Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Po Polsce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Po Polsce. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 lutego 2022

Top 5 miejsc w różnych częściach Polski, które warto zobaczyć


W tej chwili część z nas rezygnuje z wyjazdu za granicę ze względu na testy, ryzyko kwarantanny albo obostrzenia. W zamian za to wybieramy wycieczki po Polsce. I super, bo nasz kraj też skrywa prawdziwe perełki. Dziś przychodzę do Was z małym zestawieniem miejsc do odwiedzenia w różnych częściach Polski. 

Toruń i Bydgoszcz
Jeden dzień w Toruniu, jeden dzień w Bydgoszczy? Czemu by nie! W moim rodzinnym mieście warto oczywiście wybrać się na starówkę, ale nie tylko. Z mniej oczywistych atrakcji polecam Wam punkt widokowy na lewobrzeżu, z którego rozpościera się widok na całą panoramę, a także Niewidzialny Dom, gdzie w kompletnych ciemnościach (ale takich naprawdę kompletnych) przechodzimy przez kolejne pomieszczenia, angażując zmysły inne niż wzrok... W Bydgoszczy z kolei rekomenduję odwiedziny w Muzeum Mydła i Brudu oraz spacer po Wyspie Młyńskiej. 

Podlasie - Kruszyniany oraz Kraina Otwartych Okiennic
Podlasie ma w sobie coś... egzotycznego. A jednocześnie bardzo swojskiego. Tam nadal znajdziecie miejsca bez zasięgu (albo ewentualnie z białoruskim zasięgiem!). Ja w szczególności polecam wizytę w Krainie Otwartych Okiennic - czyli zespole malowniczych wsi, z kolorowymi domkami. Uważajcie tylko, jak prowadzi Was nawigacja... A jeśli chcecie zobaczyć jeden z zaledwie kilku meczetów w Polsce, zachęcam Was do wizyty w Kruszynianach. Świątynia jest nadal czynna.

Karpacz i Karkonosze
Jeżeli macie dość tłumów w Zakopanem i korków na Zakopiance, może najwyższy czas odwiedzić Karkonosze? Wierzę, że Śnieżka Was nie pokona! Szrenica też nie. Tylko nie wybierajcie się na szczyt w balerinkach. Ja Karkonosze odwiedziłam kilkukrotnie. Pamiętam majestatyczność Świątyni Wang, emocje na torze saneczkowym (czynnym nawet latem!) i wodospady. Przy okazji wizyty w Karkonoszach można wyskoczyć do pobliskiej Pragi. Mnie marzy się jeszcze zobaczyć góry zimą... Więcej o Karpaczu i tamtych okolicach przeczytacie tutaj: www.malajaponia.pl/atrakcje-turystyczne/karpacz/

Kolorowe jeziorka i Park Mużakowski
W województwie lubuskim możemy przenieść się do Afryki albo... na księżyc. Wszystko dzięki kolorowym zbiornikom wodnym, położonym w środku lasu. Czerwone, szmaragdowe, brązowe... Wydaje mi się, że to miejsce, czyli Geopark Łuk Mużakowa, nadal pozostaje przez wielu turystów nieodkryte. My byliśmy tam w środku lata, a spotkaliśmy zaledwie garstkę spacerowiczów. Inaczej było w Parku Mużakowskim - tam zwiedzających było więcej, choć nadal bez odrażających tłumów. Jeśli lubicie spacery na łonie natury, polecam Wam oba te miejsca w Lubuskiem. 

Kamienne kręgi na Kaszubach
Przyznaję, że wiele miejsc na Kaszubach jeszcze przede mną. Jest jednak takie, które szczególnie zapadło mi w pamięć. To kamienne kręgi w Odrach. Nieważne, czy wierzycie w ducha Białej Damy, czy będziecie chodzić po lesie boso, czy jednak wybierzecie bardziej "racjonalny" sposób zwiedzania - w tym miejscu poczujecie niezwykłą energię. A przy okazji odetchniecie świeżym powietrzem. 

To tylko namiastka miejsc w Polsce wartych zobaczenia. Miałam okazję je odwiedzić i bardzo polecam.
Trzymajcie się!
Sara

środa, 7 lipca 2021

Arboretum w Rogowie, czyli jak zrelaksować się w bajkowym ogrodzie


Powoli zbliżam się do obrony pracy magisterskiej i nowego etapu w życiu… W tym nowym etapie zamierzam oczywiście częściej pisać na blogu. Czy tak często jak kiedyś – tego nie wiem. W końcu jedyne, czego możemy być pewni w życiu, to zmiany. ;) Myślę, że będę stopniowo opisywać moje małe podróże, które odbyłam w ostatnich miesiącach. Nie były to co prawda wyprawy zagraniczne, ale dzięki nim lepiej poznałam zarówno bliższe, jak i dalsze okolice.

