przekonaniu, że przejście na islam mi nie grozi. 
I jak Italia. W 2017 roku dwukrotnie odwiedziłam Łotwę. W 2018 z kolei dwa razy poleciałam do Włoch - w marcu, kiedy zwiedziłam San Marino, Rimini i Bolonię, oraz w maju, gdy babcia zabrała mnie na wycieczkę do Rzymu. Z jednej strony cudownie było znów zobaczyć Koloseum, z drugiej strony zdałam sobie sprawę, że jednak nie chcę mieszkać w Italii. Tamtejsza pizza mi nie smakuje, a poruszanie się samochodem to masochizm. Włoski styl bycia jest dla mnie zbyt luźny, a ulice, przynajmniej w Rzymie, to śmietniki.
J jak Jordanki. Długa rekrutacja sprawiła, że powoli traciłam nadzieję. Nie straciłam jej jednak do końca. Opłaciło się. W listopadzie napisałam dwa pierwsze teksty na temat koncertów i spektakli odbywających się w Centrum Kulturalno-Kongresowym Jordanki. To niesamowite móc uczestniczyć w najważniejszych kulturalnych wydarzeniach w Toruniu, a relacjonowanie ich jest prawdziwym wyzwaniem. Mam nadzieję, że ta przygoda będzie trwała jak najdłużej. Dodaje mi to wiary w to, że potrafię pisać (choć pan z Fly4Free twierdził inaczej).
K jak koncerty. Raczej daleko mi do dziewczyny, która chodzi na koncerty, tańczy pogo (czy pogo się tańczy?) i wydaje pięćset złotych na jeden bilet, by zobaczyć gwiazdę z zagranicy. Gdy przejrzałam jednak swoje posty i zdjęcia z tego roku, okazało się, że uczestniczyłam w kilku koncertach. Największy z nich to oczywiście występ Eda Sheerana na Stadionie Narodowym. Notabene od tego wydarzenia bardzo rzadko włączam piosenki Eda, za to uwielbiam słuchać Anne-Marie (w tym roku była ona piątym najczęściej słuchanym przeze mnie wykonawcą na Spotify!). Oprócz wielkiego show w stolicy miałam okazję uczestniczyć w koncercie Janka Traczyka, Wojtka Kiełbasy, Tymona Tymańskiego czy Leszka Możdżera i Glorii Campaner. Posłuchałam także na żywo Natalii Nykiel, Kasi Kowalskiej, Mateusza Ziółko i Marka Piekarczyka podczas koncertu ku pamięci Grzegorza Ciechowskiego.
Ciąg dalszy nastąpi. 
Sara

piątek, 12 października 2018

Ateny i Sofia – komunikacja, ceny, wskazówki i koszty podróży


Zdawaliśmy sobie sprawę, że nasza wycieczka tym razem nie będzie kosztować 200 zł. Ale i tak udało nam się znaleźć całkiem niezłe okazje.


Dlaczego ta wycieczka nie mogła kosztować 200 zł? 

Po pierwsze, lecieliśmy we wrześniu, na południe Europy, a więc teoretycznie jeszcze w sezonie letnim udawaliśmy się tam, gdzie jest ciepło. W praktyce jedynie w Atenach było ciepło i to tylko w pierwszym dniu. W Sofii chodziłam w trzech rękawach i żałowałam, że nie mam czapki i rękawiczek. 
Po drugie, nasza wyprawa była dłuższa niż zwykle – płaciliśmy aż za 4 noclegi i 4 loty samolotem. Do tego dochodził koszt dotarcia na lotnisko, które nie jest położone w centrum miasta. 
Po trzecie, Ateny wcale nie są tanie, a już na pewno komunikacja miejska w tym mieście do tanich nie należy.

Plan wycieczki

Niestety, trafiliśmy na wyjątkowo niekorzystne godziny lotów do Aten i z Aten, w związku z czym musieliśmy wziąć trochę bezsensowne noclegi. 

