Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lipca 2016

"Każdy, kto ma zdolność adaptacji, przetrwa długi rejs" - wywiad z Marcinem



Dla mnie rejs do Nynashämn w Szwecji nie był najmilszym doświadczeniem pod Słońcem. Są jednak tacy, którzy spędzają na morzu kilka miesięcy. Marcin, mimo młodego wieku, ma za sobą niejeden długi rejs. Zgodził się opowiedzieć mi o swoich przygodach, za co mu serdecznie dziękuję.


Sara: Przez kilka miesięcy nie było Cię w szkole, bo pływałeś żaglowcem. Jak do tego doszło? 
Marcin: Sam nie wiem :) W żeglarstwo wkręciłem się w wakacje między gimnazjum, a liceum. O Niebieskiej Szkole, bo tak nazywa się projekt, w którym miałem przyjemność wziąć udział, dowiedziałem się niedługo po rozpoczęciu pierwszej klasy liceum, więc można powiedzieć, że byłem świeżo napompowany entuzjazmem i chęcią żeglowania. Początkowo zgłosiłem się na rejs zaczynający się na Karaibach w lutym 2014, jednak ze względu na dużą konkurencję (kto by nie chciał polecieć na Karaiby?) i, powiedzmy, nieszczególnie duże zaangażowanie z mojej strony - chyba nie bardzo wierzyłem, że mam szansę - nie dostałem się. Zmobilizowałem się jednak, i w marcu 2014 roku dowiedziałem się, że we wrześniu popłynę w rejs na trasie Szczecin-Malaga. Zaczęły się przygotowania. 


Oczywiście, istnieje też krótsza, prostsza droga na pokład - opłacić sobie taki rejs. Jednak jego cena, po doliczeniu dodatkowych kosztów, wynosiła ok. 15 tysięcy złotych. Była dla mnie zbyt wysoka, dlatego na pokład dostałem się dłuższą drogą, czyli poprzez Fundację STS Fryderyk Chopin. 


S: Jak wyglądały dni na pokładzie żaglowca? 
M: Dni na pokładzie generalnie przebiegają dość schematycznie. Gdy statek jest w morzu, możliwe są dwa scenariusze - dzień szkoły albo dzień dla statku. Obydwa zaczynają się pobudką o 0700 (tak podaje się czas na statku!), z reguły nikt wtedy nie wstaje i wszyscy zrywają się dopiero o 0755, kiedy pada komunikat "pięć minut do bandery". Równo o 0800 następuje uroczyste podniesienie bandery, pada kilka słów od kapitana dotyczących bieżącej sytuacji, spodziewanej pogody, czasem zbliżania się do portu. Po banderze wszyscy, poza częścią wachty służbowej np. sternikiem, w pośpiechu schodzą na śniadanie do mesy czyli jadalni. Śniadanie przygotowuje kuk, czyli kucharz, i wyznaczeni na dany dzień pomocnicy - członkowie załogi. Mają oni o tyle niewdzięczną rolę, że muszą wstać o 0600, żeby przygotować wszystko na czas, za to danego dnia zajmują się jedynie sprawami kuchni, a więc nie stoją na wachcie, czy też nie wstają na alarmy do żagli. Wachta kambuzowa pozostaje w kambuzie.


Osoby odpowiedzialne za "rejony" po śniadaniu wyciągają miotły, szufelki, odkurzacze i robią porządek w podległej im części statku. Ci zaś z załogi, którzy mają szczęście nie spełniać danego dnia żadnej z tych funkcji ani pełnić wachty, z reguły wracają do swoich, jeszcze ciepłych koi czyli łóżek, i pozostają tam do 1000, kiedy zaczynają się lekcje. Przed obiadem odbywają się 4 lekcje, o lądowej długości 45 minut, które kończą się o 1315, ponieważ wtedy trzeba zwolnić pomieszczenia takie jak mesa, żeby wachta kambuzowa mogła zacząć nakrywać do obiadu (warto zauważyć, że dzień "kambuza" jest również dniem wolnym od szkoły :)). Wszyscy, którzy mogą, meldują się w tym momencie w swoich kojach na drzemkę przed obiadem, również sztywno wyznaczonym na 1400. 


