Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przyszła pani psycholog i poszła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przyszła pani psycholog i poszła. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 lipca 2021

Jak zostałam magistrem psychologii

Stało się. Po pięciu latach męki zostałam magistrem (lub też jak kto woli – magistrą) psychologii. Trochę nie dowierzam, trochę czuję ulgę, a trochę dziwię się, bo myślałam, że euforia będzie większa. Spróbuję w kilku akapitach podsumować tę wyboistą drogę.

Zaczęło się od wahania. To nie zwiastuje nic dobrego. W liceum wahałam się, w którą stronę iść. Dziennikarstwo? A może coś bardziej społecznego? Byłoby fajnie móc pomagać ludziom. W głowie miałam pedagogikę specjalną, bo psychologii nie było wtedy jeszcze w Toruniu. Aż tu nagle… bach. Kilka miesięcy przed moją maturą ogłaszają nowy kierunek na UMK. Składam papiery na dziennikarstwo i nowo otwartą psychologię. Dostaję się na oba kierunki, ale mogę wybrać tylko jeden. Stawiam na psychologię i szybko zaczynam żałować swojego wyboru.

Już mniej więcej po pół roku przekonuję się, że psychologia nie jest dla mnie. Że jest w niej zbyt dużo biologii i medycyny. Że moja odpowiedź:

- Dlaczego poszłaś na psychologię?

 – Bo chcę pomagać ludziom.

wcale nie jest oryginalna. Tak odpowiada większość. Ale tylko mniejszość się do tego nadaje. Ja zdecydowanie nie, co odkryłam dość szybko. Ledwo radziłam sobie z własnymi problemami, jak więc mogłabym wziąć na barki jeszcze czyjeś?

Dość szybko wpadłam jednak w pułapkę utopionych kosztów i po jednym semestrze już szkoda było mi rzucić te studia. Mówiłam sobie, że skończę je, a poza tym od drugiego/trzeciego/czwartego roku, rozpocznę dziennikarstwo. Oczywiście ostatecznie nic takiego nie nastąpiło, ale dziennikarką i tak zostałam. Psycholożką też, ale tylko na papierze.

Studia niesamowicie mnie uwierały. Irytowało mnie to, że zaczęłam wyszukiwać sobie choroby i zaburzenia. Zmieniłam się. Gdy kwestionariusze psychologiczne pokazały mi, że jestem neurotyczna, ja w to uwierzyłam. I myślałam, że tak już musi być. Dopiero terapia pokazała mi, że zmartwienia nie są częścią mnie.

Im dalej w las, tym było… trudniej. Chociaż stypendium dostawałam co roku. Miałam jedną z najwyższych średnich na kierunku. Co za ironia. 

Na czwartym roku dowaliłam sobie jeszcze pracę w Nowościach, najpierw na pół etatu, na piątym roku – na cały etat. Pandemia w pewien sposób pomogła mi przetrwać, bo dzięki temu, że i studia, i praca były zdalne, mogłam połączyć te dwa elementy życia. Choć i tak bywało trudno. Miałam chwile załamania. Płakałam. Myślałam, że nie dam rady. Gdyby rodzice i Marcin, nie wiem, czy nie rzuciłabym tych studiów 12345 razy. Nie wiedziałam, czy napiszę tę magisterkę. Ale zawzięłam się. Napisałam. I to przed założonym sobie terminem.

Pod koniec musiałam już brać urlopy i zwolnienia, bo było serio ciężko, również psychicznie. Ale podołałam. Najpierw napisałam, a potem obroniłam pracę magisterską na 5.

Gdy wyobrażałam sobie obronę jakieś dwa, trzy miesiące temu, widziałam, jak płaczę. Jak schodzi ze mnie ciężar tych pięciu lat. Może ta wizja pomogła mi przetrwać. Tyle że w rzeczywistości płaczu nie było. Pojawiła się dziwna obojętność. To już koniec. Przetrwałam. Jestem magistrem.

Pójście na te studia postrzegam jako jedną z najgorszych decyzji w moim życiu. Psychologia nie jest dla każdego, a na pewno nie jest dla mnie. Nie oznacza to, że czasami nie zalatuję psycholożką i nie wydobywa się z moich ust psychologiczny bełkot. Te studia zmieniają człowieka i jego sposób patrzenia na świat.

Czasami myślę sobie, co by było, gdybym poszła na dziennikarstwo. Przecież pisanie to coś, co kocham. Czy wiodłabym teraz takie samo życie? W końcu i tak pracuję jako dziennikarka...

Teraz już nie mam jednak, czego żałować. Przetrwałam. Czegoś się nauczyłam. I tyle.

