Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do Luksemburga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do Luksemburga. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 maja 2019

Mój subiektywny ranking stolic europejskich cz. 2


Jeśli nie widzieliście poprzedniego wpisu, to koniecznie nadróbcie go przed przeczytaniem tego posta! W ostatnim tekście przedstawiłam pierwszą część mojego subiektywnego rankingu stolic europejskich – odwiedziłam już połowę z nich i stwierdziłam, że to dobry moment na małe podsumowanie. Dzisiaj zaczynamy od miejsca 12.

12. Paryż. To miasto jest naprawdę wspaniałe. I chciałabym tam kiedyś wrócić. Dlaczego w takim razie umieściłam je dopiero/aż na dwunastym miejscu? Cóż, po prostu jakaś stolica musiała się znaleźć mniej więcej pośrodku. W Paryżu zakochałam się w Bazylice Sacré-Cœur, a gdy zobaczyłam Wieżę Eiffla, to ugięły się pode mną nogi. Ale raczej nie chciałabym mieszkać w tej stolicy – za duży tłok. No i ten francuski!
11. Rzym. Odwiedziłam tę stolicę dwukrotnie i… na razie mam dość. Zabytki w Rzymie są wspaniałe, choć podczas ostatniej wizyty bardziej zauroczyło mnie nieco zapomniane Zatybrze. Wiem, że mnóstwo osób kocha Italię – mnie podczas kilku wizyt zmęczyła nieco ta opieszałość Włochów i panujący w wielu miejscach chaos.
10. Warszawa. Ta stolica w ogóle nie powinna znaleźć się w moim rankingu. Jak mogę oceniać miejsce, w którym byłam dziesiątki razy, które – jak sądziłam – kiedyś zostanie moim domem? Warszawę poznałam zarówno od strony turystycznej tj. zabytków, muzeów, atrakcji i escape roomów, jak i od tej bardziej codziennej. Kiedyś myślałam, że Warszawa jest brzydka. Owszem, momentami bywa trochę przytłaczająca. Ale oferuje naprawdę duże możliwości.
9. Ateny. Myślałam, że ta stolica mi się nie spodoba, że jest przereklamowana. Tymczasem jej położenie zrobiło swoje. Cudowne widoki i przepiękne zabytki mnie zachwyciły. Jednak pomijając walory turystyczne, muszę stwierdzić, że Ateny są po prostu brudne.
8. Praga. Powinnam wrócić do Pragi. Boję się, że w przeciwnym wypadku w kolejnym rankingu to miasto znowu spadnie. To była przez długi czas jedna z moich ulubionych stolic. Miasto, które zajmowało ważne miejsce w moim sercu. Teraz Pragę pamiętam głównie dzięki zdjęciom. Powinnam tam wrócić, by to uczucie, które nas łączyło, znów odżyło.
7. Valletta. Niewielka stolica – nim się obejrzysz, będziesz już w innej miejscowości. Valletta, mimo swojego rozmiaru, zasługuje na wysokie miejsce ze względu na swoje urokliwe położenie oraz specyficzną architekturę – gdzie się nie obrócicie, tam budynki w kolorach piaskowca. Malta skradła moje serce, musiałam więc umieścić jej stolicę wysoko.
6. Ryga. W sumie to gdy piszę o tym mieście, to mi trochę smutno. Ryga to było takie nasze miejsce, moje i Maćka. Znany hotel, znane miejsca, znane uliczki. Przez innych zaś Ryga pozostaje nieodkryta. Ja cieszę się, że ją odkryłam, że mogłam tam powrócić i zobaczyć coś więcej niż najbardziej znane zabytki. Fajnie jest mieć takie miejsce w Europie, o którym wiesz, że, jeśli tam wrócisz, poradzisz sobie bez mapy. 
5. Budapeszt. Finałową piątkę otwiera Budapeszt. Mimo że to miasto zwiedzałyśmy z mamą w zimowych kurtkach, nie dało się w nim nie zakochać. Chociaż kompletnie nie rozumiałyśmy, o czym rozmawiają mieszkańcy i nie umiałyśmy przeczytać napisów, Budapeszt nas zauroczył. Wspaniała architektura, wyjątkowe pomniki i góra w środku miasta. Te miasta byłego cesarstwa mają coś w sobie...
4. Luksemburg. Chyba czuję jakiś pociąg do niewielkich stolic. Gdy myślę o Luksemburgu, pierwsze słowo, jakie nasuwa mi się na język, to: malowniczy. To miasto sprawia wrażenie, jakby było jakąś makietą. Część budynków położona jest niżej, część wyżej, co funduje nam niesamowite widoki. 
3. San Marino. Brązowy medal dla kolejnej malutkiej stolicy. Ciekawe, czy San Marino zachwyciłoby mnie tak samo, gdybym odwiedziła je latem. Wówczas czekałyby na mnie tłumy turystów. Tymczasem w marcu w San Marino leżał śnieg. I było to najlepsze, co nam się trafiło. Widoki jak z bajki - gdziekolwiek się nie spojrzało, zapierało dech w piersiach. San Marino mnie bardzo zaskoczyło – nie tylko dlatego, że mówili tam po polsku.
2. Lizbona. Chciałabym tam mieszkać. Pewnie czasami narzekałabym na to, że trzeba co chwilę łazić pod górę. I dobiłyby mnie ceny mieszkań. Ale mogłabym tam mieszkać. Gdy patrzę na ranking stolic z pewnej perspektywy, dostrzegam, że ważne jest dla mnie położenie stolicy. Lizbona nie dość, że znajduje się w ciepłym i słonecznym kraju, to jeszcze ocean jest w niej na wyciągnięcie ręki. Pamiętam, że gdy siedziałam nad brzegiem Tagu i wystawiałam twarz do słońca, czułam pełnię szczęścia i relaksu. Mogłabym tam wrócić. Chciałabym tam wrócić i pokazać Lizbonę mamie. I mieć pasteis de belem na co dzień.
1. Wiedeń. Czy jakaś stolica zajmie kiedyś jego miejsce? Czy coś pobije Wiedeń? Czy gdy wybiorę się tam znowu, znów się zachwycę? Dlaczego właściwie tak kocham Wiedeń? Znam tylko odpowiedź na ostatnie pytanie i chętnie Wam jej udzielę: uwielbiam to miasto za jego królewskość, dostojność, za architekturę, parki i pandy. I za Sisi.
A u Was jaka stolica znalazłaby się na pierwszym miejscu?
Uściski!
Sara