Poniedziałek, 24 września:

  • Warszawa Modlin->Ateny [Ryanair] 14:55-18:35 (w Atenach jest godzina później niż w Polsce)
  • Nocleg w Atenach

Wtorek, 25 września:


Środa, 26 września:

  • Ateny->Sofia 8:35-9:55 [Ryanair] (W Sofii jest godzina później niż w Polsce, a więc ten sam czas, co w Atenach)
  • Zwiedzanie Sofii
  • Nocleg w Sofii

Czwartek, 27 września

  • Zwiedzanie Sofii
  • Sofia->Ateny [Wizz Air] 16:40-18:00
  • Nocleg w Atenach

Piątek, 28 września:

  • Ateny->Poznań 11:00-13:00

Ile zapłaciliśmy za loty?

Lot dla jednej osoby z Warszawy do Aten kosztował 94 zł
Lot dla jednej osoby z Aten do Sofii kosztował 9,99 euro = 42 zł
Lot dla jednej osoby z Sofii do Aten kosztował 19,99 lewów = 45 zł
Lot dla jednej osoby z Aten do Poznania kosztował 126 zł
W sumie więc za cztery loty zapłaciłam 307 zł.
Ile zapłaciliśmy za noclegi?

Za pierwsze dwa noclegi w Atenach w prywatnym studio z kuchnią i łazienką wynajętym za pomocą Airbnb zapłaciliśmy 250 zł. Co daje 125 zł na głowę za dwa noclegi. Apartament miał świetną lokalizację, dosłownie 5 minut drogi od supermarketu i stacji metra Panormou (cztery stacje od Monastiraki). Z Panormou mogliśmy też dojechać metrem bezpośrednio na lotnisko. Do wad mieszkanka zaliczyłabym oświetlenie  – dla nas było trochę za ciemno. Ale poza tym wszystko było czyste i schludne.

Za jeden nocleg w Sofii w hostelu, w pokoju prywatnym z łazienką na korytarzu, wynajętym za pośrednictwem Hostel Bookers zapłaciliśmy 86 zł, co daje 43 zł na głowę. Hostel również miał świetną lokalizację, ok. 10 minut drogi od stacji metra SU St Kliment Ohridski, 5 minut od Teatru im. Iwana Wazowa i wielu innych zabytków. Mogliśmy korzystać z kuchni. W pokoju i łazience było czysto, ale widać, że nie jest to nowy budynek. Minusem było to, że do łazienki trzeba było przejść przez salonik połączony z recepcją. W praktyce więc paradowałam z turbanem z ręcznika na głowie na oczach innych gości.

Nasz trzeci nocleg w Atenach postanowiliśmy wynająć w nieco tańszym apartamencie. Jeden nocleg w studio z kuchnią i łazienką wynajętym za pośrednictwem Airbnb zapłaciliśmy 106 zł, co daje 53 zł na głowę. Był to jeden z najlepszych apartamentów, jakie wynajęliśmy kiedykolwiek na Airbnb. Gospodarz zostawił nam picie, jedzenie, drobny upominek, wszystko było czyste i schludne. Minusem okazał się brak czajnika i fakt, że do bloku trzeba było podejść pod górkę. Apartament był oddalony ok. 10 minut od stacji metra Panormou.
W sumie więc za cztery noclegi zapłaciłam 221 zł
I tu mam dla Was niespodziankę - 100 zł zniżki na nocleg na Airbnb!

Ile zapłaciliśmy za komunikację miejską?

To chyba były najgorsze wydatki podczas podróży. W związku z tym, że trochę sobie polataliśmy, musieliśmy płacić za dojazd z lotniska. W praktyce wyglądało to następująco:

W poniedziałek z lotniska w Atenach do apartamentu dostaliśmy się autobusem X95. Jest to autobus, który kursuje między lotniskiem a placem Syntagma. Bilet normalny kosztuje 6 euro, ulgowy 3 euro. My jechaliśmy do stacji Errikos Ntinan, co zajęło nam ok. 45 minut.

