Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spostrzeżenia ubraniowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spostrzeżenia ubraniowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 grudnia 2015

Mam tyle na głowie...



W roku szkolnym mam tyle na głowie, że aż głowa mała. Ciągle sprawdziany, rozprawki i głupie zadania domowe. Ze złości można by sobie włosy z głowy rwać. Bardzo prawdopodobne, że biję na głowę niejednego, jeśli chodzi o kwestie organizacji, ale i tak wydaje mi się, że jestem osobą totalnie niezorganizowaną. Ale trochę oleju w głowie mam.
Bandanka kupiona w  czasach, gdy... była modna. Teraz mało kto je nosi. Chyba że członkowie gangów motocyklowych. I ja. Mam jeszcze niebieską i zieloną./Zdjęcie zrobione przy Teatrze Baj Pomorski w Toruniu
Te kocie uszy wypatrzyłam w teledysku Taylor Swift "22". W poszukiwaniu ich przeszłam przez wszystkie galerie w Toruniu i w dodatku przeglądnęłam pół Internetu. Gdy w końcu znalazłam, uszy okazały się kosmicznie drogie. Ale były moim małym prezentem na... bierzmowanie. Te "święte" uszy mają jedną wadę - opaska wciska się w głowę, co po dłuższym noszeniu zaczyna doskwierać./Zdjęcie zrobione przy moim domu

W każdym razie cieszę się, bo już wolne! Nie mieści mi się w głowie, że przez najbliższe dni – oczywiście oprócz przedświątecznych przygotowań – nie będę robić nic. Nie będę łamać sobie głowy ani nad zadaniami z kombinatoryki, ani nad interpretacją "Sklepów cynamonowych”". Do głowy mi nie przyjdzie uczenie się w weekendy. Moim oczkiem w głowie będzie blog, na pewno stracę głowę dla słodyczy (w końcu są święta!) i prawdopodobnie będę zachodzić w głowę, którą książkę przeczytać najpierw. Sprzątanie mam już z głowy, chyba ogarnęłam wszystko i mam nadzieję, że nic nie wyleciało mi z głowy. Przez ten grudniowy czas postaram się nie myśleć o maturze. Ktoś może powiedzieć: "Chyba upadłaś na głowę, matura już za 4 miesiące, wybij sobie z głowy wszelki odpoczynek." A ja na to odpowiem: "Człowieku, pójdź po rozum do głowy, tylko nie szukaj go wśród szkolnych podręczników. Ja mam głowę na karku, wiem, kiedy jest czas na relaks, a kiedy trzeba się spiąć. I spokojnie, w maju nie będę bić głową w mur."
Tak długo poszukiwane kwiatki! Gdy zapragnęłam je mieć, w Polsce mało kto je nosił. Wręcz niemożliwe stało się znalezienie takich w sklepach. Swoje kupiłam dopiero w... Londynie. Obecnie w polskich sklepach jest istne zatrzęsienie kwiatków i wianków./Zdjęcie zrobione na Placu Rapackiego w Toruniu
Również w Nowym Jorku musiałam mieć coś na głowię. I to dosłownie. Te delikatne kwiatki dostałam od mojej najlepszej przyjaciółki. /Zdjęcie zrobione na Times Square

Zawsze pamiętam, że mam pod ręką zaufane osoby. Nie stracę głowy. Wspólnie coś wymyślimy. W końcu co dwie głowy, to nie jedna.
W pewnym momencie swojego nastoletniego życia zachorowałam na "chcę mieć kapelusz". Przypadłość ta cechowała się koniecznością przejścia przez całą galerię handlową i nastawienia na porażkę. Ale w końcu...nie, nie wyzdrowiałam. Znalazłam lekarstwo w postaci pięknego, czarnego, stylowego kapelusza. Noszę go wiosną i jesienią./Zdjęcie zostało zrobione w moim pokoju

Te uszy kupiłam z okazji.. Halloween. A potem zaczęłam je nosić na co dzień. No, może nie na co dzień, ale nie wstydzę się wyjść w nich na ulicę./ Zdjęcie zostało zrobione na toruńskiej starówce

