Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z przymrużeniem oka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z przymrużeniem oka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 czerwca 2020

Co lubiłam robić, gdy byłam dzieckiem?


Czy bawiłam się lalkami, a może jednak wolałam pluszaki? Jakie zabawy wymyślałam? I przede wszystkim – czy już w dzieciństwie tak mi odbijało? Poznajcie małą Sarcię.

Co lubiłam oglądać?

Zacznijmy od tego, co oglądałam. Moje upodobania zmieniały się wraz z liczbą świeczek na torcie. Gdy byłam mała, oglądałam "Atomówki", "Witaj, Franklin", "Laboratorium Dextera" czy "Odlotowe agentki”. Kiedy opuściłam przedszkole, przerzuciłam się na "Klub Winx" i "H2O wystarczy kropla". Lubiłam też seriale z Olsenkami. Niezależnie od tego, czy miałam 5 lat, czy 15, chętnie oglądałam też "Scooby-Doo". Poza tym oczywiście filmy pełnometrażowe Disneya – zwykle drugie części, bo takie były dostępne na wideo. Widziałam więc takie produkcje jak "Mała Syrenka 2", "Piękna i Bestia 2" czy "Kopciuszek 2". Trochę śmieszne, nie? Poza tym rodzice nagrywali mi filmy na kasety VHS. Miałam na nich kilka części "Pokemonów" albo takie obrazy jak "Książę Egiptu".
Jakiej muzyki słuchałam?

Muzyka była obecna w moim życiu od wczesnych lat – mimo że rodzice nie grali na żadnym instrumencie. Od kołyski słuchałam jakichś dziwactw typu ATB, Modern Talking czy Bad Boys Blue. Co ciekawe, niektórych z tych dziwactw słucham do teraz i to z własnej woli. Gdy sama zaczęłam wybierać, co leci z głośników, to wiadomo, że były to raczej rzeczy, do których obecnie trudno się przyznać. Gosia Andrzejewicz, t.A.T.u, Blog 27… W przedszkolu układałam własną choreografię do "Asereje".
W co się bawiłam?

Uwielbiałam Barbie – miałam ich ok. 50. Barbie z "Jeziora Łabędziego", Barbie wróżka, Barbie czarnoskóra, Barbie Flora z "Klubu Winx"… Jakiś Ken też się znalazł. Ale chyba tylko jeden. Albo dwóch. Tak czy siak - poligamia. Bawiłam się też w piaskownicy. Wymyślałam różne historie i odgrywałam w nich wszystkie role. Chyba już wtedy dokuczała mi kreatywność.
W co grałam?

Bardzo lubiłam i do tej pory lubię grać w różne planszówki. Od najmłodszych lat grałam w karty na pieniądze – co za deprywacja, prawda? Rywalizowaliśmy w najróżniejsze gry, począwszy od Eurobiznesu i Scrabble, poprzez "Operację" i "Mastermind", na państwach-miastach i domino skończywszy. Pamiętam, że raz nawet stworzyłyśmy z mamą własne domino. Grałam też na komputerze, głównie w Reksa i Simsy. Simsy 1, drogie dzieci. Dopiero potem przyszła dwójka. A gdy pojawiła się trójka, to miałam już w głowie inne rzeczy.
Co jeszcze lubiłam robić w dzieciństwie?

Uwielbiałam, gdy babcia gotowała mi zupkę mleczną albo robiła grzanki z samym masłem. Lubiłam też czekać na murku na tatę wracającego z pracy. Wielką przyjemność sprawiało mi strojenie się. To mi chyba zostało do dziś. Kiedy piszę ten tekst, mam na głowie wstążkę.
Ale od dziecka byłam taka złośliwa – to się akurat nie zmieniło.
A Wy jakimi byliście dziećmi?
Sara

piątek, 14 lutego 2020

Moja przygoda ze Spotted: Toruń


Z okazji walentynek opowiadam o moich zupełnie nieromantycznych przygodach z facetami ze Spotted: Toruń. 

