Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznajcie mnie lepiej!. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznajcie mnie lepiej!. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 lipca 2022

Mam celiakię. I wierzę, że to nie koniec świata. Jak wyglądała moja diagnoza celiakii?


Zaczynałam ten wpis kilka razy. Myślałam o nim od tygodni. Chyba nie ma dobrych słów, by napisać o tym, co mnie spotkało. A spotkał mnie dramat – nie boję się użyć tego słowa w kontekście diagnozy celiakii. Ale ja postanowiłam przekuć ten dramat w coś dobrego.


Celiakia. Jak to się w ogóle zaczęło?

Gdyby rok temu ktoś powiedział mi, że mam celiakię, zapytałabym go, co to. A potem powiedziałabym: "Ale przecież mnie nie boli brzuch, jak zjem coś z glutenem". A jadłam go mnóstwo. Uwielbiam wszelkie mączne potrawy: naleśniki, pierogi, ciasta, drożdżówki, placki… Tylko że ból brzucha to zaledwie jeden z setek możliwych objawów celiakii. I wcale wystąpić nie musi.


Wszystko zaczęło się w lipcu 2021 roku. Rutynowa morfologia wykazała niską hemoglobinę – 9,6. Zaczęłam przyjmować żelazo. Jesienią okazało się, że to żelazo nic nie daje – wręcz przeciwnie, hemoglobina była jeszcze niższa. Żelazo się nie wchłaniało. Co było przyczyną? Moja lekarka rodzinna zaczęła podejrzewać, że może to być celiakia, bo jednym z objawów tej choroby jest właśnie niewchłanianie składników odżywczych. Wysłała mnie na badania: przeciwciała i gastroskopię.


Diagnoza celiakii. Jakie badania warto wykonać?

Okazało się, że przeciwciała całkowite IgA mam ujemne, a więc wszelkie inne badania w klasie IgA były niediagnostyczne. Ja dowiedziałam się o tym dopiero później i i tak zrobiłam przeciwciała przeciw transglutaminazie tkankowej (to przeciwciała, które występują w celiakii) w klasie IgA - mimo że było to bezsensowne, bo wiadomo było z góry, że, skoro całkowite IgA mam poniżej normy, to i pozostałe wyniki w klasie "A" będą ujemne. Powinnam była wtedy zrobić przeciwciała w klasie IgG, ale o tym niżej. 


Gastroskopię odwlekałam, jak mogłam. Bałam się. I faktycznie mój strach był uzasadniony, bo gastroskopia tylko ze znieczuleniem miejscowym tj. popsikaniem czymś do gardła to coś, czego nie życzę najgorszemu wrogowi. Ze strachu wyłam, płakałam, przełyk jeszcze bardziej mi się zaciskał… To było okropne. Dotrwałam jednak do końca badania. Gastroskopia to, u dorosłych, kluczowe badanie w diagnozie celiakii. Koniecznie z biopsją, czyli pobraniem wycinków z jelita i dwunastnicy. Samo pobranie wycinków nie zwiększa dyskomfortu badania – słowem, to akurat nie boli.


Wyniki gastroskopii wykazały, że moje jelita są zniszczone. Mam zanik kosmków 3a w skali Marsha. Co to oznacza? 0 w skali Marsha to zdrowe jelita, bez zmian. 3a to łagodny zanik kosmków. 3c to już całkowity zanik kosmków.


W praktyce można więc powiedzieć, że na pewno coś niszczyło moje jelita, ale możliwe, że nie przez długi czas, tj. nie przez 20 lat, ale prawdopodobnie krócej. I jeszcze kosmki całkowicie nie zanikły.



Po otrzymaniu wyników gastroskopii z dnia na dzień odstawiłam produkty glutenowe. Ale nie dawały mi spokoju te przeciwciała. Poszłam do gastrolożki. Myślałam: a nuż okaże się, że to nie celiakia? Lekarka zaleciła wykonać przeciwciała w klasie IgG (co jest również zalecane przez Polskie Stowarzyszenie Osób z Celiakią i na Diecie Bezglutenowej, gdy całkowity poziom przeciwciał w klasie IgA jest poniżej normy). Najpierw jednak musiałam na kilka tygodni wrócić do jedzenia glutenu, by wyniki na pewno były rzetelne. 


Przeciwciała w klasie IgG też wyszły ujemne. A w celiakii, co do zasady, powinny być dodatnie. Wróciłam do gastrolożki – ta rozłożyła ręce. Usłyszałam, że jestem wyjątkowym przypadkiem, bo celiakia = zanik kosmków wykryty w gastroskopii + dodatnie przeciwciała. Lekarka kazała powtórzyć gastroskopię. Najlepiej u niej, prywatnie. Stwierdziłam: serio?


Celiakia a badania genetyczne

Poszłam do innej gastrolożki. Wcześniej zrobiłam jednak wyniki badań genetycznych. I tu bardzo ważna informacja: jeśli wyniki wykażą, że macie gen celiakii, to nie potwierdza celiakii. To jedynie predyspozycja. Jeżeli genu nie mamy, to możemy z dużym prawdopodobieństwem wykluczyć celiakię. Ale jeżeli go mamy, to nie jest 100-procentowe potwierdzenie, bo gen występuję również u zdrowych osób. Czyli można mieć gen i nie mieć celiakii. Co ważne, nie należy rozpoczynać diagnozy celiakii od badań genetycznych. U mnie gen był.


Pokazałam gastrolożce wszystkie badania. Od tej też dowiedziałam się, że nie jestem typowym, książkowym przypadkiem. Ale usłyszałam również zdanie: "Na podstawie tych badań, które mamy, stwierdziłabym celiakię i zaleciła dietę bezglutenową".


I to zdanie usłyszałam na początku kwietnia. Od tego czasu jestem na diecie bezglutenowej.


O tym, jak się żyje, co jem, jak jem, jak zareagowali moi bliscy, gdzie robię zakupy itd. opowiem Wam w kolejnych postach. Dziś chciałam skupić się na diagnozie i zaznaczyć, że żyję, mam się dobrze, również psychicznie i czuję w sobie wielką potrzebę edukowania w kierunku celiakii. Mówienia o tym. Celiakia to nie widzimisię. To choroba. Gdyby nie została wykryta, ja dalej jadłabym gluten, ten niszczyłby moje jelita, co w końcu mogłoby doprowadzić do niewchłaniania się kolejnych składników, a w konsekwencji nawet do nowotworów czy bezpłodności. Nie mogę na to pozwolić.


Jeżeli macie jakiekolwiek pytania dotyczące celiakii, piszcie. Nie obiecuję, że odpowiem, bo wiadomo, że ekspertką nie jestem – mogę jedynie podzielić się swoim doświadczeniem i wiedzą, którą zdobyłam przez ostatnie miesiące, choćby dzięki Polskiemu Stowarzyszenie Osób z Celiakią i na Diecie Bezglutenowej.
Wierzę, że będzie dobrze. I smacznie.


Sara


PS A jeśli chodzi o te ujemne przeciwciała, to przyczyny nadal szukam – prawdopodobnie mam niedobór odporności.


piątek, 7 stycznia 2022

To był dla mnie trudny rok. Ale przetrwałam! #podsumowanie2021


Długo się zbierałam w sobie, by napisać to podsumowanie. W końcu stwierdziłam, że zrobię je dla siebie - by spojrzeć w końcu z wdzięcznością na miniony rok. Nie mogłam się jednak powstrzymać i - jak tradycja blogowa nakazuje - stworzyłam podsumowanie z pomocą pierwszych liter alfabetu. 

A jak auto. W 2021 roku kupiłam nowe auto, a stare pojechało do Libii. Czy tam Arabii Saudyjskiej. Mimo że prawo jazdy mam od pięciu lat, to dopiero w ubiegłym roku po raz pierwszy jechałam autostradą. Pokonałam też swoje wszystkie lęki, prowadząc po zmroku na trasie od czeskiej granicy do Torunia. I powiem Wam: nikt nie zginął. 