poniedziałek, 24 września 2018

Co w życiu osiągnęliście?



Ten tytuł brzmi tak patetycznie. Ale fakt jest taki: na co dzień nie myślę o tym, ile w życiu osiągnęłam. Nie chcę tu używać wyrażenia"udało mi się", bo to się nie udało.

Ten wpis zawdzięczacie mojej przyjaciółce, która podczas 21 urodzin postanowiła nie pisać mi życzeń na Facebooku. Na portalu umieściła za to listę moich mniejszych i większych osiągnięć poczynionych przez 21 lat. I wiecie co? Ta lista mnie wzruszyła, poruszała, wywołała uśmiech na mojej twarzy i spowodowała, że zaszkliły mi się oczy. Powinnam ją sobie wydrukować i powiesić nad biurkiem. Czytałam ją kilkakrotnie. Uświadomiłam sobie, że na co dzień nie myślę o tym, co osiągnęłam, czego dokonałam. Na co dzień mojej głowie towarzyszą raczej myśli w stylu "pewnie się ze mnie śmieją" albo "nie dam rady". Tymczasem patrząc na tę listę, widzę, że w moim dwudziestojednoletnim życiu wydarzyło się tyle wspaniałych rzeczy, tyle celów osiągnęłam, tyle razy byłam dzielna, że powinnam być z siebie dumna. Nie tylko w urodziny. Codziennie.
Oto lista przygotowana przez moją przyjaciółkę. Są na niej te poważne i te nieco mniej poważne osiągnięcia. I moje dopiski do nich. 