Trzeba naładować akumulatory na najbliższy rok. Przynajmniej ja tak uważam. I niech nikt z tego powodu nie waży się zmyć mi głowy!
Głowa do góry kochani!
Sara

piątek, 20 marca 2015

21 powodów, dla których nie zostałam blogerką modową


Gdy nauczyciel podczas lekcji wiedzy o społeczeństwie powiedział: Zawsze można zostać blogerką modową, większość ludzi z klasy spojrzała na mnie. Myślę, że dla stałego czytelnika mojego bloga może być absurdalne to, że ktoś jeszcze postrzega mnie jako blogerkę modową, szafarkę, osobę, która pokazuje, co ma w szafie, na większości zdjęć jest ona sama bądź też jej buty, kapelusz, rękawiczki, bransoletki i obowiązkowo w każdym poście znajduje się opis, z jakiego sklepu pochodzi dana rzecz. Wystarczy spojrzeć na ostatnie 10, a nawet 25 postów, aby przekonać się, że daleko mi do blogerki modowej. Tak daleko jak stąd do Argentyny. ;) Z chęcią przeglądam blogi o modzie, już nie w takim natężeniu jak kiedyś, odwiedzam te, które mnie inspirują i takie, których autorki bloga coś sobą reprezentują, można pośmiać się albo zadumać, czytając ich notki, a przy tym zdjęcia są wyjątkowe. Wiem, że również tutaj zaglądają blogerki modowe – serdecznie je pozdrawiam. 
 
Oto 21 i ironicznych, i szczerych powodów, dla których nie zostałam blogerką modową (choć mogłam :D)
1. Półdarmowe ciuchy – no gdzie ja bym je pomieściła?
2. Zdjęcia ałtfitów na Instagramie – musiałabym zrezygnować ze zdjęć jedzenia? :(
3. Pytania znajomych i rodziny „Ale czym Ty się właściwie zajmujesz, dziecko?”
4. Kieszonkowe zamiast na znaczki przeznaczałabym na ciuchy? A kto by mi dał potrójne kieszonkowe? :D
5. Pisanie > zdjęcia
6. Musiałabym zacząć malować paznokcie, a to czynność, której nie potrafię sprostać.
7. Marznięcie zimą w cienkim sweterku (nie zawsze wygląda się m o d n i e w kurtce)
8. Moja mama nie toleruje zdjęć artystycznych i ze smutnymi minami, musiałabym więc się ciągle uśmiechać, a wiecznie uśmiechnięta blogerka modowa to już przeżytek.
9. Z podróży przywożę pocztówki, rzadziej ubrania. ;)
10. Większe prawdopodobieństwo, że ktoś się we mnie zakocha. Tak, tak, to wada, bo to wcale nie musi być człowiek, którego ja pokocham.
11. Z czasem być może czekałoby mnie pozowanie na ściance, a ja ostatnio dobrowolnie uciekłam z castingu. Oj, nie mam parcia na szkło.
12. Bardzo możliwe, że z braku laku musiałabym pokazać coś, co mi się nie podoba – no hej, to mój blog, czy jakiejś firmy?
13. Listonosz często pukałby do moich drzwi, a w ręku nie miał żadnych pocztówek...
14. Musiałabym czytać wszystkie gazety modowe, a mnie i tak najbardziej fascynują reklamy na przedzie VOGUE.
15. Prawdopodobnie 80% odwiedzających nie czytałoby wpisów, a jedynie oglądało zdjęcia – to po co męczyć te palce?
16. W końcu musiałabym zainwestować w lustrzankę, a mnie i tak na razie bardziej pociągają bilety lotnicze.
17. Mogłabym trafić na pudelka, ewentualnie do nocoty.pl, ostatecznie wytropiłyby mnie niemodne polki.
18. W końcu ktoś oprócz mojego brata wyznałby mi tę bolesną prawdę: mam za duże oczy/tyłek/nos/usta.
19. Gdyby ktoś ubrał się jak ja, to nie wiedziałabym, czy się cieszyć, czy przebierać
20. Musiałabym rzucić szkołę zimą, bo zdjęcia po ciemku nie są tak efektowne. Chyba że czytelników oglądaczy zadowoliłyby zdjęcia na tle ściany.
21. Kocham modę, ale to nie znaczy, że od razu muszę prowadzić bloga modowego. Oczywiste? Nie dla wszystkich.
Pół żartem, pół serio, niektóre z tych powodów od dawna leżały mi na sercu, inne to jedynie ironiczne obserwacje blogerek, które powoli zamieniają się w celebrytki i gwiazdy. Z jedną z takich gwiazd zrobiłabym sobie zdjęcie. Może pokażę dzieciom.