Z założenia strony na Facebooku zwane Spotted miały pełnić następującą funkcję: gdy zobaczyliście kogoś urodziwego w sklepie/na przystanku/w budce z kebabami, mogliście napisać ogłoszenie na Spotted. Post o tym, że szukacie blondynki z nieziemsko błękitnymi oczami w różowej kurtce albo wysokiego bruneta, który miał na sobie adidasy. Ostatnimi czasy jednak na Spotted zaczęły się również ukazywać inne ogłoszenia…

Ogłoszenia ludzi samotnych. Tych, którzy po prostu szukają znajomych, przyjaciół, drugiej połówki. Kogoś, z kim mogliby wyjść na kawę, spacer, do kina lub po prostu pogadać. Zazwyczaj takie posty wyglądają mniej więcej tak: "Hej, mam 19 lat, poznam chłopaka w wieku 18-23 lata, z którym mogłabym wybrać się po szkole na spacer. Jestem wysoką brunetką. Zostaw serduszko".

Na Spotted: Toruń takie anonimowe ogłoszenia publikowane są praktycznie codziennie. Postanowiłam zaryzykować i… wśród wielu postów pojawił się też mój. Stwierdziłam, że fajnie byłoby znaleźć sobie jakiegoś męskiego przyjaciela, kogoś, kto tak jak ja kocha podróże, książki i nie lubi imprez.

Oto, co się stało.
Pod postem serduszko zostawiło ok. 20 chłopaków. A może i więcej, ale po paru dniach przestałam to śledzić. Kilku z nich odrzuciłam na wstępie – chociażby tych, których opis składał się w 50% z przekleństw. Albo tych, którzy byli dla mnie po prostu za starzy. Albo za brzydcy (wiem, jestem okropna). Odezwałam się do kilku wybranych chłopaków.

Jeden zapytał mnie, o jakie ogłoszenie chodzi.

Drugi okazał się palaczem z 21 punktami karnymi i wskazaniami do psychoterapii.

Trzeci był nudny. Bardzo nudny.

Czwarty interesował się wszystkim tym, czym ja się nie interesuję, tj. numizmatyką, historią, akwarystyką i jaszczurkami. W dodatku był rolnikiem. Nie, żebym miała coś do rolników, ale ta sytuacja zbytnio zaczęła mi przypominać tańszą wersję "Rolnik szuka żony", więc odpuściłam. Zanim to jednak zrobiłam, odbyliśmy dość ciekawą rozmowę, która wyglądała mniej więcej tak:
- Jak bardzo lewicowe poglądy masz?
- Co rozumiesz przez bardzo? Nie jestem za zalegalizowaniem marihuany.
- Ale czy wykluczasz Boga? Czy popierasz używki? Czy propagujesz lgbt?
Wtedy ja napisałam jedyną rzecz, jaką mogłam wówczas napisać.
- Lgbt nie trzeba propagować, jak ktoś jest gejem to nim będzie i tak, i tak.
Lewacka kurtyna.
Później stwierdziłam dyplomatycznie, że za bardzo się różnimy.

No i ostatni chłopak. Był miły. Ale stosował szantaż emocjonalny. Więc to nie mogło się dobrze skończyć.

Ale wiecie co? Ta przygoda ze Spotted: Toruń uświadomiła mi parę rzeczy. Jak już wspominałam w poście o wymarzonym ślubie, zdałam sobie sprawę, jakiego chłopaka nie szukam. Moja przyjaciółka stwierdziła, że ludzie ze Spotted to po prostu nie mój target. I trochę miała rację. Faceci, których tam poznałam, pisali najważniejsze przez rz i, cóż, do intelektualistów było im trochę daleko. A ja szukam kogoś, kto mnie porwie. Ale nie na białym koniu. Tylko inteligencją mnie porwie.
Sara

poniedziałek, 13 stycznia 2020

Mój wymarzony… ślub



Moje ostatnie doświadczenia ze Spotted: Toruń zainspirowały mnie do oddania się marzeniom. O wymarzonym facecie i wymarzonym ślubie.

