Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do Hiszpanii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do Hiszpanii. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 maja 2020

Top 10 niezapomnianych przygód, które przeżyłam w podróży wraz z mamą



Pomyślałam, że zrobię tym postem niespodziankę mojej mamie i przypomnę nasze przygody podróżnicze. Niektóre fajne, niektóre mniej fajne, ale na pewno – niezapomniane. I co ważne, ze wszystkich wyszłyśmy cało!

1. Podczas pobytu w Wiedniu spałyśmy w jednym pokoju z… Włochem (a może Hiszpanem?), który śpiewał pod prysznicem. Trochę fałszował. W Wiedniu moja mama musiała też dobudzać mnie, gdy przysypiałam na ławce przed Hofburgiem (ale nie dlatego, że tak mi się nudziło, o nie. Po prostu dobiła mnie dwunastogodzinna podróż autokarem).
2. W Paryżu z kolei jeden pan podszedł, by zrobić sobie ze mną zdjęcie. Fotografowała moja mama. Nie wiem, czy pan sądził, że jestem sławna (może o czymś nie wiem?). Również we Francji tak długo czekałyśmy w kolejce do kontroli bezpieczeństwa na lotnisku, że prawie nie zdążyłyśmy na samolot.
3. W Finlandii z kolei utrzymywałam, że widziałam łosia. A może renifera! A mama mi nie wierzyła. Bo on leżał. Łoś w sensie. Również podczas tej podróży okazało się, że lotnisko w Turku to jest właściwie taka większa poczekalnia i cywilizacja jeszcze tam nie dotarła (chociaż fortepian mają). Kartę pokładową trzeba więc wydrukować. Udałyśmy się do biblioteki w Helsinkach i szczęśliwie udało się.
4. Na Słowacji też nie obyło się bez przygód. Zaczęło się od hotelu, który niby miał być dwugwiazdkowy, ale właściwie to on chyba nawet obok gwiazdek nie leżał. W kuchni było tak brudno, że kubki przyklejały się do blatu i… trudno było je odkleić. Poza hotelem czekała na nas masa innych przygód, tylko chyba nie wszystkie nadają się do publikacji. :D Ale domyślam się, że mama pamięta, jak to pokazywała pani w aptece, co chcemy kupić.
5. W Brukseli było pysznie: pyszne gofry, dobre frytki. I hostel tuż obok… wesołego miasteczka. Ale było też strasznie: raz ja myślałam, że zginę, a raz moja mama była pewna, że już po nas. Jechałyśmy metrem, gdy do wagonu wszedł, a raczej został wepchnięty żebrak. Niewidomy mężczyzna stanął na środku i zaczął zawodzić w niezrozumiałym mi języku. Później przeszedł się po wagonie, żebrząc. Moja mama myślała, że z nami koniec, że mężczyzna zaraz się… wysadzi. Jego śpiew przypomniał jej arabskie wzywanie muezzina i skojarzył z terrorystami-samobójcami.
6. Za to na Maltę prawie nie polecieliśmy. Bo okazało się, że mój brat ma nieważny paszport. Łzy wylewałyśmy beczkami. Ostatecznie paszportu nie udało się załatwić w dwa dni, więc polecieliśmy o wiele później. Na wycieczce moja mama spróbowała królika (nigdy więcej) i drinka z ananasa. Udałyśmy się też razem do meczetu i na spływ do grot.
7. W Budapeszcie najpierw wspięłyśmy się na górę, a potem trafiłyśmy na… protest.
8. Wspinania nie zabrakło też w Andorze. I w Barcelonie. W Hiszpanii widziałyśmy też tak długą kolejkę na koncert, że szybko sprawdziłyśmy w Internecie, co jest grane. A była grana Billie Eilish.
9. Na Cyprze z kolei mama prawie włączyła alarm w pałacu arcybiskupa.
10. A do Szwecji popłynęłyśmy jak królowe, bo rejs promem wygrałyśmy w konkursie.
Mamuń, życzę nam kolejnych wygranych podróży i jak najwięcej przygód – oczywiście tych pełnych radości!
Sara

sobota, 28 grudnia 2019

Jaki był dla mnie rok 2019? - podsumowanie cz. 1


Nie ma co ukrywać. Rok 2019 był do kitu. Może nie cały. Ale pewne wydarzenia źle na mnie wpłynęły.

