Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podsumowania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podsumowania. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 stycznia 2022

To był dla mnie trudny rok. Ale przetrwałam! #podsumowanie2021


Długo się zbierałam w sobie, by napisać to podsumowanie. W końcu stwierdziłam, że zrobię je dla siebie - by spojrzeć w końcu z wdzięcznością na miniony rok. Nie mogłam się jednak powstrzymać i - jak tradycja blogowa nakazuje - stworzyłam podsumowanie z pomocą pierwszych liter alfabetu. 

A jak auto. W 2021 roku kupiłam nowe auto, a stare pojechało do Libii. Czy tam Arabii Saudyjskiej. Mimo że prawo jazdy mam od pięciu lat, to dopiero w ubiegłym roku po raz pierwszy jechałam autostradą. Pokonałam też swoje wszystkie lęki, prowadząc po zmroku na trasie od czeskiej granicy do Torunia. I powiem Wam: nikt nie zginął. 

B jak blog. Nie mogę pogodzić się z tym, jak zaniedbałam bloga w 2021 roku. Właściwie "zaniedbałam" to już eufemizm. Ja po prostu przestałam pisać. Cały czas do końca nie mogę się z tym pogodzić. Ale nie będę Wam obiecywać, że w 2022 roku będzie lepiej. Bo nie wiem, jak będzie. Blog jest w moim sercu, ale musiał się trochę przesunąć, by zrobić miejsce dla innych. 

C jak czytanie. W 2021 roku ukończyłam 20 książek. Wynik gorszy niż w 2020 roku, daleko do zrealizowania wyzwania "Przeczytam 52 książki w rok". Ale pocieszam się tym, że mogło być gorzej.  

D jak Dania. Po 22 miesiącach przerwy w końcu w grudniu 2021 poleciałam samolotem. Ale ja za tym tęskniłam! Z mamą na nasz cel wybrałyśmy Danię, a konkretnie Kopenhagę i była to 27. odwiedzona przeze mnie stolica europejska. Bardzo polecam Wam Kopenhagę zimą, w szczególności bajkowo ozdobione Ogrody Tivoli.  

E jak emocje. I to cały wachlarz - od euforii do lęku. Były miłe niespodzianki jak chociażby wtedy, gdy moja najlepsza przyjaciółka przyjechała do mnie po obronie. Były też te niemiłe zaskoczenia. Ale o nich nie chcę pamiętać. 

F jak Fe, czyli nieszczęsne żelazo. W 2021 okazało się, że nie wchłaniam żelaza. A, i przy okazji B12 też mój organizm nie przyjmuje. Celiakia wykluczona, USG w porządku, szukamy więc dalej... A tymczasem chodzę sobie grzecznie na zastrzyki. 

G jak granie. Wyliczyliśmy z Marcinem, że średnio dziennie poświęcałam godzinę na grę w szachy. Nauczyłam się grać w lutym i w pewnym momencie miałam całkiem niezły ranking na chess.com. Od sierpnia trochę spadłam, chyba przydałoby się pooglądać trochę filmików na YouTubie... W minionym roku sporo grałam też w karty i planszówki, a w ostatni dzień w roku nawet... w Mario!

H jak hasający Nicolas. W 2021 roku nic się nie zmieniło - Nicolek to nadal moje oczko w głowie. Ten rok był dla niego trudny - przeprowadzka, moja dwutygodniowa nieobecność... Nieustannie się o niego martwię, bo teraz ma tylko mnie. Mam jednak nadzieję, że jest szczęśliwym kotkiem. I gdy śpi w prysznicu, i gdy skacze po szafkach. Mógłby tylko nie budzić mnie o 5 rano. 



I jak Italia. Z Włoch mam same dobre wspomnienia. Serio. Bo o karaluchach i szczurze w Wenecji już zapomniałam. Chciałabym powtórzyć taki samochodowy eurotrip i liczę, że w tym roku się uda. Szkoda tylko, że moja carbonara nie jest tak dobra jak ta włoska. 

