Marzec minął mi tak, jakby go nie było. Zdecydowanie za szybko. Nim się obejrzałam, jechałam do Budapesztu, później mały urlop z powodu rekolekcji,
kolejny urlop z przyczyn nieprzyjemnych i wirusowych, potem były święta i…
koniec. Nauczyciele, o dziwo, powoli przestają nas cisnąć sprawdzianami, a do
matury został już tylko miesiąc. Codziennie staram się uczyć, ale nadal zostało
mi wiele do powtórzenia. Najchętniej w ogóle nie chodziłabym już do szkoły, aby
przysiąść nad maturalnymi przedmiotami. Chociaż z drugiej strony pani P. trochę mnie
motywuje, każąc powtarzać kolejne lektury przed lekcjami. W przeciwnym wypadku
pewnie tylko wpatrywałabym się w zeszyty z polskiego, a raczej ich okładki.
Tak sobie myślę, że miniony miesiąc niby nie był zbyt męczący, ale przez
zaległości w szkole i ciągłe myśli o zbliżającej się maturze, czułam się
chronicznie zestresowana. Gdyby nie podróż do Budapesztu, pewnie ledwo bym
wytrwała. Ach, Budapeszt, kolejna stolica... Nadal nie wiem, gdzie wybiorę się w wakacje, ale to musi być coś naprawdę super. :D I coś taniego przy okazji.
W marcu udało mi się kilka razy wpaść do kawiarni i to nawet tak
szpanerskiej jak Starbucks!
Udało mi się również tak rozchorować, że pan doktor nie wiedział, co mi
jest. Wyobraźcie sobie to: w piątek czujecie się dobrze, w sobotę zaczynacie
funkcjonować jak zwłoki. W poniedziałek wybieracie się więc do lekarza tylko po
to, by dowiedzieć się, że nie jest źle, nawet zwolnienie ze szkoły nie jest
konieczne. We wtorek wychodzicie ze szkoły, bo nie możecie wykrztusić słowa ani
myśleć. Śpicie przez pół dnia. W środę jest niewiele lepiej. Bierzecie tonę
lekarstw, które nie pomagają. W końcu w piątek, zamiast spotkać się z
przyjaciółką, idziecie do lekarza po raz kolejny i… dowiadujecie się o tuzinie
chorób, które Was dotknęły, a Wy nawet się tego nie domyślaliście. Zapalenie
krtani, zatok, tchawicy… jeny, czego jeszcze? Dostajecie antybiotyk, który
niewiele pomaga, i multum zaleceń w stylu "nie myć się" (!) (ten doktor był
serio nawiedzony). Oczywiście nie stosujecie się do jego bezsensownych słów,
ale bierzecie wszystkie leki. Odzyskujecie głos, ale nadal męczy Was kaszel i
katar. I tak spędzacie święta. I nadal nie jest dobrze. Tak właśnie było w moim
przypadku. Obecnie czuję się już trochę lepiej i pod względem fizycznym, i
psychicznym. Trochę tylko boli mnie fakt, że dbam o siebie, wysypiam się,
staram się zdrowo odżywiać, ciepło ubierać, a tu bach – co chwila albo mam
katar, albo tracę głos.
Ale dobra, skończę już ten lament
pesymistki i podzielę się z Wami bardziej przyjemnymi marcowymi wspomnieniami. Wreszcie dostałam kartonowe pudło i to w sowy! Jak sądzicie, co w nim
trzymam? ;)
Marzec to też święta wielkanocne czyli nadziewane jajka, mazurek, ciasto-zebra (w
końcu!), tarta ze szpinakiem i kurczakiem, kocia piżama, dwie przeczytane
książki i jeden obejrzany film.
 |
| Za tę kartkę dziękuję Edi! |
Jeśli chodzi o czytanie, to udało mi się
skończyć "Mama kazała mi chorować" – może nie jest to doskonale napisany
pamiętnik, ale i tak porusza, szokuje. Słyszeliście kiedyś o zastępczym zespół Münchhausena? Ja, przed przeczytaniem tej książki, nie. Cały czas jest mi trudno pojąć to zaburzenie psychiczne. W skrócie – chodzi o to, że matka
maltretuje swoją córkę, wywołując u niej objawy choroby, wmawiając jej (i
lekarzom!), że mała jest ciężko chora, że potrzebuje leków i operacji.
Okrucieństwo. Nie wiem, co gorsze –
zachowanie matki czy naiwność medyków?

O drugiej książce już wspominałam na blogu – to "Zazdrośnice"
Schmitta. Spodziewałam się czegoś równie wzruszającego jak "Oskar i Pani Róża".
Tymczasem "Zazdrośnice" to opowieść o nastolatkach i ich problemach, ale nie
prosta i infantylna, tylko raczej dość smutna. Choć cały czas mam problem z
zakończeniem. Zszokowało mnie, ale i w pewien sposób obrzydziło mi ono autora.
Książkę przeczytałam w dwa dni, bo naprawdę wciągała, tylko czy ktoś tu nie
przesadził?
Co do filmu to poświęciłam swój czas, by obejrzeć "Carte Blanche" i nie żałuję. To polski film (nie zrażajcie się po przeczytaniu
tego epitetu!), opowiadający prawdziwą historię nauczyciela, który zaczyna
tracić wzrok. Ukrywa to, ponieważ bez możliwości nauczania jego życia nie
miałoby sensu. Według mnie to naprawdę dobry film, zresztą, już trochę mnie
znacie, wiecie, że mam dziwną manię katowania się takimi trudnymi tekstami kultury.
Jestem ciekawa, jak Wam minął marzec! Poczuliście
już wiosnę? Objadaliście się w święta? A może przeczytaliście coś intrygującego
albo obejrzeliście wciągający film?
Życzę Wam, aby ten miesiąc był pełen słońca i
radości. :)
Sara
PS W tym roku odpuściłam sobie post primaaprilisowy. Ale w zeszłym roku trochę się nabijałam. :D Kto nie pamięta, niech wróci do tamtego wpisu. :D Przed chwilą sama przeczytałam go ponownie, hahaha. :D