We wtorek kupiliśmy jedynie pojedyncze bilety, by dojechać z Panormou do Monastiraki i z powrotem z placu Syntagma do Panormou. Pojedynczy bilet na metro to koszt 1,40 euro.

W środę zdecydowaliśmy, że zamiast autobusem X95 pojedziemy na lotnisko metrem. Wydawało nam się, że to szybszy i pewniejszy środek transportu, a na lotnisku musieliśmy być naprawdę wcześnie. Bilet na metro docierające na lotnisko to koszt 10 euro (!). Podróż trwała ok. 30 minut.

A jak wyglądała sprawa biletów w Sofii?
Z lotniska do centrum można dojechać metrem. Koszt biletu to 1,60 lewów. W środę był to jedyny bilet na komunikację miejską, jaki kupiliśmy w Sofii

W czwartek również pojechaliśmy metrem na lotnisko, co przyprawiło nas o dwa powody do stresu. Pierwszy związany był z nadgorliwością. Kupiliśmy bilety wcześniej, by później nie stać w kolejce i stresować się, że nie zdążymy na samolot. Gdy chcieliśmy je skasować, okazało się, że zakupione w automacie bilety trzeba wykorzystać niezwłocznie. Nasze więc, kupione godzinę szybciej, były już nieważne… Tak wyszło, że Maciek nie miał już żadnych lewów. Na szczęście mnie zostało jeszcze trochę bułgarskiej waluty, kupiłam więc bilety. Gdy je skasowaliśmy i zjechaliśmy schodami ruchomymi do metra, Maciek… znalazł banknot - 10 lewów. 

Jednak to nie koniec stresów. Metro dociera do Terminala 2. My tymczasem mieliśmy wylot z Terminala 1. Pytam więc pani w informacji, jak można tam dojść. Ona na to, że między terminalami kursuje autobus (!) i że będzie za 20 minut. Byliśmy na lotnisku wcześniej, ale czy wystarczająco wcześnie…? Autobus jechał ok. 10 minut, więc na szczęście na samolot zdążyliśmy. Uff.

Po dotarciu na lotnisko w Atenach, ponownie skorzystaliśmy z autobusu X95.

A co się działo w piątek rano? Płacz i zgrzytanie zębami. Lało, stwierdziliśmy więc, że pojedziemy metrem. Stacja była bliżej niż przystanek, a metro, jak już wspominałam,  wydawało się pewniejsze. Ta, jasne. Po przyjściu na stację dowiedzieliśmy się, że metro na lotnisko nie kursuje przez pogodę! Ja wpadłam w płacz, pomyślałam, że autobusem nie zdążymy. Nie mieliśmy jednak wyjścia, podjechaliśmy metrem dwie stacje i udaliśmy się na przystanek autobusu X95. Miał przyjechać w ciągu 20 minut. Nie przyjechał. Los chciał, że na przystanku spotkaliśmy Polaka. Postanowiliśmy więc zrzucić się na taksówkę. Brzmi burżujsko, wiem. Tymczasem taksówka na lotnisko kosztowała nas 30 euro, a więc 10 euro na głowę, czyli tyle, ile zapłacilibyśmy na metro. Na samolot zdążyliśmy.
Dojazdy z lotniska i poruszanie się po Atenach i Sofii kosztowało mnie w sumie 28,8 euro i 3,20 lewów, co razem daje 130 zł.

Ile kosztowała nas wycieczka do Aten i Sofii?

W sumie więc cała wycieczka jedną osobę wyniosła 658 zł. Biorąc pod uwagę, że zobaczyliśmy dwa miasta, zapłaciliśmy za cztery noclegi i cztery loty, nie jest to wygórowana kwota. Na pewno udało nam się znaleźć loty w świetnych cenach, na noclegi też narzekać nie mogę. Oczywiście były do wyboru też tańsze mieszkania, ale miały o wiele gorsze lokalizacje. Sporo kasy zjadło poruszanie się między lotniskiem a centrum miasta. Być może gdyby godziny lotów były inne, jeździlibyśmy wyłącznie autobusem X95, a nie metrem.