O Arboretum w Rogowie dowiedziałam się prawdopodobnie z… pocztówki. Zacznijmy może jednak od wyjaśnienia, czym jest arboretum, inaczej nazywane ogrodem dendrologicznym albo dendrarium (kolejne trudne słowa!). To miejsce, w którym znajdziecie wiele gatunków drzew i krzewów. Zwykle w arboretach prowadzi się badania nad roślinami. W Polsce takich ogrodów mamy blisko 30. My postanowiliśmy odwiedzić Arboretum w Rogowie, w województwie łódzkim.

Ktoś mógłby pomyśleć – oglądanie roślin i to jeszcze za kasę? Nudy! Tymczasem arboretum to miejsce, które odwiedzają nie tylko emeryci. Podczas naszej wycieczki spotkaliśmy i rodziny z dziećmi, i zakochane pary, i seniorów. Niektórzy zatrzymywali się przy poszczególnych okazach tylko po to, by zrobić sobie efektowne zdjęcia, inni dyskutowali o pielęgnacji roślin.

Nas zaskoczyła przede wszystkim wielkość arboretum. Można tam spędzić właściwie cały dzień, gubiąc się wśród drzew i krzewów. Chociaż podczas naszej wizyty (był to piątek po Bożym Ciele) do arboretum przyjechało całkiem sporo gości – wnioskujemy po przepełnionym parkingu – to niektóre z alejek było puste. Można więc było spokojnie spacerować, bez tłumów.

My wybraliśmy się do arboretum w momencie kwitnienia azalii i różaneczników. W arboretum na początku czerwca można było podziwiać te krzewy w dziesiątkach odcieni – różowe, czerwone, fioletowe, żółte, pomarańczowe… Wyglądały przepięknie. A jak pachniały! Momentami mogło zakręcić się w nosie… i w głowie. Niestety, spóźniliśmy się nieco na kwitnienie magnolii. Mam wrażenie, że w tym roku wypuściły one pączki dość niepostrzeżenie, bo w Toruniu również przegapiłam ten moment.

Ciekawym punktem arboretum jest alpinarium, czyli ogród ze skałkami, oczkami wodnymi, idealny, by na chwilę przycupnąć i odpocząć.

Co ważne, w arboretum nie wolno wyprowadzać psów, palić papierosów ani używać dronów.

Można za to zorganizować sesje ślubną, jest to jednak dodatkowy koszt. Na co dzień za bilety zapłacicie:

Bilety indywidualne:

bilet normalny - 14 zł

bilet ulgowy - 8 zł

Bilet rodzinny:

bilet rodzinny (dwa bilety normalne i dwa ulgowe plus dzieci do 6 lat) - 40 zł

Bilety łączone do Arboretum oraz Muzeum Lasu i Drewna:

bilet normalny - 22 zł

bilet ulgowy - 12 zł

Dodam jeszcze, że w niektórych "zakamarkach" ogrodu znajdziecie huśtawki. Można na nich zrobić bajkowe zdjęcia.

W dniu, w którym my odwiedziliśmy Rogowo, przed wejściem do arboretum działał outlet roślin. Można było kupić zielone cuda, by zasadzić je w swoim ogródku.

Bardzo polecam Wam wizytę w arboretum w Rogowie. Nie ukrywam, że ja sama chętnie zajrzałabym tam ponownie jesienią.

Sara

niedziela, 18 kwietnia 2021

To miejsce jest otwarte w czasie pandemii: Kaszubski Park Etnograficzny we Wdzydzach Kiszewskich

Pomyślałam, że czas ruszyć z cyklem "Te miejsca warto odwiedzić po pandemii". Stwierdziłam, że zacznę od Kaszubskiego Parku Etnograficznego we Wdzydzach Kiszewskich. Okazało się jednak, że to malownicze miejsce jest… otwarte dla zwiedzających! Tym bardziej zachęcam Was do odwiedzin.

My do Kaszubskiego Parku Etnograficznego pojechaliśmy pod koniec sierpnia. To były piękne czasy, gdy chwilowo wszyscy zapomnieliśmy o koronawirusie, a na świeżym powietrzu nie trzeba było nosić maseczek. Pomyśleliśmy wówczas, że wybierzemy się w jakieś odludne miejsce, blisko natury.


Wdzydze może nie były odludne – momentami czuliśmy się tam jak na molo w Sopocie, ale… jak ktoś chce, to i w tłumie znajdzie cichy zaułek. Albo brzeg jeziora.