Po obiedzie następuje kolejna drzemka, o 1500 uczniowie wracają do lekcji, które kończą się o 1815. O 1900 jest kolacja, z kolei od 2000 do 2100 jest czas na naukę, z reguły jednak poświęcany na drzemkę. Od 2100 zwykle niewiele się dzieje, tj. wachta nawigacyjna prowadzi statek, pozostali śpią. Żeby nie wyszło na to, że życie na statku to jedna wielka drzemka, trzeba dodać, że co najmniej kilka razy w ciągu dnia ma miejsce alarm do żagli czyli zbiórka na pokładzie związana ze zmianą wiatru lub kursu i koniecznością zmiany ustawienia żagli. Alarmy takie czasem trwają pół godziny, a czasem zajmują pół nocy. Długie alarmy z reguły przydarzają się przy ciężkich, nieprzyjemnych warunkach. A zatem choć w powyższym rozkładzie dnia czasu na sen jest sporo, to zdarzają się noce kompletnie bezsenne dla załogi i wtedy drzemki za dnia nie są oznaką lenistwa, tylko odsypianiem takich niełatwych chwil.
S: Myślisz, że dłuższy pobyt na morzu jest dla każdego? 
M: Myślę, że każdy, kto ma pewną zdolność adaptacji i otwartość na nowe doświadczenia, da radę i przetrwa nawet długi rejs, ale nie wszystkim się to spodoba. Sam znam osoby, które lepiej czy gorzej zaadaptowały się do statkowego życia i ostatecznie cieszyły się z przygody, chociaż nie planowały kolejnych rejsów, uznając, że to nie to, co ich kręci. 
S: Co było dla Ciebie najtrudniejsze podczas rejsów? Zbyt mało snu, rozłąka z rodziną, a może coś jeszcze innego? 
M: Może zabrzmi to okrutnie, ale podczas mojego dwumiesięcznego rejsu prawie w ogóle nie myślałem o rodzinie. Podobnie podczas innych rejsów. Na swoje usprawiedliwienie mam ogrom wrażeń i nowych doświadczeń, jakie zawsze na mnie spadają. Brak snu może być problemem na żaglowcu. Niekiedy bardzo dawał mi się we znaki, kiedy po nieprzespanej nocy musiałem iść na lekcje. Na mniejszym jachcie raczej nie ma takiego problemu, zwłaszcza podczas dłuższych, wielodniowych przelotów miedzy portami. To może się wydawać dziwne, biorąc pod uwagę, że załoga żaglowca jest co najmniej kilkukrotnie większa, ale ilość pracy do wykonania na żaglowcu rośnie, że tak powiem, wykładniczo :) Zawsze znajdzie się na nim coś do zrobienia, więc nikt nigdy nie jest skazany na nudę.  
S: Jako zapalona podróżniczka muszę zadać to pytanie: czy miałeś czas na zwiedzanie portów? Które miejsce najbardziej zapadło Ci w pamięć? 
M: Czas na zwiedzanie portów z reguły miałem, chociaż często można było poczuć się przytłoczonym świadomością, że postój statku potrwa np. 2 dni, w ciągu których muszę odwiedzić wszystkie miejsca, warte zobaczenia. Bardzo często, przyznaję uczciwie, nie wiedziałem, co ciekawego ma dane miejsce do zaoferowania (na swoją obronę mam to, że często wypływając z jednego portu, nie wiedzieliśmy, jaki będzie następny - zależy to zawsze od warunków pogodowych). Starałem się skorzystać z tego, co oferuje dane miasto, nawet jeżeli tylko idąc na spacer i podziwiając miejsca, o których nie mam pojęcia. Przykładowo, podczas postoju w à Coruña, miałem okazje odbyć wycieczkę do słynnego sanktuarium Santiago De Compostela. O tym, jak znane jest to miasto i jak wiele osób marzy latami, żeby się tam wybrać, dowiedziałem się dopiero po powrocie z rejsu (i, szczerze mówiąc, trochę wstydziłem się potem swojej ignorancji). Ulubione miejsce? Trudno mi powiedzieć. Wyspy Brytyjskie mają pewien urok, niewymuszoną oryginalność, która sprawia, że chyba im najbliżej do miana ulubionych. 
S: Czego nauczyłeś się, odbywając rejsy w różne miejsca, z różnymi ludźmi? 
M: Nauczyłem się wiele i dosyć znacznie zmieniłem, lecz często te zmiany dostrzegam dopiero w konfrontacji z tym, co było wcześniej. Na pewno stałem się bardziej otwarty na ludzi, nauczyłem się zarówno pracy w zespole, jak i dowodzenia takim zespołem. Nauczyłem się też samodzielności, ponieważ w dużej załodze często bywa tak, że nie ma kto kontrolować cię w toku wykonywania zadania, i jest się odpowiedzialnym jedynie na końcu za całokształt pracy. Przyswoiłem sobie sporo czysto żeglarskich umiejętności i wiedzy, głównie z zakresu tzw. prac bosmańskich. 
S: Wiążesz swoją przyszłość z żeglugą? 
M: Zawodową - nie. Przez jakiś czas rozważałem studia na Akademii Morskiej w kontekście poszukiwania swojego sposobu na życie, ale spotkanie i rozmowa, jaką miałem okazję odbyć z osobą, która tę uczelnię ukończyła i od wielu lat pracuje w tej branży, przekonała mnie, że zamiłowanie do żeglarstwa rzadko przekłada się na satysfakcję z pracy na morzu, która niestety w dzisiejszych czasach jest obdarta z całego romantyzmu i swobodnego stylu życia, z jakim jest często kojarzona. Bądź co bądź żeglarstwo pozostanie dla mnie bardzo ważne, nie będzie chyba przesadą, gdy stwierdzę, że pozostanie pasją życia.
Wybralibyście się w tak długi rejs? Macie w swoim otoczeniu zapalonych żeglarzy? ;)
Uściski!
Sara