J jak jedzenie. Płynnie przeszliśmy do jedzenia. Nie wiem, czy wiecie, ale ja naprawdę lubię jeść. I gdy przeglądam swój kalendarz z zeszłego roku, to znajduję w nim takie hasła jak "Kupiłam ciasto z Bezy" albo "Zrobiłam kopytka". No właśnie, bo w minionym roku rozwinęłam się kulinarnie nie tylko jeśli chodzi o konsumpcję, lecz także w gotowaniu. Po raz pierwszy w życiu sama robiłam tarty, marchwiaczka, murzynka, kokosanki, pączki i wiele więcej. 



K jak kwarantanna. W sumie spędziłam 18 dni zamknięta w domu. Gdy po kwarantannie wyszłam na ulicę i spojrzałam w gwiazdy, zakręciło mi się w głowie. Pamiętam te rozmowy przez balkon, pamiętam eklery, które przywiózł nam Marcin... Może i brzmi to romantycznie, ale wolałabym tego nie powtarzać. Testy na koronawirusa miałam negatywne, jestem już po przypominającej dawce szczepionki.  

L jak Liechtenstein. I 26. stolica! Gdy wysiadaliśmy z samochodu w Liechtensteinie, padało, ale już po chwili przestało i mogliśmy wejść na wzgórze, by zobaczyć pałac rodziny książęcej. Vaduz polecam Wam na krótki wypad. 

Ł jak łzy. Nie brakowało ich w 2021 roku. Płakałam z bezradności, ze stresu, z radości, ze wzruszenia. Właśnie, ostatnio zauważyłam, że wzruszam się nawet na wspomnienie jakichś wydarzeń - np. zaręczyn. 

M jak magisterka. To była katorga. Nie wierzyłam, że dam radę napisać to... same niecenzuralne słowa mi się cisną na palce. Gdy skończyłam, wcale nie odczułam takiej ulgi, jaką miałam nadzieję poczuć. A i po obronie wcale nie było tak cudownie, jak myślałam. Ale cieszę się, że mam to za sobą. Wybór psychologii jako kierunku studiów był jedną z najgorszych rzeczy w moim życiu. Zmarnowałam pięć lat. Dobrze, że to już koniec. 

N jak Nowości. Rok 2021 to mój drugi rok pracy w gazecie. Bywało naprawdę ciężko, ale odnoszę wrażenie, że nabrałam nieco większego dystansu do tej pracy. Już nie przejmuję się brakiem wypowiedzi czy pomysłu na temat tak bardzo jak kiedyś, co nie znaczy, że nie martwię się w ogóle. A gdy mam chwilę zwątpienia, przypominam sobie słowa Marcina: "Czy Ty kiedyś nie dałaś rady?". 


O jak okropne dni. W szczególności ostatnie miesiące tego roku obfitowały w okropne dni. Dni trudne, dni pełne niepewności, kłótni i lęku. Mam nadzieję, że to już za mną. 

P jak przeprowadzka. Gdy myślę o tym roku, myślę, że był trudny. Bardzo trudny. Magisterka i wyprowadzka z domu dość mocno mnie dobiły. Dorosłe życie mnie przytłoczyło. Począwszy od obowiązków domowych, przez brak czasu, skończywszy na zamieszkaniu z dala od rodziców. Wiele razy zastanawiałam się: czemu tak mało się o tym mówi? Czemu tak mało mówi się, jak trudne jest wyfrunięcie z gniazda i nauka życia na własny rachunek? Ja nadal się uczę. 