Tak jakoś wyszło, że dzięki poznanym osobnikom płci męskiej zrozumiałam, kogo dokładnie szukam. Jak śpiewały dziewczyny z Mikromusic "nie wariata, nie palacza, nie biedaka, nie pijaka, nie brzydala…". Ja bym mogła jeszcze dodać nie rolnika i nie faceta, który potrzebuje terapii. I na pewno nie takiego, który stosuje szantaż emocjonalny.

No właśnie, więc kogo szukam? No cóż, nie wiem, czy stworzono już takiego mężczyznę. Ale zawsze można pomarzyć! Przede wszystkim powinien podzielać moje zainteresowania. Nie wszystkie oczywiście, nie musi przecież kolekcjonować pocztówek czy słuchać Taylor Swift, aby być fajnym facetem. Ale nie wyobrażam sobie być z kimś, kto nie lubi podróży albo nie czyta książek. Po prostu. Ważne, byśmy mieli, o czym rozmawiać. I żebyśmy podzielali te same poglądy. Choć nie wiadomo, jak cudownie przystojny i inteligentny byłby jakiś mężczyzna, gdyby skręcał bardziej w prawo niż w lewo, to cóż, raczej byśmy się nie dogadali. No właśnie – inteligencja. To jest dla mnie najważniejsza cecha u drugiej osoby. I liczą się dla mnie takie drobiazgi jak to, czy ktoś pisze najważniejsze przez ż czy rz.

Jeśli chodzi o wygląd, to trudno mi opisać wymarzonego faceta. Bo podobają mi się różni. Byłoby miło, gdyby był wyższy ode mnie, a ja do karzełków nie należę. I raczej wolałabym, aby nie był łysy i nie miał wąsów. Ot, takie drobne wymagania. :D

Gdybym już znalazła tego inteligentnego faceta, który nie pali, nie pije (takich już nie produkują, prawda?), jest odważny, pewny siebie i nie przeszkadzałaby mu moja wielka potrzeba niezależności i nieśmieszne żarty, to wtedy może kiedyś tam wzięlibyśmy ślub.

Powiem Wam, że moje przekonania na temat ślubu i wesela są ukształtowane od dawna. Przede wszystkim – nie chcę wesela. Nie uśmiecha mi się zapraszanie jakichś niewidzianych od lat wujków, a później obserwowanie, jak uchlewają się za moje pieniądze. O nie. Wesele to strata kasy według mnie. Zresztą to rezerwowanie sali na dwa lata przed, decydowanie – orkiestra, DJ czy Zenek Martyniuk – to chyba nie na moje nerwy. Nie wspominając o żałosnych, weselnych "zabawach", które bawią tylko tych niemuszących brać w nich udziału. 

Chciałabym wziąć cichy ślub w urzędzie stanu cywilnego. Tam nałożylibyśmy sobie obrączki ślubne klasyczne, bez zbędnych udziwnień. Takie, które byłyby ponadczasowe i przetrwałyby do końca naszej wspólnej przygody. Najlepiej z białego złota.

Na pewno poszłabym do ślubu w płaskich butach. Skoro nigdy nie chodzę na obcasach, to wybaczcie, ale w tym wyjątkowym dniu nie chciałabym się męczyć i skręcić kostki. A co z sukienką? Nie planuję ślubu kościelnego, skoro w kościele mnie raczej nie widują, a więc długiej kreacji do ziemi zapewne też bym nie włożyła. Nie chciałabym też wychodzić za mąż gdzieś daleko od domu, np. na Majorce albo w Las Vegas.

Skoro nie chcę wesela, to co w zamian? Myślę, że skromne spotkanie z najbliższą rodziną byłoby o wiele lepszym rozwiązaniem. Przynajmniej nie musiałabym sobie przypominać, z kim właśnie rozmawiam i czyim bratem jest ten nieznany pan. Poza tym taka uroczystość byłaby tańsza, a ja, nie ma co ukrywać, wolałabym wydać pieniądze na… podróż poślubną!
Sara

środa, 4 grudnia 2019

Poranek z życia kota


Oddałam głos Nicolasowi, bo bardzo się tego domagał. 