Niezależnie, czy piszesz o modzie, pocztówkach, podróżach, psach, rowerach, rób to na 100%! I pamiętaj, blog ma być Twój. Nie firmy, nie konkurentki. Twój.
Kochani, życzę Wam samych dobrych, blogowych wyborów, a wszystkim modowym blogerkom kreatywności i zdrowego rozsądku.
Sara

środa, 16 kwietnia 2014

Śmiech przez łzy, czyli dlaczego nie kupiłam nic w Primarku



Pieniądze szczęścia nie dają. Dopiero zakupy.

Co kupić w Londynie? Co przywieźć? Co opłaca się zdjąć ze sklepowych półek i wieszaków, a co nie? – te pytania zadawałam sobie już kilka miesięcy przed wyjazdem. Funt do tanich walut nie należy. Zasada: Dobry zwyczaj nie przeliczaj, stosowana przeze mnie już we Włoszech i Niemczech podczas płacenia euro, tutaj również się sprawdziła, chociaż… nie w każdym momencie.

Londyńskie zakupy były przedsięwzięciem iście logistycznym. W jaki sposób kupić jak najwięcej, jak najtaniej i jeszcze przy okazji, aby wszystko nie ważyło zbyt wiele i nie naraziło mnie na pozbycie się w głupi sposób funtów podczas płacenia za nadbagaż? To trudniejsze niż logarytmy i geometria razem wzięte.

Dla niektórych główną atrakcją w Londynie były właśnie zakupy. Oxford Street śniła im się po nocach jako raj pełen niedostępnych w Polsce marek i produktów, których w Polsce szukać na próżno. Przyznaję, że sama mocno się napaliłam na słynną, trzykilometrową Oxford Street, próbowałam sprawdzić dostępne tam sklepy, ale ich liczba mnie zszokowała i zrezygnowałam. Wypisałam jedynie kilka miejsc, do których po prostu muszę zajrzeć (taa, jasne, teoria nie zawsze sprawdza się w praktyce).

Nie trzymam Was już dłużej w niepewności. Co opuściło Londyn wraz ze mną?


Na plecak w stylu vintage czaiłam się już od dłuższego czasu. W pewnym momencie był na nie wielki bum (podobnie jak na ramoneski, której nadal nie mam, gdyż w chwili, kiedy co druga dziewczyna chodziła po ulicy w czarnej, skórzanej kurtce, jej zakup wydawał mi się niezbyt kreatywnym posunięciem). Szukałam plecaka w Polsce, ale albo jestem zbyt wybredna, albo toruńskie sieciówki nie szaleją z asortymentem. Wcale nie nastawiałam się na zakup plecaka w Londynie, tymczasem stał się on moją najlepszą brytyjską zdobyczą.





Skoro już jestem królową blogowania (swojej gminy rzecz jasna ;)), to przydałaby się korona. Kwiatowe opaski spodobały mi się… wcale nie od pierwszego wejrzenia. Właściwie to nawet nie od drugiego. Musiałam dojrzeć (oszaleć?), aby zacząć ich poszukiwać. Niestety, pech chciał, iż zimą ze sklepów odsyłali mnie z kwitkiem, a że moje kupowanie ubrań i dodatków przez Internet nadal wygląda mizernie, postanowiłam: Londyn jest rozwiązaniem. Opaskę dostałam bez problemów.