- Zostałaś pewnie pierwszą i jedną z dwóch współkrólowych 4 LO (w jakże doborowym towarzystwie). -> To śmieszna historia. Byłyśmy z Fanny jedynymi przebranymi osobami z naszej klasy podczas Dnia Języka Niemieckiego. I tak się składa, że to my zostałyśmy wybrane jako królowe. Koronę dali nam tylko jedną, na spółę, więc od paru lat się nią wymieniamy. 

- Poznałaś naprawdę spoko kolesia przez Tindera (żeby nie było, chodzi o Maćka), a w dodatku niedawno mieliście 2 rocznicę. -> Tu chyba nie potrzeba komentarzy. Napiszę może jedynie tyle, że na Tinderze są też normalni ludzie i nie wszyscy chcą od razu "bliżej się poznać". 
- Nazbierałaś niezłą kolekcję pocztówek.  -> Przez 7 lat ponad 1400 kartek

- Jesteś coraz lepsza w planowaniu wycieczek (tak dobra, że ludzie proszą Cię o opinię jako eksperta), więc wszyscy, którzy z Tobą wyjeżdżają, nie muszą się o nic martwić. -> To mi pochlebia. Planowanie wycieczek to moje hobby i jest mi naprawdę miło, gdy ktoś prosi mnie o pomoc w organizowaniu swojej podróży. Do eksperta mi daleko, ale chyba mam jakąś tajemną wiedzę! 
- Stałaś się sławna (te występy w telewizji, wywiady, spotkania). -> Nadal trochę się wstydzę, gdy pomyślę o tym, że pani pielęgniarka w zabiegowym powiedziała, że oglądała mnie w "Milionerach". Nadal nie mogę uwierzyć, że obcy ludzie chcieli mnie mieć w znajomych na Facebooku tylko dlatego, że widzieli mnie w telewizji. Nadal się dziwię, że wywiady ze mną można było przeczytać w lokalnych gazetach. 
- Nie gubisz się w moich wielce skomplikowanych, wielowątkowych i zawierających wiele dygresji historiach. -> Staram się. 
- Twoja lista odwiedzonych miejsc jest naprawdę imponująca. -> Naprawdę? Przecież jeszcze połowa stolic europejskich przede mną!
- Burżujsko wracałaś do szkoły taksówką. -> Tę anegdotkę będę opowiadać dzieciom. Wam też opowiem. Otóż pewnego dnia wybrałyśmy się z dziewczynami z klasy na okienku na burżujską kawę. Niestety, zaczęło lać jak z cebra. Zastanawiałyśmy się, co zrobić – kupić parasole w Rossmannie? Nie wracać na lekcje? Ostatecznie postanowiłyśmy ten 1 km pojechać… taksówką. Zapłaciłyśmy za nią 10 zł, a że byłyśmy we cztery wyszło nas po 2,50 zł na głowę. Nie zmokłyśmy, a na lekcje dotarłyśmy na czas. 

- Przetrwałaś powrót z wycieczki do Berlina. -> Pamiętacie huragan Ksawery? Szalał w grudniu 2013 roku. Dokładnie wtedy, kiedy wracaliśmy z wycieczki do Berlina. Opisywałam te niezbyt przyjemne przygody na blogu. Powiem Wam, że teraz czasami jak strasznie chce mi się do łazienki, myślę sobie "przetrwałaś całą noc uwięziona w autokarze, więc teraz też wytrzymasz". Prawdopodobnie długo będę pamiętać, jak co chwila podczas tej zbyt długo trwającej podróży zapadałam w sen i budziłam się, i cały czas przez okno widziałam tę samą gałąź, nie posuwaliśmy się bowiem ani o centymetr. Ale w końcu dotarliśmy do domu. Choć i tak mówili o nas w TVN24
- Dostałaś się na oblegany kierunek studiów. -> Fakt, na psychologię było kilka osób chętnych na jedno miejsce. 