R jak radość. W 2021 dość nieregularnie zapisywałam, co miłego się wydarzyło. Ale jednak zapisywałam. Bo, mimo tych wszystkich złych dni i trudnych chwil, działo się dużo rzeczy, które sprawiały mi radość. Spotkania z przyjaciółmi, szybko napisane teksty, niespodziewane wpływy gotówki, a także słowa mojej promotorki "Może pani drukować". Tak sobie przeglądam ten kalendarz i analizuję, co sprawiało mi radość... Bo muszę tego robić więcej. 

S jak spacery. Poznałam więcej Torunia w tym roku niż przez całe moje życie. Oglądałam szybowce startujące z lokalnego lotniska. Nie zliczę, ile razy byłam nad Wisłą, ale wcale nie na bulwarach, tylko w Porcie Drzewnym albo na Winnicy. Spacerowałam po dzielnicach z willami za miliony i rozsypującymi się barakami. I wiecie co? Kocham ten mój Toruń. 

T jak terapia. W lipcu wróciłam na terapię. I tak co tydzień rozmawiam z psycholożką o tym, co mnie trapi i dzięki temu staję się odważniejsza. Terapia sporo mi uświadomiła i bardzo pomogła po wyprowadzce z domu i podczas kłótni z M. Oczywiście niezmiennie polecam terapię każdemu - bardzo otwiera oczy.

U jak urodziny. Zastanawiałam się, jak w tym roku będą wyglądać moje urodziny, skoro pracuję. A było super! Upominki dostałam nawet od współpracowników.  

W jak wycieczki. Z Marcinem trochę pojeździliśmy sobie po Polsce. Byliśmy w Gnieźnie, w Arboretum w Rogowie, na tropikalnej wyspie niedaleko Warszawy, a nawet w pobliskiej Bydgoszczy, w Chełmży i we Włocławku. Takie wycieczki pozwalały mi oderwać się na chwilę od codziennych problemów. 


Z jak zaręczyny. "Dobra, Sarusia, wyjdziesz za mnie?". Nawet jak to piszę, mam łzy w oczach. Z Marcinem zaręczyliśmy się w lipcu. W sierpniu zamieszkaliśmy razem. Nie było nam łatwo, nie mogliśmy się dogadać, porozumieć i... zrozumieć. Wychodziły różnice. Ale dużo rozmawialiśmy, dużo sobie wyjaśnialiśmy. Ustaliliśmy własne zasady. Tworzyliśmy własną komórkę społeczną. Nie jest idealnie, ale uczę się, że idealnie nie będzie nigdy. Bardzo chcemy być razem. I będziemy. 


Czego życzyłabym sobie w tym roku? Zdrowia, to oczywiste. Jak najmniej wizyt u lekarza! Spokoju. Jak najmniej bezsensownych zmartwień i stresów. Więcej odwagi, pewności siebie. Mniej zabierającego bezcenny czas narzekania. Więcej wdzięczności i docenienia tego, co mam. 

Jaki był dla Was 2021 rok? 

Sara

czwartek, 18 marca 2021

Oj, działo się… - luty 2021


Ostatnio mam "drobne" opóźnienie z podsumowaniami miesiąca. Ale oto jest, wpis na temat lutego. To był dziwny czas.

Do 23 lutego byłam bardzo aktywna, co widać po zapiskach w kalendarzu. Z początkiem miesiąca zakończyłam sesję i przez kolejne tygodnie miałam wolne od zajęć na studiach. Skupiłam się więc na pracy, życiu towarzyskim i załatwieniu wszystkiego, na co nie miałam do tej pory czasu.


Były spotkania ze znajomymi, był chwilowy powrót do normalności. Z Marcinem poszliśmy po wielu miesiącach na basen, a także do muzeum. Spędziliśmy sporo czasu razem. Uczyłam się grać w szachy (ale czy nauczyłam? Na to chyba potrzeba połowy życia). Poznałam też inną, nową grę, tym razem słowno-karcianą. "Tajniacy" bardzo mnie wciągnęli. Szkoda, że potrzeba do tej gry aż czterech osób.