Przywiozłam też sukienkę ze sklepu, który, jak skapnęłam się kilka dni po powrocie, znajduje się również w Polsce… Ale w Toruniu go nie ma, więc jestem usprawiedliwiona. Brytyjskie rozmiary nie mówiły mi nic, ale na szczęście udało mi się po niekrótkim pobycie w przymierzalni, kupić tę czarno-białą sukienkę. Szkoda, że zdjęcia nie mogą pozwolić Wam na dotknięcie materiału, z którego jest wykonana. To właśnie chyba on jest jej największym atutem.






Nie mogłam pominąć słodyczy! Słynne czekolady Cadbury, niedostępne w Polsce, stały się prezentami dla najbliższych. Mój brat, który jest uprzywilejowany, czekolady nie otrzymał. :) Ale za to pyszne gwiazdki Milky Way i kubek z wypukłym Buzzem Astralem już tak. :)
Głupio być w Londynie i nie kupić herbaty. Ta okazała się idealnym wyborem - wydajna, smaczna, mocna. Coś dla herbatomaniaczki. :)






Jako psychofanka Starbucksa nie mogłam pominąć idealnej okazji do kupienia sobie kubka termicznego, który ma dwie zalety. 1. Jest kubkiem termicznym. 2. Jest ze Starbucksa. A tak zupełnie serio to moim ciągle zimnym dłoniom i nieprzemijającym pragnieniu ciepłej herbaty przyda się taki kubeczek. +100 do szpanu. 




A na sam koniec hit, który zaskoczył mnie samą, wpędził w zakłopotanie, kręciłam głową z niedowierzania. Nie kupiłam nic w wychwalanym Primarku. Co sprawiło, że dopuściłam się tak haniebnego czynu? Przecież to tam miałam zostawić przynajmniej połowę moich funtów… Primark na Oxford Street to jeden wielki spęd - mnóstwo ubrań, ale tak samo dużo ludzi. Rzut oka na kolejki do kasy sprawił, że odechciało mi się kupować cokolwiek. O kolejkach do przymierzalni nie wspominając. Były one jeszcze dłuższe. Niby niektórzy zdecydowali się na striptiz w środku sklepu, ale ja jakoś nie byłam chętna… Co więcej nic tak naprawdę nie powaliło mnie na kolana. Ani ceny, ani ubrania czy dodatki. Niektóre rzeczy faktycznie prezentowały się ładnie, ale rezygnowałam z ich kupna po pomacaniu materiału. Spędziłam w Primarku prawie godzinę i wyszłam z pustymi rękoma, podczas gdy inni byli dosłownie obładowani torbami. Czy mam wyrzuty sumienia? Może trochę – w końcu w Polsce Primarka nie znajdziemy… Ale wierzę, że kiedy następnym razem polecę do Anglii, uda mi się znaleźć jakiś Primark, niekoniecznie na najsłynniejszej ulicy handlowej Londynu. I wtedy coś przymierzę… I kupię. :)

Pozdrawiam!

Sara




piątek, 21 marca 2014

10 absurdów we współczesnej modzie


Współczesna moda rządzi się swoimi prawami. Tak naprawdę, według wielu projektantów, to, co kiedyś było niedopuszczalne, nie pasowało do siebie lub określane było mianem kiczu – teraz jest czymś pożądanym. Mnie, po kilku latach przeglądaniu blogów modowych, magazynów na temat ubrań i obserwacji innych ludzi, niektóre zachowania nadal dziwią – w części z nich nie widzę sensu, w innych nie dostrzegam za grosz estetyki. Chociaż i to jest pojęcie względne. Przed Wami więc, bardzo subiektywna, lista absurdów modowych.

1. Ubieranie-nieubieranie się? Czyli wychodzenie na ulicę tak jakby ubranie się było jakimś grzechem, a chodnik przypominał drogę do klubu ze striptizem, a raczej korytarz w tym klubie. A już szczególnie nie rozumiem tego zjawiska zimą, kiedy wymówki o treści: Jest mi gorąco powodują uśmiech pod nazwą: Ach, doprawdy?

2. Paski do kwiatowych wzorów? Niestety, z przykrością stwierdzam, że to ujdzie na sucho wyłącznie Macademian Girl. I tylko ona będzie wyglądać w tym dobrze. Kiedy widzę, gdy ktoś inny zakłada bluzę w paski do spodni przypominających łąkę, kojarzy mi się to z ubraniem się w spodnie od piżamy i sukienki balowej… Pojęcie gryzie się tu nie wystarcza.