- Nigdy się nie bałaś i zawsze reagowałaś, kiedy coś Ci się nie podobało. -> Przyznaję, zawsze byłam nieco buntownicza, bardzo niezależna, momentami pyskata. Ale przy tym  szczera i bezpośrednia. To chyba jedno z moich największych osiągnięć. Gdy coś mi się nie podoba, to mówię, że mi się nie podoba, że tego nie akceptuję. Czasami ktoś inny tego nie akceptuje. Ale i tak dalej to robię. 

- Utworzyłaś szkolną gazetkę (która umarła śmiercią naturalną, ale to inna sprawa). -> Ha! Do dziś pamiętam ten post na blogu "Pani Redaktor Naczelna". Faktycznie, byłam redaktor naczelną licealnej gazetki. Niestety, nie przetrwała ona próby czasu. 

- Przeżyłaś wszystkie dramy związane z wymianą. -> A było ich całkiem sporo… Amerykanka wyjadała nam leki z apteczki, przychodziła do mnie, gdy spałam, kładła się moim rodzicom na dywanie w sypialni i robiła mnóstwo innych, dziwnych rzeczy. A ja to wszystko przetrwałam. I potem sama poleciałam do USA

W życiu trzeba być dzielnym. Cieszę się, że mam aż tyle dowodów na to, że byłam dzielna.
Kochani, stwórzcie własne listy osiągnięć. Nie czekajcie do urodzin, aż ktoś zrobi to za Was.
Sara

czwartek, 28 grudnia 2017

Oj, działo się... - rok 2017 #1



365 dni szalonych dni. Pełnych przygód, podróży, zaskakujących momentów. Rok 2017 to rok... warty zapamiętania. 

A jak autko. Moje pierwsze autko kupione za własne pieniądze. Nazwałam je Nancy z powodu mojej głębokiej miłości do Eda Sheerana i oryginalnego zielonego koloru pojazdu (muszę przyznać, że odcień lakieru nie był tym, co brałam pod uwagę przy zakupie, chociaż wolałabym nie mieć białego samochodu). Nancy sprawuje się naprawdę świetnie, mam nadzieję, że wybaczy mi te wszystkie delikatne obtarcia!

B jak Bruksela. Czyli piętnasta odwiedzona stolica. Brukselę zapamiętam jako multikulturalne, brudne miasto, pełne żebraków i pięknych zabytków. Brzmi jak oksymoron? Najwidoczniej tak się da.
C jak cel czytelniczy. Zrealizowałam swój cel "przeczytać przynajmniej 55 książek". Dobiłam do 62. Co więcej niewiele było wśród tegorocznych lektur takich naprawdę, naprawdę słabych – przeważały znakomite lub bardzo dobre. Jeśli jesteście ciekawi mojego top 10 książek przeczytanych w 2017, zapraszam tutaj.

D jak Dania. O której nagle wiem całkiem sporo i do której pewnie prędzej czy później się wybiorę.

E jak Ed Sheeran. Zachwycił mnie swoją nową płytą do tego stopnia, że kupiłam bilet na jego koncert w Polsce. Chyba mi się nieźle poszczęściło, bo wiem, że wielu osobom nie udało się dostać wejściówki – serwer był przeciążony, zawieszał się, error wyskakiwał w ostatniej chwili. Tym większa jest moja radość, że 11 sierpnia 2018 roku po raz pierwszy będę na Stadionie Narodowym i usłyszę Eda na żywo. To będzie mój pierwszy tak duży koncert, więc ekscytacja jest ogromna.