B jak blog. Nie mogę pogodzić się z tym, jak zaniedbałam bloga w 2021 roku. Właściwie "zaniedbałam" to już eufemizm. Ja po prostu przestałam pisać. Cały czas do końca nie mogę się z tym pogodzić. Ale nie będę Wam obiecywać, że w 2022 roku będzie lepiej. Bo nie wiem, jak będzie. Blog jest w moim sercu, ale musiał się trochę przesunąć, by zrobić miejsce dla innych. 

C jak czytanie. W 2021 roku ukończyłam 20 książek. Wynik gorszy niż w 2020 roku, daleko do zrealizowania wyzwania "Przeczytam 52 książki w rok". Ale pocieszam się tym, że mogło być gorzej.  

D jak Dania. Po 22 miesiącach przerwy w końcu w grudniu 2021 poleciałam samolotem. Ale ja za tym tęskniłam! Z mamą na nasz cel wybrałyśmy Danię, a konkretnie Kopenhagę i była to 27. odwiedzona przeze mnie stolica europejska. Bardzo polecam Wam Kopenhagę zimą, w szczególności bajkowo ozdobione Ogrody Tivoli.  

E jak emocje. I to cały wachlarz - od euforii do lęku. Były miłe niespodzianki jak chociażby wtedy, gdy moja najlepsza przyjaciółka przyjechała do mnie po obronie. Były też te niemiłe zaskoczenia. Ale o nich nie chcę pamiętać. 

F jak Fe, czyli nieszczęsne żelazo. W 2021 okazało się, że nie wchłaniam żelaza. A, i przy okazji B12 też mój organizm nie przyjmuje. Celiakia wykluczona, USG w porządku, szukamy więc dalej... A tymczasem chodzę sobie grzecznie na zastrzyki. 

G jak granie. Wyliczyliśmy z Marcinem, że średnio dziennie poświęcałam godzinę na grę w szachy. Nauczyłam się grać w lutym i w pewnym momencie miałam całkiem niezły ranking na chess.com. Od sierpnia trochę spadłam, chyba przydałoby się pooglądać trochę filmików na YouTubie... W minionym roku sporo grałam też w karty i planszówki, a w ostatni dzień w roku nawet... w Mario!

H jak hasający Nicolas. W 2021 roku nic się nie zmieniło - Nicolek to nadal moje oczko w głowie. Ten rok był dla niego trudny - przeprowadzka, moja dwutygodniowa nieobecność... Nieustannie się o niego martwię, bo teraz ma tylko mnie. Mam jednak nadzieję, że jest szczęśliwym kotkiem. I gdy śpi w prysznicu, i gdy skacze po szafkach. Mógłby tylko nie budzić mnie o 5 rano. 



I jak Italia. Z Włoch mam same dobre wspomnienia. Serio. Bo o karaluchach i szczurze w Wenecji już zapomniałam. Chciałabym powtórzyć taki samochodowy eurotrip i liczę, że w tym roku się uda. Szkoda tylko, że moja carbonara nie jest tak dobra jak ta włoska. 

J jak jedzenie. Płynnie przeszliśmy do jedzenia. Nie wiem, czy wiecie, ale ja naprawdę lubię jeść. I gdy przeglądam swój kalendarz z zeszłego roku, to znajduję w nim takie hasła jak "Kupiłam ciasto z Bezy" albo "Zrobiłam kopytka". No właśnie, bo w minionym roku rozwinęłam się kulinarnie nie tylko jeśli chodzi o konsumpcję, lecz także w gotowaniu. Po raz pierwszy w życiu sama robiłam tarty, marchwiaczka, murzynka, kokosanki, pączki i wiele więcej. 



K jak kwarantanna. W sumie spędziłam 18 dni zamknięta w domu. Gdy po kwarantannie wyszłam na ulicę i spojrzałam w gwiazdy, zakręciło mi się w głowie. Pamiętam te rozmowy przez balkon, pamiętam eklery, które przywiózł nam Marcin... Może i brzmi to romantycznie, ale wolałabym tego nie powtarzać. Testy na koronawirusa miałam negatywne, jestem już po przypominającej dawce szczepionki.  

L jak Liechtenstein. I 26. stolica! Gdy wysiadaliśmy z samochodu w Liechtensteinie, padało, ale już po chwili przestało i mogliśmy wejść na wzgórze, by zobaczyć pałac rodziny książęcej. Vaduz polecam Wam na krótki wypad. 

Ł jak łzy. Nie brakowało ich w 2021 roku. Płakałam z bezradności, ze stresu, z radości, ze wzruszenia. Właśnie, ostatnio zauważyłam, że wzruszam się nawet na wspomnienie jakichś wydarzeń - np. zaręczyn. 

M jak magisterka. To była katorga. Nie wierzyłam, że dam radę napisać to... same niecenzuralne słowa mi się cisną na palce. Gdy skończyłam, wcale nie odczułam takiej ulgi, jaką miałam nadzieję poczuć. A i po obronie wcale nie było tak cudownie, jak myślałam. Ale cieszę się, że mam to za sobą. Wybór psychologii jako kierunku studiów był jedną z najgorszych rzeczy w moim życiu. Zmarnowałam pięć lat. Dobrze, że to już koniec. 

N jak Nowości. Rok 2021 to mój drugi rok pracy w gazecie. Bywało naprawdę ciężko, ale odnoszę wrażenie, że nabrałam nieco większego dystansu do tej pracy. Już nie przejmuję się brakiem wypowiedzi czy pomysłu na temat tak bardzo jak kiedyś, co nie znaczy, że nie martwię się w ogóle. A gdy mam chwilę zwątpienia, przypominam sobie słowa Marcina: "Czy Ty kiedyś nie dałaś rady?". 


O jak okropne dni. W szczególności ostatnie miesiące tego roku obfitowały w okropne dni. Dni trudne, dni pełne niepewności, kłótni i lęku. Mam nadzieję, że to już za mną. 

P jak przeprowadzka. Gdy myślę o tym roku, myślę, że był trudny. Bardzo trudny. Magisterka i wyprowadzka z domu dość mocno mnie dobiły. Dorosłe życie mnie przytłoczyło. Począwszy od obowiązków domowych, przez brak czasu, skończywszy na zamieszkaniu z dala od rodziców. Wiele razy zastanawiałam się: czemu tak mało się o tym mówi? Czemu tak mało mówi się, jak trudne jest wyfrunięcie z gniazda i nauka życia na własny rachunek? Ja nadal się uczę. 

R jak radość. W 2021 dość nieregularnie zapisywałam, co miłego się wydarzyło. Ale jednak zapisywałam. Bo, mimo tych wszystkich złych dni i trudnych chwil, działo się dużo rzeczy, które sprawiały mi radość. Spotkania z przyjaciółmi, szybko napisane teksty, niespodziewane wpływy gotówki, a także słowa mojej promotorki "Może pani drukować". Tak sobie przeglądam ten kalendarz i analizuję, co sprawiało mi radość... Bo muszę tego robić więcej. 

S jak spacery. Poznałam więcej Torunia w tym roku niż przez całe moje życie. Oglądałam szybowce startujące z lokalnego lotniska. Nie zliczę, ile razy byłam nad Wisłą, ale wcale nie na bulwarach, tylko w Porcie Drzewnym albo na Winnicy. Spacerowałam po dzielnicach z willami za miliony i rozsypującymi się barakami. I wiecie co? Kocham ten mój Toruń. 

T jak terapia. W lipcu wróciłam na terapię. I tak co tydzień rozmawiam z psycholożką o tym, co mnie trapi i dzięki temu staję się odważniejsza. Terapia sporo mi uświadomiła i bardzo pomogła po wyprowadzce z domu i podczas kłótni z M. Oczywiście niezmiennie polecam terapię każdemu - bardzo otwiera oczy.

U jak urodziny. Zastanawiałam się, jak w tym roku będą wyglądać moje urodziny, skoro pracuję. A było super! Upominki dostałam nawet od współpracowników.  