Kaszubski Park Etnograficzny położony jest we Wdzydzach Kiszewskich, w odległości ok. 170 km od Torunia, w województwie pomorskim, 17 km na południe od Kościerzyny.

Auto możecie zostawić na bezpłatnym parkingu, tuż przy muzeum.

Obecnie (kwiecień 2021) dla zwiedzających dostępne są zbiory na wolnym powietrzu – czyli właściwie najciekawsze. Nie wejdziemy natomiast do wnętrz budynków. Szczerze? My w środku nic tam nie oglądaliśmy. Skupiliśmy się na oglądaniu obiektów z zewnątrz.



We Wdzydzach znajdziemy wiatrak – prawdopodobnie największa atrakcja, budynek karczmy, szkoły, a także zagrody, chałupy czy kościół. Co jednak robi jeszcze większe wrażenie niż same obiekty, to położenie parku, tuż przy jeziorze. Malownicze jest także otoczenie. Pod koniec sierpnia było bardzo zielono i kwitnąco. Myślę, że na wiosnę park może prezentować się jeszcze piękniej.



Podczas pobytu na terenie muzeum spędziliśmy dłuższą chwilę po prostu siedząc nad jeziorem. Wokół nie było nikogo, wszystkich zajęło oglądanie chat sprzed lat. A my patrzyliśmy sobie w wodę. Wtedy naprawdę poczułam, że odpoczywam.

We Wdzydzach, już poza terenem parku, weszliśmy też na punkt widokowy, aby podziwiać lasy i jeziora Kaszub z góry.

Wyjeżdżając z miasteczka i kierując się w stronę Kamiennych Kręgów w Odrach, zatrzymaliśmy się w knajpce. Wszystkie miejsca były zajęte, panie dały więc nam… przenośny stolik. Zjedliśmy obfity obiad, a potem kupiliśmy jeszcze ruchanki, czyli coś w rodzaju drożdżowych placuszków, które smakują jak pączki. Pyszne i tłuste.

W pobliżu restauracji również znajdowało się zejście nad jezioro. Nie mogliśmy z tego nie skorzystać. Było zdecydowanie za zimno na kąpiel, ale idealnie na spacer.

Bardzo polecam Wam krótką, jednodniową wycieczkę do Wdzydz. Obecnie za bilety do skansenu zapłacimy 13 zł (bilet normalny), 7 zł (bilet ulgowy). W poniedziałki spacer po parku jest bezpłatny.

Sara

czwartek, 1 kwietnia 2021

Oj, działo się… - marzec 2021

Marzec podzielmy na dwie części. Tę spędzoną w więzieniu i tę spędzoną na wolności. O tej pierwszej napisałam już dość. Zacznijmy więc od czegoś piękniejszego: od wyjścia na dwór. 

Przyznaję, kręciło mi się w głowie. I jakoś dużo było tych gwiazd na niebie, gdy w końcu opuściłam dom po 18 dniach kwarantanny. Tak bardzo stęskniłam się za przestrzenią i za spacerami, że za jednym zamachem przeszłam od razu sześć kilometrów. A potem już ruszyła lawina…

Spotkałam się z Marcinem, którego w czasie kwarantanny widywałam tylko z balkonu. Zobaczyłam się z babcią i przegrałam kilka złotych w karty. Odwiedziłam przyjaciółkę i razem obgadałyśmy, co trzeba i kogo trzeba. 

Później był szybki wypad do Gniezna, o którym więcej pisałam tutaj. Zdążyliśmy, zanim zamknęli hotele.

W drugiej połowie marca zaczęłam w końcu wygrywać w szachy. Tylko Marcina jeszcze nie ograłam. W marcu wzięłam się też dość dobitnie za moją magisterkę. Przebadałam 150 osób. 

Ruszyłam też z kopyta, jeśli chodzi o książki. Skończyłam "Paranoję", debiut toruńskiej autorki. Finał nieźle wbił mnie w fotel (a właściwie to w łóżko, bo czytałam na leżąco). Za to niestety, ku mojemu zdziwieniu, zawiodła mnie książka Michała Rusinka "Zero zahamowań". To analiza tekstów piosenek disco polo, utworów patriotycznych czy tych z czołówek seriali. O ile czytając poprzednie książki Rusinka, głośno się śmiałam, o tyle tutaj czułam niestety dość spore zażenowanie. Analizy były moim zdaniem nieco naciągane i po prostu mało zabawne. 