Na co jeszcze wydaliśmy pieniądze? Na jedzenie, pamiątki i ewentualne wstępy (do synagogi w Sofii czy na Akropol). 

Przykładowe ceny 
Ateny
Obiad w knajpie - 6 euro
Pocztówka - 0,20 euro
Koszulka z flagą grecką - 4 euro
Sofia
Cheeseburger w McDonaldzie - 2,3 lewów
Pocztówka 0,7  lewów
Magnes 2,5 lewów


O czym warto pamiętać przed podróżą do Aten

  • W Grecji papieru toaletowego nie wrzuca się do muszli. To obrzydliwe. To właściwie tak obrzydliwe, że myślałam, iż tylko przez ten fakt znienawidzę ten kraj.
  • W Grecji obowiązuje inny alfabet. W praktyce jednak nazwy przystanków czy stacji metra wyświetlają się zarówno w alfabecie greckim, jak i łacińskim.
O czym warto pamiętać przed podróżą do Sofii
  • W Bułgarii obowiązuje cyrylica. Dodatkowo nie z każdym dogadacie się po angielsku.
  • Do Sofii nie latają żadne tanie linie z Polski.
  • Pamiątki w Sofii możecie kupić w okolicy stacji metra Serdica i w przejściach podziemnych w centrum.
  • Sklepy z pamiątkami w Sofii pełne są różanych kosmetyków. Można w nich też znaleźć czekoladę czy herbatę z różą. 
Jeśli mielibyście jakiekolwiek pytania dotyczące wyjazdu, nie wahajcie się, piszcie śmiało!
Sara

wtorek, 9 października 2018

Sofia - miasto świątyń. Co warto zwiedzić w stolicy Bułgarii?


Bardzo liczyłam na Sofię. Troszkę się przeliczyłam.