W lutym, mimo siarczystego mrozu, nie brakowało również spacerów. Podczas jednego z nich fotografowałam kłódki zakochanych do walentynkowej galerii. W poszukiwaniu miłosnych wyznań dotarliśmy aż nad Martówkę, starorzecze Wisły, które okazało się… zamarznięte. Ludzie nie tylko spacerowali, lecz także grali w hokeja na grubej tafli. I o ile zwykle uważałam chodzenie po lodzie za skrajny idiotyzm, o tyle tutaj, widząc te tłumy i bacząc na temperaturę, zdecydowałam się wejść na zamarzniętą Martówkę. To było niezapomniane doświadczenie.


W lutym wypadało też moje ulubione święto – i nie, nie chodzi o walentynki, a o Tłusty Czwartek. Pączki jadłam przez dwa dni (nie, żebym w inne dni w roku ich nie jadła). Były i wegańskie, i z bitą śmietaną, z malinami, z czekoladą…


I gdy tak sobie przyjemnie luty mijał nagle: bach! Kwarantanna. Ostatnie dni miesiąca spędziłam w domu. Więcej o kwarantannie napisałam tutaj.

Gdyby nie konieczność przymusowego siedzenia w domu (i to będąc zdrową), luty zaliczyłabym do naprawdę udanych. Choć w sumie… nadal zaliczam. Bo – mimo epidemii – wydarzyło się sporo wspaniałych rzeczy. Gdy przeglądałam telefon, przypomniałam sobie te miłe drobiazgi jak lody z gorącymi owocami i bitą śmietaną zaserwowane przez tatę, domowa pizza, zestaw biesiadny z pierogarnii (nie, to nie przypadek, że wymieniam samo jedzenie, ja naprawdę lubię jeść). Ale w lutym obserwowałam też sarenki z okna podczas mycia zębów (tzn. ja myłam zęby, nie sarenki), zjadłam pizzę w samochodzie (i znowu to jedzenie…) i wybierałam pierścionki w galerii. Do tego wyszła nowa płyta Kwiatu Jabłoni - ich koncert w Toruniu przez epidemię przekładali mi już trzy czy cztery razy. A wracając do jedzenia… To z okazji walentynek jadłam calzone. Najlepszy prezent.


Jestem ciekawa, jak będzie wyglądało podsumowanie marca. Pierwszą połowę spędziłam na kwarantannie. A co z drugą?

Trzymajcie się zdrowo!

Sara

sobota, 27 lutego 2021

Oj, działo się... styczeń 2021

 

Gdy już nawet moja mama straciła nadzieję na nowy post i przestała o niego dopytywać, wracam do Was. W końcu kwarantanna zobowiązuje, prawda? Przecież nie mogąc wychodzić z domu, ma się tyle czasu na wszystko, na co się nie miało do tej pory. Prawda?

O mojej kwarantannie opowiem Wam w ciągu najbliższych dni. Dziś chciałam podsumować… styczeń. O ile to jeszcze wypada, bo przecież lada moment kończy się luty. Ale porządek musi być. Jak więc minął mi styczeń, co robiłam i co będę dobrze wspominać?

Reportaż o bezdomnych

Styczeń rozpoczęłam pracą. Akurat mi przypadł dyżur w Nowy Rok. Ale jakoś bardzo nie narzekałam – było spokojnie. Dałam radę zrobić przerwę na mój ulubiony fragment Koncertu Noworocznego z Wiednia, czyli na Marsz Radeckiego. A jeśli o Nowościach mowa, to jako niedoszła pracoholiczka nie mogę nie wspomnieć o temacie, który realizowałam w styczniu, a który zapisał się w mojej pamięci. Tamtego dnia musiałam wstać o 4:30, aby zrobić reportaż o bezdomnych. Wraz ze strażą miejską i fotografem dotarliśmy do kilku miejsc, w których przebywają takie osoby. Było to dla mnie trudne doświadczenie. Przede wszystkim – nie miałam pojęcia, gdzie takie punkty się znajdują. Byłam też zszokowana, że niektóre z nich to właściwie prowizoryczne szałasy z kuchenkami gazowymi i świętymi obrazkami. Ci ludzie unikają noclegowni, nie zawsze przez alkohol. Chcą mieć po prostu swoje miejsce na ziemi. Nie ukrywam, że byłam wstrząśnięta tym, co zobaczyłam. Zdjęcia i tekst znajdziecie tutaj.