Co jeszcze robiłam w marcu? Prawie zaliczyłam jedne zajęcia na studiach. Piszę "prawie", bo za mną już egzamin – swoją drogą dość trudny, bo z odpowiedziami wielokrotnego wyboru. Wcieliłam się także w rolę mediatorki. Przede mną jeszcze napisanie pracy zaliczeniowej. Przedmiot nazywa się "negocjacje i mediacje" i muszę przyznać, że tematyka okazała się bardzo ciekawa, zajęcia traciły jednak na tym, że odbywały się w piątki i trwały od 13 do 20. O 19 nie wiedziałam już, co się dzieje. 

W marcu wróciły też survivale, czyli nasze wyprawy z Marcinem, podczas których chodzimy przez pola, dżungle i zaglądamy tam, gdzie normalni ludzie się nie zapuszczają. Na razie byliśmy na dzikiej plaży nad Wisłą i na murach Zamku Dybowskiego (dosłownie na murach). 

Jaki zapowiada się kwiecień? Pracowicie. Ale cieszę się, że do zakończenia studiów coraz bliżej. 


Jaki był dla Was marzec? Mam nadzieję, że trzymacie się zdrowo!

Sara

sobota, 27 marca 2021

Gniezno w jeden dzień. Co warto zobaczyć? Króliki!

 

Po osiemnastu dniach spędzonych przymusowo w domu stwierdziłam: muszę gdzieś wyjechać. Gdziekolwiek. Zmienić otoczenie. Wybór nie był zbyt szeroki, bo udało mi się uzbierać aż dwa dni wolnego z rzędu, więc w grę nie wchodziła zbyt daleka podróż, a hotele zamknięto już wtedy w województwie pomorskim, warmińsko-mazurskim i mazowieckim. Ostatecznie padło na Gniezno.

W pierwszej stolicy Polski byłam kilka lat temu z rodziną. Tego dnia wypadał Dzień Niepodległości, więc w Gnieźnie zajadaliśmy się rogalami marcińskimi. Z samego zwiedzania pamiętam niewiele. A że mój facet w Gnieźnie nigdy wcześniej nie był, stwierdziliśmy, że to dobry kierunek na dwudniową wycieczkę.

Właściwie to Gniezno da się obejść w jeden dzień, więc jeśli niestraszne Wam zwiedzanie w maseczkach i macie ochotę wyskoczyć gdzieś na chwilę, bez noclegu (bo hotele przecież zamknięte), to miasto będzie całkiem dobrą opcją.

Wizytę rozpoczęliśmy od zobaczenia słynnej katedry. Niestety, okazało się, że zabytkowe drzwi gnieźnieńskie można oglądać tylko w towarzystwie przewodnika. A ten dostępny był w określonych godzinach. Postanowiliśmy więc wejść do katedry i zobaczyć to, co można podziwiać bez opłat. Drzwi odpuściliśmy. Może wydawać się to absurdalne, że będąc w Gnieźnie, nie widzieliśmy najsłynniejszego zabytku, ale chyba aż tak nam nie zależało. Priorytetem w tej podróży było oderwanie myśli od pracy i wspólne spędzenie czasu.

Po obejrzeniu katedry udaliśmy się w stronę Jeziora Jelonek. Fajnie mieć taki zbiornik w środku miasta. W okolicy spotkaliśmy mnóstwo właścicieli psów na spacerze ze swoimi pupilami, panią z kijkami do nordic walking, kobiety z dziecięcymi wózkami… Stwierdziliśmy, że my też obejdziemy jezioro dookoła. Tylko że zajęło nam to trochę dłużej, bo po drodze przyciągnęły nas huśtawki. Ale nie takie zwykłe, jakie znajdziemy na placach zabaw dla dzieci. W środku miasta stało kilka dużych huśtawek ogrodowych. Super, gdyby w Toruniu powstało coś takiego w ramach budżetu obywatelskiego. Nie mogliśmy odmówić sobie pobujania. To był jeden z najbardziej relaksujących momentów tego wyjazdu. Widok na jezioro, świecące słonko i huśtawki.

W końcu obeszliśmy jezioro, po drodze spotykając… króliki, których szukanie stało się później jedną z głównych atrakcji naszej wycieczki. Wrocław ma krasnale, Zielona Góra bachusy, a Gniezno – króliki. Jest ich 15 i poukrywane są w różnych zakamarkach miasta. Kto chce pobawić się w szukanie figurek, może ściągnąć specjalną aplikację na telefon. My zainstalowaliśmy ją dopiero wieczorem, ale okazała się zupełnie nieprzydatna, nie mogliśmy zrozumieć, na jakiej zasadzie funkcjonuje. Szukaliśmy więc królików najpierw bez niczyjej pomocy, później kierując się wskazówkami Google Maps.