F jak farbowanie. W minionym roku zrobiłam to, na co zanosiłam się od lat – przefarbowałam włosy na rudo (na szczęście tylko szamponem koloryzującym). Ot tak, żeby zobaczyć, jak wyglądam jako rudzielec. Zawsze podobały mi się rude włosy. To nie tak, że nie lubię swojego blondu, zastanawiałam się tylko, czy może w rudym nie będę podobać się sobie (i innym) bardziej. Eksperyment wywołał mój śmiech i szok innych. Do rudego raczej nie powrócę.
G jak gazety. Nie sądziłam, że będę kupować gazety dlatego, że… o mnie napiszą. W kwietniu, w toruńskiej prasie, pojawiły się moje wypowiedzi na temat podróży, natomiast po występie w "Milionerach" ukazały się całe artykuły na temat mojej osoby. To dla mnie nadal trochę onieśmielające, ale też naprawdę… przyjemne.

H jak Hard Rock Cafe. To tylko jedno z miejsc, w których miałam okazję oglądać świetne koncerty. Wyżej wspominałam, że występ Eda Sheerana będzie moim pierwszym wielkim koncertem. Uczestniczyłam już natomiast w nieco mniejszych wydarzeniach. W pamięć zapadły mi na pewno koncerty w toruńskim Dworze Artusa – ten z piosenkami z lat. 80 oraz z utworami Anny Jantar.  Świetnie bawiłam się również w Hard Rock Cafe na koncercie beatlesowym.
I jak Irlandia. Podróż na Zieloną Wyspę była naszą pierwszą wspólną wyprawą z Maćkiem. Nie było idealnie, Dublin też nie zasłużył na miano mojej ulubionej stolicy, ale i tak cieszę się, że mogłam go zobaczyć i przekonać się, że w Irlandii wcale nie pada przez cały czas.
J jak jestem dziennikarką. Zostałam nią oficjalnie na początku roku, dołączając do redakcji toruńskiego portalu studenckiego SpodKopca.pl Nie zliczę, ile artykułów napisałam od tego czasu, ale z części z nich jestem wyjątkowo dumna – są to przede wszystkim wywiady m.in. z wokalistą zespołu Enej czy z rodowitą Łotyszką.

K jak kartki z nowych krajów. Planowałam w 2017 roku zdobyć pocztówki z dziesięciu nowych krajów, tymczasem – głównie dzięki Maćkowi – moja kolekcja wzbogaciła się o wiele więcej nowych państw - blisko czterdzieści. Są wśród nich takie perełki jak Liban, Gabon, Belize czy Syria.
L jak Luksemburg. Lubię myśleć nieszablonowo. Pomysł na wycieczkę do Luksemburga był dość oryginalny, ale nie żałuję – to przepiękne państwo z urokliwą przyrodą, ciekawym ukształtowaniem terenu i wyjątkową zabudową. 
Kolejne literki i wspomnienia w następnym poście. 
Jaki był dla Was 2017 rok? Pełen zmian? A może spokoju?
Sara

czwartek, 23 listopada 2017

Luksemburg - ceny, praktyczne wskazówki i informacje


Nie ukrywajmy – mało kto decyduje się na podróż do Luksemburga. Nie jest to zbyt częsty kierunek wycieczek -  A SZKODA. Bo naprawdę warto zobaczyć to miasto, jak i państwo, na własne oczy i przekonać się, jak bardzo malownicze jest.
Wyprawa do Luksemburga wcale nie musi kosztować miliony monet. I wcale nie tak trudno ją zaplanować. Co prawda informacje w Internecie są szczątkowe, dlatego w tym przypadku mogą przydać się papierowe przewodniki (zwykle wydaje się takie kompleksowe po Belgii i Luksemburgu). A no i ja - mam nadzieję - też trochę Wam pomogę.
Luksemburg – jak się tam dostać?

Jest kilka opcji. Można dojechać własnym samochodem, można zdecydować się na wycieczkę objazdową po krajach byłego Beneluksu, można też dolecieć do Luksemburga drogimi liniami lotniczymi z Polski. My – wydaje mi się – wybraliśmy jedną z tańszych opcji. Polecieliśmy z Modlina do Brukseli Charleroi (lot trwał niecałe dwie godziny), a następnie w trzy godzinki dotarliśmy do Luksemburga autobusem firmy Flibco.
Luksemburg – gdzie spać?