W jak wycieczki. Z Marcinem trochę pojeździliśmy sobie po Polsce. Byliśmy w Gnieźnie, w Arboretum w Rogowie, na tropikalnej wyspie niedaleko Warszawy, a nawet w pobliskiej Bydgoszczy, w Chełmży i we Włocławku. Takie wycieczki pozwalały mi oderwać się na chwilę od codziennych problemów. 


Z jak zaręczyny. "Dobra, Sarusia, wyjdziesz za mnie?". Nawet jak to piszę, mam łzy w oczach. Z Marcinem zaręczyliśmy się w lipcu. W sierpniu zamieszkaliśmy razem. Nie było nam łatwo, nie mogliśmy się dogadać, porozumieć i... zrozumieć. Wychodziły różnice. Ale dużo rozmawialiśmy, dużo sobie wyjaśnialiśmy. Ustaliliśmy własne zasady. Tworzyliśmy własną komórkę społeczną. Nie jest idealnie, ale uczę się, że idealnie nie będzie nigdy. Bardzo chcemy być razem. I będziemy. 


Czego życzyłabym sobie w tym roku? Zdrowia, to oczywiste. Jak najmniej wizyt u lekarza! Spokoju. Jak najmniej bezsensownych zmartwień i stresów. Więcej odwagi, pewności siebie. Mniej zabierającego bezcenny czas narzekania. Więcej wdzięczności i docenienia tego, co mam. 

Jaki był dla Was 2021 rok? 

Sara

czwartek, 4 listopada 2021

Jak mi się żyje po przeprowadzce?


Czasami jest trudno. Czasami bardzo trudno. Wyprowadzka od rodziców i zamieszkanie z facetem to twardy orzech do zgryzienia. Czasami jakaś łupinka utkwi w gardle na dłużej.


Jak zauważyliście, ostatnio miałam dwumiesięczną przerwę w pisaniu na blogu. Na początku tłumaczyłam sobie to tym, że ja po prostu nie mam czasu. Że po pracy, która polega na pisaniu, chce odpocząć, robiąc coś innego, a nie znowu pisząc. Teraz gdy o tym myślę, to uświadamiam sobie, że nie wiem, czy to był właściwy powód. Co gorsza – nadal nie wiem, jaka jest główna przyczyna. Czyżby zmiana priorytetów? Ta strona była przez lata moim oczkiem w głowie. Prowadzę ją od ośmiu lat. Często wyobrażałam sobie, że nawet będąc już mamą, będę opisywać otaczającą mnie rzeczywistość. Tymczasem zaniechałam, zanim w ogóle zaczęłam myśleć o zajściu w ciążę. Zaniechałam, gdy się wyprowadziłam.

Nie wiem, dlaczego tak mało mówi się o tym, jak trudnym doświadczeniem jest wyprowadzka od rodziców. Nie na studia, tylko już po studiach, gdy chcemy zamieszkać ze swoim partnerem i stworzyć nową komórkę społeczną. Nie dość, że nie wiemy, jak prowadzi się dom, to jeszcze musimy nagle nauczyć się żyć z osobą, z którą do tej pory się tylko spotykaliśmy. Ok, były wspólne podróże, nawet dłuższe, tygodniowe czy dwutygodniowe. Ale to nic w porównaniu do szarej rzeczywistości. Gdy jedno ma nocki, a drugie musi wstać rano. Gdy jedno jest chore, a drugie zmęczone. Gdy jedno chce jeść masło, a drugie chce oszczędzać. Gdy jedno chce postawić mopa tu, a drugie tam. Gdy jedno woli psy, drugie koty, gdy jedno chce jeść mięso, drugie nie. I tak dalej, i tak dalej.

Mało się mówi o tym, że wyprowadzając się, powielamy często schematy, które znamy z domu, niekiedy szkodliwe. Niektóre z nich stosujemy nieświadomie, bo tak po prostu łatwiej, bo to jedyne, co znamy. 
Mało mówi się o tym, jak właściwie się dogadać, gdy chcemy się dogadać, a nie zawsze możemy. A ze wszystkich stron słyszymy milion "dobrych" rad...

Od ponad dwóch miesięcy nie jest mi łatwo. Znalazłam się w zupełnie nowej rzeczywistości. Chodzę do pracy, opiekuję się kotem, domem, robię zakupy, czasami sprzątam, czasami coś ugotuję. Jestem w nowej roli – narzeczonej, partnerki. Wszystko tak się na mnie.. zwaliło. A do tego dochodzą problemy ze zdrowiem, anemia, która nie chce się leczyć i inne infekcje (gdy już planowałam przyjęcie trzeciej dawki szczepionki przeciwko COVID-19, przypałętało się do mnie inne choróbsko. Na szczęście to nie koronawirus.)

Pomińmy już inflację i inne troski życia codziennego takie jak szarpiące auto.

I tak oto sobie żyję. Chodzę na terapię raz w tygodniu. Bardzo mi pomaga.

W życiu po wyprowadzce są super momenty i są mniej super. Ale wierzę w to, że w kolejnych miesiącach będzie więcej tych super. Jak to się mówi: trzeba dać czasowi trochę czasu.
Mimo że blog ostatnio ucierpiał, cały czas muszę wywiązać się ze współprac, które kiedyś podjęłam.

Jeśli planowaliście akurat kupić do swojej firmy albo do sklepu, stojak reklamowy, odsyłam Was tutaj: https://stojakitekturowe.pl/ekspozytory-reklamowe/. Na stronie znajdziecie szeroki wybór tego typu produktów. W końcu reklama dźwignią handlu, prawda? W dobie szalejącej inflacji na działania marketingowe nie trzeba jednak wydać wcale aż tak wiele…

Trochę się wyżaliłam, teraz idę kurować się dalej.
Sara

wtorek, 7 września 2021

Mieszkanie w mieście czy dom na wsi? Dylemat XXI wieku

Niedawno przeprowadziliśmy się z Marcinem do naszego pierwszego (póki co) wynajętego mieszkanka. Po tygodniu wcale nie czuję się jak w klatce. Za to bardzo podoba mi się, że do kawiarni mam mniej niż 10 minut spacerem.

Całe życie mieszkałam w domku jednorodzinnym. Najpierw – w Toruniu, a gdzieś od 12. roku życia w nowo wybudowanym domku na wsi, pod miastem. Niby nie jakoś daleko – na starówkę miałam 10 minut autem, ale czułam, że mimo to nie mogę w każdej chwili wyskoczyć na ciacho do kawiarni. Lubiłam życie w domu, ale nie przepadałam za życiem na wsi. Co prawda gdy zrobiłam prawko, stałam się zdecydowanie bardziej mobilna niż wcześniej, gdy byłam zależna od rozkładu PKS-ów (a raczej od autobusów, które jeździły jak chciały) albo od rodziców-szoferów. Mimo to zawsze ciągnęło mnie do miasta. Chciałam niezależności. Chciałam Lidla obok domu, chciałam nie musieć stać w korkach w drodze do pracy. Chciałam móc wyjść na spacer do parku w każdej dowolnej chwili. Miasto jawiło mi się jako niebo. Choć to na wsi gwiazdy były bardziej widoczne.

Teraz, gdy żyję w 47-metrowym mieszkaniu, zaczynam sporo myśleć o tym, jak długo będę tu mieszkać. Czy za rok wyprowadzimy się stąd i kupimy z Marcinem własne mieszkanie? Ale jakie, nowe czy używane? A może weźmiemy kredyt na dom i zaczniemy budowę? Tylko gdzie kupić działkę? Najlepiej byłoby w mieście, ale przecież nikt nie sprzedaje terenów pod budowę domu tuż obok starówki. Działki położone są zwykle na obrzeżach i to często takich, że szybciej dojedziemy do pobliskiej wsi niż do dzielnicy „domków jednorodzinnych w mieście”.  