Z Marcinem bardzo lubimy rywalizować. Szachy, Blokus, Dobble, Pędzące Żółwie. Króliki nie pozostały nam obojętne. Najpierw szukaliśmy ich razem, później rozpoczęła się zabawa „kto pierwszy znajdzie posążek”. Nie pamiętam, kto w końcu wygrał, ale bywało naprawdę ostro. Królików szukaliśmy przez dwa dni, a i tak nie znaleźliśmy wszystkich piętnastu. Część znajduje się w pobliżu starówki, niektóre na jej obrzeżach, inne w parku.


Nocowaliśmy w obiekcie Hotelik City przy samym rynku. Gdy już otworzą hotele, śmiało rezerwujcie tam pokój. W cenie jest pyszne, bardzo obfite śniadanie. Obsługa sympatyczna – do zamówionego obiadku dostaliśmy zupę gratis. Poza tym w cenie noclegu jest parking, trzeba go tylko wcześniej zarezerwować.


Wracając z Gniezna do Torunia, zboczyliśmy nieco z trasy, by zobaczyć wieżę widokową w Dusznie. Hm, to był błąd, bo prawie straciłam zawieszenie. Widoki nie były tego warte.


Sam wyjazd zaliczam jednak zdecydowanie do udanych. Gniezno jakoś szczególnie nie powala, ale miło było zmienić otoczenie i pospacerować nieznanymi uliczkami.

Sara

sobota, 27 lutego 2021

Oj, działo się... styczeń 2021

 

Gdy już nawet moja mama straciła nadzieję na nowy post i przestała o niego dopytywać, wracam do Was. W końcu kwarantanna zobowiązuje, prawda? Przecież nie mogąc wychodzić z domu, ma się tyle czasu na wszystko, na co się nie miało do tej pory. Prawda?

O mojej kwarantannie opowiem Wam w ciągu najbliższych dni. Dziś chciałam podsumować… styczeń. O ile to jeszcze wypada, bo przecież lada moment kończy się luty. Ale porządek musi być. Jak więc minął mi styczeń, co robiłam i co będę dobrze wspominać?

Reportaż o bezdomnych

Styczeń rozpoczęłam pracą. Akurat mi przypadł dyżur w Nowy Rok. Ale jakoś bardzo nie narzekałam – było spokojnie. Dałam radę zrobić przerwę na mój ulubiony fragment Koncertu Noworocznego z Wiednia, czyli na Marsz Radeckiego. A jeśli o Nowościach mowa, to jako niedoszła pracoholiczka nie mogę nie wspomnieć o temacie, który realizowałam w styczniu, a który zapisał się w mojej pamięci. Tamtego dnia musiałam wstać o 4:30, aby zrobić reportaż o bezdomnych. Wraz ze strażą miejską i fotografem dotarliśmy do kilku miejsc, w których przebywają takie osoby. Było to dla mnie trudne doświadczenie. Przede wszystkim – nie miałam pojęcia, gdzie takie punkty się znajdują. Byłam też zszokowana, że niektóre z nich to właściwie prowizoryczne szałasy z kuchenkami gazowymi i świętymi obrazkami. Ci ludzie unikają noclegowni, nie zawsze przez alkohol. Chcą mieć po prostu swoje miejsce na ziemi. Nie ukrywam, że byłam wstrząśnięta tym, co zobaczyłam. Zdjęcia i tekst znajdziecie tutaj.

Niespodzianka od rektora

Nie tylko styczeń, lecz 2021 rok rozpoczęłam także wiadomością o tym, że jednak dostałam stypendium naukowe. Ktoś się nade mną zlitował na tym UMK. Trochę nie dowierzałam, w sumie nadal nie dowierzam, ale nie ukrywam, że kasa się przyda. Chociażby na przyszłe mieszkanie.

Temperatura na minusie, śnieg na plusie

Styczeń był bardzo śniegowy. A ja nie cierpię śniegu… Gdy muszę usiąść za kierownicą. Na szczęście tym razem obyło się bez wpadnięcia do rowu i bez płaczu. Dałam radę. Śnieg był towarzyszem naszych styczniowych wycieczek. Z Marcinem pojechaliśmy do Chełmży, by obejrzeć tamtejsze dekoracje. W tym samym celu wybraliśmy się też do Zamku Bierzgłowskiego. Czekaliśmy, czekaliśmy, ale światełek nie włączyli. Mimo to wycieczkę zaliczam do udanych – to była moja pierwsza wizyta na tamtejszym zamku i na pewno chętnie wybiorę się tam ponownie, wiosną, gdy drzewa w pobliskim parku się zazielenią. Ale zanim to się stanie, wróćmy jeszcze na chwilę do śniegu. W styczniu próbowałam jakoś się z nim zaprzyjaźnić. Z Marcinem zbudowaliśmy bałwana (a nawet dwa!), byliśmy też na sankach i oba doświadczenia wspominam naprawdę miło. Mogę więc powiedzieć, że śnieg jest całkiem fajny, gdy nie musisz wsiadać za kółko.