3. Kopiowanie = inspirowanie? Zatem jeśli nasz strój będzie wyglądał dokładnie tak, jak na manekinie w Zarze, to znaczy, że nie przekroczyliśmy granicy inspiracji? A kiedy w takim razie byśmy ją przekroczyli? Gdzie jest miejsce na oryginalność i kreatywność?

4. Odkryte kostki zimą? Niby zakładamy długie spodnie, nie żadne rybaczki, cygaretki czy inne (więcej trudnych nazw nie podam :)), a mimo to podwijamy je tak, aby pokazać nagie kostki. Zastanawiam się nad celem tego zabiegu. Nosimy tak, bo jest nam za ciepło w kostki, czy może dlatego, że chcemy pokazać, iż nawet w zimie mamy ogolone nogi? A może mamy w zwyczaju nosić za długie spodnie i wychodzimy z założenia, iż lepiej podwinąć je trochę za bardzo, niż gdyby miały niechlujnie ciągnąć się za nami?

5. Bawełniane skarpetki do szpilek? Powiem Wam, że zwyczajnie tego nie ogarniam. Tak jak podwijanie nogawek może świadczyć o tym, że jesteśmy gorącymi laskami, tak zakładanie skarpetek do odkrytych butów na wysokich obcasach o tym, że zmarzluchy z nas?

6. Legginsy zamiast spodni? Według mnie nadal legginsom jest bliżej do rajstop niż do spodni. Są na tyle cienkie, delikatne, obcisłe i często prześwitujące, że wkładanie ich do krótkich bluzeczek sprawia, że… czegoś mi brakuje. Ktoś tu zapomniał spodni!

7. Wkładanie swetra w spódnicę…?  Jeśli spróbujemy wpisać tę frazę w wyszukiwarkę, zostaniemy zbombardowani mnóstwem słów takich jak TRENDY, IDEALNE POŁĄCZENIE itp. Dla mnie sweter jest po prostu cięższą częścią garderoby i wpychanie go w spódnicę jest trochę nielogicznym postępowaniem. Poza tym sweterki, w przeciwieństwie do koszul czy gładkich bluzek, często mają ciekawe zakończenia, które należy eksponować, a nie chować.

8. Prześwitujące torebki? A co gorsze, w środku nich inne, nieprześwitujące… Ani to ładne, ani praktyczne. Bardziej lansiarskie i szpanerskie, jeśli w torebce nowiutki iPhone ze zmienianą, średnio raz na tydzień, obudową, portfel od Prady i książka, która akurat jest bestsellerem (pokażę innym, że nie jestem statystycznym Polakiem i czytam więcej niż jedną książkę rocznie!). Gorzej, kiedy w torebce jedynie plebejska portmonetka, która dołączona była do równie nieprestiżowego magazynu i podpaski. Serio, wszystkim chcemy się tym chwalić?

9. Kozaki latem? Pogoda w Polsce jest zmienna i nieprzewidywalna, zdaję sobie z tego sprawę, ale… żeby aż tak się jej obawiać? Połączenie sukienki na ramiączkach i kozaków w trzydziestostopniowym upale zawsze kieruje me myśli w stronę tego, co dzieje się w tych kozakach i w stronę partnera tej kobiety… Współczuję mu tej chwili, gdy jego kobieta wróci do domu i zdejmie buty…

10. Szyja owinięta szalem w lato? Podobna sytuacja jak z kozakami. Może i wygląda to stylowo, ale skoro jest nam na tyle gorąco, że ubieramy się w topy na cienkich ramiączkach, to po co nam szalik?

Możecie stwierdzić, że te triki modowe są stosowane tylko po to, aby wyglądać modniej, bardziej stylowo, po prostu lepiej… Tylko czy ładny ubiór musi się mijać z logicznym myśleniem? Po co się przegrzewać, przeziębiać, narażać na śmieszność? I, co najważniejsze, czy warto ślepo podążać za modą?

Sara