W tradycyjnym alfabetycznym podsumowaniu zebrałam wszystkie ważne chwile, te radosne i te bolesne. Te, które sprawiły, że płakałam ze wzruszenia, ale i z bezradności.

Najsmutniejsze jest chyba to, że mimo iż sporo było miłych, zaskakujących, przyjemnych i ekscytujących chwil, to często te złe kładły się na nich cieniem. Dlatego tym bardziej muszę sobie przypomnieć te momenty, które sprawiły mi radość. 

A jak Andora. Jedna z najbardziej oryginalnych stolic europejskich, jakie odwiedziłam. Niewielka, ale otoczona wielkimi szczytami. Malownicza, urocza i idealna na jeden dzień. Pojechałam tam we wrześniu z mamą. Z Andory przywiozłam wyłącznie dobre wspomnienia.
B jak Barcelona. Odkąd wróciłam z Barcelony, powtarzam, że szkoda, iż nie jest ona stolicą kraju. Byłaby na pewno wysoko w moim rankingu stolic. To miasto ma tyle do zaoferowania! Gaudi, gotyk, plaże… I da się stamtąd dojechać do Andory. ;)
C jak cele. W 2019 roku zrealizowałam 7 z 9 celów. Wydaje mi się, że to świetny wynik. Niestety, nie udało mi się odhaczyć tego tajemniczego punktu, o którym nie chciałam Wam powiedzieć na początku roku. Ale myślę, że prędzej czy później go zrealizuję. To jedno z moich marzeń.

D jak dolnośląskie. W drugim półroczu byłam we Wrocławiu dwukrotnie – raz na nagraniu odcinka teleturnieju "Gra słów. Krzyżówka", który udało mi się wygrać! Z kolei druga wizyta była czysto turystyczna – z mamą wybrałyśmy się na słynny jarmark bożonarodzeniowy, a także oglądałyśmy klaszczące kotiki w Afrykarium.
E jak escape roomy. Planowałam w tym roku odwiedzić ich 12, wyszło… 19. To hobby zupełnie mi się nie nudzi. Fajnie by było znaleźć kolejnych towarzyszy do ucieczek z pokojów zagadek. W tym roku odwiedziłam nie tylko toruńskie escape roomy, lecz również pokoje w Bydgoszczy, Białymstoku i Gdyni.
F jak Finlandia. To kraj wyjątkowy. Widziałam w nim łosia (tyle że leżał). Finlandia dała nam się poznać jako spokojna, niezatłoczona, zielona. Bardzo leśna. Niestety, pogoda średnio dopisała. Ale co chciałyśmy, to zobaczyłyśmy – oprócz kościoła w skale, w którym akurat odbywała się jakaś uroczystość.
G jak gazeta. Pracę w OtoToruń zaczęłam w 2019 roku i w tym samym roku ją również rzuciłam, bo czułam się w tej redakcji po prostu źle. Nieszanowana, niedoceniana i olewana. Ale nie zmienia to faktu, że sporo się tam nauczyłam (zajmowałam się głównie tekstami sponsorowanymi, więc nagle stałam się ekspertką od wszystkiego!), a moje artykuły ukazywały się nie tylko na portalu internetowym, lecz także w gazecie.
H jak hasanie. W moim domku zamieszkała puchata kulka, zwana również Nicolasem, Nicosiem, Niko, Prezesem, Puciem, Pysiem. Kotek nie biega po domu – on hasa. Skradł moje serce i zasłużył na dwie literki w tym zestawieniu.
I jak irytacja. To uczucie towarzyszyło mi dość często. Gdy TSH nie chciało wzrosnąć. A potem gdy nie chciało spaść. Kiedy szef dzwonił do mnie w niedzielę o 9 rano. Gdy czekałam na autoryzację wywiadu przez miesiąc. A także w wielu innych momentach. Irytowałam się z powodu polityków i ludzi w Biedronce. I wyglądałam wtedy mniej więcej tak.
J jak Jordanki. Gdy sobie przypomnę, jak skomplikowana i wieloetapowa była rekrutacja do Centrum Kulturalno-Kongresowego Jordanki, zdaje sobie sprawę, jaką szczęściarą (a może i zdolniachą?) jestem, że mam tę pracę. Dzięki niej rozwijam się, zarówno pod względem kulturalnym, jak i redakcyjnym i kreatywnym.
K jak koncerty. Ten punkt bezpośrednio łączy się z poprzednim, bo to dzięki pracy w Jordankach miałam szansę uczestniczyć w świetnych koncertach. Widziałam na żywo mnóstwo gwiazd polskiej muzyki. Ale w tym roku brałam też udział w wielu świetnych koncertach poza CKK Jordanki. Wreszcie usłyszałam na żywo największe przeboje z musicali i bajek w wykonaniu Studia Accantus. Bawiłam się świetnie także na koncercie Sorry Boys i show z przebojami Italo Disco. Ale powiem Wam coś jeszcze – przyszły rok zapowiada się o wiele bardziej koncertowo. We wrześniu moja największa idolka, Taylor Swift, ogłosiła, że przyjedzie do Polski na Openera. Gdy się o tym dowiedziałam, najzwyczajniej w świecie się popłakałam. W czerwcu spełni się moje wielkie marzenie – będę na koncercie Taylor!
Dalszy ciąg podsumowania już niebawem. 
A jaki był dla Was rok 2019?
Sara