Hosteli w mieście Luksemburg nie ma zbyt wiele do wyboru. Właściwie to aż jeden. Reszta to drogie hotele. Dlatego my postawiliśmy na Airbnb i wynajęliśmy pokój w Rodange (30 minut ciuchcią od Luksemburga). To był świetny pomysł i naprawdę cieszę się, że podjęliśmy taką decyzję. Polecam Wam to rozwiązanie. Dodatkowo mam dla Was niespodziankę - 100 zł zniżki na nocleg na Airbnb!
Luksemburg – jak się po nim poruszać?

Komunikacja jest naprawdę niezła. Pociągi z Rodange do Luksemburga jeździły co pół godziny. Poza tym do wielu innych miejsc można dotrzeć koleją, choć niestety nie do zamku w Vianden. Ciuchcie są wygodne, ale nawet, jeśli jedziecie pociągiem 10 minut, spodziewajcie się kontroli konduktorskiej. W samej stolicy państwa są liczne linie autobusowe i trolejbusowe. Jednak po mieście można z łatwością poruszać się pieszo, jeśli nie zdecydujecie się na odwiedzenie dzielnicy Kirchberg. Najważniejsze atrakcje położone są blisko siebie.
Luksemburg – ile to kosztuje?

I teraz czas na to, co pewnie interesuje Was najbardziej – ile za to wszystko zapłaciliśmy?
Bilet lotniczy Warszawa Modlin-Bruksela Charleroi = 39 zł

Bilet lotniczy Bruksela Charleroi-Warszawa Modlin = 39 zł

Bilet autobusowy Bruksela Charleroi-Luksemburg Gare Centrale = 5 euro

Bilet autobusowy Luksemburg Gare Centrale-Bruksela Charleroi = 5 euro

Dwie noce w mieszkanku w Rodange – 57 euro za dwie osoby/28,5 euro na głowę

I dzień – bilet na pociąg Luksemburg-Rodange 2 euro

II dzień bilet całodzienny na komunikację (mogliśmy poruszać się po całym kraju autobusami i pociągami) – 4 euro

III dzień bilet na pociąg Rodange-Luksemburg 2 euro

Przechowalnia bagażu na dworcu (skorzystaliśmy z niej w pierwszym dniu) – 5 euro

Poza tym wydaliśmy trochę pieniędzy na pamiątki i słodycze (niestety nie znalazłam słodkości wyprodukowanych w Luksemburgu). Co nas bardzo pozytywnie zaskoczyło, to fakt, że w Luksemburgu działają toalety publiczne i – uwaga! – są czyste i niepłatne.

Podsumowując na transport, komunikację i noclegi każde z nas wydało niecałe 300zł (przy kursie euro 4,30 zł).

Wydaje mi się, że to naprawdę nieźle jak na Luksemburg. Dodam jeszcze, że datę podróży dostosowaliśmy do cen biletów – chcieliśmy, aby loty kosztowały 39zł, a bilety autobusowe do Luksemburga 5 euro.

Chcielibyście wybrać się kiedyś do tego kraju? Która pocztówka podoba Wam się najbardziej?
Uściski!

Sara 

poniedziałek, 20 listopada 2017

Zamek w Vianden - jak się tam dostać i czy w ogóle warto?


W miasteczku Vianden mieszka mniej niż 2000 osób. Czyli mniej niż w Małej Nieszawce. Zdecydowanie warto je jednak odwiedzić, by zobaczyć majestatyczny zamek położony na wzgórzu. A w drodze powrotnej zatrzymajcie się w urokliwym Diekirch.