Niespodzianka od rektora

Nie tylko styczeń, lecz 2021 rok rozpoczęłam także wiadomością o tym, że jednak dostałam stypendium naukowe. Ktoś się nade mną zlitował na tym UMK. Trochę nie dowierzałam, w sumie nadal nie dowierzam, ale nie ukrywam, że kasa się przyda. Chociażby na przyszłe mieszkanie.

Temperatura na minusie, śnieg na plusie

Styczeń był bardzo śniegowy. A ja nie cierpię śniegu… Gdy muszę usiąść za kierownicą. Na szczęście tym razem obyło się bez wpadnięcia do rowu i bez płaczu. Dałam radę. Śnieg był towarzyszem naszych styczniowych wycieczek. Z Marcinem pojechaliśmy do Chełmży, by obejrzeć tamtejsze dekoracje. W tym samym celu wybraliśmy się też do Zamku Bierzgłowskiego. Czekaliśmy, czekaliśmy, ale światełek nie włączyli. Mimo to wycieczkę zaliczam do udanych – to była moja pierwsza wizyta na tamtejszym zamku i na pewno chętnie wybiorę się tam ponownie, wiosną, gdy drzewa w pobliskim parku się zazielenią. Ale zanim to się stanie, wróćmy jeszcze na chwilę do śniegu. W styczniu próbowałam jakoś się z nim zaprzyjaźnić. Z Marcinem zbudowaliśmy bałwana (a nawet dwa!), byliśmy też na sankach i oba doświadczenia wspominam naprawdę miło. Mogę więc powiedzieć, że śnieg jest całkiem fajny, gdy nie musisz wsiadać za kółko.



Relacje

Pisząc tego posta, przeglądałam mój kalendarz, w którym zapisuję, co miłego się wydarzyło. I w sumie to jestem w szoku, jak miły był ten styczeń. W jedną ze śród wybraliśmy się z bratem na miasto. Mieliśmy załatwić kilka spraw. Ale przy okazji wypiliśmy też burżujską kawę na wynos. A później, po powrocie do domu, jeszcze długo gadaliśmy. Brakowało mi takich dni. Przypomniałam sobie, jak popłynęliśmy z Dawidem we dwójkę do Szwecji. Zrobiliśmy wtedy ponad 20 tys. kroków w jeden dzień. Byliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi. Swoją drogą, muszę się pochwalić, bo mój brat zdał w styczniu egzamin na prawko. I to za pierwszym razem. A nawet ja zdałam za drugim.

Jednym z milszych dni w styczniu była też wizyta u babci. Nie zabrakło faworków, pączków, ciasta… Przy okazji przegrałam w karty 4,50 zł.

Mam wrażenie, że w styczniu świat na moment wrócił do normalności. Były spotkania, były wizyty… A w lutym przyszła kwarantanna. Ale o tym później. Styczeń był fajny. Luty przyniósł dużo miłego, ale przyniósł też koronawirusa. Do naszego domu.

Przez najbliższe dwa tygodnie mogę więc zapomnieć o wycieczkach, spacerach, odwiedzinach, koncertach. Doceniajcie, co macie.

Sara

piątek, 1 stycznia 2021

2020. Dobrze, że się skończył? Podsumujmy ten rok!



Wiecie co? Dopiero po zrobieniu tego podsumowania uświadomiłam sobie, że ten rok wcale nie był taki zły. Był strach, niepewność, samotność. Ale były też chwile radości. I to ich uczepiłam się najmocniej. 