sobota, 12 października 2019

Barcelona - komunikacja, ceny, wskazówki i koszty podróży


O Barcelonie napisano już w Internecie tysiące artykułów. Czy kolejny jest potrzebny? Tak i to z kilku powodów.

Po pierwsze, Barcelona jest jednym z najchętniej odwiedzanych miast na świecie. W 2018 roku przyjechało do niej ponad 9 mln turystów. Z Polski do Barcelony lata zarówno Ryanair, jak i Wizz Air.
Po drugie, Barcelona to dość drogi kierunek, warto więc wiedzieć, co zrobić, by nie nadwerężyć za bardzo naszego portfela.
Po trzecie, ceny zmieniają się jak w kalejdoskopie, a w Barcelonie płatnych atrakcji jest mnóstwo.
Po czwarte, Barcelonę po prostu trzeba zobaczyć. Nie wyobrażam sobie, by to miasto kogoś nie zachwyciło. Może momentami wyda Wam się kiczowate, może nie wszystkie dzieła Gaudiego przypadną Wam do gustu, ale stolica Katalonii jest tak różnorodna, że oczaruje każdego, chociażby drobnym fragmentem.
Przekonani? Zaczynamy!
Jak dostać się do Barcelony?

Kluczowy jest wybór lotniska, na które chcemy dotrzeć. Do wyboru mamy:
– główne El Prat, które jest oddalone o pół godziny drogi od centrum,
- lotnisko Girona, do którego mamy aż 100 km
- położone w podobnej odległości, tylko w innym kierunku, Reus.

Ryanair lata z Polski:
- na lotnisko El Prat z Krakowa i Warszawy Modlina
- na lotnisko Girona z Wrocławia, Poznania i Krakowa
- na lotnisko Reus z Gdańska

Wizz Air lata z Polski tylko na lotnisko El Prat. Loty odbywają się z Gdańska, Warszawy Chopina, Katowic i Krakowa.

Gdy szukałam biletów, wyskakiwały mi tanie oferty do Girony, ale stwierdziłam, że koszt dojazdu do Barcelony jest zbyt wysoki, a czas trwania takiego transferu - zbyt długi. Co więcej, sporo było połączeń o bardzo późnej godzinie. Ja nie chciałam ryzykować dotarcia do Barcelony po północy i byłam zmuszona odrzucić najtańsze bilety. Dlatego postawiłyśmy na lotnisko El Prat.

Jak dostać się z lotniska El Prat do centrum miasta?