Na razie w mieszkaniu żyje mi się dobrze. Sąsiadów nie słychać, imprez nie słychać. Nie czuję się jak w klatce. Na balkon nawet nie wychodzę (a jest naprawdę spory). Zastanawiam się, czy mogłabym mieszkać w mieszkaniu. Myślę, co jest dla mnie ważniejsze – dom, czyli więcej miejsca, więcej przestrzeni, większa swoboda i swój własny ogródek czy może jednak możliwość mieszkania blisko centrum? Wydaje mi się, że każdego dnia będę miała nowe przemyślenia na ten temat.

Mieszkanie zawsze jawiło mi się jako coś okropnego – klitka, w której mogą pojawić się karaluchy, a sąsiedzi nie dość, że cię zaleją, to jeszcze nie dadzą spać. Wydawało mi się, że w mieszkaniu się po prostu… nie odnajdę. Po tygodniu muszę przyznać, że nie czuję się źle. Ale może jakbym miała siedzieć tu na kwarantannie, to bym oszalała.

Jestem ciekawa, jak to wszystko się potoczy. Może nagle spadnie nam z nieba pół miliona złotych. Ale raczej nie.

Póki co urządzamy się w nowym mieszkanku. Kupujemy dziwne rzeczy, które dają – o dziwo – nad wyraz dużo komfortu takie jak półka pod prysznic.

Przy okazji ścieramy się o to, gdzie postawić odkurzacz/mopa/milion innych rzeczy. Ale te starcia zwykle nie kończą się otwartymi ranami. I zawsze jakoś się dogadujemy. 

Jestem ciekawa, jakie Wy macie przemyślenia odnośnie do mieszkania w domu bądź w bloku. Wiem, że są takie osoby, które nigdy o domku nie marzyły, bo nie chce im się o to wszystko dbać, sprzątać czy kosić trawy.  Dajcie znać, jak jest u Was. 

Trzymajcie się!

Sara

PS A pozostając w tematach remontowo-budowlanych, jeśli potrzebujecie wypolerować posadzki np. w Waszej firmie albo czujecie, że wymagają one renowacji, to zajrzyjcie na vawnik.com, gdzie znajdziecie szeroką ofertę usług z zakresu renowacji posadzek przemysłowych. Firma posiada ponad 10 lat doświadczenia. W ofercie znajdziecie choćby bezpłatną próbę polerowania. To tak gdyby ktoś z Was albo Waszych znajomych akurat szukał firmy, która zajmuje się posadzkami.

środa, 28 lipca 2021

Tak wyglądały moje zaręczyny. Lepiej być nie mogło


fot. Agata Karnowska

W jednym miesiącu zostałam magistrą i narzeczoną. Jeszcze tylko awansu w pracy brakuje.

Jak wyobrażałam sobie swoje wymarzone zaręczyny? Łatwiej powiedzieć, jak nie wyobrażałam. Nie chciałam, by odbyły się przy rodzicach ani w centrum miasta, w tłumie ludzi. Nie chciałam zaręczyn w Wenecji ani pod Wieżą Eiffla. To zbyt oklepane, kiczowata, tandetne. Raczej nie uśmiechałyby mi się zaręczyny podczas romantycznej kolacji przy świecach. Co jeśli trochę szpinaku zostałoby mi między zębami, gdybym mówiła "tak"?

Marzyłam o zaręczynach niespodziewanych, a jednocześnie w głębi ducha bardzo chciałam poznać ich datę. Pytałam Marcina, czy przypadkiem nie oświadczy mi się w miesiącu, który ma więcej niż 9 liter (jedyny taki miesiąc to październik). Przyznaję, przeszukiwałam szafki w poszukiwaniu pudełka. Nic nie znalazłam.

Ostatecznie wszystkie te podpuchy i zabiegi były po nic. Zaręczyny były dla mnie niespodzianką, ale bardzo wyczekiwaną. Może gdzieś podświadomie czułam, że to może nastąpić, ale sam moment wybrany przez Marcina był dla mnie zaskoczeniem. Wyczekiwaniem zaskoczeniem.

Mój chłopak oświadczył się po survivalu (tak nazywamy nasze spacery w dzikie miejsca w Toruniu). Najpierw, cali popsikani Offem, poszliśmy na łączkę nieopodal Zamku Dybowskiego w Toruniu. Tam byliśmy na naszej pierwszej randce. Później trafiliśmy na dziką plażę nad Wisłą. Wtedy Marcin wyciągnął własnoręcznie upieczone ciasto czekoladowe. Było pyszne. Zjadłam dwa kawałki. W międzyczasie paplałam – jak to ja – o wszystkim. Gdy zamilkłam, Marcin wykorzystał sytuację.

- Dobra, Sarusia – usłyszałam. W głowie nagle tysiąc myśli. Nigdy tak do mnie nie mówi. Czy to…? Tak! W ciągu sekundy Marcin wyciągnął pierścionek i klęknął na plaży (dodajmy, że było po deszczu, więc piasek zamienił się w błotko). Ja momentalnie rzuciłam mu się w ramiona, przy okazji brudząc dżinsy.

Oczywiście powiedziałam tak. Czyli wreszcie podjęłam jakąś dobrą decyzję w moim życiu. Mam wrażenie, że to były najlepsze zaręczyny, jakie mogłam sobie wymarzyć. Były takie bardzo… nasze. Nad Wisłą, nad którą często bywamy i odkrywamy nowe miejsca. W Toruniu, mieście, które kochamy i w którym chcemy zostać. Z dala od tłumów i ciekawskich spojrzeń. Zamiast kwiatów było ciasto (wiecie, że ja mam osobny żołądek na słodycze?).

Po oświadczynach czułam się podekscytowana. Czułam, że oto wydarzyło się coś ważnego. Że teraz już, powiedzmy, z większą pewnością mogę stwierdzić, że w przyszłości będę żoną tego właśnie faceta.

Wieczorem zasypiałam cała rozemocjonowana. Rano obudziłam się cała w skowronkach.

Pierścionek wybrałam sobie sama, kilka miesięcy temu. Zależało mi bardzo, by był z białego złota, bo żółte kojarzy mi się z łańcuchami raperów i zupełnie nie podoba. Minimalistyczny, delikatny, bez ogromnych kamieni. I przede wszystkim – nie taki, jak wszystkie zaręczynowe. Marcin wziął pod uwagę moje prośby i wybrał najśliczniejszy pierścionek z listy.

Co dalej? W przeciwieństwie do jednej z moich znajomych nie zaczęłam rozglądać się za salą dzień po zaręczynach. Zanim znajdziemy miejsce i orkiestrę, chcemy poszukać… mieszkania. A ślub? Będzie. Pewnie nie za 5 lat, ale za miesiąc też nie. Wiem, że niektórzy uważają, że zaręczyny oznaczają rychły ślub. Inni traktują to po prostu jako kolejny etap i na razie nie myślą o obrączkach. Dla mnie zaręczyny to znak, że ślub nastąpi. Ale kiedy – o tym dopiero zdecydujemy.

Marcin oświadczył mi się po 14 miesiącach od pierwszej randki. Pierwszej randki 2.0, bo znaliśmy się już w gimnazjum i to wtedy po raz pierwszy próbowałam go poderwać – z marnym skutkiem. Teraz jakoś lepiej mi to chyba wyszło, jak sądzicie?

Jedni powiedzą, że taki termin to za szybko. Drudzy, że po co tyle czekaliśmy, skoro już od kilku dobrych miesięcy wiedzieliśmy: tak, to jest to. Innym nie dogodzisz. Ale sobie możesz.

Śmiało stwierdzam, że jestem szczęśliwa. I Wam też życzę, byście budzili się rano z taką myślą.

Sara

sobota, 24 lipca 2021

Gdzie kupuję ubrania?

Ostatnio byliśmy z Marcinem w galerii, co nam się naprawdę rzadko zdarza. Nie lubię chodzić po centrach handlowych, męczy mnie to. Ale nasza wizyta skłoniła mnie do przemyśleń: gdzie kupuję ubrania? Skąd mam ich najwięcej? Oto podsumowanie.