Czas rozpocząć nowy etap.

W kolejnym poście opowiem Wam o mojej pracy magisterskiej, bo dotyczyła ona psychologii tylko częściowo. Jej głównym bohaterem jest… Toruń. Moje miasto.

Trzymajcie kciuki, bym może teraz podejmowała lepsze decyzje, co?

Sara

niedziela, 27 grudnia 2020

Jak 10 tysięcy złotych przeszło mi koło nosa


Dziś będzie post pełen goryczy. Muszę się trochę wyżalić pod koniec tego roku, aby nowy rok rozpocząć – nomen omen - bez żalu.

Ostatnio 10 tysięcy złotych przeszło mi koło nosa. Było bardzo blisko mnie. Dzieliło nas zaledwie 0,01. Czego? Inteligencji? Pracy? Mądrości? Bystrości? A może… szczęścia?

Nie jest żadną tajemnicą, jak bardzo nienawidzę moich studiów. Zawsze powtarzam, że do końca życia będę żałować, że nie rzuciłam ich po pierwszym semestrze. Teraz został mi już tylko jeden semestr do końca. Często sobie wyobrażam, jak po obronie płaczę ze szczęścia, że to już koniec. Ale do tych łez jeszcze pół roku.

A tymczasem mam za sobą inne łzy. Rozczarowania, smutku i niesprawiedliwości.

Mimo że nie cierpię swojego kierunku i tych studiów, po I roku nauki dostałam stypendium. Po II też. Po III także. Raz byłam nawet najlepsza na całym kierunku. Nie pytajcie mnie, jak to możliwe, to chyba ta nienawiść mnie napędzała. Czułam, że potrzebuję pewnego rodzaju rekompensaty. Że skoro studia nie dają mi radości, to niech dadzą mi chociaż coś innego. Coś, za co niekiedy można kupić radość. Pieniądze.

I tak oto przez ostatnie lata otrzymywałam różne kwoty. Czasami było to stypendium za średnią 4,05, czasami za 4,79. Zaczęłam wpisywać punkt „dostać stypendium naukowe” na liście moich celów na dany rok. To miało mnie motywować do nauki. Skoro zabrakło motywacji wewnętrznej, niech będzie chociaż ta zewnętrzna.

Uczyłam się, bo chciałam mieć pieniądze na realizację moich marzeń. Na podróże, na książki, na nowe doświadczenia.

W tym roku stypendium nie dostałam. Początkowo moja szansa była całkiem niezła i według usosa wynosiła 94 procent. Później zaczęła spadać. W końcu zatrzymała się na 90,7 procent. I już nie chciała się zmienić. Byłam więc na krawędzi, nie wiedziałam tylko, czy się podniosę, czy spadnę w otchłań.

Stypendium zawsze dostawało 10 procent najlepszych studentów danego kierunku. W tym roku zauważyłam jeszcze jeden przepis: jeśli liczba przyznanych stypendiów na danym kierunku miałaby przekroczyć 10 procent, wówczas świadczenie otrzyma 8 procent studentów. No i chyba ten punkt dopadł mój kierunek.

Opublikowano progi. Na psychologii wyniosły one 4,80. Moja średnia to 4,79. Stypendium nie dostałam. A w tym roku kwota była najwyższa od wielu lat.

I niby to tylko pieniądze. Mam co jeść i w co się ubrać, nie były mi niezbędne. Oczywiście 10 tys. przydałoby się na przyszłe mieszkanie/wesele/podroż po Europie/wkład własny do kredytu (niepotrzebne skreślić). Bardziej chyba boli mnie taka niesprawiedliwość. Że uczyłam się, by dostać nagrodę, nagrody nie dostałam, więc po co się uczyłam, skoro to i tak mnie niezbyt interesuje. I że mogłam się mniej uczyć. Poświęcić czas na coś innego.

Oczywiście boli mnie też to, że tak mało zabrakło, że w zeszłych latach dostawałam stypendium, mając niższe średnie. I ktoś mógłby mi powiedzieć: trzeba było się więcej uczyć i angażować w konferencje, i robić badania naukowe, to wtedy naprawdę zasłużyłabym na stypendium.

No cóż. Nie zasłużyłam.

A w przyszłym roku stypendium już mi przysługiwać nie będzie. Bo będę magistrem. Magistrą. Oby!

I po co mi same piątki?

Sara

sobota, 30 listopada 2019

Psychologia: jak wygląda specjalizacja społeczno-środowiskowa?



Ostatnio mój brat zapytał mnie, dlaczego badam toruńskie przystanki. O dziwo, jest to związane z moimi studiami. A jak wiecie, studiuję psychologię. Stwierdziłam, że dobrze będzie opowiedzieć trochę więcej o specjalizacji, jaką wybrałam i pokazać Wam, że psychologia to coś więcej niż choroby.

Psychologia w powszechnej świadomości to przede wszystkim kozetka i coaching. Mnie słuchanie o wszelkiego rodzaju zaburzeniach podczas zajęć na studiach okropnie dobiło. Gdy przyszło więc do wyboru specjalizacji, nie wahałam się ani chwili. Psychologia kliniczna odpadała, bo nie miałam już siły słuchać o chorobach. Neuropsychologia nigdy mnie nie fascynowała – rezonans magnetyczny i inne metody badania mózgu wydawały mi się czarną magią. Z kolei psychologia zwierząt jawiła mi się jako najbardziej obca. Gdy wybieraliśmy specjalizację, nie miałam nawet własnego pupila. Nie wyobrażałam sobie, by pracować całe życie ze zwierzętami, do tego według mnie trzeba mieć powołanie. Postawiłam więc na specjalizację społeczno-środowiskową. Gdy poznaliśmy program zajęć, niektórzy śmiali się, że będziemy studiować geografię, prawo, turystykę, ekologię, tylko nie… psychologię. Mnie to akurat pasowało.

Zacznijmy od pierwszego członu. Psychologia społeczna to bardzo szeroka dziedzina. Zajmuje się ona zachowaniami ludźmi w różnych sytuacjach. Brzmi dość ogólnie. Chodzi tutaj głównie o rozmaite procesy międzygrupowe, o to, jak postępujemy w relacjach z innymi osobami. Psycholodzy społeczni zajmują się m.in. psychologią polityki, moralności, władzy, a nawet… ekologią.

A co z drugim członem? Psychologia środowiskowa to stosunkowo młoda dziedzina. Przygląda się ona związkom człowieka z miejscem, z otoczeniem oraz temu, jak człowiek oddziałuje na środowisko, a ono na niego.

Jakie zajęcia mamy na specjalizacji społeczno-środowiskowej?

Obecnie w naszym planie znajdują się takie przedmioty jak psychologia prośrodowiskowa, na której rozmawiamy o ochronie środowiska, o tym, dlaczego niektórzy ludzie wierzą w ocieplenie klimatu i co zrobić, by kampanie ekologiczne docierały do większej liczby osób.
Mamy również wykład z wprowadzenia do psychologii środowiskowej, na którym rozmawiamy o miejscu, mieście i wpływie otoczenia na ludzką psychikę.

W planie umieszczono także zajęcia z zaawansowanej psychologii społecznej. Na wcześniejszych latach studiów mieliśmy już różne elementy psychologii społecznej, teraz ta wiedza jest pogłębiana i poszerzana. Rozmawiamy o poglądach politycznych, procesach grupowych, a nawet religii.

Jednymi z najciekawszych zajęć (choć jednocześnie odbywającymi się w dość dziwnej formie) są metody badań środowiskowych. Prowadzą je psycholożki, które na co dzień pracują w zawodzie. Zajmują się tym, by Warszawa była jak najbardziej przyjazna dla mieszkańców, by miejsca spełniały swoje funkcje. Badają więc różne obszary, osiedla, parki czy przestrzenie na uniwersytecie. Wszystko po to, by sprawdzić, czego potrzeba ich użytkownikom. I właśnie w ramach tych zajęć badałam toruńską Aleję Solidarności. Sprawdzałam, czy spełnia ona cechy dobrego węzła komunikacyjnego. W tym celu robiłam różne dziwne rzeczy np. liczyłam, ile ludzi siedzi na ławkach albo prosiłam kogoś, by znalazł bankomat lub toaletę. Szkoda tylko, że badania robiliśmy akurat jesienią, gdy było zimno i nieprzyjemnie. Ale jestem bardzo ciekawa wyników.

Co czeka mnie w kolejnych semestrach? Psychologia miasta, psychologia tożsamości, a nawet zajęcia o przywołującej uśmiech na twarzy nazwie „bezpieczeństwo w mieście”. Będziemy poznawać także różne nowe technologie stosowanych w badaniach takie jak wirtualna rzeczywistość, eyetracking, a nawet latanie dronem.

Na V roku (mam nadzieję, że dotrwam) czekają nas takie zajęcia jak psychologia moralności, psychologia stosunków międzygrupowych, a także kurs negocjacji i mediacji. W ostatnim semestrze przyjrzymy się powiązaniom psychologii z prawem, będziemy musieli również przygotować projekt miejski.

Tym postem chciałam Wam pokazać, że psychologia to nie tylko depresja i schizofrenia. To nie tylko motywacja i podwyższanie samooceny. To także bardzo praktyczne, życiowe i dotyczące nas wszystkich zagadnienia.

Powiem Wam, że możliwość wyboru takiej specjalizacji spowodowała, że jest mi troszkę łatwiej wytrwać na tych studiach. Co nie oznacza, że nie wyczekuję z niecierpliwością ich końca.

Dajcie znać, co sądzicie o psychologii środowiskowej. Myślicie, że jest potrzebna?
Sara

środa, 23 stycznia 2019

Sesja egzaminacyjna: czy stanowi zagrożenie dla życia studenta? Opowieści z życia wzięte


Sesja stanowi zagrożenie dla życie studenta. Teraz to wiem. Kiedyś wydawało mi się, że zdarzenia, które mają miejsce akurat w okresie okołosesyjnym to zbiegi okoliczności. Myliłam się.

Sesja nr 1: Pierwsza sesja sama z siebie wiąże się z ogromnym stresem. Aby go sobie nie dokładać, postanowiłam nie jechać na egzamin samochodem. Śniegu sporo, nie chciałam więc kusić losu, tym bardziej że dopiero co kupiłam swój pierwszy samochód. Ruszyłam pieszo na przystanek autobusowy. Gdy byłam już naprawdę blisko… potknęłam się, przewróciłam i skręciłam kostkę. Przy okazji robiąc sobie dziurę w spodniach. Wpadłam w płacz, ale zdecydowałam jechać na egzamin ze wstępu do psychologii. Jakimś cudem dotarłam do sali z potwornie bolącą kostką i wypełniłam test. Dopiero potem pojechałam do szpitala, bo kostka przestała mieścić się w bucie. Ale egzamin zdałam.

Sesja nr 2: Był czerwiec, słonko przyjemnie grzało. Czekał mnie egzamin z psychologii poznawczej. Zaparkowałam tam, gdzie zawsze, czyli na darmowym parkingu przy Cinema City. Było kiepsko z miejscami, ale nie poddawałam się. Cierpliwie czekałam, aż jeden pan wyjedzie z uliczki, a on… niespodziewanie wjechał prosto we mnie. A raczej w tył mojej zielonej Nancy. Ja wpadłam w płacz, bo była to moja pierwsza stłuczka. Nic nikomu się nie stało (oprócz Nancy rzecz jasna), ale ja i tak nie mogłam się uspokoić. Nie wiem, czy bardziej stresowałam się tym całym wydarzeniem, czy tym, że nie zdążę na egzamin. Trzeba było przecież spisać nr ubezpieczenia itp. Na szczęście nie spóźniłam się. Za to jakie było moje zaskoczenie, gdy w trakcie egzaminu do sali wszedł… mój tata, by przekazać mi dokumenty, które mu zostawiłam. Chyba wszyscy byli równie zdziwieni. Egzamin zdałam.

Sesja nr 3: Ble, znowu zima. Na szczęście śniegu niewiele. Wsiadłam w samochód. Zaparkowałam nie gdzie indziej niż na parkingu przy Cinema. Swoją drogą nadal tam zostawiam auto. Straszna masochistka ze mnie, prawda? Z parkingu droga na wydział niedaleka. Myślicie, co może się wydarzyć w czasie krótkiego spaceru? Ano na przykład starszy pan może nagle upaść na przejściu dla pieszych. A ja będę tą, która zadzwoni po pogotowie. Chyba pierwszy raz w życiu. Panu raczej nie stało się nic poważnego, bo po chwili się ocknął. Nie mogłam jednak zaczekać z nim na przyjazd karetki, bo… bałam się, że spóźnię się na egzamin! Zostawiłam go pod opieką innych przechodniów. O dziwo, nie pamiętam, na jaki egzamin szłam, ale chyba go zdałam. Pamiętam za to, że starszy pan niósł wielki obraz.

Sesja nr 5, prolog: Śnieg. To jedno słowo powinno wystarczyć. Śnieg to dla mnie synonim stresu, strachu i niebezpieczeństwa. Nie cierpię śniegu. Tego dnia zamiast stresować się egzaminem z wyobraźni, z niepokojem patrzyłam na zwiększającą się warstwę śniegu. W samochód jednak wsiadłam. Ale wzięłam ze sobą tatę. Wystarczyły dwa kilometry, bym najpierw wpadła w poślizg, a następnie wpadła w mały rów przy jezdni. Nikt nie ucierpiał, ja jednak nie byłam w stanie dalej prowadzić. Tata zawiózł mnie na egzamin i z niego odebrał. Co ciekawe, był to pierwszy atak tej zimy w Toruniu, miasto było sparaliżowane, a wszyscy poruszali się 20 km/h. Egzamin zdałam na piątkę.

Sesja nr 5: Niebawem się zacznie. Ja tymczasem zajmuję się głównie leżeniem. Czasami dla odmiany siedzę. Wyrok lekarza brzmiał: zapalenie zatok z przerzutami na gardło. Antybiotyk na siedem dni. Zapytałam rodziców, czy może zechcieliby poczytać mi teksty z psychologii osobowości na głos, skoro ja ledwo widzę na oczy. Pokonała ich jednak wielkość, a raczej małość, czcionki.

I niech nikt mi nie mówi, że sesja egzaminacyjna nie stanowi zagrożenia dla zdrowia studenta.
Sara

poniedziałek, 16 lipca 2018

Mity psychologiczne panujące w społeczeństwie


Zawód psychologa wciąż jest w Polsce owiany pewną tajemnicą. Ludzie wstydzą się chodzić do psychologa, wstydzą się o tym mówić. Co więcej, istnieje wiele mitów i sprzecznych opinii na temat dziedziny, jaką jest psychologia. 

O ile nie do końca jestem przekonana, że psychologia to coś, czym będę się zajmować do końca życia, o tyle propagowanie wiedzy psychologicznej wydaje mi się czymś niezwykle ważnym.
Dla moich znajomych z roku informacje zawarte w tym poście będą oczywiste. Ale dla większości społeczeństwa niestety nie. I myślę, że warto z tym walczyć.

Psycholog vs. psychiatra? Czy można używać tych pojęć zamiennie?
Nie, nie, nie! Nigdy. Oczywiście psychiatra może być też psychologiem, a psycholog psychiatrą. Psychiatra to osoba, która ukończyła studia medyczne. Jasne, o psychologu często mówi się, że leczy duszę, ale w rzeczywistości nie może on przepisywać żadnych leków – w przeciwieństwie do psychiatry. Psychiatra leczy np. takie zaburzenia psychiczne jak schizofrenia, Alzheimer, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Natomiast psycholog często towarzyszy w leczeniu, jednak nie przepisuje leków. Jeśli czujemy się przygnębieni, wiecznie zmęczeni, nie mam chęci do życia, najpierw kierujemy się do psychologa (a najlepiej to najpierw do endokrynologa, by zbadać poziom hormonów), a nie do psychiatry.

Czy każdy psycholog jest psychoterapeutą?
Nie. Powiem Wam, że po 5 latach studiów psychologicznych wielu rzeczy psycholog robić nie może. Nie może chociażby prowadzić psychoterapii, czyli długotrwałej terapii. Aby zostać psychoterapeutą, należy ukończyć specjalną szkołę, która trwa kilka lat (a nauka tam kosztuje kilkadziesiąt tysięcy).

Czy Freud to najbardziej znany psycholog?
Coś mi się zdaje, że gdyby poprosić przeciętnego Polaka, aby wymienił znanego psychologa, większość odpowiedziałaby: Freud. To w sumie przykre – szczególnie dla psychologów, gdyż Freud… nie był psychologiem. Był lekarzem, twórcą psychoanalizy, a więc – psychoanalitykiem. A psychoanaliza to nie psychologia! Zdradzę Wam, że my uczymy się o Freudzie jedynie w kontekście historii, że ktoś taki był, stworzył psychoanalizę. Jednak korzystanie z metod wypracowanych przez Freuda nie jest mile widziane, gdyż nie są one oparte na rzetelnych badaniach empirycznych. A zatem jeżeli zauważycie gdzieś ogłoszenie o terapii psychoanalitycznej, raczej odpuśćcie.

Czy depresja to widzimisię?
Niestety w społeczeństwie nadal panuje przekonanie, że wystarczy kogoś kopnąć w tyłek, powiedzieć mu, żeby się ogarnął i to wystarczy, by pokonać zaburzenie psychiczne. Ludzie sądzą, że jak ktoś nie ma siły wstać z łóżka, nie widzi sensu w wykonaniu jakiejkolwiek czynności, chociażby umyciu się, to są jego widzimisię. Niektórzy twierdzą, że można to pokonać samemu siłą woli. Warto zapamiętać raz na zawsze, że zaburzenia psychiczne to choroby. Jeżeli ktoś ma raka, grypę, zapalenie płuc, nie mówimy mu, żeby wziął się w garść. Idziemy do lekarza, podajemy leki. Tak samo jest z zaburzeniami psychicznymi. One nie są wymysłem. To zmiany w mózgu są odpowiedzialne za zaburzenia afektywne (nastroju), neurodegenaracyjne, schizofrenię, zaburzenia odżywania czy zaburzenia lękowe.

Mitów tych jest oczywiście więcej. Jeśli temat Was zaciekawił, dajcie znać!
Sara

czwartek, 4 maja 2017

"Wiedziałam to wcześniej!" - czyżby? #3



Jak rozpoznać kłamcę? Osoba mijająca się z prawdą zerka w lewo, mówi szybciej…. Guzik prawda. Po spotkaniu z panią doktor specjalizującą się w psychologii kłamstwa chciałabym Wam zdradzić kilka wskazówek, jak rozpoznać osobę kłamiącą i jak… samemu wypadać na bardziej wiarygodnego człowieka. ;)
Bardzo często spotykamy się w rozmaitych magazynach i artykułach internetowych ze stereotypowymi wskaźnikami kłamania. Są to subiektywne wskaźniki i, niestety, nieprawdziwe. Udowodniły to liczne badania. Eksperymenty pokazały również, jakie są prawdziwe wskaźniki kłamania. Jednak, co ważne, żaden z nich nie daje nam 100% pewności, że ktoś kłamie. Co to oznacza? Jeśli zwrócimy uwagę na to, że ktoś mówi bardzo ogólnikowo, wcale nie musi kłamać. Może, ale nie musi.
Jakie są więc rzeczywiste składniki, które mogą oznaczać, że ktoś kłamie? 
- dłuższa latencja odpowiedzi (ale niekoniecznie częstsza). To znaczy, że jeśli ktoś zada nam pytanie, my nie odpowiadamy od razu.
- ogólnikowość. Jeśli ktoś nie podaje zbyt wielu szczegółów, być może kłamie.
- mikroekspresje. Bardzo trudno je zauważyć. To ekspresje, nad którymi nie możemy panować np. pojawianie się drobnych zmarszczek u nasady nosa. Mikroekspresje pojawiają się wtedy, gdy myślimy o czymś innym i mówimy coś innego.
- rozszerzone źrenice. To kolejna trudna do zauważenia oznaka…
- podwyższony ton głosu. Jednak nieznacznie. Nie z basu do tenoru. ;)
- nieprzyznawanie się, że coś pamiętamy. Już wyjaśniam: jeśli ktoś kłamie, prawdopodobnie rzadko kiedy będzie używał czasownika "pamiętam…". 
- brak spontanicznych poprawek w słowach
mniej ilustratorów, ruchów rąk i gestykulacji

Jak przyłapać kłamcę?
Przede wszystkim musimy upewnić się, że powyższe wskaźniki nie są związane z czymś innym. Ktoś może przecież mieć podwyższony ton głosu, bo jest zdenerwowany albo odpowiadać po dłużej chwili, gdyż odczuwa zmęczenie. Istotny jest fakt, że powyższe wskaźniki pojawiają się przy dużych, stresujących nas kłamstwach. Kiedy mąż odruchowo odpowiada żonie, że ładnie wygląda (chociaż ta nowa fryzura w ogóle mu się nie podoba), powyższe wskaźniki nie wystąpią. Jeżeli mamy pewne podejrzenia co do tego, że osoba, z którą rozmawiamy, mija się z prawdą, zadawajmy jej jak najwięcej pytań. Nawet takich samych. Nasz rozmówca – jeśli kłamał – może zacząć się plątać, podawać sprzeczne informacje.
 
A teraz mity na temat kłamania. Jakie zachowania i gesty wcale nie znaczą, że ktoś kłamie?
- patrzenie w lewo/w prawo/prosto w oczy,
- mówienie szybciej,
- podawanie dużej liczby szczegółów,
- zakrywanie ust,
- poprawianie włosów,
- dotykanie twarzy,
- czerwienienie się. 
W gruncie rzeczy to smutne, że wystarczy wpisać w Google "jak rozpoznać kłamcę" i wyskoczy nam pełno pseudonaukowych artykułów, w których pojawiają się te nieprawdziwe wskaźniki…. Przyznam Wam się, że ja też przez całe życie dałam się nabierać na te subiektywne oznaki. Ale badania jasno podważyły ich rzetelność.
Dajcie znać, czy chcecie więcej takich psychologicznych postów!
Uściski
Sara

sobota, 4 marca 2017

"Wiedziałam to wcześniej!" - czyżby? #2


To były ostatnie ćwiczenia ze wstępu do psychologii. Bardzo nie chciałam na nie iść, ale bardzo musiałam. Nie miałam już więcej nieobecności do wykorzystania.
Nikt nie miał tego dnia prezentacji, co powodowało ogólną panikę – pani profesor będzie pytać! Tak się nie stało. Puszczono nam blisko dwudziestominutowe nagranie z wypowiedzią psycholog poznawczej, Elizabeth Loftus. Badaczka podzieliła się na TED Talks swoimi spostrzeżeniami na temat fałszywych wspomnień. Filmik mnie zaciekawił, można by zaryzykować stwierdzenie, że wręcz zafascynował. To, o czym mówiła Loftus, było i szokujące, i niewiarygodne, i… bardzo smutne. Na potrzeby tego wpisu przeczytałam artykuł omawiający dokładnie kilka badań Elizabeth Loftus (to absurdalne – nie sięgnęłam po tekst przed zajęciami, ale przed zredagowaniem posta na bloga.) Temat naprawdę mnie zaintrygował – mam nadzieję,  że i Was skłoni do choć chwilowego zastanowienia.

Słyszeliście kiedyś termin fałszywe wspomnienia? A może byliście przesłuchiwani lub po prostu oglądaliście program "Anna Maria Wesołowska" w telewizji?
Znana psycholog w swoich badaniach udowodniła, że to, co ludzie mówią na temat zdarzenia, które widzieli, nie jest dokładnym odwzorowaniem tego, co w rzeczywistości się wydarzyło. I nie chodzi tu o świadome kłamstwo, lecz o wspomnienie – rekonstrukcję zdarzenia. Kiedy opowiadamy o czymś, czego byliśmy naocznymi świadkami, to wykorzystujemy zdobyte później informacje, inne wspomnienia itd. Takimi samymi ludźmi jak my są zeznający w sprawach karnych. Loftus w nagraniu opowiada o sytuacjach, w których niewinny człowiek został skazany tylko dlatego (właśnie dlatego?), że ofiara czy świadek zdarzenia twierdzili, że to jego widzieli na miejscu zbrodni. Tymczasem ich wspomnienia były fałszywe. Loftus zwraca również uwagę na sposób formułowania pytań w sądzie czy na policji. Jest istotna różnica między: "Czy widział pan pistolet? a "Czy widział pan ten pistolet?" Drugie pytanie jest sugerujące – wskazuje na to, że jakiś pistolet w rzeczywistości był obecny.

Trudno w jednej notce streścić najważniejsze dokonania amerykańskiej badaczki. Wspomnę jeszcze o fałszywych presupozycjach. Brzmi przerażająco, wiem. Niestety takimi presupozycjami posługują się na co dzień sędziowie, prawnicy czy policjanci. Kiedy pytają: "Ile osób siedziało w samochodzie z obcymi tablicami rejestracyjnymi?" osoba przesłuchiwana może dodać do swoich zeznać informację, że widziała samochód z obcymi tablicami rejestracyjnymi, gdy w rzeczywistości takiego pojazdu nie było. Inny przykład. Na sali wykładowej znajduje się 10 osób. Kiedy badanym zadamy później pytanie: "Czy na sali wykładowej, w której siedziało 8 osób, wypowiadał się mężczyzna?", to wiele osób stwierdzi potem, że w pomieszczeniu obecnych było 8 osób.

Zachęcam Was bardzo do obejrzenia filmiku z Elizabeth Loftus (są polskie napisy). Badaczka opowiada o swoich działaniach ciekawiej niż wielu wykładowców. ;) Oprócz tematu fałszywych wspomnień porusza problem rzekomo wypartych wspomnień (ktoś twierdzi, że był w przeszłości molestowany, ale wyparł to wspomnienie, i dopiero niedawno sobie o nim przypomniał). Loftus udowadnia w swoich badaniach, dlaczego takie działanie nie jest możliwe. Badaczka przyznaje, że była szykanowana, a nawet sądzona w związku z jej stanowiskiem i wynikami badań. Polecam jej wystąpienie w czasie TED Talks – nie będziecie żałować, a może ten temat zainteresuje Was tak jak mnie. W końcu każdy z nas może stać się ofiarą fałszywych wspomnień.
To już drugi z cyklu psychologicznych postów. Mam nadzieję, że nie zanudzam! :D
Uściski!
Sara

wtorek, 7 lutego 2017

"Wiedziałam to wcześniej!" - czyżby? #1



Jakoś tak wyszło, że niektóre fakty, o których istnieniu dowiedziałam się na studiach, zaskoczyły mnie, zaintrygowały i naprawdę skłoniły do zastanowienia. Nierzadko zadawałam sobie w myślach pytanie retoryczne: "Ale serio?" Albo uświadamiałam sobie z ubolewaniem, że do tej pory coś w swoim życiu robiłam źle bądź miałam na jakiś temat błędne przekonania. Niektóre z nich naprawdę łatwo można zmienić. Podejmuję próbę – chciałabym Wam poopowiadać co nieco o tym, czego już dowiedziałam się na zajęciach, co mnie zdziwiło. Koniecznie dajcie znać, co sądzicie o takim psychologicznym cyklu! 


Na pierwszy ogień – burza mózgów. W czasopismach dla kobiet możemy wyczytać, że burza mózgów to dobry sposób na podzielenie się swoimi pomysłami i dojście do jakiejś konkluzji. Pewnie wielu z Was uczestniczyło kiedyś w jakiejś burzy mózgów – czy to w szkole, gdzie takie metody również są polecane, może na studiach podczas przygotowywania jakiegoś projektu, a może już w pracy lub po prostu w domu, kiedy przyszło wybrać kierunek wakacyjnej podróży… 


Okazuje się, że burze mózgów wcale nie są tak efektywne jak myślimy. I to z kilku powodów.

Przede wszystkim zazwyczaj podczas burzy mózgu zostajemy złapani w pułapkę autocenzury. Z obawy przed negatywną oceną nie mówimy o wszystkich naszych pomysłach. Boimy się, że zostaniemy wyśmiani lub zlekceważeni, więc cenzurujemy nasze idee.


Bardzo częste jest także zjawisko następnego w kolejce. Wyobraźcie sobie taką sytuację. Spotkanie integracyjne. Każdy z Was musi powiedzieć coś o sobie. Albo rzucić jakimś pomysłem. Siedzicie w rządku/w kółku, wiadomo, kto będzie wypowiadał się jako następny. Co robicie, gdy inni dzielą się informacjami o sobie? Sporo osób myśli wówczas, co powie. Nie słuchamy uważnie innych, tylko zastanawiamy się, co tu powiedzieć, by dobrze wypaść... Jaki sens więc ma burza mózgów? 

Jeśli nie będziemy wiedzieć, kiedy przypadnie nasza kolej lub otrzymamy zadanie, aby zapamiętać jak najwięcej informacji z wypowiedzi innych osób, to prawdopodobieństwo wystąpienia efektu następnego w kolejce spada.


Wiecie, że im więcej osób uczestniczy w burzy mózgów, tym jest ona mniej efektywna?

Co więc można zrobić, by jednak coś z tego wyszło?

Istotne jest oddzielenie fazy generowania pomysłów od fazy ich oceny. Gdy rzucimy hasło: dziś dzielimy się swoimi najbardziej szalonymi pomysłami bez ich oceniania, wówczas część osób może wyjść ze swojej strefy komfortu i opowiedzieć o swoim zwariowanym rozwiązaniu bez obawy o to, że zostanie skrytykowana czy wyśmiana.


Jednak o wiele lepszym sposobem na podejmowanie decyzji jest nie burza mózgów, lecz technika grup nominalnych czyli takich istniejących tylko na papierze.

Członkowie grupy nie spotykają się ze sobą, nie kontaktują się. Po prostu każdy proponuje swój pomysł, te rozwiązania są podsumowywane przez postronną osobę i przekazywanie do grupy ponownie. Co ważne wszystkie pomysły są anonimowe. Każdy z uczestników układa swój ranking rozwiązań. W ten sposób zostaje wybrane najlepsze rozwiązanie (lub też odbywa się druga runda oceny przez inną osobę). 


Jakie są plusy grup nominalnych? Przede wszystkim minimalizują one konformizm i zapobiegają iluzji jednomyślności – nie przytakniemy komuś bez sensu albo tylko dlatego, że  to mówi akurat szef (więc to musi być świetne). Taki sposób podejmowania decyzji oszczędza również nasz czas – nie spotykamy się, by gadać o pierdołach. :) Badania pokazują, że najwięcej rozwiązań powstaje, gdy są zapisywane, a nie dzielone od razu z innymi.

Wnioski? Jeśli tylko możemy, spróbujmy zastosować technikę grup nominalnych. To znaczy - nie kontaktujmy się, twórzmy listę anonimowych pomysłów, poprośmy kogoś z zewnątrz, by wybrał ten najlepszy. 


Moi drodzy, czekam na Wasze reakcje – psychologiczne posty na tak? Chciałabym jeszcze podkreślić, że żaden ze mnie ekspert, że dzielę się z Wami jedynie wiedzą zdobytą na studiach. Będę starannie wybierała tematy, aby nie wprowadzać Was w błąd. :)
Uściski! 
Sara