Relacje

Pisząc tego posta, przeglądałam mój kalendarz, w którym zapisuję, co miłego się wydarzyło. I w sumie to jestem w szoku, jak miły był ten styczeń. W jedną ze śród wybraliśmy się z bratem na miasto. Mieliśmy załatwić kilka spraw. Ale przy okazji wypiliśmy też burżujską kawę na wynos. A później, po powrocie do domu, jeszcze długo gadaliśmy. Brakowało mi takich dni. Przypomniałam sobie, jak popłynęliśmy z Dawidem we dwójkę do Szwecji. Zrobiliśmy wtedy ponad 20 tys. kroków w jeden dzień. Byliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi. Swoją drogą, muszę się pochwalić, bo mój brat zdał w styczniu egzamin na prawko. I to za pierwszym razem. A nawet ja zdałam za drugim.

Jednym z milszych dni w styczniu była też wizyta u babci. Nie zabrakło faworków, pączków, ciasta… Przy okazji przegrałam w karty 4,50 zł.

Mam wrażenie, że w styczniu świat na moment wrócił do normalności. Były spotkania, były wizyty… A w lutym przyszła kwarantanna. Ale o tym później. Styczeń był fajny. Luty przyniósł dużo miłego, ale przyniósł też koronawirusa. Do naszego domu.

Przez najbliższe dwa tygodnie mogę więc zapomnieć o wycieczkach, spacerach, odwiedzinach, koncertach. Doceniajcie, co macie.

Sara

piątek, 1 stycznia 2021

2020. Dobrze, że się skończył? Podsumujmy ten rok!



Wiecie co? Dopiero po zrobieniu tego podsumowania uświadomiłam sobie, że ten rok wcale nie był taki zły. Był strach, niepewność, samotność. Ale były też chwile radości. I to ich uczepiłam się najmocniej. 

A jak autko.
Moja Nancy całkiem dobrze się sprawowała w tym roku. Na weselu, pięknie przystrojona, walnęła w słup. Po raz pierwszy przejechała 400 km za jednym zamachem. Pewnie w 2021 roku będziemy musiały się pożegnać, bo to już najwyższy czas. Mam nadzieję, że znajdę coś, co godnie zastąpi mój samochodzik.

B jak Bory Tucholskie. I Kaszuby. Miało padać i w ogóle nie mieliśmy jechać. Ostatecznie na wycieczkę się wybraliśmy, a z nieba nie spadła ani kropla deszczu. Zobaczyliśmy prawdziwie odludne miejsca, miejsca przesycone tajemnicą, niektóre – zakazane (albo raczej "wchodzisz na własną odpowiedzialność"). Na pewno wrócimy w te rejony, bo jeszcze wiele jest do odkrycia.

C jak Cypr. Jedyna zagraniczna podróż w tym roku. Cypr nie skradł mojego serca, ale teraz myślę o tamtejszym słońcu z dużym sentymentem. Pewnie kiedyś wrócę na tę wyspę, bo kilku miejsc nie udało nam się zobaczyć – skupiłyśmy się na Larnace i Nikozji, nie zobaczyłyśmy natomiast zachodniego wybrzeża i słynnej plaży, w której możesz dotknąć samolotu – tak nisko przelatują.

D jak dziennikarka. 18 lutego zapisałam w swoim kalendarzu następujące słowa: „Chcą mnie do Nowości”. To wywróciło moje życie do góry nogami. Najpierw pracowałam na pół etatu, od wakacji – na pełen etat. Bywało ciężko, był stres, łzy bezradności, ale było też mnóstwo satysfakcji i radości. Od dziecka marzyłam o byciu dziennikarką i choć wyobrażałam sobie tę pracę momentami nieco inaczej, to pisanie nadal jest tym, co kocham najbardziej na świecie.

E jak epidemia. Wszystko już zostało na ten temat powiedziane. Ja dodam jedynie dwie rzeczy: mimo epidemii w tym roku było też życie. Ograniczone, inne, niekiedy przepełnione strachem. Ale gdy przeglądam zdjęcia w telefonie, wiem, że nie umarłam. A po drugie: szczepcie się. Jak przeczytałam na jednej ze stron, że pani woli jeść owoce i warzywa zamiast się szczepić, to miałam ochotę rzucić w nią pomidorem i rozgnieść brukselkę na czole.

F jak foka. W tym roku adoptowałam aż dwie foki – najpierw Christmas Cactusika, potem Eukaliptusika. Płakałam, jak foka bóbr, gdy wypuszczali je na wolność. To było piękne doświadczenie i z chęcią zostanę foczą mamą ponownie w przyszłości.

G jak gimnazjum. Stwierdziłam, że nie ma co umieszczać Marcina pod M., bo po pierwsze M. to bardzo rozchwytywana literka, a po drugie – nasza historia sięga czasów gimnazjum. Wtedy się poznaliśmy. 10 lat później zostaliśmy parą. A ja nadal mam zrzut ekranu z czasów gimnazjalnych i żywię nadzieję, że ówczesne obietnice się spełnią.


H jak Haim. Dziewczyny z Haim wydały w tym roku nową, świetną płytę. Bardzo liczę na to, że będę mogła kiedyś wybrać się na ich koncert. Jeśli chodzi o muzyczne podsumowanie tego roku, to bardzo podobały mi się też płyty Dua Lipy, Lanberry, Sanah. W tym roku słuchałam też sporo Shawna Mendesa, 5 Seconds of Summer – kupiłam nawet bilety na ich koncert. Rzecz jasna w minionych miesiącach towarzyszyła mi też Taylor, o czym poniżej. Oraz… sporo disco polo.

I jak Instagram. Stwierdziłam, że wypada umieścić aplikację w tym podsumowaniu, bo pozwoliła mi przypomnieć sobie miłe chwile z tego roku. Na Instagramie publikowałam dość nieregularnie – czasami kilka dni z rzędu, czasami robiłam sobie parę tygodni przerwy. Instagram zyskał też dla mnie drugą funkcję – edukacyjną i inspiracyjną. Znajdowałam tam sporo pomysłów na tematy do pracy (oczywiście nie tej magisterskiej) i wiele się dowiedziałam. Jeśli ciekawi Was, jakie profile śledzę regularnie, moje top3 to: @kasia_coztymseksem, @szafasztywniary, @joannaglogaza.

J jak Jordanki. Co prawda wydarzeń w tym roku w Jordankach była garstka – przez większą część roku instytucje kultury były zamknięte albo nie działały w pełnym zakresie – to w styczniu i w marcu udało mi się jeszcze uczestniczyć w kilku koncertach, a nawet w balu. Był taki moment w roku, że zastanawiałam się, czy podpisywać umowę na kolejne 12 miesięcy. Czy dam radę połączyć to z pracą na pełen etat? Ale stwierdziłam, że za bardzo lubię CKK Jordanki.


K jak kotek. Moje Słońce skończyło w marcu rok. Teraz waży 5 kg. I choć często bywa francuskim kotkiem, zamiast brytyjskim, to kocham go nad życie. Wiem, że czasami, zaaferowana pracą, nie poświęcam mu tyle czasu, ile powinnam. Ale mam nadzieję, że jest szczęśliwy w naszym domu. Rodzice twierdzą, że tak – inaczej nie spałby w tak wymyślnych pozycjach.

L jak Lubuskie. To była wspaniała podróż. Miałam dwa dni wolnego w pracy, więc pojechaliśmy z rodzicami do oddalonego o 400 km Parku Mużakowskiego. Zwiedziliśmy też Park Krasnala, Zieloną Górę, a przede wszystkim zobaczyliśmy kolorowe jeziorka. Dlaczego tam jeszcze nie ma tłumów?

Ł jak łono natury. Wydaje mi się, że nie tylko ja doceniłam w tym roku bliskość przyrody. W czasie wiosennego lockdownu chodziliśmy do lasu, a gdy tylko pojawiła się możliwość wyjazdu, szukaliśmy miejsc, w których nie będzie tłumów. Nie ciągnęło nas do miast. Gdy myślę o podróżach zagranicznych, bardziej uśmiecha mi się teraz Norwegia i Islandia niż wielkie metropolie.

M jak magisterka. Spędzała mi sen z powiek. A potem pod tymi samymi powiekami pojawiały się łzy. Czułam bezsilność na myśl o tym, że muszę napisać magisterkę. Nie wiedziałam, jak zabrać się za tak długą formę i to jeszcze naukową. Nie jestem naukową dziewczyną. Ufam nauce, wierzę w nią, ale przeglądanie prac badawczych nigdy nie stanie się pasją. Miałam też sporo problemów i niedomówień z promotorką. 30 grudnia w końcu wysłałam część teoretyczną. W przyszłym roku zamierzam się obronić. Serio. I zamknąć ten okropny rozdział pt. Studia.

N jak niezrealizowane cele. Napisałam na ich temat cały post. Ale wiecie co? Nie narzekam. Patrzę na to podsumowanie i widzę, że ten rok nie był tak straszny, jak mi się wydawało.  I przede wszystkim już po zakończeniu 2020 roku okazało się, że jeden cel udało mi się spełnić. Dostałam stypendium! Mimo że próg wynosił 4,80, a moja średnia 4,79. 

O jak opakowanie na wynos. Gdy przejrzałam swój kalendarz, znalazłam w nim pełno notatek w stylu "kupiłam pączki", "przywiozłam ciasto", „zamówiliśmy jedzenie w Widelcu”. Prawdopodobnie nigdy nie jedliśmy tak często dań restauracyjnych w zaciszu naszego domu. I nie tylko domu. W tym roku, przez zamknięcie restauracji, zdarzyło mi się jeść pizzę w samochodzie i w parku. Smakowała wybornie. Tęsknię bardzo za wizytami w kawiarni, choć kasztanowa latte na wynos również jest niczego sobie.


P jak puzzle. Pomogły mi odpocząć, zrelaksować się i nie zasnąć podczas nudnych wykładów. Ale nadal nie odważyłam się na więcej niż 1000 kawałków.

R jak rzeka. Wisła i Drwęca. W rytmie tych rzek płynął mój miniony rok. Sekretnych miejscówek nad Wisłą odkryłam w tym roku więcej niż przez całe moje życie. Po wielu latach wybrałam się na spływ kajakowy Drwęcą. Chciałabym to powtórzyć w przyszłym roku.

S jak Stawy Przysieckie. Piękne miejsce, które poznałam dzięki Weronice. Opisałam je w Nowościach, dzięki czemu dowiedziały się o nim kolejne osoby, za co otrzymałam później podziękowania. To właśnie na Stawach Marcin zapytał mnie, czy pójdę z nim na wesele. A wiecie, jak ja nienawidziłam wesel. Teraz zastanawiam się, czy przypadkiem własnego nie urządzać.

T jak Taylor. Dwie płyty w jednym roku. Taylor ratowała ten epidemiczny czas, jak mogła. Gdybym miała wybrać, to wolę Evermore od Folklore, ale obie płyty są czymś kompletnie nowym, a jednocześnie mam wrażenie, jakbym słyszała na nich starą, country Taylor.

U jak urodziny. Czy to nie dziwne dawać urodziny do podsumowania roku? Ale tegoroczne były wyjątkowe. Zorganizowane w czasie pandemii – na szczęście żadne z nas nie było chore ani się nie zaraziło. Wszyscy dobrze się bawili, choć część towarzystwa wcześniej się nie znała. Brzuchy bolały nas ze śmiechu. A ja miałam na sobie tego dnia moją pierwszą i jak dotąd jedyną rzecz z Riska.

W jak wycieczki. Stwierdziłam, że nie mogę każdej podróży dawać osobnej literki, bo powstałoby z tego wycieczkowe podsumowanie roku. O dziwo, choć wyprawa zagraniczna była tylko jedna, to moje okolice zwiedziłam prawie że wzdłuż i wszerz. Z Marcinem byliśmy w Inowrocławiu, w Pakości, w Chełmnie, Golubiu-Dobrzyniu, Gniewie, Kwidzynie, Okoninie, na Kaszubach i w Lubelskiem (z małym wypadem do Świętokrzyskiego – po drodze widzieliśmy protest rolników. I jednego pana na traktorze, który się na strajk spóźnił). Z rodzicami wybraliśmy się do wsi Brzózki obejrzeć murale inspirowane dziełami Van Gogha, do zoo w Borysewie zobaczyć białe lwy i do parków w Arkadii i Nieborowie, aby po prostu odpocząć od siedzenia w domu.

Ząb. A na koniec czarny humor. Od kilku lat (no dobra, od gimnazjum, to trochę więcej niż kilka – przeraża mnie to) zapisuję miłe rzeczy, które dzieją się danego dnia. W tym roku byłam w tym wyjątkowo nieregularna, ale jednak trochę notatek się w kalendarzu pojawiło. Jedną z najśmieszniejszych jest zdecydowanie "dentystka wypełniła mój ząb białą plombą". Kurtyna.

 

Życzę Wam, żebyście w nowym roku czerpali radość nawet z najmniejszych rzeczy. 

Sara