Dzisiaj postanowiłem obudzić moją panią o 5. Uznałem, że pora by wstała, bo ja już się wyspałem. Wskoczyłem z właściwą sobie gracją na jej łóżko i trochę popromowałem. To znaczy, udawałem prom. Ewentualnie jak kto woli – traktor. Pańcia poruszyła się gwałtownie, po czym zdecydowanym ruchem postawiła mnie na ziemi. Uznałem, że to nowy sposób powitania. Wróciłem na łóżko, by życzyć jej miłego dnia. W tym celu położyłem jej łapkę na twarzy. A wtedy ona się ode mnie odwróciła. Wiem, że zrobiła to specjalnie, bo lubi, gdy gryzę jej włosy. Gdy zafundowałem jej darmową odżywkę, pańcia postanowiła w końcu wstać. Nie wiem, dlaczego ona tyle śpi. Uchyliła drzwi, pewnie po to, by pokazać mi, że korytarz nadal wygląda tak samo, i wróciła do łóżka. Jestem bardzo zdolnym kotkiem, więc szybko obejrzałem swoim czujnym okiem korytarz, zobaczyłem, że nic się nie zmieniło, i wróciłem do pańci. Ona przykryła się wielką płachtą z podobiznami moich znajomych. Postanowiłem więc położyć się tuż obok. Chyba jednak mój poranny recital promowy zdenerwował pańcię, bo wstała i pobiegła do kuchni. A tam pierwszy muszę być zawsze ja – nie kto inny! Pogalopowałem za nią. Zauważyłem, że trochę mi się przytyło i moje kroki na schodach przypominają bardziej odgłosy poruszania się słonia, ale nie zastanawiałem się nad tym dłużej, bo oto otwierała się przede mną magiczna szafka. Nie wiem, jak to się dzieje, ale w tej szafce pańcia zawsze znajdzie coś dobrego. Dostałem karmę, ale w sumie to nie byłem głodny.
Najpierw zwiedziłem salon i sprawdziłem, czy fotel nadal jest tak fajnie drapalny. Był. To sprawdziłem jeszcze ścianę. W końcu uznałem, że można zjeść jakiś posiłek. Pańci nie było w kuchni, więc spożyłem śniadanie w samotności. Gdy skończyłem, obowiązkowo zostawiając na talerzyku trzy kawałeczki mięska, postanowiłem zabrać się za poranną toaletę. Umyłem łapką mordkę, czółko i brzuch. A potem stopę. Pańci nadal nie było w kuchni, uznałem więc, że położę się na progu. Tak dobrze mi się leżało, że zasnąłem. Śnił mi się dziwny sen. Biegłem za różową wstążką, która nagle zamieniła się w soczystego kurczaka. Kiedy ocknąłem się z drzemki, miałem wielką ochotę na jedzenie. Ale najpierw udałem się do mojego toilet home. Tam podrapałem wszystko, co się da, zrobiłem, co trzeba, a potem wystrzeliłem z kuwety jak z procy – w końcu kto by chciał przebywać dłużej niż to potrzebne w miejscu, gdzie śmierdzi.
Pańcia nadal leżała pod płachtą, nie chciałem jednak, by marnowała dzień. Poudawałem zatem prom tuż nad jej uchem. Pańcia spojrzała na mnie, potem wzięła do ręki to, co tak fajnie gra i chyba zobaczyła tam coś strasznego, bo odrzuciła płachtę i podniosła się z łóżka. Ja wtedy ległem na środku pokoju, domagając się pogłaskania po brzuszku. Trzeba wyrabiać dobre nawyki.
Tak oto męcząco zacząłem dzień. Czas na drzemkę.
Sara
Nicolas

poniedziałek, 10 czerwca 2019

10 myśli o szpitalu



1. Szpital. Nie wiem, jak ktoś może przebywać tam z własnej woli.

2. Przyjęcie na oddział przebiegło, hm, w miarę sprawnie. Czas oczekiwania na wolne łóżko: dwie godziny.

3. W szpitalu człowiek czuje się jakiś bardziej samotny, nie może się skupić. Ten styl życia zdecydowanie mi nie pasował. W sali obok jęczał umierający pan i wył telewizor. A mnie pielęgniarka postanowiła obudzić o 4:30, abym zdążyła przebrać się w stylową koszulę operacyjną. 