Przyznaję – dojazd do Vianden łatwy nie jest. My się zgubiliśmy. Ze stolicy kraju, Luksemburga, należy pojechać pociągiem w kierunku Diekirch i wysiąść na stacji… no właśnie, jakiej? My sądziliśmy, że Diekirch, tymczasem okazało się, że stamtąd autobus do Vianden odjeżdża bardzo rzadko. Z racji tego że mieliśmy bilet całodzienny i mogliśmy poruszać się po całym Luksemburgu, wsiedliśmy w pociąg… powrotny i cofnęliśmy się jedną stację. Typowe ogary z nas. Okazało się, że z Ettelbruck autobusy do Vianden również jeżdżą dość rzadko. Na szczęście następny był w ciągu pół godziny. 
Gdy w końcu znaleźliśmy się we właściwym autobusie (linia 570), zorientowaliśmy się, że przystanków o nazwie "Vianden coś tam" jest kilka. Nie wiedzieliśmy, na którym najlepiej wysiąść. Więc gdy wydawało nam się, że przez okna autobusu widzimy już zamek z dość bliskiej odległości, nacisnęliśmy guzik. Nasz wybór był idealny. Tylko… jak dostać się do zamku? Szliśmy, szliśmy, a tu żadnej ścieżki w górę. W końcu zaproponowałam, aby dojść do kolejki linowej, na pewno tam będzie jakiś szlak. Jednak wcześniej zaczepiliśmy pana, który po niemiecku (oboje z Maćkiem uczyliśmy się niemieckiego, oboje nic nie umiemy w tym języku) wyjaśnił nam, gdzie jest ścieżka. Jakoś go zrozumieliśmy, cofnęliśmy się i w końcu wylądowaliśmy na właściwej drodze. Nie muszę wspominać, że prowadziła ona pod górę? Zmęczyliśmy się. I gdy już mieliśmy trochę dość, zapytaliśmy schodzących z góry piechurów, czy daleko jeszcze. Na szczęście okazało się, że zamek jest tuż za rogiem!
Nie świeciło słońce, ale zamek i tak prezentował się pięknie. Budowla należała niegdyś do Luksemburgów. Jest miszmaszem różnych stylów architektonicznych – gotyku, renesansu, posiada nawet cechy romańskie. Obecnie zamek w Vianden jest własnością państwa i można go zwiedzać – my jednak zdecydowaliśmy się podziwiać go tylko od zewnątrz.
W Vianden cudowna była cisza i spokój. Co prawda nieco zirytował nas fakt, że większość miejsc była pozamykana – sklepy z pamiątkami czy informacja turystyczna. Swoją drogą w Vianden wcale nie było masy turystów. Jeśli chodzi o zabytki, w miasteczku tym, oprócz zamku, znajduje się kościół Trójcy Świętej z XIII wieku z relikwiami św. Antoniego. 


Gdy opuszczaliśmy Vianden, usłyszeliśmy: "Nie inaczej, proszę pani, nie inaczej". Nie był to turysta, lecz Polak pracujący akurat w tym niewielkim luksemburskim miasteczku. Chwilę porozmawialiśmy - okazało się, że nie jesteśmy pierwszymi Polakami, których spotkał w ostatnim czasie. 

Zdecydowaliśmy, że naszym kolejnym przystankiem będzie Diekirch. Głównie dlatego, że jadąc wcześniej przez to miasto, widzieliśmy kilka interesujących budynków. Wysiedliśmy z autobusu koło katedry św. Wawrzyńca (eglise de Saint-Laurent). Próbowałam znaleźć dla Was jakieś ciekawostki o tej świątyni i znalazłam, ale po… francusku. To by było na tyle z mojej szansy zabłyśnięcia.
Spacerowaliśmy po Diekirch, zatrzymując się po prostu przy obiektach, które nas zainteresowały. Trafiliśmy m.in. do parku. Poza tym Maciek śmiał się z eleganckiej tabliczki na jednym z budynków napisanej czcionką Comic Sans…. Mam nadzieję, że te kilka zdjęć uświadomi Wam, że warto podróżować jesienią. ;)
W końcu dotarliśmy do dworca kolejowego w Diekirch i wróciliśmy do Luksemburga.
O ile Diekirch nie jest może jakieś oszałamiające, jest po prostu uroczym miasteczkiem na krótki spacer, o tyle Vianden serdecznie Wam polecam. Warto odbyć tę krótką wycieczkę pod górę, by móc podziwiać piękną budowlę. 
Dajcie znać, co sądzicie o Vianden i Diekirch!
Ściskam
Sara