Sofia niewątpliwie jest pięknie położona, u podnóży masywu Witosza. Jednak da się zauważyć, że to nie jest miasto zachodnie. W architekturze widoczne są wpływy zarówno tureckie, jak i sowieckie.
Większość zabytków Sofii znajduje się blisko siebie. W mieście można obejrzeć liczne cerkwie, ale także meczet czy synagogę. My nasz spacer po Sofii rozpoczęliśmy od pomnika cara rosyjskiego Aleksandra II. W Bułgarii nazywany jest on Wyzwolicielem. W pobliżu pomnika znajduje się siedziba Uniwersytetu, a także, prawdopodobnie, jeden z najważniejszych zabytków Sofii – Cerkiew św. Aleksandra Newskiego. O ile z zewnątrz kopuły świątyni wyglądają naprawdę imponująco, o tyle w środku cerkiew wydawała się – przynajmniej Maćkowi – zaniedbana. Po świątyni biegał pan, który czatował na robiących zdjęcia, i wołał "photos 10 leva".
Nieopodal Cerkwi św. Aleksandra Newskiego, która właściwie jest swego rodzaju prezentem dla Rosjan, w podziękowaniu za ich walkę o niepodległość Bułgarii, znajduje się Cerkiew Mądrości Bożej, która architektonicznie zdecydowanie różni się od soboru Aleksandra Newskiego. Niegdyś była ona meczetem. Jest o wiele skromniejsza.  
Pospacerowaliśmy jeszcze trochę w okolicy cerkwi, obejrzeliśmy pobliski pchli targ i udaliśmy się w stronę… kolejnej cerkwi. Cerkiew rosyjska św. Mikołaja, która została wybudowana na początku XX wieku, najbardziej zauroczyła Maćka. W pobliżu świątyni, w parku, znajduje się pomnik Puszkina. Z racji że ja nie potrafię czytać cyrylicy, nawet nie wiedziałam, czyj był to posąg! Na szczęście Maciek uczył się rosyjskiego na studiach i on ratował mnie w takich niewygodnych sytuacjach.
Myślę, że centralnym węzłem komunikacyjnym Sofii można nazwać stację metra Serdica. To właśnie w jej okolice zmierzaliśmy. Ale przedtem sfotografowaliśmy się jeszcze z panami pełniącymi wartę przed Pałacem Prezydenckim. Niedaleko tego budynku znajduje się Largo, czyli coś na kształt naszego Pałacu Kultury i Nauki – przykład sowieckiej architektury. Largo nie jest tak wysokie jak nasz warszawski PKiN. Ale jest za to siedzibą wielu polityków.
W końcu dotarliśmy do stacji metra Serdica. Serdica oznacza Sofię. Tak nazywało się miasto w starożytności. Bardzo ciekawe jest to, że w 2011 roku, przy budowie stacji metra, odkryto ruiny dawnego miasta, pochodzące m.in. z V czy VI wieku. Ruiny można oglądać i na świeżym powietrzu, i w podziemiach.
W okolicy stacji metra znajduje się także kilka innych, ważnych zabytków. Jednym z nich jest Cerkiew św. Petki Samardżijskiej. Można ją zobaczyć przy przejściu podziemnym. Wewnątrz znajdują się freski z XIV wieku, jednak nam nie udało się wejść do środka. To nie jedyna cerkiew w tej okolicy. W centrum można podziwiać również cerkiew Sweta Nedelja (św. Niedzieli). W Polsce święta ta znana jest jako św. Dominika z Nikomedii.
Zaintrygowana arabską kulturą nie mogłam przegapić meczetu Bania Baszi Dżamija. Zresztą trudno go przegapić. Znajduje się parę kroków od stacji metra Serdica, a jego minaret i kopuła widoczne są z daleka. Udało nam się wejść do meczetu, należało jedynie zdjąć buty, a ja musiałam zakryć włosy. Meczet nadal działa, a zbudowano go pod koniec XVI wieku. Na minarecie znajdują się głośniki, dzięki którym słychać nawoływanie muezzina na modlitwę. Choć właściwie to ich… nie słychać, gdyż zagłusza je gwar uliczny. Ciekawostką jest to, że pierwsze, poranne i ostatnie, wieczorne nawoływanie, zostały pominięte.
Odeszliśmy nieco od stacji metra i udaliśmy się w stronę budynku Sofijskiej Łaźni Mineralnej. To jeden z moich ulubionych skarbów architektury w Sofii. Budynek powstał nieco ponad 100 lat temu, przywodzi na myśl orientalną architekturę bizantyjską. Obecnie nie mieszczą się tam łaźnie, lecz Muzeum Historyczne. Przed budynkiem odbywał się targ - można było zakupić na nim różne rodzaje miodów. Bułgaria słynie z wyrobu tego słodkiego ulepku, nawet w McDonaldzie do herbaty dostaliśmy miód. 