Co do jednego nie mam wątpliwości – najwięcej ubrań mam z lumpeksów. I jestem z nich naprawdę dumna. W sklepach z używaną odzieżą niełatwo jest przebić się przez gąszcz byle jakich szmat z poliestru, stworzonych z myślą o niziutkich Brytyjkach. Będąc w lumpeksie, patrzę na wygląd, ale też na metki. Gdy coś prezentuje się nieźle i ma dobry skład, wkładam do koszyka i zabieram do przymierzalni. Zwykle podczas jednej wizyty przymierzam ok. 20 ubrań, a kupuję dwie rzeczy, jedną, a zdarza się, że nie kupuję nic.

Do mojego ulubionego lumpeksu chodzę zwykle w soboty, gdy towar jest przeceniony o 50 proc., choć gdy szukam czegoś konkretnego np. wełnianego swetra, to zdarza mi się iść do sklepu również w tygodniu.

Nie przyjmuję kompromisów – jeśli coś jest poplamione albo podarte, a kosztuje 5 złotych, nie kupuję.

Z lumpeksów mam zarówno spodnie, jak i koszulki, swetry (te głównie z działu męskiego!) sukienki, spódnice…

Poza tym w mojej szafie znajdziecie trochę ubrań z sieciówek. Trafiam do nich zwykle wtedy, gdy w lumpeksie nie mogę nic znaleźć. Dla przykładu – szukam marynarki. W lumpeksie albo żakietów nie ma zbyt wiele, albo coś mi w nich nie pasuje – w końcu marynarka to element garderoby zdecydowanie bardziej wymagający niż T-shirt. Wtedy idę do sieciówek. Czy mam swoje ulubione? Niekoniecznie, choć zwykle odwiedzam te same: H&M, C&A, Reserved, New Yorker, Sinsay, Cropp, House. Zaglądam też do Mohito, Carry’ego, Stradivariusa, Bershki, ale w tych sklepach rzadko znajduję coś dla siebie. Chociaż w Mohito wypatrzyłam ostatnio piękną spódnicę – wisiała na wieszaku jedna, rozmiar 38. Pasowała idealnie. Teraz co chwilę słyszę, jaką mam fajną spódnicę. Jest dość odważna i nie wszystko do niej pasuje, ale ja lubię łączyć ją np. z różową górą.

W szafie mam też ubrania z Lidla. Jeśli dobrze trafimy (i będziemy patrzeć na metkę!), możemy zaopatrzyć się tam w naprawdę fajnej jakości ubrania. W Lidlu kupiłam moją ukochaną marynarkę w kwiaty, maxi sukienkę, a także dresy – tu już miałam większego pecha, bo te zaczęły się szybko mechacić. Noszę je jednak głównie po domu. Jeśli chodzi o zakupy w Lidlu, to zwykle kupuję kilka rozmiarów danej rzeczy, mierzę w domu, a potem zwracam – nie ma z tym problemu.

Na koniec zostawiłam perełki, czyli moje ubrania znanej polskiej marki Risk Made In Warsaw i Marie Zelie. Z Riska mam dwie sukienki, z Marie – sukienkę oraz spódnicę. Wszystkie te ubrania uwielbiam i, co ważne, czuję się w nich jak milion dolarów. Co prawda w cenie jednej sukienki z Riska mogłabym kupić z 30 koszulek w lumpeksie… Ale nie żałuję. Pozwalam sobie na taki zakup raz na kilka miesięcy. Czy gdybym miała więcej pieniędzy, kupowałabym w tych sklepach częściej? Z jednej strony wydaje mi się, że pewnie tak, z drugiej myślę: po co mi tyle ubrań? Przecież nie o to chodzi, by z naszej szafy się wylewało, a my nadal nie miałybyśmy, co na siebie włożyć, tylko żeby elementy tworzyły spójną całość i jak najwięcej z nich do siebie pasowało.


Oprócz Risk Made In Warsaw i Marie Zélie w ogóle nie kupuję ubrań w Internecie. Niestety, jestem bardzo niewymiarowa. Raz pasuje na mnie XS, raz S, raz M, a raz L. Serio. Moja sukienka z Riska ma na metce rozmiar XS, a ramoneska z Reserved – 40. Co więcej, coś może mi się bardzo podobać na zdjęciu, ale ja będę w tym wyglądać jak klaun albo beza. Poza tym lubię dotknąć dany ciuch, zobaczyć, czy materiał jest śliski, czy się gniecie. Internet wchodzi więc w grę tylko w wybranych przypadkach.

A Wy gdzie znajdujecie swoje ubraniowe perełki?

Sara

PS Ubrania nie zawsze trzeba kupować. Można je także… wynająć! Coraz więcej kobiet robi tak z sukienkami, również ślubnymi. Z kolei firmom zdarza się wynajmować ubrania dla swoich pracowników. Jeśli interesuje Was odzież specjalistyczna, to znajdziecie ją chociażby na stronie Elis. Marka posiada aż 100-letnie doświadczenie w wynajmie i serwisie odzieży roboczej oraz ochronnej, która stanowi jeden z kluczowych czynników w bezpieczeństwie higieny pracy.

sobota, 17 lipca 2021

Jak zostałam magistrem psychologii

Stało się. Po pięciu latach męki zostałam magistrem (lub też jak kto woli – magistrą) psychologii. Trochę nie dowierzam, trochę czuję ulgę, a trochę dziwię się, bo myślałam, że euforia będzie większa. Spróbuję w kilku akapitach podsumować tę wyboistą drogę.

Zaczęło się od wahania. To nie zwiastuje nic dobrego. W liceum wahałam się, w którą stronę iść. Dziennikarstwo? A może coś bardziej społecznego? Byłoby fajnie móc pomagać ludziom. W głowie miałam pedagogikę specjalną, bo psychologii nie było wtedy jeszcze w Toruniu. Aż tu nagle… bach. Kilka miesięcy przed moją maturą ogłaszają nowy kierunek na UMK. Składam papiery na dziennikarstwo i nowo otwartą psychologię. Dostaję się na oba kierunki, ale mogę wybrać tylko jeden. Stawiam na psychologię i szybko zaczynam żałować swojego wyboru.

Już mniej więcej po pół roku przekonuję się, że psychologia nie jest dla mnie. Że jest w niej zbyt dużo biologii i medycyny. Że moja odpowiedź:

- Dlaczego poszłaś na psychologię?

 – Bo chcę pomagać ludziom.

wcale nie jest oryginalna. Tak odpowiada większość. Ale tylko mniejszość się do tego nadaje. Ja zdecydowanie nie, co odkryłam dość szybko. Ledwo radziłam sobie z własnymi problemami, jak więc mogłabym wziąć na barki jeszcze czyjeś?

Dość szybko wpadłam jednak w pułapkę utopionych kosztów i po jednym semestrze już szkoda było mi rzucić te studia. Mówiłam sobie, że skończę je, a poza tym od drugiego/trzeciego/czwartego roku, rozpocznę dziennikarstwo. Oczywiście ostatecznie nic takiego nie nastąpiło, ale dziennikarką i tak zostałam. Psycholożką też, ale tylko na papierze.

Studia niesamowicie mnie uwierały. Irytowało mnie to, że zaczęłam wyszukiwać sobie choroby i zaburzenia. Zmieniłam się. Gdy kwestionariusze psychologiczne pokazały mi, że jestem neurotyczna, ja w to uwierzyłam. I myślałam, że tak już musi być. Dopiero terapia pokazała mi, że zmartwienia nie są częścią mnie.

Im dalej w las, tym było… trudniej. Chociaż stypendium dostawałam co roku. Miałam jedną z najwyższych średnich na kierunku. Co za ironia. 

Na czwartym roku dowaliłam sobie jeszcze pracę w Nowościach, najpierw na pół etatu, na piątym roku – na cały etat. Pandemia w pewien sposób pomogła mi przetrwać, bo dzięki temu, że i studia, i praca były zdalne, mogłam połączyć te dwa elementy życia. Choć i tak bywało trudno. Miałam chwile załamania. Płakałam. Myślałam, że nie dam rady. Gdyby rodzice i Marcin, nie wiem, czy nie rzuciłabym tych studiów 12345 razy. Nie wiedziałam, czy napiszę tę magisterkę. Ale zawzięłam się. Napisałam. I to przed założonym sobie terminem.

Pod koniec musiałam już brać urlopy i zwolnienia, bo było serio ciężko, również psychicznie. Ale podołałam. Najpierw napisałam, a potem obroniłam pracę magisterską na 5.

Gdy wyobrażałam sobie obronę jakieś dwa, trzy miesiące temu, widziałam, jak płaczę. Jak schodzi ze mnie ciężar tych pięciu lat. Może ta wizja pomogła mi przetrwać. Tyle że w rzeczywistości płaczu nie było. Pojawiła się dziwna obojętność. To już koniec. Przetrwałam. Jestem magistrem.

Pójście na te studia postrzegam jako jedną z najgorszych decyzji w moim życiu. Psychologia nie jest dla każdego, a na pewno nie jest dla mnie. Nie oznacza to, że czasami nie zalatuję psycholożką i nie wydobywa się z moich ust psychologiczny bełkot. Te studia zmieniają człowieka i jego sposób patrzenia na świat.

Czasami myślę sobie, co by było, gdybym poszła na dziennikarstwo. Przecież pisanie to coś, co kocham. Czy wiodłabym teraz takie samo życie? W końcu i tak pracuję jako dziennikarka...

Teraz już nie mam jednak, czego żałować. Przetrwałam. Czegoś się nauczyłam. I tyle.

Czas rozpocząć nowy etap.

W kolejnym poście opowiem Wam o mojej pracy magisterskiej, bo dotyczyła ona psychologii tylko częściowo. Jej głównym bohaterem jest… Toruń. Moje miasto.

Trzymajcie kciuki, bym może teraz podejmowała lepsze decyzje, co?

Sara

wtorek, 22 czerwca 2021

Wracam do żywych

No, jeszcze może nie całkowicie wolna, ale wracam. Wracam na bloga, wracam do czytania, do puzzli. Do życia. Tęskniłam.

Dwa miesiące. Nigdy nie sądziłam, że mogę przez tak długi czas nie pisać na blogu. Życie zweryfikowało moje "nigdy". Trochę mi tego brakowało, ale też przyznaję, że po ośmiu godzinach tworzenia tekstów do Nowości, a potem kilku kolejnych godzinach pisania magisterki, ostatnim sposobem na relaks, jaki przyszedł mi do głowy, było dodawanie postów na bloga.

Na szczęście wszystko kiedyś się kończy, nawet ta katorga, zwana studiami. Oceny wpisane, praca magisterska oddana. Czekam tylko na obronę i uczę się odpowiedzi na pytania z wiedzy z całych studiów.

Gdy przeczytałam "może pani drukować pracę magisterską", poczułam… o dziwo, nie ulgę. Okropne zmęczenie. Kiedy poznałam termin obrony, nie posiadałam się ze szczęścia. Bardzo lubię poznawać terminy i wiedzieć, kiedy mogę się czegoś spodziewać. A końca studiów wyczekuję od… 4,5 roku.

Mimo tego że spędzałam popołudnia, pisząc pracę magisterską, wcisnęłam też gdzieś między jedną tabelką a drugą trochę fajnych rzeczy. Były wyjazdy, nowe doświadczenia i powroty do normalności. Pierwsze pływanie na basenie po wielu miesiącach przerwy zaliczone, pierwszy koncert też, pierwsza wizyta w escape roomie jeszcze przed nami.

W sumie to te dwa miesiące, gdy mnie tu nie było, przechodziłam i małe załamania nerwowe, i kryzysy tożsamości. Ale były też wspaniałe momenty. I mam nadzieję, że teraz będzie ich już tylko więcej.

O tym, o czym napisałam moją pracę magisterską, przygotuję osobny post. Bo, być może nie uwierzycie, ale to jest serio bardzo ciekawe. Temat dotyczył Torunia i jego mieszkańców.

Zastanawiałam się, czy robić podsumowania kwietnia i maja osobno, ale to chyba już nie wypada, prawda? Więc opowiem Wam tutaj o najciekawszych wydarzeniach z tych miesięcy.

Przede wszystkim w maju, a dokładnie 3 maja zaszczepiłam się. Bardzo chciałam to zrobić, choć przyznaję, że samo wyjście na szczepienie było dość… spontaniczne. W Toruniu trwała akcja "Szczepimy się w majówkę". Przed budynkiem Centrum Kulturalno-Kongresowego Jordanki ludzie stali już od godz. 6 i przez pół dnia, w deszczu, czekali na swoją kolej. Nie wiedziałam, czy jestem aż tak zdeterminowana. Jednak gdy 3 maja okazało się, że akcja zakończy się dzień wcześniej niż przewidywano i organizatorzy chcą wykorzystać wszystkie szczepionki, stwierdziłam: jak nie spróbuję, to będę żałować. Stanęłam w kolejce i po półtorej godzinie byłam zaszczepiona. Co za ulga!

Kolejna sprawa – kupiłam auto! Żeby móc nim jechać na urlop do Włoch. ;) Niestety, moja Nancy zaczynała być coraz bardziej ruda, tj. zardzewiała. A ja potrzebowałam czegoś mocniejszego, młodszego i nowszego. Teraz jest Corsinka.

W maju była też Eurowizja i co prawda Włosi nie byli moimi faworytami, ale cieszę się, że wygrali oni, a nie np. typowana przez bukmacherów Francja albo Szwajcaria.

A w czerwcu pierwszy raz w życiu jechałam autostradą. Serio, do tej pory byłam przekonana, że sobie nie poradzę, że to trudne i w ogóle śmierć w oczach. A tu okazało się, że nie jest tak strasznie. Czyli jak to śpiewa Kwiat Jabłoni: złe myśli nie były tego warte.

Mam nadzieję, że odezwę się do Was znów niedługo.

A i mam nadzieję, że nadal tu jesteście.

Sara

poniedziałek, 15 marca 2021

Kwarantanna to koszmar. Jak spędziłam 18 dni w domu?

 

Kwarantanna to czas, w którym powinno się wypocząć, nadrobić to, na co nie mieliśmy do tej pory czasu, przeczytać 19 książek w 18 dni i schudnąć 2 kg, robiąc codzienne treningi z Chodakowską. Jasne.

Gdy teraz myślę o kwarantannie, stwierdzam, że to był koszmar. Pierwsze dni jakoś dało się wytrzymać. Człowiek po prostu żył jak dotychczas, pracował, tylko zamiast wyjść z domu – czytał książki. Z czasem było coraz gorzej. Przez ostatnie dni kwarantanny zanim wstałam, już chciało mi się płakać. Tęskniłam za chłopakiem, za spacerem po lesie, za jazdą samochodem, za kawą na wynos, za ŚWIATEM. Czułam się jak w więzieniu. I cały czas byłam zdrowa. Gdybym musiała siedzieć jeszcze kilka dni w domu, myślę, że pojawiłyby się u mnie stany depresyjne. Co mnie ratowało w tamtym czasie?

  • Rozmowy przez telefon. Częstsze niż zazwyczaj. Z babcią rozmawiałam co dwa dni, do tego dochodziły rozmowy z ciocią, przyjaciółką i chłopakiem.

  • Rozmowy przez balkon. W zdaniu „moi bliscy przywozili zakupy” cieszyli mnie i bliscy, i zakupy.

  • Praca. Coś czuję, że gdybym nie pracowała, to bym się zapłakała. 8 godzin zajęcia pomagało mi nie myśleć o tym, że nie mogę wyjść z domu. Byłam zajęta, moje myśli były zajęte dzięki czemu przez czarną dziurę nie wpadały tam… czarne myśli.

  • Szachy. Krótko przed kwarantanną nauczyłam się grać w szachy. Podczas przymusowego pobytu w domu rzetelnie je trenowałam. I bardzo się w tę grę wkręciłam. Jak dobrze, że można grać w szachy przez Internet!

  • Jedzenie. Gdy zamówiliśmy biesiadną ucztę z pierogarnii albo gdy mój chłopak przywiózł nam eklerki… To od razu poprawiało humor.

  • Treningi. W czasie kwarantanny brakowało mi ruchu. Wróciłam więc do ćwiczeń z Chodakowską. Ale czasami po prostu nie chciało mi się ćwiczyć. Więc chyba nie schudłam. Ale przynajmniej rozruszałam zastane mięśnie.

  • Spacery wokół domu. Czułam się jak debilka i zastanawiałam się, co myślą o mnie sąsiedzi. Ale i tak robiłam kółka wokół domu. To był mój spacerniak

To chyba tyle. Oczywiście w czasie kwarantanny układam też puzzle i czytałam książki. Ale wydaje mi się, że to, co utrzymało mnie przy życiu, to kontakt, choćby telefoniczny albo balkonowy z bliskimi, i praca.

Jeszcze kilka słów o tym, jak nas kontrolowano. Ja zdecydowałam się ściągnąć aplikację Kwarantanna domowa po tym, jak dostałam SMS-y wyglądał jak groźba „Jesteś na kwarantannie. Masz ustawowy obowiązek używania aplikacji Kwarantanna domowa”. Wydzwaniała ona do mnie dwa razy dziennie, o różnych porach dnia. Czasami gdy spałam (na szczęście po tym, jak kiedyś wydawca obudził mnie telefonem o 7:40, tylko po to, by skrytykować mój temat do gazety, zaczęłam wyciszać telefon na noc). Gdy kwarantanna dzwoniła, miałam pół godziny na zrobienie sobie zdjęcia. Wiedziałam, że kontaktuje się ze mną aplikacja, bo zawsze wyświetlał się ten sam numer. Czasami robiłam zdjęcie od razu, czasami byłam czymś zajęta i to odkładałam. Wtedy po 20 minutach aplikacja znów do mnie dzwoniła. Zdjęć nie zrobiłam może ze trzy razy – raz, bo spałam, drugi raz, bo gadałam przez telefon z kimś innym, gdy aplikacja się do mnie dobijała i trzeci raz, bo zapomniałam.

Odwiedzała nas również policja. W ciągu 18 dni byli może z 4-5 razy, nie więcej. Dzwonili i prosili, byśmy pokazali się w oknie.

I tyle. Mój test był negatywny. Czułam się dobrze. Co będzie dalej? Zobaczymy. Ale nikomu takiego więzienia nie życzę.

Sara

piątek, 29 stycznia 2021

Z tęsknoty za kinem. Najlepsze i najgorsze filmy, które obejrzałam w 2020


Jestem specyficzną widzką. Nie oglądam zbyt wielu filmów. Czasami trudno mi się skupić przez dwie godziny. Zdarza się, że włączam żenujące, nisko oceniane filmy z czystej ciekawości. Poza tym lubię chodzić sama do kina. W ubiegłym roku nie miałam jednak ku temu zbyt wiele możliwości.

W 2020 roku 21 filmów obejrzałam po raz pierwszy. Mało – jeśli weźmiemy pod uwagę, że trwała pandemia i większość rozrywek była po prostu niedostępna. Tak jakoś wyszło, że wolałam posiedzieć trochę przy puzzlach albo poczytać książkę. No i przez prawie cały rok łączyłam pracę na cały etat ze studiami.

Jakie filmy obejrzałam w 2020 roku?

Koty, 6/10. Uwielbiam musicale, uwielbiam Taylor – byłam więc bardzo ciekawa tego filmu. Może jest nieco dziwny i momentami niezręcznie ogląda się te włochate człowieko-kociaki z palcami i futrem. Ale wydaje mi się, że jeśli ktoś lubi musicale, to ta niecodzienna forma nie powinna mu aż tak przeszkadzać.

Cicha noc, 4/10. Daję szansę polskim filmom. Temu też dałam. Ale to było po prostu żenujące, wulgarne i bez sensu.

Dwóch papieży, 9/10. Jeden z lepszych obejrzanych przez mnie w 2020 roku filmów. Właściwie to mogę zaryzykować stwierdzenie, że nawet mnie… wciągnął. Podobała mi się gra aktorska, dialogi, no i sama fabuła.

Miss Americana, 9/10. Film o Taylor Swift? Tego nie mogłam przegapić. Żałowałam, że trwał tak krótko. Była w nim i muzyka, i szczere wyznania. Wydaje mi się, że gdyby osoby, które na co dzień śmieją się z wokalistki, obejrzały ten film, diametralnie zmieniłyby o niej zdanie. To już nie jest szesnastoletnia dziewczynka śpiewająca o złamanym sercu.

Joker, 8/10. Trochę psychodeliczny, trochę mrożący krew w żyłach. Ale ta rola aktorska – cudo! Jakby co to ja nie oglądam filmów z bohaterami Marvela itp., ale „Joker” to jest coś totalnie innego. To raczej film dla tych, którzy lubią analizować czyjąś psychikę.

Kraina Lodu, 6/10. Jakaś taka… naciągana ta akcja. To już nie to samo co pierwsza część. I piosenki gorsze…

Małe kobietki, 9/10. Ojejku, jaki to był uroczy, cudowny film. Czytałam, że niektórzy na nim zasypiali. Ja uśmiechałam się od ucha do ucha. Nie czytałam książki, ale ta historia mnie zachwyciła. No a najbardziej to mnie zachwycił Timothée Chalamet. Już go dopisałam do listy przyszłych mężów.

Historia małżeńska, 5/10. A to były oscarowe nudy na pudy, cudem dotrwałam do końca. W sumie smutny film, ale też bez jakiegoś większego morału, mam wrażenie. Jednak nie zawsze kilka nominacji do Oscara = film dla każdego.  

Azyl, 7/10. Chodzi o ten „Azyl” z Jodie Foster, nie ten o warszawskim zoo. Ale tamten też polecam, choć z zupełnie innych powodów. Film z Foster trzyma bardzo w napięciu. Na co dzień nie oglądam raczej filmów sensacyjnych, gdzie co rusz strzelają itp. Taka ze mnie kinowa pacyfistka. Ale w tym filmie była pewna tajemnica, pewna zagadka i to mnie wciągnęło.

Lady Bird, 7/10. Gdy kilka miesięcy temu oglądałam ten film, przyznałam mu siedem gwiazdek, ale teraz sama nie wiem dlaczego, bo kompletnie nie zapadł mi w pamięć.

Kobieta sukcesu, 7/10. Przyznaję się bez bicia, że oglądam polskie komedie romantyczne, chociaż od początku wiadomo, jak się skończą. Ta była nawet zabawna momentami i nie tak denna jak niektóre.

365 dni, 2/10. Obejrzałam z ciekawości, przyznaję się! Ameryki nie odkryłam – to okropny, szowinistyczny film. Wiem, że autorka książki twierdzi, że większość kobiet tak naprawdę w skrytości serca chce być tak traktowana jak główna bohaterka. Nie wiem, na jakiej próbie Blanka Lipińska przeprowadzała swoje badania, ale chyba mało kto lubi być pomiatany, nie wydaje Wam się? Film jest bez sensu, bez treści, nudny, a przedstawione tam sceny łóżkowe, prysznicowe i jachtowe nawet nie są zbytnio kręcące. Strata czasu.

Śniadanie do łóżka, 5/10. Stara, polska komedia romantyczna, w której Karolak był jeszcze młody. Za mało śmiechu, za dużo ziewania. Nie polecam.

Miszmasz, czyli kogel-mogel, 6/10. Mam coś takiego, że oglądam filmy z ciekawości. Nasłucham się o nich, jakie to wspaniałe gnioty, a potem sama sprawdzam, czy faktycznie tak jest. Czasami żałuję. W przypadku Miszmaszu właściwie nie aż tak bardzo, bo trochę się pośmiałam, choć sam scenariusz wydaje się chwilami absurdalny. Oczywiście to nie to samo co kultowe filmy „Kogel-mogel” z lat 80… Na to nie liczcie. Nie ma tutaj cytatów, które będziecie przywoływać po latach przy obiedzie. To jednak coś bardziej w stylu współczesnych polskich komedii romantycznych. Ale no, przyznam się bez bicia, że jak pojawi się kolejna część, to też ją obejrzę. Ciekawość nie da mi żyć. ;)

Mit Pruitt-Igoe, 5/10. Film oglądałam w ramach zajęć na studiach i o ile sam reportaż był zrobiony dość niskobudżetowo, to historia tego osiedla jest fascynująca i warto ją poznać – jeśli nie chcecie oglądać filmu, to chociaż poczytajcie o Pruit Igoe w Internecie. Bo to opowieść o tym, jak blokowiska wpływają na ludzi i ich relacje.

Piloci, 7/10. Bardzo chciałam jechać na „Pilotów” do Teatru Roma, ale zawsze coś wyskakiwało – a to akurat Janek Traczyk nie grał głównej roli, a to nie miałam gdzie nocować… Wiadomo, że obejrzenie musicalu w swoim salonie to nie to samo – zupełnie inaczej odbiera się dźwięk, a aktorzy nie są na wyciągnięcie ręki. Podejrzewam, że gdybym zobaczyła spektakl w Romie, oceniłabym go wyżej. Ale doceniam, że wydano „Pilotów” na DVD, bo dzięki temu wiele osób, które nie mogą sobie pozwolić na wizytę w teatrze, będzie miało jego namiastkę w domu.

1800 gramów, 9/10. Mój tata nie lubi nowych, polskich filmów. A ten mu się bardzo podobał. To chyba najlepsza rekomendacja. 1800 gramów to nie jest zwykła komedia romantyczna – to piękna, obyczajowa historia, dotykająca trudnego tematu adopcji. To film z cyklu „kocyk dla serduszka”.

Mayday, 6/10. Film tak głupi, że aż śmieszny. Jeśli nie macie dość Adamczyka i Karolaka, to obejrzyjcie.

Zenek, 2/10. Nie wiem, od jakiego mankamentu tego filmu zacząć… Od tego, że jest w nim mało muzyki, a niby opowiada o muzyku? Od tego, że są w nim zmyślone wydarzenia i w końcu nie wiadomo, czy to biografia, czy science fiction? Od tego, że do połowy filmu to właściwie nie mamy pojęcia, o co chodzi? Jeśli jesteście fanami disco polo, nie oglądajcie „Zenka”, bo disco polo tam praktycznie nie ma. Jeżeli nie jesteście fanami disco polo, nie oglądajcie „Zenka”, bo ta historia nie jest ani trochę wciągająca. I mnie jakoś bardzo oburzyło to, że główne wydarzenie w filmie jest… zmyślone. Po co tak kłamać widzowi w żywe oczy?

Podatek od miłości, 7/10. Podobnie jak „Kobieta sukcesu” to po prostu miła dla oka polska komedia romantyczna z przewidywalnym zakończeniem, ale przyjemnie się ją ogląda. Bez wielkiej żenuy.

50 twarzy Greya, 5/10. Na koniec hit. Powiem tak: spodziewałam się czegoś więcej. Czuję niedosyt. :D

A Wy jakie ciekawe filmy widzieliście w 2020? Które polecacie, które odradzacie?

Sara

 

wtorek, 26 stycznia 2021

Ten dziwny wiek


23 lata. Dziwny wiek. Wchodzisz na Facebooka, a tu kolejny znajomy się zaręcza. Albo wrzuca zdjęcia z imprezy. Albo z obrony magisterki. A temu rodzi się dziecko. Drugie. Jak żyć?

Ostatnio znów miałam minikryzys egzystencjalny, gdy okazało się, że moja znajoma z gimnazjum urodziła syna. Oczywiście wcześniej zrobiła licencjat, zaręczyła się i wzięła ślub. Faceta prawicowca jej nie zazdroszczę, ale tego, że spełnia wizję mojego wymarzonego życia już tak.

Odkąd pamiętam, mówiłam sobie, że chcę być młodą mamą. Nie nastoletnią rzecz jasna, ale marzyło mi się, że zaraz po studiach rodzę dziecko. Wydawało mi się, że dobrze, gdy różnica między rodzicami a dzieckiem to nie 40 lat, a dwadzieścia kilka. Że wtedy jakoś łatwiej się dogadać. Moich marzeń, jak widać, nie zrealizowałam. I nie zanosi się na to.

Zazdroszczę tym, którzy w moim wieku mają już wyższe wykształcenie i rodzinę. Mam wrażenie, że ich życie idzie do przodu. Bo ja nie mam ani ukończonych studiów, ani narzeczonego. Mam za to świetną pracę i to akurat bardzo mnie cieszy.

Ale fakt, że 23 lata to bardzo dziwny wiek. Niektórzy w ogóle nie myślą wtedy o rodzinie. Przejmują ich egzaminy na studiach i projekty. Albo nawet nie – bardziej przejmują ich seriale. Albo właściwie to tylko weekendowe picie. Inni już robią zakupy w 3kiwi.pl i innych sklepach, kupują wózki, łóżeczka i zastanawiają się, czy noszenie niemowlęcia w chuście to grzech czy nie.

Wśród znajomych mam takie osoby, które są długo w związku i ślubu nie mają. Mam takich, którzy są parą krótko, ale już noszą obrączki. I budują dom. Oczywiście jest też pełno singli. I trochę ludzi z dziećmi. Czasami też singli.

Są tacy, co studiują trzy kierunki i myślą o doktoracie. Są tacy, co nawet licencjatu nie zrobili, bo coś nie pykło po drodze.

Znam dwudziestotrzylatków, którzy studiują i pracują. Czasami za najniższą krajową. Czasami zarabiają grubą kasę. Bywa, że są zatrudnieni w dwóch miejscach jednocześnie.

Ale znam też takich, co o pracy nie myślą i nadal mieszkają z rodzicami. Ja też mieszkam, ale nie pamiętam już, co to kieszonkowe.

Często sobie myślę, w jak dziwnym momencie życia jestem. I czy kiedyś nie było łatwiej. W wieku 23 lat wiele osób było już po ślubie, zakładało rodziny, praca się jakaś znalazła… Teraz jest trudniej. Studia, kredyt, pęd ku karierze… Wynająć mieszkanie czy kupić? Brać ślub czy nie brać? A jeśli tak, to jaki, cywilny czy kościelny? Zamieszkać razem przed ślubem? Najpierw dziecko? A może dziecko dopiero po ślubie? A może wtedy, gdy już zrobisz karierę? Albo lepiej zanim zaczniesz ją robić? 

Mam wrażenie, że teraz na tyle rzeczy się czeka. Na awans i podwyżkę. Na to, aż przyznają kredyt. Aż deweloper wybuduje Twoje mieszkanie.  Na salę weselną – dwa lata. Na dziecko – kolejne dziewięć miesięcy. I nagle budzisz się i masz trzydzieści lat. A w sumie to nadal chcesz  lepić bałwana, zjeżdżać na sankach i robić dużo innych rzeczy uznawanych za dziecinne. 

Czasami sobie myślę, że nawet jeśli ktoś ma ten dar i nie porównuje się do innych, to ten dziwny wiek nadal bywa problematyczny. Bo gdy jeden ma takie priorytety, a drugi takie, ciężko się dogadać. Bo gdy ty myślisz o własnym mieszkaniu, a druga osoba o tym, by jakoś do tego mieszkania się doczołgać po całonocnej imprezie, to trudno o wzajemne zrozumienie.

Jestem ciekawa, co o tym wszystkim myślicie.

Sara