wtorek, 14 listopada 2017

Kirchberg i inne oblicze Luksemburga


Nie wiem, czy można znaleźć pocztówki z Warszawy z podpisem "Wola", "Ochota” albo "Praga". Ale za to na pewno dostaniecie widokówki z Luksemburga z napisem "Kirchberg". To małe miasto w mieście.

Maciek narzekał na Kirchberg. Nie spodobały mu się tamtejsze budynki, a jeszcze bardziej nie spodobał mu się pan, który przyczepił się do nas, bo robiliśmy zdjęcia. No właśnie, jak to jest, polski sejm można fotografować, Parlament Europejski w Brukseli również, a budynków powiązanych z Unią Europejską zlokalizowanych w Luksemburgu nie?

W dzielnicy Kirchberg znajduje się siedziba Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, oddziały Komisji Europejskiej, sekretariat Parlamentu Europejskiego, Europejski Bank Inwestycyjny oraz budynki należące do Uniwersytetu w Luksemburgu. Nie widzieliśmy wszystkich tych obiektów, ale chyba niewiele straciliśmy. Te, które zdołaliśmy odnaleźć, faktycznie nie prezentowały się zbyt okazale. Gdyby nie flagi, pewnie minęłabym je obojętnie. Dzielnica Kirchberg nie zmieniła jednak naszej opinii o Luksemburgu. Ale wiecie co, gdziekolwiek oglądam tego typu budynki związane z Unią Europejską lub innymi ważnymi instytucjami, czuję się nieco zawiedziona ich wyglądem. Chyba przestanę poświęcać na nie czas podczas innych wycieczek.
Niedaleko europejskich budynków można podziwiać filharmonię. Przywiodła mi ona na myśl operę w Szczecinie, nagradzaną i wychwalaną, a w rzeczywistości wyglądającą jak kiczowata góra lodowa. Wyczytałam, że kształt filharmonii luksemburskiej podkreśla jej niezależność. Ekhm.
Opuściliśmy Kirchberg i postanowiliśmy pospacerować jeszcze trochę po Luksemburgu, zobaczyć miejsca, których nie udało nam się obejrzeć wcześniej. Zdecydowaliśmy się wybrać na jeden z punktów widokowych. Nie muszę wspominać, że spędziliśmy tam sporo czasu? Trzeba było zrobić pełną sesję zdjęciową. :D Taras widokowy znajdował się niedaleko baszty, którą widzieliśmy dwa dni wcześniej.
Późnym popołudniem wróciliśmy w okolice Placu Konstytucji, ponieważ wydawało nam się, że widzieliśmy tam schody na dół, prowadzące do parku. Schody znaleźliśmy, ale wylądowaliśmy w jakichś dziwnych chaszczach i szybko wróciliśmy na górę.

Wydaje mi się, że miasto Luksemburg polubiłam za widoki. Za atmosferę. Za to, że gdzie się nie spojrzało, coś przykuwało uwagę. Luksemburczycy to szczęściarze – mają te scenerie na co dzień.
Tuż pod miastem znajduje się lotnisko Luksemburg. Jejku, samoloty przelatywały tak nisko, że można było bez problemu przeczytać napisy na nich. Przypomniało mi to plażę w Sint Maarten – słyszeliście o niej? Największą atrakcją są tam właśnie samoloty przelatujące zaledwie kilkanaście metrów (!!!) nad głowami ludzi.
W jednym z kolejnych postów chciałabym pokazać Wam cudowny zamek w Vianden oraz Diekirch – miasteczko, do którego nie planowaliśmy jechać, ale coś nas do niego przyciągnęło. :)
Uściski!

Sara