Widzieliśmy kilka cerkwi, widzieliśmy meczet, przyszedł czas na… synagogę! Budynek jest ogromny – to największa żydowska świątynia na całych Bałkanach. Aż trudno zrobić jej zdjęcie. Jednak w Sofii nie pozostało zbyt wielu Żydów. W całej Bułgarii, która liczy ponad 7 milionów mieszkańców, żyje tylko kilka tysięcy wyznawców judaizmu. Do jednej z dwóch czynnych w kraju synagog przychodzą oni tylko w najważniejsze żydowskie święta. Wstęp do synagogi jest płatny dla turystów (5 leva). Tym, na co warto zwrócić uwagę we wnętrzu świątyni, jest żyrandol, który waży ponad 2 tony.
Byliśmy już dość zmęczeni spacerem, ale postanowiliśmy wrócić do okolic stacji Serdica, by znaleźć Rotundę św. Jerzego. To najstarsza cerkiew w Sofii, my jednak początkowo ją przeoczyliśmy! Okazało się, że można się do niej dostać tylko od jednej strony, dlatego nie była widoczna, gdy wcześniej spacerowaliśmy w tych okolicach. Byliśmy pewni, że w najstarszym w Sofii budynku (zbudowanym przez Rzymian w IV w.) nie odbywają się już nabożeństwa. Tymczasem trafiliśmy akurat na wieczorną mszę. Rotunda, podobnie jak wiele świątyń w Sofii, pełniła niegdyś funkcję meczetu, a dopiero później przemianowano ją na kościół prawosławny.
Ostatnim punktem, który zobaczyliśmy tego dnia w Sofii, był Teatr im. Iwana Wazowa, bułgarskiego pisarza żyjącego na przełomie XIX i XX wieku. Myślę, że mogę zaryzykować stwierdzenie, iż dla Bułgarów jest on kimś takim, jak dla Polaków Mickiewicz – pisał wiersze i dramaty, a jego dorobek literacki liczy wiele utworów. Budynek Teatru Narodowego jest naprawdę okazały i przepięknie usytuowany, w ogrodach, przy fontannie. Pierwszą sztuką, jaką wystawiono w Teatrze im. Iwana Wazowa, był dramat autorstwa Iwana Wazowa właśnie.
My zakończyliśmy ten dzień w Sofii na obejrzeniu Teatru, jednak sądzę, że gdyby ktoś zaczął zwiedzanie kilka godzin szybciej (i nie był tak przemarznięty jak ja tamtego dnia), mógłby tego samego dnia zobaczyć to, co my zostawiliśmy sobie na następny dzień. A był to Narodowy Pałac Kultury (nie mylić z Pałacem Kultury i Nauki!) i… kolejna cerkiew, tym razem Świętych Siedmoczislenników. Narodowy Pałac Kultury znajduje się tuż przy stacji metra NDK i jest to największy budynek w tej części Europy. Trudno nazwać go zabytkowym, gdyż powstał w 1981 roku, ale myślę, że warto go zobaczyć, będąc w Sofii. Komuś może wydawać się, że to współczesny, socrealistyczny moloch, mnie jednak sam budynek, jak i jego otoczenie, bardzo się podobało. Wokół NDK stworzono różne fontanny, a także – chyba wychodząc naprzód turystom – ustawiono napis "Sofia". W mieście nie widzieliśmy zbyt wielu turystów, ale przy tym napisie spotkaliśmy fotografujących się podróżników, co więcej – byli to Polacy.
Gdy wpiszecie w Google "cerkwie Sofia", okaże się, że w Wikipedii funkcjonuje 6 haseł dotyczących cerkwi w bułgarskiej stolicy. My widzieliśmy 5 z nich. Nie dotarliśmy jedynie do Cerkwi Bojańskiej, gdyż jest ona położona na obrzeżach miasta. Trochę szkoda, gdyż cerkiew ta została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, jednak naczytaliśmy się trochę o tym, jak trudno tam dotrzeć i baliśmy się, że po prostu nie zdążymy wrócić na nasz samolot.
Jeśli interesuje Was architektura sakralna inna niż katolicka, jeśli macie ochotę pooglądać nisko przelatujące samoloty, jeśli jesteście ciekawi, czy Sofia faktycznie jest miastem niedocenianym – lećcie tam. Tylko pamiętajcie, że do Sofii z Polski nie docierają żadne tanie linie. My dolecieliśmy tam z Aten, o czym wspominałam tutaj
Sofia na pewno uplasuje się w moim rankingu stolic wyżej niż Bratysława, czyli moja najmniej ulubiona stolica. Chyba miałam nieco większe oczekiwania co do tego miasta, ale nie żałuję, że tam pojechałam.
Jestem ciekawa, czy Wy chcielibyście wybrać się do Sofii! A może byliście w innej części Bułgarii?
Sara