wtorek, 23 czerwca 2015

Potyczki pocztówkowe - Grenlandia vs. Grenlandia



Kolejne oblicze Zimnej Wojny, tym razem nie między Rosją a Stanami Zjednoczonymi, a… Grenlandią i Grenlandią. Czyli wojna domowa.
Przyznaję, że zawsze jestem bardzo ciekawa komentarzy pod wpisami na temat pojedynku pocztówek. Gusta ludzkie są różne i czasami zupełnie nieobliczalne. :) Do tej pory wybieraliście zwycięzcę bitwy pomiędzy Bahrajnem a Sri Lanką, Tajwanem a Wietnamem oraz Pakistanem a państwem wyspiarskim jakim są Bahamy.
Kartki z Grenlandii otrzymałam od Hansa, który chyba upodobał sobie wymiany z Polakami. Zauważyłam, że wysłał już pocztówki do wielu innych, polskich blogerów. Hans ani razu mnie nie oszukał, więc jeśli ktoś jest zainteresowany pocztówką z Danii, proszę o kontakt, podam Wam namiary na Hansa. Choć raczej nie liczcie na długą wiadomość na widokówce. ;)
Co łączy poniższe kartki z Grenlandii? Obie zostały wysłane z Danii. Grenlandia jest, jak zapewne wiecie, terytorium autonomicznym Danii, a poza tym największą wyspą na świecie. Jest w ponad 80% pokryta przez lądolód. Na wyspie tej mieszka ponad 50.000 osób.
Czy dostrzegacie jeszcze jakieś podobieństwa między tymi kartkami? Hmmm… pierwsza w całości przedstawia góry, na drugiej zaś można je dostrzec jedynie w tle. I to by było na tyle. Niby są to widokówki z tej samej wyspie, a jednak tak się różnią! :)


 
Nie potrafię wybrać tej ładniejszej. Chociaż gdy otrzymałam pierwszą kartkę, byłam lekko zawiedziona – to jest Grenlandia? Gdyby nie napis, to na pierwszy rzut oka nikt by się nie domyślił, że to ta wyspa. A ja jednak lubię kartki, po których od razu widać, z jakiego kraju czy miejsca pochodzą. :) Jestem zachwycona tymi domkami, już bordowe chatki w Szwecji skradły moje serce. Poza tym oczywiście plus za podpis i białą ramkę. Qaanaaq to jedna z najdalej wysuniętych na północ miejscowości na świecie, zamieszkana przez garstkę osób (ok. 670).
 


Druga kartka przedstawia zatokę Holm Bugt. Lodowe szczyty pięknie odbijają się w wodzie… Właściwie to kartka ta poraża mnie w jakiś sposób tym, że wszędzie tylko śnieg, lód, biel. Pewnie nigdy nie będzie dane zobaczyć mi takiego krajobrazu na żywo. Z jednej strony nie żałuję, bo nie cierpię zimna, z drugiej… cuda natury są niesamowite. Ale człowiekowi pewnie nie starczyłoby życia i pieniędzy, aby je wszystkie zobaczyć.
Kto według Was powróci z tej bitwy na tarczy, a kto zwycięży? :)
Sara

sobota, 13 września 2014

Zwierzenia blondynki i wyznania blogerki cz. 12



Gdy pomyślę, że moje podsumowania minionego miesiąca pojawiają się zazwyczaj w połowie kolejnego miesiąca, zastanawiam się, co jest nie tak. Chyba po prostu wpadłam na pomysł realizacji cyklu takich postów w środku pewnego miesiąca (w sumie to nie pewnego, bo był to zimny i przygnębiający październik) i tak już zostało. Nie chciałam fundować Wam kolejnego podsumowania niespodziewanie na początku września bądź pod koniec sierpnia, zresztą wtedy można je znaleźć na co drugim blogu. A u mnie, niepowtarzalnie, podsumowanie miesiąca jest w środku kolejnego. I właściwie nigdy nie jest to podsumowanie minionego miesiąca tylko raczej minionych 30 dni. Zakręciłam trochę na początek, ale czas przejść do sedna:

Ponad 40 godzin w drodze, ale warto było!

Szwecja przywitała nas zimnym słońcem. :) Miałam bowiem wrażenie, że mimo iż słońce świeci i to całkiem intensywnie, to w ogóle nie pozwala spacerującym po wietrznej stolicy poczuć bijącego od niego ciepła. Moją skandynawską relację rozpocznę już niebawem, właściwie to sama nie mogę się doczekać, aby przelać moje wrażenia na papier. To znaczy ekran. :)



Setki turystów, ale zdjęcia są!

Zachciało mi się pierników i dostałam za swoje. Tylko kilka razy prawie zostałam zgnieciona na tegorocznym Święcie Piernika. Ale już dawno nie otrzymałam dawki tak pozytywnej energii. Czułam się częścią jakiejś wspólnoty, naprawdę! I byłam dumna, że jestem z Torunia. Trochę mniej  ludzi, ale nie mniej energii dostałam, uczestnicząc w Święcie ulicy Kebabowej. Mimo że na uliczce nie byłam dłużej niż kilkadziesiąt minut, to turecki nastrój zdecydowanie mi się udzielił.





Słupek rtęci ledwo przekraczający 20 stopni, ale widoki tak samo magiczne!

Nie wyobrażam sobie lata bez zobaczenia gór, naprawdę. O ile najlepsze wypady nad morze trwają według mnie góra 2 dni, o tyle w górach mogłabym po prostu spacerować, oddychać górskim powietrzem (w końcu płacę za klimatyczne, coś mi się za to należy!) i napawać się widokami majestatycznych, czy skąpanych w słońcu, czy otulonych mgłą, szczytów. 




Kilka krzaków malin, ale smakowały wybornie!

Sama mieszkam na wsi, ale jest to właściwie sypialnia ludzi pracujących czy uczących się w Toruniu. Gdzieniegdzie można natknąć się na kurkę, a gdy samochód mknie szosą, to jego kierowca ma szansę zobaczyć złociste łany zbóż. Ale prawdziwą wieś, właściwie można by użyć tu określenia zabitą dechami, choć miałoby ono nacechowanie negatywne, a nie chciałabym, aby tak było, odwiedziłam w sierpniu. Do najbliższego miasteczka z cywilizacją – 25km, a do najbliższego miasta z galerią handlową ponad godzina jazdy. Ale odetchnęłam tam nieco, pochłaniałam książki w możliwie największej ilości, zajadając się malinami prosto z krzaka i obserwując powoli szykujące się już do pakowania walizek bociany.





Setki kilometrów stąd, ale jakby na wyciągnięcie ręki!

Mowa oczywiście o pocztówkach, gdyż dzięki tym, które znalazłam w skrzynce w sierpniu, a za które serdecznie dziękuję nadawcom, poczułam się, jakbym właściwie zaraz mogłam wsiąść w pociąg, samolot czy chociażby złapać stopa i znaleźć się w zupełnie innych okolicach. Otrzymałam pierwsze pocztówki z Danii (tam bilety lotnicze są akurat drogie…), a także cudowną pocztówkę od Darka z województwa podlaskiego (w którym, aż trudno w to uwierzyć, nigdy nie byłam!) przedstawiającą meczety znajdujące się na mojej liście must see. Lato się skończyło, a jedną z pamiątek, które mi po nim zostały jest widokówka z Letniego Słania Kartek. :) Ktoś z Was brał udział w tej akcji?

Polska

Polska

Dania

Dania


Tylko 5 zaczarowanych wieczorów, ale zaklęcie nadal działa!

Skyway zachwycił mnie bez reszty. Słowa są tu zbędne – wystarczy popatrzeć! Wyobrażacie sobie, ile prądu na to idzie? Eee tam, wrażeń i tak nie da się policzyć i skalkulować. :)






A jak wyglądało Wasze minione 30 dni? Chwalcie się, co niecodziennego zrobiliście, a co udało Wam się zobaczyć! 

Sara
PS Poprzednie podsumowania znajdziecie w zakładce Podsumowania miesiąca po prawej stronie. :)