Opcji jest kilka (metro, aerobus), ale zdecydowanie najtańsza to podróż kolejką R2 Nord. Możecie to zrobić na bilecie T10, którego zakup polecam wszystkim chcącym zwiedzić Barcelonę. Stacja kolejki R2 Nord znajduje się blisko terminala i prowadzą do niej liczne znaki, więc trudno się zgubić. 

Bilet T10 – wszystko, co musicie o nim wiedzieć

Bilet T10 kosztuje 10,20 euro. Wygląda jak kartonowa karta. Na takim bilecie znajduje się 10 przejazdów.  W ramach jednego przejazdu możecie się przesiadać przez 75 minut. W tym czasie możecie maksymalnie trzy razy zmienić środek transportu. Jeśli chodzi o podróż metrem, nie możecie wychodzić poza bramki. Nie można więc np. podjechać do stacji Sagrada Familia, wyjść na powierzchnię, zobaczyć bazylikę, a potem wrócić do metra i jechać w ramach tej samej podróży. Ważne jest również to, że na jednym bilecie może podróżować kilka osób. My więc z mamą korzystałyśmy z jednego biletu i dopiero gdy się wyczerpał, kupowałyśmy kolejny. Bilet T10 jest bardzo opłacalny, bo bilet pojedynczy w Barcelonie kosztuje 2 euro. Pamiętajcie tylko, by kasować Wasz kartonik za każdym razem jak zmieniacie środek transportu! Jeśli nie przekroczycie 75 minut, to nie odejmie Wam kolejnego przejazdu.
Bilety możecie kupić m.in. w automatach znajdujących się na stacjach metra.
Komunikacja w Barcelonie

My po Barcelonie jeździłyśmy naprawdę sporo, bo to duże miasto, a i nasz hostel znajdował się dość daleko od centrum. W Barcelonie możecie korzystać  z metra, autobusów, tramwajów. Metrem dotrzecie właściwie do wszystkich ważnych atrakcji.

Gdzie spać w Barcelonie?

Niestety, noclegi w tym mieście są wyjątkowo drogie. My odwlekałyśmy rezerwację i w końcu gdy wybrałyśmy najtańszy hostel, to i tak musiałyśmy za niego zapłacić 300 zł za noc… Spałyśmy w Be Dream Hostel i cóż, nie polecam Wam tego miejsca.
Plusy:
+ czysty pokój i łazienka
+ zlokalizowany naprzeciwko stacji metra
+ położony 10 minut spacerem od plaży
Minusy:
- brudna kuchnia
- kuchnia otwarta dopiero od 8
- brak mapek całej Barcelony
- podejrzane towarzystwo
- pracownicy na recepcji niezbyt chętni do pomocy

Nas najbardziej zraziło to, jaki syf panował w ogólnodostępnej kuchni. Ludzie w ogóle po sobie nie sprzątali, zostawiali obierki od ziemniaków w zlewie. Recepcjoniści nic z tym nie robili. Jeden pan gotował w glinianym naczyniu na kuchence elektrycznej, czym zasmrodził cały budynek. Minusem było według nas także zamykanie kuchni na noc i otwieranie jej dopiero o 8. O tej godzinie to my już chciałyśmy zwiedzać. Nigdzie na stronie nie ma informacji o godzinach otwarcia kuchni, dowiedziałyśmy się o tym dopiero na miejscu. Musiałyśmy więc kombinować, brać naczynia albo jedzenie do pokoju.
Przykładowe ceny w Barcelonie

Pocztówka od 0,50 centów do 1 euro
Woda w sklepie 0,50 centów (ale w wielu miejscach są poidełka, w których można napełnić butelki)
Cheeseburger w McDonaldzie 1,50 euro
Smakołyki w piekarni (takie jak turron, magdalenka) – od kilkudziesięciu centów
Churros, czyli smażony w głębokim tłuszczu przysmak z ciasta przypominającego to, z którego robimy pączki - 2,5 euro
Wstęp do Parku Güell - 10 euro 

Ile kosztowała nas podróż do Barcelony?

Cena za jedną osobę
Bilety lotnicze + bagaż podręczny: 427 zł łącznie w obie strony
Dojazd z lotniska w ramach T10: 1 euro
Dojazd na lotnisko w ramach T10: 1 euro
3 noclegi w hostelu: 435 zł (145 zł za noc)
A zatem za loty, noclegi i dojazd na lotnisko oraz z lotniska zapłaciłam 870 zł. Była to jedna z moich najdroższych wycieczek. Koszty te można było obniżyć, rezerwując szybciej nocleg, bądź decydując się na spanie w wieloosobowym pokoju. Poza tym tak jak wspominałam, bilety do Girony są zwykle tańsze, ale dojazd stamtąd zajmuje sporo czasu.
Dodatkowo my pojechałyśmy do Andory. Bilety w obie strony kosztowały 50 euro.
Jeśli macie jakiekolwiek pytania dotyczące mojego wyjazdu, piszcie śmiało!
Sara

sobota, 5 października 2019

Barcelona: Park Güell - informacje praktyczne


Jak myślicie, co według wszelkich rankingów jest największą atrakcją Barcelony? Króluje oczywiście Sagrada Familia, ale co jest tuż za nią?

Park Güell miał być osiedlem dla bogaczy. Stał się parkiem miejskim. Za darmo można zwiedzać aż 95% jego obszaru, jednak to, co najważniejsze i najbardziej okazało, znajduje się w części płatnej.
Zacznę od informacji praktycznych, bo w przypadku wizyty w Parku Güell są one kluczowe. Część darmową możecie sobie zwiedzać, kiedy chcecie. Tymczasem do  płatnej obowiązują bilety wstępu na określoną godzinę. Wejścia odbywają się co 30 minut. Gdy macie bilety np. na 9:30 możecie wejść najpóźniej o 10:00. Gdy będziecie na miejscu wcześniej, zacznijcie od darmowego obszaru. Możecie też spróbować wejść do części płatnej przed czasem – nam się udało. Co ważne, gdy już wejdziecie do teren biletowany, to możecie zostać tam tak długo, jak chcecie. Jednak gdy go opuścicie, nie możecie już wrócić. Na daną godzinę sprzedawana jest określona liczba biletów – 400 sztuk. Najlepiej więc zakupić je przez Internet. My tak zrobiłyśmy. Kiedy patrzyłam dzień wcześniej, czy na wybraną przez nas godzinę zostały jeszcze jakieś bilety, okazało się, że zaledwie kilkanaście sztuk. Lepiej więc nie ryzykować tego, że nie uda Wam się zwiedzić parku i kupić bilety przez Internet.
Cena biletu normalnego wynosi 10 euro
Ciekawostką jest fakt, że w wielu miejscach w Internecie można znaleźć informację, że przed godz. 8:00 i po godzinie 20:30 można zwiedzić część płatną za darmo, bo nie ma wówczas jeszcze osób sprawdzających bilety. Czy to prawda? Sama tego nie sprawdziłam. W tych godzinach było ciemno, więc z mamą nie chciałyśmy ryzykować i zwiedzać parku.
Kolejna istotna sprawa – Park Güell znajduje się spory kawałek od centrum i dojazd do niego jest nie za dobry. Jednak jeśli zakupicie bilety, wystarczy, że dojedziecie do stacji metro Alfons X, a stamtąd zabierze Was busik. Kursuje on co 15 minut, a podróż trwa również około kwadransa. Przejazd busem jest cenie biletu.
W części płatnej znajdują się toalety, sklepik z pamiątkami, a także restauracja.

Czy w ogóle warto kupować bilety i zwiedzać zamknięty obszar?

Według mnie zdecydowanie tak. Bezpłatna część jest oczywiście bardzo urokliwa – to w końcu potężny park, miejsce idealne, by odpocząć. Tam znajduje się Dom Gaudiego. Z daleka można również zobaczyć słynny taras. Ale najbardziej znane dzieła zostały umieszczone w części biletowanej.
Gdy wysiadłyśmy z busika, zrobiłyśmy sobie właśnie krótki spacer po bezpłatnym obszarze. Wybrałyśmy godzinę 9:30 i o tej porze nie było jeszcze kolejki do wejścia na płatną część. Ale już po 11 trzeba było swoje odstać. Przy sprawdzaniu biletów otrzymacie mapkę, nie musicie więc planować trasy wcześniej.
Jakie są atrakcje Parku Güell?