4. Jedzenie szpitalne wcale nie jest takie złe, na jakie wygląda. Obiady zjadałam ze smakiem. Do śniadań i kolacji miałam większe zastrzeżenia, ale nikt luksusów nie wymagał. Choć marzyłam o jajecznicy. Godziny podawania posiłków mogą śmieszyć – kolację dostawaliśmy już o 17.

5. Pozostając w temacie jedzenia: w szpitalu nie jadłam przez 36 godzin. Była to przymusowa głodówka przed zabiegiem i po nim. Postrzegam to jako karę boską.

6. Ostatnie, co pamiętam, zanim otrzymałam znieczulenie, to słowa: "Dzień dobry. Mam na imię Marcin. Jestem anestezjologiem. Będę dziś panią znieczulał." Potem zapadłam w błogi sen. To prawdopodobnie najbardziej filmowa scena z mojego życia. 

7. Gdy obudziłam się na sali pooperacyjnej, rozejrzałam się nieśmiało. Żyłam – było dobrze. Ale wszędobylskie pikające maszyny skłoniły mnie do rozmyślań, że coś jest nie tak. Jednak nie to najbardziej mnie zdenerwowało, lecz fakt, że nie mogę telepatycznie powiadomić mojej mamy, że żyję. Ona tymczasem odchodziła od zmysłów.

8. W rzeczywistości operacja przebiegła bez komplikacji, a na sali pooperacyjnej trzeba leżeć przez dwie godziny, bo "takie są procedury". Szkoda, że wcześniej tego nie wiedziałam. Gdy w końcu mnie stamtąd wywieźli, popłakałam się. Chyba ze szczęścia.

9. Lekarze nie byli zbyt chętni do udzielania informacji o moim stanie zdrowia. Gdy ja bym o coś nie zapytała, to personel raczej sam z siebie niewiele by mi powiedział. Ale w sumie to trochę im się nie dziwię, że oszczędzają głos – tego samego lekarza widywałam na dyżurze rano, wieczorem i o poranku dnia następnego.

10. Co było największym hitem pobytu? Trudno mi wybrać między nieogarniętą pielęgniarką a telewizorem na monety. Ale chyba zdecyduję się na to, że w końcu zaczynam nowe życie. Bez tarczycy.

Życzę Wam, żebyście takie anegdoty znali tylko z cudzych opowieści. ;)
Sara

sobota, 20 kwietnia 2019

Wielkanoc w XXI wieku, czyli zajączek vs. baranek



Wielkanoc wzbudza we mnie mieszane uczucia. I chyba nie tylko we mnie. Oto moje osiem przemyśleń na temat świąt.

1. Do jednych przychodzi zajączek, do drugich Jezus, a do trzecich nikt. I to jest jak najbardziej  w porządku, każdy wierzy, w co chce. Nie ma co pisać w komentarzach na Demotywatorach "Zajączek? Myślałem, że to zmartwychwstanie pana najwyższego, najjaśniejszego, najjakiegoś".

2. Jeden przed świętami sprząta, inny nie, bo do jednego przychodzi sanepid albo teściowa, a do drugiego nie. Komentarze w stylu: "Jak ktoś nie sprząta na bieżąco, to teraz ma" są według mnie zbędne.

3. Coraz częściej spotyka się osoby, które mówią: "Wiem, że Wielkanoc to niby te ważniejsze święta, ale ja wolę Boże Narodzenie". Dlaczego mamy potępiać tych ludzi? Jeden woli morze, drugi góry. Dla jednych Boże Narodzenie ma lepszy klimat, smaczniejsze jedzenie i może wtedy są bliżej Boga. Albo może Mikołaj bardziej przemawia do nich niż zajączek (nie dziwię się!).

4. No dobra, ale co z tym sprzątaniem? Myć okna dla Jezusa czy nie? Prawda jest taka, że fajnie się siedzi w czystym mieszkaniu. Ale takie szaleństwo i gadanie, że chyba wam się z pupy sypie, nie jest ani przyjemne, ani nie wprowadza miłej atmosfery. Tak, to do wielu mam. 

5. Nawet jak ktoś nie wierzy, to może obchodzić święta, bo jest to dla niego tradycja. I nie powinniśmy mu tego zabraniać.

6. Święta dla każdego są czymś innym. Dla jednych to łaska, dla drugich powód do odpoczynku, niektórzy wpadną pod stół, inni najedzą się za wszystkie czasy. Oczywiście super jest spędzić ten czas z rodziną. Ale ja Wam życzę, byście spędzili go tak, jak chcecie.

7. Wydaje mi się, że najważniejsze w świętach to nie dać się zwariować. Choć łatwe to nie jest.

8. Życzę Wam, żebyście w tę święta odpoczęli i porobili to, na co zwykle brakuje Wam czasu. Poczytajcie książkę, pograjcie w gry planszowe, w karty, idźcie na spacer. Albo nie róbcie nic. Zjedzcie coś dobrego, ale naprawdę, to nie musi być szynka w galarecie. Naleśniki ze szpinakiem są równie w porządku.

Spokojnych świąt!
Sara

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Zostałam stewardessą! Co dalej z blogiem?


Nie cierpię, gdy nie mogę o czymś mówić. Gdy muszę coś ukrywać. Teoretycznie mogłam Wam powiedzieć o szkoleniu, ale… nie chciałam. Bałam się. Bo co, gdybym oblała? Nie oblałam.

Wszystko zaczęło się jakieś pół roku temu, gdy pojechałam na spotkanie rekrutacyjne w Gdańsku. Musiałam zabrać ze sobą CV w języku angielskim, zdjęcie i… pewność siebie. I uśmiech. Wyglądałam nadzwyczaj elegancko (jak na mnie). Nawet pomalowałam dolne rzęsy, czego na co dzień nie robię, bo… nie potrafię. Teraz możecie się śmiać.

Samo spotkanie było mieszaniną czekania i stresu. Musiałam krótko opowiedzieć o sobie, była też rozmowa z rekrutującymi – oczywiście po angielsku. Polecono nam też odegrać scenki grupowe. Sama nie wiem, co było najgorsze. Stresowałam się okropnie. Ale chyba wypadłam na tyle dobrze, że zaproszono mnie do kolejnego etapu. Wydaje mi się, że przekonałam ich tym, że studiuję psychologię, więc mniej więcej potrafię radzić sobie z ludźmi – jakkolwiek to brzmi.

Później przyszedł czas na szkolenie. Nie miałam pojęcia, jak pogodzę to wszystko ze studiami, ale jakoś się udało. Wiele osób myśli, że stewardessa to właściwie kelnerka. Tymczasem mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że podczas szkoleń dla personelu pokładowego poznajemy wiele szczegółów technicznych dotyczących samolotów. To chyba właśnie te elementy były dla mnie najtrudniejsze. Nie znałam tych nazw nawet po polsku, a musiałam nauczyć się ich po angielsku! Było też oczywiście szkolenie z pierwszej pomocy i sprawdzian z pływania. I tu od razu przyznam, że nie pływam jakoś świetnie – głównie na plecach, ale najważniejsze jest to, że potrafię utrzymać się na wodzie.

Sprawdziany, nauka, wszędobylski angielski… Gdy teraz o tym myślę, to był jeden z najbardziej stresujących okresów w moim życiu. A najgorsze było to, że nikomu – oprócz rodziców i brata – oczywiście o tym nie powiedziałam. Chyba lubię robić innym niespodzianki. Ostatecznie zdałam wszystkie egzaminy i zostałam przyjęta do bazy.

Jak teraz będzie wyglądać moje życie? Jeśli chodzi o studia, planuję wziąć urlop dziekański. Natomiast nie wyobrażam sobie życia bez bloga, więc wpisy będą się ukazywać. Raczej nie będę pisać ich nad chmurami, bo praca stewardessy to naprawdę działanie na pełnych obrotach – niekiedy nie ma czasu nawet na to, by zjeść kanapkę. Nie mogę się jednak doczekać, aż opowiem Wam o tych wszystkich przygodach, których zapewne nie zabraknie. Wiem, że ze zwiedzaniem może być na początku ciężko, bo na miejscu nie będzie zbyt wiele czasu na odpoczynek, a co dopiero na wypady na miasto. Mam nadzieję, że z czasem to się zmieni. Mogę lecieć między innymi na Islandię! Chyba tego nie mogę się doczekać najbardziej.

Powiem Wam, że stewardessą chciałam zostać od zawsze. Wydawało mi się jednak, że ze względu na wadę wzroku nie uda mi się tego dokonać. Okazało się, że soczewki czy okulary to żadna przeszkoda dla pracy na pokładzie. 

Trzymajcie za mnie kciuki!
Sara

środa, 23 stycznia 2019

Sesja egzaminacyjna: czy stanowi zagrożenie dla życia studenta? Opowieści z życia wzięte


Sesja stanowi zagrożenie dla życie studenta. Teraz to wiem. Kiedyś wydawało mi się, że zdarzenia, które mają miejsce akurat w okresie okołosesyjnym to zbiegi okoliczności. Myliłam się.

Sesja nr 1: Pierwsza sesja sama z siebie wiąże się z ogromnym stresem. Aby go sobie nie dokładać, postanowiłam nie jechać na egzamin samochodem. Śniegu sporo, nie chciałam więc kusić losu, tym bardziej że dopiero co kupiłam swój pierwszy samochód. Ruszyłam pieszo na przystanek autobusowy. Gdy byłam już naprawdę blisko… potknęłam się, przewróciłam i skręciłam kostkę. Przy okazji robiąc sobie dziurę w spodniach. Wpadłam w płacz, ale zdecydowałam jechać na egzamin ze wstępu do psychologii. Jakimś cudem dotarłam do sali z potwornie bolącą kostką i wypełniłam test. Dopiero potem pojechałam do szpitala, bo kostka przestała mieścić się w bucie. Ale egzamin zdałam.

Sesja nr 2: Był czerwiec, słonko przyjemnie grzało. Czekał mnie egzamin z psychologii poznawczej. Zaparkowałam tam, gdzie zawsze, czyli na darmowym parkingu przy Cinema City. Było kiepsko z miejscami, ale nie poddawałam się. Cierpliwie czekałam, aż jeden pan wyjedzie z uliczki, a on… niespodziewanie wjechał prosto we mnie. A raczej w tył mojej zielonej Nancy. Ja wpadłam w płacz, bo była to moja pierwsza stłuczka. Nic nikomu się nie stało (oprócz Nancy rzecz jasna), ale ja i tak nie mogłam się uspokoić. Nie wiem, czy bardziej stresowałam się tym całym wydarzeniem, czy tym, że nie zdążę na egzamin. Trzeba było przecież spisać nr ubezpieczenia itp. Na szczęście nie spóźniłam się. Za to jakie było moje zaskoczenie, gdy w trakcie egzaminu do sali wszedł… mój tata, by przekazać mi dokumenty, które mu zostawiłam. Chyba wszyscy byli równie zdziwieni. Egzamin zdałam.

Sesja nr 3: Ble, znowu zima. Na szczęście śniegu niewiele. Wsiadłam w samochód. Zaparkowałam nie gdzie indziej niż na parkingu przy Cinema. Swoją drogą nadal tam zostawiam auto. Straszna masochistka ze mnie, prawda? Z parkingu droga na wydział niedaleka. Myślicie, co może się wydarzyć w czasie krótkiego spaceru? Ano na przykład starszy pan może nagle upaść na przejściu dla pieszych. A ja będę tą, która zadzwoni po pogotowie. Chyba pierwszy raz w życiu. Panu raczej nie stało się nic poważnego, bo po chwili się ocknął. Nie mogłam jednak zaczekać z nim na przyjazd karetki, bo… bałam się, że spóźnię się na egzamin! Zostawiłam go pod opieką innych przechodniów. O dziwo, nie pamiętam, na jaki egzamin szłam, ale chyba go zdałam. Pamiętam za to, że starszy pan niósł wielki obraz.

Sesja nr 5, prolog: Śnieg. To jedno słowo powinno wystarczyć. Śnieg to dla mnie synonim stresu, strachu i niebezpieczeństwa. Nie cierpię śniegu. Tego dnia zamiast stresować się egzaminem z wyobraźni, z niepokojem patrzyłam na zwiększającą się warstwę śniegu. W samochód jednak wsiadłam. Ale wzięłam ze sobą tatę. Wystarczyły dwa kilometry, bym najpierw wpadła w poślizg, a następnie wpadła w mały rów przy jezdni. Nikt nie ucierpiał, ja jednak nie byłam w stanie dalej prowadzić. Tata zawiózł mnie na egzamin i z niego odebrał. Co ciekawe, był to pierwszy atak tej zimy w Toruniu, miasto było sparaliżowane, a wszyscy poruszali się 20 km/h. Egzamin zdałam na piątkę.

Sesja nr 5: Niebawem się zacznie. Ja tymczasem zajmuję się głównie leżeniem. Czasami dla odmiany siedzę. Wyrok lekarza brzmiał: zapalenie zatok z przerzutami na gardło. Antybiotyk na siedem dni. Zapytałam rodziców, czy może zechcieliby poczytać mi teksty z psychologii osobowości na głos, skoro ja ledwo widzę na oczy. Pokonała ich jednak wielkość, a raczej małość, czcionki.

I niech nikt mi nie mówi, że sesja egzaminacyjna nie stanowi zagrożenia dla zdrowia studenta.
Sara

czwartek, 22 listopada 2018

Jak dostać stypendium naukowe? Poradnik w 20 punktach


Kiedyś napisałam "Jak zdać sesję? Poradnik w 25 punktach". Ot tak, z przymrużeniem oka. Dziś mam dla Was kolejne porady nie do odrzucenia, znów z własnego doświadczenia!

Jak dostać stypendium naukowe?

1. Wyznacz sobie cel na rok 2018: "Dostać stypendium naukowe".
2. Ucz się na egzamin trochę szybciej niż noc przed. 
3. Stara prawda głosi: "Co robi porządny student na wykładach? Siedzi w domu". Jednak jeśli jakimś trafem wyjdziesz z domu i przypadkiem trafisz na wykład, rób notatki.
4. Ewentualnie siedź na fejsie/sprawdzaj pocztę/przeglądaj repertuary teatrów muzycznych/czytaj "Skarb". 
5. Zapisz się na fakultet, który potem znienawidzisz.
6. Chodź spać o 22.
7. Zabieraj notatki do pociągu.
8. Miej najlepszą średnią na roku.
9. Albo nawet na całym kierunku.
10. Narzekaj na swoje studia.
11. Zdawaj egzamin w towarzystwie wiertarki.
12. Podpadnij jednemu z najsłynniejszych psychologów w Polsce na pierwszych zajęciach.
13. Wymyśl własną teorię naukową.
14. Oglądaj filmiki na YouTubie (polecam chow chowy).
15. Przygotuj się na maile o takiej treści: "Otrzymała Pani 30 punktów na 30 możliwych (niesamowite :)". 
16. Obserwuj swoich wykładowców na Instagramie.
17. Układaj puzzle, by się zrelaksować.
18. Prowadź bloga, bądź dziennikarką i udzielaj korepetycji, a jak jeszcze będzie Ci mało, to sobie coś dorzuć.
19. Czytaj poradniki o sprzątaniu.
20. I pamiętaj: leczenie odbywa się poprzez blokowanie VSCC przez ligandy alfa 2 delta (gabapentyna, pregabalina), a najwyższe piętro p.p.n. - neurony jądra przykomorowego podwzgórza - wydzielają kortikoliberynę (CRF), a ta stymuluje ACTH w przysadce  i kolejno kortyzol w nadnerczach.

Powodzenia!
Sara

czwartek, 8 lutego 2018

Jak zdać sesję? Poradnik w 25 punktach


Moja mama żartowała, że staję się wzorową studentką. Fakt, ostatni raz takie dobre oceny miałam w liceum. W tym semestrze zapomniałam co to trójki. Nie wiem, czy moim motywatorem było stypendium naukowe, a może poszło mi tak dobrze dlatego, że Maćka nie było w Toruniu? A może dlatego że….

1. Słuchałam One Direction.
2. