Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do Finlandii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do Finlandii. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 maja 2020

Top 10 niezapomnianych przygód, które przeżyłam w podróży wraz z mamą



Pomyślałam, że zrobię tym postem niespodziankę mojej mamie i przypomnę nasze przygody podróżnicze. Niektóre fajne, niektóre mniej fajne, ale na pewno – niezapomniane. I co ważne, ze wszystkich wyszłyśmy cało!

1. Podczas pobytu w Wiedniu spałyśmy w jednym pokoju z… Włochem (a może Hiszpanem?), który śpiewał pod prysznicem. Trochę fałszował. W Wiedniu moja mama musiała też dobudzać mnie, gdy przysypiałam na ławce przed Hofburgiem (ale nie dlatego, że tak mi się nudziło, o nie. Po prostu dobiła mnie dwunastogodzinna podróż autokarem).
2. W Paryżu z kolei jeden pan podszedł, by zrobić sobie ze mną zdjęcie. Fotografowała moja mama. Nie wiem, czy pan sądził, że jestem sławna (może o czymś nie wiem?). Również we Francji tak długo czekałyśmy w kolejce do kontroli bezpieczeństwa na lotnisku, że prawie nie zdążyłyśmy na samolot.
3. W Finlandii z kolei utrzymywałam, że widziałam łosia. A może renifera! A mama mi nie wierzyła. Bo on leżał. Łoś w sensie. Również podczas tej podróży okazało się, że lotnisko w Turku to jest właściwie taka większa poczekalnia i cywilizacja jeszcze tam nie dotarła (chociaż fortepian mają). Kartę pokładową trzeba więc wydrukować. Udałyśmy się do biblioteki w Helsinkach i szczęśliwie udało się.
4. Na Słowacji też nie obyło się bez przygód. Zaczęło się od hotelu, który niby miał być dwugwiazdkowy, ale właściwie to on chyba nawet obok gwiazdek nie leżał. W kuchni było tak brudno, że kubki przyklejały się do blatu i… trudno było je odkleić. Poza hotelem czekała na nas masa innych przygód, tylko chyba nie wszystkie nadają się do publikacji. :D Ale domyślam się, że mama pamięta, jak to pokazywała pani w aptece, co chcemy kupić.
5. W Brukseli było pysznie: pyszne gofry, dobre frytki. I hostel tuż obok… wesołego miasteczka. Ale było też strasznie: raz ja myślałam, że zginę, a raz moja mama była pewna, że już po nas. Jechałyśmy metrem, gdy do wagonu wszedł, a raczej został wepchnięty żebrak. Niewidomy mężczyzna stanął na środku i zaczął zawodzić w niezrozumiałym mi języku. Później przeszedł się po wagonie, żebrząc. Moja mama myślała, że z nami koniec, że mężczyzna zaraz się… wysadzi. Jego śpiew przypomniał jej arabskie wzywanie muezzina i skojarzył z terrorystami-samobójcami.
6. Za to na Maltę prawie nie polecieliśmy. Bo okazało się, że mój brat ma nieważny paszport. Łzy wylewałyśmy beczkami. Ostatecznie paszportu nie udało się załatwić w dwa dni, więc polecieliśmy o wiele później. Na wycieczce moja mama spróbowała królika (nigdy więcej) i drinka z ananasa. Udałyśmy się też razem do meczetu i na spływ do grot.
7. W Budapeszcie najpierw wspięłyśmy się na górę, a potem trafiłyśmy na… protest.
8. Wspinania nie zabrakło też w Andorze. I w Barcelonie. W Hiszpanii widziałyśmy też tak długą kolejkę na koncert, że szybko sprawdziłyśmy w Internecie, co jest grane. A była grana Billie Eilish.
9. Na Cyprze z kolei mama prawie włączyła alarm w pałacu arcybiskupa.
10. A do Szwecji popłynęłyśmy jak królowe, bo rejs promem wygrałyśmy w konkursie.
Mamuń, życzę nam kolejnych wygranych podróży i jak najwięcej przygód – oczywiście tych pełnych radości!
Sara

sobota, 28 grudnia 2019

Jaki był dla mnie rok 2019? - podsumowanie cz. 1


Nie ma co ukrywać. Rok 2019 był do kitu. Może nie cały. Ale pewne wydarzenia źle na mnie wpłynęły.

W tradycyjnym alfabetycznym podsumowaniu zebrałam wszystkie ważne chwile, te radosne i te bolesne. Te, które sprawiły, że płakałam ze wzruszenia, ale i z bezradności.

Najsmutniejsze jest chyba to, że mimo iż sporo było miłych, zaskakujących, przyjemnych i ekscytujących chwil, to często te złe kładły się na nich cieniem. Dlatego tym bardziej muszę sobie przypomnieć te momenty, które sprawiły mi radość. 

A jak Andora. Jedna z najbardziej oryginalnych stolic europejskich, jakie odwiedziłam. Niewielka, ale otoczona wielkimi szczytami. Malownicza, urocza i idealna na jeden dzień. Pojechałam tam we wrześniu z mamą. Z Andory przywiozłam wyłącznie dobre wspomnienia.
B jak Barcelona. Odkąd wróciłam z Barcelony, powtarzam, że szkoda, iż nie jest ona stolicą kraju. Byłaby na pewno wysoko w moim rankingu stolic. To miasto ma tyle do zaoferowania! Gaudi, gotyk, plaże… I da się stamtąd dojechać do Andory. ;)
C jak cele. W 2019 roku zrealizowałam 7 z 9 celów. Wydaje mi się, że to świetny wynik. Niestety, nie udało mi się odhaczyć tego tajemniczego punktu, o którym nie chciałam Wam powiedzieć na początku roku. Ale myślę, że prędzej czy później go zrealizuję. To jedno z moich marzeń.

D jak dolnośląskie. W drugim półroczu byłam we Wrocławiu dwukrotnie – raz na nagraniu odcinka teleturnieju "Gra słów. Krzyżówka", który udało mi się wygrać! Z kolei druga wizyta była czysto turystyczna – z mamą wybrałyśmy się na słynny jarmark bożonarodzeniowy, a także oglądałyśmy klaszczące kotiki w Afrykarium.
E jak escape roomy. Planowałam w tym roku odwiedzić ich 12, wyszło… 19. To hobby zupełnie mi się nie nudzi. Fajnie by było znaleźć kolejnych towarzyszy do ucieczek z pokojów zagadek. W tym roku odwiedziłam nie tylko toruńskie escape roomy, lecz również pokoje w Bydgoszczy, Białymstoku i Gdyni.
F jak Finlandia. To kraj wyjątkowy. Widziałam w nim łosia (tyle że leżał). Finlandia dała nam się poznać jako spokojna, niezatłoczona, zielona. Bardzo leśna. Niestety, pogoda średnio dopisała. Ale co chciałyśmy, to zobaczyłyśmy – oprócz kościoła w skale, w którym akurat odbywała się jakaś uroczystość.
G jak gazeta. Pracę w OtoToruń zaczęłam w 2019 roku i w tym samym roku ją również rzuciłam, bo czułam się w tej redakcji po prostu źle. Nieszanowana, niedoceniana i olewana. Ale nie zmienia to faktu, że sporo się tam nauczyłam (zajmowałam się głównie tekstami sponsorowanymi, więc nagle stałam się ekspertką od wszystkiego!), a moje artykuły ukazywały się nie tylko na portalu internetowym, lecz także w gazecie.
H jak hasanie. W moim domku zamieszkała puchata kulka, zwana również Nicolasem, Nicosiem, Niko, Prezesem, Puciem, Pysiem. Kotek nie biega po domu – on hasa. Skradł moje serce i zasłużył na dwie literki w tym zestawieniu.
I jak irytacja. To uczucie towarzyszyło mi dość często. Gdy TSH nie chciało wzrosnąć. A potem gdy nie chciało spaść. Kiedy szef dzwonił do mnie w niedzielę o 9 rano. Gdy czekałam na autoryzację wywiadu przez miesiąc. A także w wielu innych momentach. Irytowałam się z powodu polityków i ludzi w Biedronce. I wyglądałam wtedy mniej więcej tak.
J jak Jordanki. Gdy sobie przypomnę, jak skomplikowana i wieloetapowa była rekrutacja do Centrum Kulturalno-Kongresowego Jordanki, zdaje sobie sprawę, jaką szczęściarą (a może i zdolniachą?) jestem, że mam tę pracę. Dzięki niej rozwijam się, zarówno pod względem kulturalnym, jak i redakcyjnym i kreatywnym.
K jak koncerty. Ten punkt bezpośrednio łączy się z poprzednim, bo to dzięki pracy w Jordankach miałam szansę uczestniczyć w świetnych koncertach. Widziałam na żywo mnóstwo gwiazd polskiej muzyki. Ale w tym roku brałam też udział w wielu świetnych koncertach poza CKK Jordanki. Wreszcie usłyszałam na żywo największe przeboje z musicali i bajek w wykonaniu Studia Accantus. Bawiłam się świetnie także na koncercie Sorry Boys i show z przebojami Italo Disco. Ale powiem Wam coś jeszcze – przyszły rok zapowiada się o wiele bardziej koncertowo. We wrześniu moja największa idolka, Taylor Swift, ogłosiła, że przyjedzie do Polski na Openera. Gdy się o tym dowiedziałam, najzwyczajniej w świecie się popłakałam. W czerwcu spełni się moje wielkie marzenie – będę na koncercie Taylor!
Dalszy ciąg podsumowania już niebawem. 
A jaki był dla Was rok 2019?
Sara

sobota, 1 czerwca 2019

Oj, działo się... - maj 2019


Wielu ludzi kocha maj. Za pogodę, za kwitnące konwalie, za dni wolne… Ja również lubię ten miesiąc. Ale czy tegoroczny maj dał radę mnie w sobie rozkochać?

Nie ukrywam, że miniony miesiąc był pasmem wzlotów i upadków. I to dosłownie.

Wzloty

W maju wzleciałam w powietrze aż trzy razy! Z mamą udałyśmy się w podróż do Finlandii, którą, mimo zimna i deszczu, na pewno będziemy miło wspominać. Ale nie była to moja jedyna podróż nad chmurami. W maju odbyłam lot widokowy nad Toruniem. Samolot wydawał się niewielki i, nie ukrywam, poziom adrenaliny nieźle poszybował do góry… Ale warto było – dla widoków i dla tego uczucia ekscytacji.
Maj był także czasem muzycznych uniesień. Część z nich zapewniło mi Studio Accantus. To było niesamowite usłyszeć piosenki z bajek i musicali na żywo. A już najlepiej było móc wysłuchać premierowych utworów, zanim pojawią się na YouTubie.
Drugą część muzycznych uniesień zapewniła mi moja… praca. W CKK Jordanki, podczas Konferencji Kardiologicznej, w której uczestniczyłam (nie, nic Was nie ominęło – nie zrobiłam specjalizacji lekarskiej, po prostu pisałam z tego wydarzenia relację), odbył się koncert muzyki filmowej. Toruńska Orkiestra Symfoniczna zagrała znane nam wszystkim utwory z ponadczasowych hitów. Super było usłyszeć je w wykonaniu prawdziwych muzyków, a nie tylko dobiegające z ekranu telewizora.

Lubię, gdy w moim życiu coś dzieje się po raz pierwszy. Bywa to stresujące, ale jednocześnie wzbogacające. Tak też było z pierwszym numerem gazety OtoToruń. Do tej pory moje teksty ukazywały się wyłącznie w Internecie. Jestem niesamowicie dumna, że w końcu mogę powiedzieć, że piszę też do gazety.
Inna rzecz, którą bardzo w życiu lubię, to spełnianie odwlekanych od dawna marzeń. Od lat mówiłam o tym, że chcę mieć kotka. Ja mówiłam, ale moja rodzina twierdziła: nie ma mowy. W końcu jakoś dali się przekonać. Już w wakacje zamieszka z nami niebieski kotek brytyjski krótkowłosy. Specjalnie dla niego remontuję pokój – no dobra, dla siebie też – jednak prowodyrem tego jest zdecydowanie mój pupil. Stwierdziłam, że gruba wykładzina to niezbyt dobry pomysł w przypadku futrzastego zwierzaka i zdecydowałam się na panele. Przy okazji zmienię kolor ścian i… może coś jeszcze. Okaże się.

Upadki
Spadek nastroju, płacz, zdenerwowanie – tych towarzyszy maja wolałabym nie wspominać. Zbliżająca się operacja dała mi o sobie znać. Prawda jest taka, że jeszcze nigdy wcześniej niczego tak bardzo się nie bałam. Staram się nie myśleć o szpitalu, zabiegu, znieczuleniu… Ale przed snem przychodzą do mnie demony. 

Upadek zaliczyła też Eurowizja. Jak zwykle nie wygrał ten wykonawca, którego obstawiałam Co więcej, jedna z lepszych piosenek w tym konkursie otrzymała najwięcej punktów od widzów, ale… nie wygrała. Bo sędziowie. Bo garstka jakichś znawców.
Więcej wzlotów niż upadków Wam życzę! Jaki był Wasz maj?
Sara

wtorek, 28 maja 2019

Mój subiektywny ranking stolic europejskich cz. 1


Podobno już się pogubiliście. Nie wiecie, gdzie byłam, gdzie nie byłam. Dziś więc skromnie przypomnę 23 stolice, które już odwiedziłam. Drugie tyle przede mną!

Ostatni ranking stolic europejskich pojawił się na tym blogu w 2017 roku, gdy miałam za sobą 14 odwiedzonych stolic. Od tego czasu sporo się zmieniło – nie tylko zwiedziłam nowe miasta, lecz także wróciłam do niektórych z nich.

Właściwie im więcej miejsc poznaję, tym trudniej jest mi tworzyć takie rankingi. Bo trudno jest porównywać coś, co jest zupełnie inne. Dlaczego mam zestawiać Helsinki z Rzymem, skoro te miasta powstały w zupełnie innym okresie, położone są na innej szerokości geograficznej, różni je wielkość, liczba ludności i tysiące innych rzeczy? Tym razem postanowiłam, że ranking będzie wyglądać nieco inaczej. Stworzyłam właściwie spis skojarzeń – i tych dobrych, i tych złych. Starałam się jakoś uporządkować miasta pod względem poziomu sympatii, ale nie jest to sztywne ustawienie. Za to bardzo, bardzo subiektywne.

Powiem Wam, że w pewnym momencie, gdy rozpisałam ten ranking  na kartce, stwierdziłam, że uszeregowanie stolic od najwspanialszej, najpiękniejszej, tej, którą wspominam najlepiej do tej, która nie zagościła w moim sercu, jest… niewykonalne. Nie chciałam skrzywdzić żadnej ze stolic. Poza tym niektóre może nie cechują się wyjątkową architekturą, ale są po prostu bliskie mojemu sercu. Z kolei ślad po wizytach w niektórych z nich powoli zaciera się w mojej pamięci…

Wpis podzieliłam na dwie części – gdybym zaczęła opisać wszystkie dwadzieścia trzy odwiedzone stolice w jednym tekście, to wyszedłby nam rozdział książki.

Zacznę od końca.

23. Bratysława. Nawet po kilku latach od wizyty w tym mieście Bratysławę nadal umieszczam na szarym końcu. No ale ktoś musi zająć to zaszczytne, ostatnie miejsce. Bratysława to stolica, do której nie chciałabym wrócić, bo nie widzę powodu, dla którego miałabym to zrobić. Miasto dało mi się poznać jako szare, smutne, brudne, postkomunistyczne, zaniedbane. Zobaczyłam, co miałam zobaczyć, skręciłam kostkę, spałam w obskurnym hotelu i nie mogłam się z nikim dogadać. Czy zauważyłam jakiekolwiek plusy tego miasta? Ciekawe pomniki i ładny zamek.
22. Tallinn. To miasto nie jest brzydkie. Tylko że nie zapisało się w mojej pamięci. Pewnie przyćmiła je Ryga, w której wówczas nocowaliśmy. Tallinn… po prostu odwiedziłam. Było fajnie, momentami zabawnie. Na przykład wtedy gdy nie byliśmy pewni, czy to, co oglądamy, to faktycznie Pałac Kadriorg, czy może tylko jakaś przybudówka.
21. Wilno. Po latach jawi mi się jako miasto, do którego nie chciałabym wrócić. Gdy myślę o Wilnie, widzę kościoły, cmentarze… Mało zachęcający widok, prawda? Pozytywnym punktem tego miasta była na pewno wizyta w Republice Zarzeczańskiej, czyli artystycznym państwie w państwie. Władca tej nie przez wszystkich uznawanej krainy wysłał mi nawet maila z podziękowaniami za promowanie jego kraju.
20. Dublin. Podróż do Dublina zaliczam do dość… trudnych. To był nasz pierwszy wspólny wyjazd z Maćkiem, dochodziło do małych zgrzytów, w naszym pokoju chrapał narkoman, a i pogoda nie za bardzo sprzyjała. Może miasto pubów po prostu nie powinno przypaść do gustu dziewczynie, która nie pije alkoholu. Co dobrego zapamiętam z Dublina? Przepiękne parki.
19. Berlin. Byłam w tej stolicy kilkukrotnie i wydaje mi się ona zbyt nowoczesna. Wiadomo, że Berlin był zniszczony po II wojnie światowej i nie znajdziemy tak urokliwego Starego Miasta. Gdybym miała wrócić do tej stolicy, to chciałabym zobaczyć Pałac Charlottenburg, który de facto położony jest pod Berlinem.
18. Sofia. Gdy wybieraliśmy się w podróż do Aten i Sofii, czułam, że grecka stolica mnie zawiedzie, a ta bułgarska zaskoczy. W sumie było na odwrót. W Sofii spodobała mi się multireligijność – tu meczet, tam cerkiew, nieco dalej synagoga. Lubię czytać o wierzeniach innych narodów i te elementy miasta wydawały mi się interesujące. Poza tym było jednak dość… smutno. Dało się dostrzec, że nie jest to zachodnie miasto. Plus za położenie nieopodal gór i przelatujące samoloty.
17. Bruksela. Zawsze gdy opowiadamy z mamą o stolicy Belgii, podkreślamy, że zabytki były piękne, ale samo miasto brudne i zaniedbane. Spotkałyśmy w nim wielu bezdomnych i żebraków – nawet takich z Polski… Zaskoczyło nas to, że miasto uznawane za stolicę Unii Europejskiej wygląda właśnie tak. Zabytki były naprawdę piękne, kojarzyły się nieco z architekturą wiedeńską. Gofry w Brukseli bardzo nam smakowały. Frytki belgijskie natomiast lepsze jadłam w Polsce.
16. Londyn. Gdy myślę o Londynie, to dochodzę do wniosku, że to wcale nie jest jakieś wybitnie ładne miasto. Na pewno najlepiej zapamiętam z tej stolicy wizytę w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds. Możecie uważać to za płytkie, ale ja bawiłam się w tym miejscu po prostu genialnie. I to najlepiej zapamiętałam z Londynu
15. Sztokholm. Możliwe, że gdybym odwiedziła nieco mniej stolic, to Sztokholm znalazłby się wyżej. To naprawdę przyjemne miasto, ciekawie położone, otoczone przez wodę. Super było to, że w Sztokholmie nie tylko oglądałyśmy zabytki, lecz także bawiłyśmy się w Junibacken, czyli Muzeum Szwedzkiej Literatury, i spacerowałyśmy po ogromnym skansenie. Co więcej, zajrzałyśmy też do parku rozrywki Grona Lund, gdzie przejechałam się kolejką górską. W sumie teraz żałuję, że miałam wówczas zamknięte oczy.
14. Watykan. Niełatwo oceniać drugą najmniejszą stolicę świata. Wiadomo, że trudniej będzie jej się bronić. W dodatku nie czuję się do końca swobodnie, wypowiadając się o Watykanie, bo, mimo że odwiedziłam ten kraj i miasto dwukrotnie, to nie zwiedziłam Kaplicy Sykstyńskiej. Bądź co bądź uważam, że warto zobaczyć Watykan, nieważne, czy jesteś osobą wierzącą czy nie.
13. Helsinki. Niby takie nic, a jednak coś. Helsinki to ostatnia odwiedzona przeze mnie stolica. I chociaż pogoda nie w pełni dopisała, to miasto będę wspominać miło, głównie ze względu na wyspę Suomenlinnę. Mało turystów, sielsko, cicho i przyjemnie.
Kolejne miejsca w następnym poście. Jak obstawiacie, co znajdzie się na podium? Czy coś Was zdziwiło? Jak wyglądałby Wasz ranking stolic europejskich?
Uściski!
Sara

wtorek, 21 maja 2019

Finlandia - komunikacja, ceny, wskazówki i koszty podróży


Czy wycieczka do Finlandii musi być droga? Jak ją zorganizować? Przygotowałam dla Was pełen kosztorys naszej wycieczki do Turku i Finlandii.
Jak dotrzeć do Finlandii?

Z naszego kraju do Finlandii dolecicie Wizz Airem – Ryanairem nie. Loty do Turku odbywają się z Gdańska i Krakowa. Ich ceny zaczynają się od 39 zł. Lot z Gdańska trwa niecałe półtorej godziny. Możecie też popłynąć do Helsinek promem np. z Tallinna.

Jak dojechać z lotniska w Turku do centrum?

Z lotniska odjeżdża autobus miejski nr 1. Jego przystanek znajduje się przed samym wejściem do terminala. Autobus kursuje co piętnaście minut. Bilet kosztuje 3 euro. Można go kupić u kierowcy. Każdy przystanek jest na żądanie. Podróż do centrum trwa od kilkunastu do 40 minut. 
Gdzie spać w Finlandii?

Noclegi w tym kraju nie należą do najtańszych. Hostele wypadają drożej niż mieszkania na Airbnb, nie ma też zbyt dużego wyboru. Dlatego zdecydowałyśmy się na wynajęcie niewielkiego apartamentu. Był to strzał w dziesiątkę. Mieszkanko było czyste i wyposażone we wszystko, czego potrzebowałyśmy. Znajdowało się zaledwie dwie minuty od Dworca Autobusowego i 10 minut spacerkiem od centrum miasta i najważniejszych zabytków Turku. I tu mam dla Was niespodziankę - 100 zł zniżki na nocleg na Airbnb!

Jak dojechać z Turku do Helsinek?

My zdecydowałyśmy się na przejazd Onni Busem. Wygląda on dokładnie jak dawny Polski Bus. Ceny biletów zaczynają się od 1 euro. My płaciłyśmy 5 euro za jeden bilet w jedną stronę. Podróż trwa nieco ponad dwie godziny, a autobusy kursują bardzo często.

Jak poruszać się po Turku i Helsinkach?

Do najważniejszych zabytków w tych miastach można dotrzeć pieszo. My pojechałyśmy jedynie do zamku w Turku, który oddalony jest o kilka kilometrów od centrum. Koszt biletu autobusowego w Turku wynosi 3 euro. Bilet jest ważny przez dwie godziny, można się przesiadać. Z racji położenia Helsinek na wyspach w tym mieście możecie przepłynąć się promem. Koszt biletu na wyspę Suomenlinna wynosi 5 euro (w obie strony). Z kolei podróż na wyspę Korkeasaari, na której zlokalizowane jest zoo z pandami (!) kosztuje 7 euro. 
Co przywieźć z Finlandii?

Jeśli Was stać, możecie kupić sweter za 100 euro. :D My do Polski przywiozłyśmy tylko słodycze, w tym żelki. Finowie kochają te smakołyki. Poza tym kupiłyśmy czekolady Fazera i słynne salmiaki, czyli czarną lukrecję. 


Przykładowe ceny w Finlandii:

Pocztówka – 1 euro
Czekolada – 1,5 euro
Cheeseburger w McDonaldzie – 1 euro
Plan naszej wycieczki:

10 maja (piątek)
13:45-16:10 – lot Gdańsk-Turku (w Finlandii jest godzina później niż u nas)
Wieczór: zwiedzanie Turku

11 maja (sobota)
8:40-11:00 dojazd z Turku do Helsinek
Zwiedzanie Helsinek
18:15-20:20 dojazd z Helsinek do Turku

12 maja (niedziela)
Zwiedzanie Turku
14:30-14:55 – lot Turku-Gdańsk (niech Was nie zmyli, lot nie trwał 25 minut - w Polsce jest godzina wcześniej niż w Finlandii)

Ile kosztowała nas wycieczka?

Ceny za jedną osobę:
Bilet lotniczy Gdańsk-Turku – 39 zł
Bilet lotniczy Turku-Gdańsk – 59 zł
Dojazd z lotniska w Turku – 3 euro
Dojazd na lotnisko w Turku – 3 euro
Dojazd do Helsinek – 5 euro
Dojazd z Helsinek – 5 euro
2 noclegi w mieszkaniu – 220 zł
A zatem nie wliczając kawy, pocztówek i biletów komunikacji miejskiej, podróż kosztowała nas niecałe 400 zł. Nieźle!

I na koniec… kilka słów o lotnisku w Turku

Port lotniczy w Turku wygląda jak poczekalnia u lekarza. Znajduje się tam jedna kawiarnia. Nie ma żadnych sklepów z pamiątkami. Ale, co ważniejsze, lotnisko nie obsługuje aplikacji mobilnej Wizz Air. Było to dla nas sporym szokiem i stresem. Gdy chciałam nas odprawić na lot powrotny, napotkałam problemy. Aplikacja nie chciała mi wygenerować karty pokładowej. Dopiero po kilku chwilach poszukiwań natknęłam się na informację, że lotnisko w Turku nie obsługuje tej aplikacji i kartę pokładową musimy wydrukować. Biegałyśmy więc po Helsinkach, by znaleźć miejsce, w którym można to zrobić. Ostatecznie wydrukowałyśmy karty pokładowe w bibliotece i nie kosztowało nas to na szczęście ani eurocenta. Już po powrocie do Polski otrzymałam odpowiedź lotniska na moje zapytanie, czy akceptują karty pokazane w telefonie w formacie PDF. Twierdzili, że tak. Nie wiem jednak, jak to działa, bo nie mają tam skanera – karty pokładowe były odrywane od linijki. Czyli pełna mechanizacja i nowoczesność. Miejcie to na uwadze – w Wizz Airze za wcześniejszą odprawę trzeba zapłacić. Więc zorientujcie się, czy będziecie mieli gdzie wydrukować kartę pokładową za granicą.  
Co sądzicie o Finlandii? Chcielibyście ją odwiedzić?
Uściski!
Sara

piątek, 17 maja 2019

Helsinki w jeden dzień – co warto zobaczyć w tym mieście?



Daria Zawiałow o Helsinkach powiedziała: "Helsinki są bajkową krainą mojej wyobraźni. Miejscem tajemniczym, magicznym, niedopowiedzianym, humorystycznym, filozoficznym. I wszystkim po trochu - kojarzą mi się z miastem skutym lodem, ale też z jednym z najbardziej zielonych, otoczonych gęstą siecią wód miejsc Europy. Z innej strony, Helsinki to azyl, do którego można uciec przed otaczającym światem, złymi emocjami, toksycznymi relacjami, obłudą. To przestrzeń dystansu, która mogłaby mnie bardzo inspirować do tworzenia." Jakie w rzeczywistości jest to miasto?

Przyznaję się: ja o Helsinkach wiedziałam niewiele. To młoda stolica – miasto zostało nią w 1812 roku. W bibliotekach nie ma przewodników po Helsinkach. Mało kto był w tym mieście. Czy jest tam w ogóle co zwiedzać?

Helsinki trudno porównywać do jakiegokolwiek innego miasta. Nie jest ono ani wschodnie, mimo że granica z Rosją znajduje się w odległości zaledwie 200 km. Nie jest to też miasto podobne do skandynawskiego Sztokholmu. Jakie więc jest? Inne. I pięknie położone – to prawdopodobnie największy plus.

Do Helsinek dojechałyśmy OnniBusem (taki fiński odpowiednik Polskiego Busa :D). Podróż z Turku trwała nieco ponad 2 godziny. Dworzec Autobusowy Kampii znajduje się w centrum miasta. Tuż obok niego zobaczycie… ziemniak. Albo nazwijcie to, jak chcecie. Ta dziwna konstrukcja to kaplica umiejscowiona w centrum miasta, w dodatku nieprzypominająca innych świątyń. Kaplica ciszy nie jest zabytkiem – powstała w 2012 roku. Każdy może do niej wejść zupełnie bezpłatnie i bez względu na wyznanie. Kaplica jest niewielka, wykonana z drewna, a w środku panuje bezwzględna cisza. Wizyta w tym miejscu to okazja do ucieczki przed wszechobecnym gwarem wielkiego miasta. W środku nie można robić zdjęć. 
Z kaplicy Kampii udałyśmy się w kierunku portu. Tego dnia miało padać – póki więc z nieba nie spadła ani kropla deszczu, chciałyśmy popłynąć na wyspę Suomenlinna. W drodze do portu przeszłyśmy przez park Esplanadi i minęłyśmy liczne sklepy drogich marek. Tuż przy porcie znajduje się targ. Warto pamiętać, że na wyspę Suomenlinna można dostać się zarówno transportem publicznym, jak i prywatnym. Bilet na prom obsługiwany przez osobę prywatną jest droższy i kosztuje 7 euro. My nie chciałyśmy przepłacać i popłynęłyśmy za 5 euro (bilet w obie strony) promem publicznym. Działa on trochę jak autobus – na tablicy wyświetlają się godzin najbliższych rejsów. Prom kursuje co 15 minut, a sama podróż trwa ok. 20 minut. Po drodze podziwiałyśmy inne wysepki. Na niektórych znajdował się tylko jeden dom. Mieszkańcy do najbliższego sklepu muszą więc popłynąć łodzią.
Suomenlinna mogłaby stać się tematem na osobny post. To miejsce sielskie, spokojne, ciche i pełne zieleni. Wyspę zwiedza się zupełnie za darmo, podziwiając ruiny twierdzy czy budynki ochrzczone przeze mnie "domkami hobbitów". Po Suomenlinnie można by spacerować cały dzień. Widoki są przepiękne. W szczególności zachwyciły mnie skały, tuż przy brzegu morza. Suomenlinna została wpisana na listę UNESCO. To zdecydowanie nasze ulubione miejsce w Helsinkach. Jeśli więc będziecie w tej stolicy, warto poświęcić dwie godziny na podróż i spacer po Suomenlinnie.
Po powrocie na stały ląd rozpoczęłyśmy zwiedzanie centrum. Zaczęłyśmy od Soboru Uspieńskiego, który dzięki położeniu na wzgórzu wygląda jeszcze bardzo okazale. Warto wspomnieć, że Finlandia przez ponad sto lat była pod panowaniem rosyjskim.
Następnie udałyśmy się do samego centrum Helsinek – na Plac Senacki. To tam spotkałyśmy najwięcej turystów. Na placu znajduje się pomnik cara Aleksandra II oraz katedra luterańska. W 1959 świątynia stanęła w płomieniach, jednak większość obiektu nie uległa zniszczeniu.
Kolejnym punktem na naszej mapie do zobaczenia był teatr. Tuż przy tym budynku natknęłyśmy się na napis "My Helsinki", który przeżywał małe oblężenie. Udało nam się jednak zrobić zdjęcie. Gdyby taki znak stał w Paryżu, pewnie fotografia w pojedynkę byłaby niemożliwa.
Najlepsze zostawiłyśmy na koniec. Kościół Temppeliaukio to świątynia zbudowana w skale. Na zewnątrz widzimy jedynie kopułę. Ta kopuła to jedyne, co było nam dane obejrzeć, bo tego dnia kościół był zamknięty ze względu na trwające w nim uroczystości. Bardzo nas to zasmuciło, z zewnątrz bowiem trudno właściwie dostrzec i docenić jego piękno.
Po południu Helsinki tonęły w deszczu, więc już pod parasolami udałyśmy się na taras widokowy w Ateljee Bar. To kawiarnia w hotelu, można tam jednak wejść za darmo i podziwiać widok na stolicę z góry.
Jeśli nie zamierzacie zwiedzać muzeów, Helsinki bez problemu możecie obejść w jeden dzień. Może nie jest to miasto tak powalające na kolana jak Rzym czy Wiedeń – jest po prostu zupełnie inne. Jego atutem jest na pewno położenie. Poza tym do najważniejszych zabytków możecie dotrzeć piechotą. 

Helsinki – byliście? Chcielibyście odwiedzić to miasto?
Sara
PS Helsinki były dwudziestą trzecią odwiedzoną przeze mnie stolicą europejską.