Jest oczywiście słynna mozaikowa ławka. Sala Stu Kolumn (w której w rzeczywistości znajduje się ich 86). Są też dwa budynki, przypominające nieco piernikowe chatki. Do jednego z nich od rana tworzy się spora kolejka, a to dlatego, że do środka jednocześnie może wejść tylko 30 osób. Ale powiem Wam, że nie warto tam zaglądać. My swoje odstałyśmy, tymczasem wnętrze przypominało niewielkie muzeum, z projekcjami, zdjęciami. Co kto lubi – my spędziłyśmy tam może 5 minut.
Jednym z ciekawszym punktów w parku są też schody odchodzące od Sali Kolumnowej do dwóch piernikowych pawilonów.
Gdzie warto sobie zrobić zdjęcie w Parku Güell?

Może ten punkt brzmi dziwnie, ale w parku jest kilka wyjątkowo fotogenicznych miejsc. Oczywiście najsłynniejszym kadrem jest widok na dwa domki. Gdy wpiszecie w Google "park Güell" wyskoczy Wam multum podobnych zdjęć. My chciałyśmy czegoś więcej. Chętnie fotografowanym punktem jest salamandra. Kolejnym - wnęka zlokalizowana tuż za zwierzęciem. Warto również zapozować przy ogromnym oknie piernikowego domku, które otaczają płytki w pięknym, niebieskim kolorze, przypominające portugalskie azulejos. Właściwie wszystkie zdjęcia na tle kolorowych mozaik wychodzą ciekawie.

Jakie są moje wrażenia z wizyty w parku? 

Ujmę to tak: spodziewałam się większego efektu wow. Tak jak przy Sagradzie Familii nogi się pode mną ugięły, tak Park Güell wydał mi się ciekawym miejscem, ale na pewno nie rzucił mnie na kolana. Może nieco wpłynął na to fakt, że obszar płatny jest naprawdę niewielki i można go obejść w kilkanaście minut.
W Barcelonie niektóre miejsca spodobały mi się bardziej niż Park Güell. Zastanawiam się tylko, co zaważyło. Czy miałam za wysokie oczekiwania? Czy może gdy zobaczy się inne dzieła Gaudiego, to Park Güell już tak nie zachwyca? 
Kto z Was był w Parku Güell?
Sara

środa, 2 października 2019

Podsumowanie wakacji - co robiłam i przeżyłam



Moje trzymiesięczne wakacje dobiegły końca. Z jednej strony się cieszę, bo wreszcie zacznę coś robić. Z drugiej strony powrót na znienawidzone studia nie powoduje u mnie nadmiernej ekscytacji.

Co ciekawego zrobiłam w te wakacje? Jakie miejsca odwiedziłam? Czego nie robiłam, bo nie chciałam albo… mi się nie chciało? Oto podsumowanie.
Zacznijmy od tego, co tygryski lubią najbardziej, czyli od podróży! W te wakacje nie planowałam dwóch wycieczek zagranicznych, ale tak jakoś przypadkiem wyszło, że wygrałam rejs promem do Szwecji. Dzięki temu z bratem zwiedziliśmy cudowną Karlskronę, do której pewnie nie wybrałabym się, gdyby nie ten konkurs. Poza tym odhaczyłam dwudziestą czwartą stolicę i to dość niepopularną – miasto Andorra la Vella. A stało się to przy okazji podróży do Barcelony - żałuję, że to nie stolica Hiszpanii, bo znalazłaby się na pewno bardzo wysoko w moim rankingu.
Niezapomniana była również dla mnie podróż na Podlasie. To jedna z tego rodzaju wycieczek, które odwlekałam od dawna. W końcu zobaczyłam meczet w Kruszynianach. Być może część z Was pamięta, że przez kilka lat jednym z moich celów rocznych było: "Zobaczyć meczety w Kruszynianach i Bohonikach". Tym razem nie umieściłam tego punktu na liście, a na Podlasie pojechałam. I przekonałam się, że to faktycznie jest trochę inny świat. Tam można usłyszeć ciszę.
Co jeszcze ciekawego zrobiłam w wakacje? Ano starałam się jak zawsze trochę ukulturnić. Obejrzałam dwa wspaniałe muzyczne filmy – "Rocketman" i "Yesterday". Byłam w kinie na "(Nie)znajomych" – bardzo Wam polecam tę produkcję. Jest polska, ale niech to Was nie odstrasza. Można się pośmiać, ale też… zastanowić nad życiem. Bo film ten jest w gruncie rzeczy bardzo, bardzo życiowy i prawdziwy. Nie jakieś tam dyrdymały, które zdarzają się tylko na srebrnym ekranie. W wakacje obejrzałam także dwa starsze filmy – "Utoya, 22 lipca" o zamachu Breivika i "Marsjanin" z genialnym Mattem Damonem. Opowieści o kosmicznej tematyce raczej nie należą do moich ulubionych, ale tę ogląda się wyjątkowo przyjemnie. Można trochę się pośmiać, ale i wzruszyć.