A jak autko.
Moja Nancy całkiem dobrze się sprawowała w tym roku. Na weselu, pięknie przystrojona, walnęła w słup. Po raz pierwszy przejechała 400 km za jednym zamachem. Pewnie w 2021 roku będziemy musiały się pożegnać, bo to już najwyższy czas. Mam nadzieję, że znajdę coś, co godnie zastąpi mój samochodzik.

B jak Bory Tucholskie. I Kaszuby. Miało padać i w ogóle nie mieliśmy jechać. Ostatecznie na wycieczkę się wybraliśmy, a z nieba nie spadła ani kropla deszczu. Zobaczyliśmy prawdziwie odludne miejsca, miejsca przesycone tajemnicą, niektóre – zakazane (albo raczej "wchodzisz na własną odpowiedzialność"). Na pewno wrócimy w te rejony, bo jeszcze wiele jest do odkrycia.

C jak Cypr. Jedyna zagraniczna podróż w tym roku. Cypr nie skradł mojego serca, ale teraz myślę o tamtejszym słońcu z dużym sentymentem. Pewnie kiedyś wrócę na tę wyspę, bo kilku miejsc nie udało nam się zobaczyć – skupiłyśmy się na Larnace i Nikozji, nie zobaczyłyśmy natomiast zachodniego wybrzeża i słynnej plaży, w której możesz dotknąć samolotu – tak nisko przelatują.

D jak dziennikarka. 18 lutego zapisałam w swoim kalendarzu następujące słowa: „Chcą mnie do Nowości”. To wywróciło moje życie do góry nogami. Najpierw pracowałam na pół etatu, od wakacji – na pełen etat. Bywało ciężko, był stres, łzy bezradności, ale było też mnóstwo satysfakcji i radości. Od dziecka marzyłam o byciu dziennikarką i choć wyobrażałam sobie tę pracę momentami nieco inaczej, to pisanie nadal jest tym, co kocham najbardziej na świecie.

E jak epidemia. Wszystko już zostało na ten temat powiedziane. Ja dodam jedynie dwie rzeczy: mimo epidemii w tym roku było też życie. Ograniczone, inne, niekiedy przepełnione strachem. Ale gdy przeglądam zdjęcia w telefonie, wiem, że nie umarłam. A po drugie: szczepcie się. Jak przeczytałam na jednej ze stron, że pani woli jeść owoce i warzywa zamiast się szczepić, to miałam ochotę rzucić w nią pomidorem i rozgnieść brukselkę na czole.

F jak foka. W tym roku adoptowałam aż dwie foki – najpierw Christmas Cactusika, potem Eukaliptusika. Płakałam, jak foka bóbr, gdy wypuszczali je na wolność. To było piękne doświadczenie i z chęcią zostanę foczą mamą ponownie w przyszłości.

G jak gimnazjum. Stwierdziłam, że nie ma co umieszczać Marcina pod M., bo po pierwsze M. to bardzo rozchwytywana literka, a po drugie – nasza historia sięga czasów gimnazjum. Wtedy się poznaliśmy. 10 lat później zostaliśmy parą. A ja nadal mam zrzut ekranu z czasów gimnazjalnych i żywię nadzieję, że ówczesne obietnice się spełnią.


H jak Haim. Dziewczyny z Haim wydały w tym roku nową, świetną płytę. Bardzo liczę na to, że będę mogła kiedyś wybrać się na ich koncert. Jeśli chodzi o muzyczne podsumowanie tego roku, to bardzo podobały mi się też płyty Dua Lipy, Lanberry, Sanah. W tym roku słuchałam też sporo Shawna Mendesa, 5 Seconds of Summer – kupiłam nawet bilety na ich koncert. Rzecz jasna w minionych miesiącach towarzyszyła mi też Taylor, o czym poniżej. Oraz… sporo disco polo.

I jak Instagram. Stwierdziłam, że wypada umieścić aplikację w tym podsumowaniu, bo pozwoliła mi przypomnieć sobie miłe chwile z tego roku. Na Instagramie publikowałam dość nieregularnie – czasami kilka dni z rzędu, czasami robiłam sobie parę tygodni przerwy. Instagram zyskał też dla mnie drugą funkcję – edukacyjną i inspiracyjną. Znajdowałam tam sporo pomysłów na tematy do pracy (oczywiście nie tej magisterskiej) i wiele się dowiedziałam. Jeśli ciekawi Was, jakie profile śledzę regularnie, moje top3 to: @kasia_coztymseksem, @szafasztywniary, @joannaglogaza.

J jak Jordanki. Co prawda wydarzeń w tym roku w Jordankach była garstka – przez większą część roku instytucje kultury były zamknięte albo nie działały w pełnym zakresie – to w styczniu i w marcu udało mi się jeszcze uczestniczyć w kilku koncertach, a nawet w balu. Był taki moment w roku, że zastanawiałam się, czy podpisywać umowę na kolejne 12 miesięcy. Czy dam radę połączyć to z pracą na pełen etat? Ale stwierdziłam, że za bardzo lubię CKK Jordanki.


K jak kotek. Moje Słońce skończyło w marcu rok. Teraz waży 5 kg. I choć często bywa francuskim kotkiem, zamiast brytyjskim, to kocham go nad życie. Wiem, że czasami, zaaferowana pracą, nie poświęcam mu tyle czasu, ile powinnam. Ale mam nadzieję, że jest szczęśliwy w naszym domu. Rodzice twierdzą, że tak – inaczej nie spałby w tak wymyślnych pozycjach.

L jak Lubuskie. To była wspaniała podróż. Miałam dwa dni wolnego w pracy, więc pojechaliśmy z rodzicami do oddalonego o 400 km Parku Mużakowskiego. Zwiedziliśmy też Park Krasnala, Zieloną Górę, a przede wszystkim zobaczyliśmy kolorowe jeziorka. Dlaczego tam jeszcze nie ma tłumów?

Ł jak łono natury. Wydaje mi się, że nie tylko ja doceniłam w tym roku bliskość przyrody. W czasie wiosennego lockdownu chodziliśmy do lasu, a gdy tylko pojawiła się możliwość wyjazdu, szukaliśmy miejsc, w których nie będzie tłumów. Nie ciągnęło nas do miast. Gdy myślę o podróżach zagranicznych, bardziej uśmiecha mi się teraz Norwegia i Islandia niż wielkie metropolie.

M jak magisterka. Spędzała mi sen z powiek. A potem pod tymi samymi powiekami pojawiały się łzy. Czułam bezsilność na myśl o tym, że muszę napisać magisterkę. Nie wiedziałam, jak zabrać się za tak długą formę i to jeszcze naukową. Nie jestem naukową dziewczyną. Ufam nauce, wierzę w nią, ale przeglądanie prac badawczych nigdy nie stanie się pasją. Miałam też sporo problemów i niedomówień z promotorką. 30 grudnia w końcu wysłałam część teoretyczną. W przyszłym roku zamierzam się obronić. Serio. I zamknąć ten okropny rozdział pt. Studia.

N jak niezrealizowane cele. Napisałam na ich temat cały post. Ale wiecie co? Nie narzekam. Patrzę na to podsumowanie i widzę, że ten rok nie był tak straszny, jak mi się wydawało.  I przede wszystkim już po zakończeniu 2020 roku okazało się, że jeden cel udało mi się spełnić. Dostałam stypendium! Mimo że próg wynosił 4,80, a moja średnia 4,79. 

O jak opakowanie na wynos. Gdy przejrzałam swój kalendarz, znalazłam w nim pełno notatek w stylu "kupiłam pączki", "przywiozłam ciasto", „zamówiliśmy jedzenie w Widelcu”. Prawdopodobnie nigdy nie jedliśmy tak często dań restauracyjnych w zaciszu naszego domu. I nie tylko domu. W tym roku, przez zamknięcie restauracji, zdarzyło mi się jeść pizzę w samochodzie i w parku. Smakowała wybornie. Tęsknię bardzo za wizytami w kawiarni, choć kasztanowa latte na wynos również jest niczego sobie.


P jak puzzle. Pomogły mi odpocząć, zrelaksować się i nie zasnąć podczas nudnych wykładów. Ale nadal nie odważyłam się na więcej niż 1000 kawałków.

R jak rzeka. Wisła i Drwęca. W rytmie tych rzek płynął mój miniony rok. Sekretnych miejscówek nad Wisłą odkryłam w tym roku więcej niż przez całe moje życie. Po wielu latach wybrałam się na spływ kajakowy Drwęcą. Chciałabym to powtórzyć w przyszłym roku.

S jak Stawy Przysieckie. Piękne miejsce, które poznałam dzięki Weronice. Opisałam je w Nowościach, dzięki czemu dowiedziały się o nim kolejne osoby, za co otrzymałam później podziękowania. To właśnie na Stawach Marcin zapytał mnie, czy pójdę z nim na wesele. A wiecie, jak ja nienawidziłam wesel. Teraz zastanawiam się, czy przypadkiem własnego nie urządzać.

T jak Taylor. Dwie płyty w jednym roku. Taylor ratowała ten epidemiczny czas, jak mogła. Gdybym miała wybrać, to wolę Evermore od Folklore, ale obie płyty są czymś kompletnie nowym, a jednocześnie mam wrażenie, jakbym słyszała na nich starą, country Taylor.

U jak urodziny. Czy to nie dziwne dawać urodziny do podsumowania roku? Ale tegoroczne były wyjątkowe. Zorganizowane w czasie pandemii – na szczęście żadne z nas nie było chore ani się nie zaraziło. Wszyscy dobrze się bawili, choć część towarzystwa wcześniej się nie znała. Brzuchy bolały nas ze śmiechu. A ja miałam na sobie tego dnia moją pierwszą i jak dotąd jedyną rzecz z Riska.

W jak wycieczki. Stwierdziłam, że nie mogę każdej podróży dawać osobnej literki, bo powstałoby z tego wycieczkowe podsumowanie roku. O dziwo, choć wyprawa zagraniczna była tylko jedna, to moje okolice zwiedziłam prawie że wzdłuż i wszerz. Z Marcinem byliśmy w Inowrocławiu, w Pakości, w Chełmnie, Golubiu-Dobrzyniu, Gniewie, Kwidzynie, Okoninie, na Kaszubach i w Lubelskiem (z małym wypadem do Świętokrzyskiego – po drodze widzieliśmy protest rolników. I jednego pana na traktorze, który się na strajk spóźnił). Z rodzicami wybraliśmy się do wsi Brzózki obejrzeć murale inspirowane dziełami Van Gogha, do zoo w Borysewie zobaczyć białe lwy i do parków w Arkadii i Nieborowie, aby po prostu odpocząć od siedzenia w domu.

Ząb. A na koniec czarny humor. Od kilku lat (no dobra, od gimnazjum, to trochę więcej niż kilka – przeraża mnie to) zapisuję miłe rzeczy, które dzieją się danego dnia. W tym roku byłam w tym wyjątkowo nieregularna, ale jednak trochę notatek się w kalendarzu pojawiło. Jedną z najśmieszniejszych jest zdecydowanie "dentystka wypełniła mój ząb białą plombą". Kurtyna.

 

Życzę Wam, żebyście w nowym roku czerpali radość nawet z najmniejszych rzeczy. 

Sara