W wakacje przeczytałam 15 książek. Niektóre były bardzo słabe jak bijąca rekordy książka z leniwcem na okładce "Jak mniej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych", ale były też wyjątkowo świetne jak "Too late" Colleen Hoover, która niezmiennie pozostaje moją ulubioną autorką.

Ukulturniałam się nie tylko w domowym zaciszu. W minione lato odwiedziłam dwa świetne muzea toruńskie – Muzeum Zabawek i Bajek oraz Muzeum Dom PRL-u. Oba serdecznie Wam polecam, a szczegółowe relacje z tych miejsc znajdziecie na blogu.
W wakacje odhaczyłam również punkt z mojej listy celów, który brzmiał "Zobaczyć Notre Dame de Paris". Kupno biletów na ten musical było świetną decyzją, nie żałuję wydanych pieniędzy. Uwielbiam muzykę z musicali, słucham Studia Accantus, ale jakoś nigdy nie było mi po drodze do teatru. Tymczasem to, co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Mam nadzieję, że w najbliższym sezonie uda mi się zobaczyć kolejny musical – może "Miss Saigon" w Łodzi.
Sporo czasu w ciągu ostatnich trzech miesięcy spędziłam również na oglądaniu… list przebojów. Na Stars TV emitowano genialne topy alfabetyczne (top 36 przebojów na daną literę), a także inne listy ze starymi, kultowymi piosenkami. Trochę żałowałam, że nie mam telewizora we własnym pokoju, ale w sumie w salonie jest więcej miejsca do tańczenia.

I w końcu dochodzimy do jednego z najważniejszych wydarzeń tego lata. Decyzji, która zmieniła moje życie. W naszym domu zamieszkał Nicolas, kotek brytyjski. Zmodyfikował niektóre z naszych nawyków, a przede wszystkim dał nam dużo radości. Co lubi robić Nicolas? Siedzieć tam, gdzie dużo kurzu, czyli pod łóżkiem, prosić o jedzenie, uprawiać parkour. To prawdziwa gwiazda Instagrama. Nie wiem, jak to się dzieje, że z miejsca go pokochałam. Chociaż budzi mnie nad ranem, udając okręt.
Przeglądam mój kalendarz i nadziwić się nie mogę, że tyle fajnych rzeczy miało miejsce w te wakacje. A wydawało mi się, że nie robiłam kompletnie nic. Przeczą temu odwiedzone festiwale, escape roomy, napisane teksty, przeprowadzone wywiady, zdobyte nagrody. Cieszę się, że zapisuję miłe rzeczy, które wydarzyły się danego dnia. To pozwala jakoś bardziej docenić życie. I nawet to, że nie poszłam w końcu do kina na "Króla lwa", przestaje mnie martwić.
A ostatni dzień wakacji spędziłam w studiu nagraniowym. Szczegóły wkrótce. :)
Jak tam Wasze wakacje? Gdzie byliście, co zobaczyliście, co przeżyliście, co dobrego zjedliście, co przeczytaliście?
Sara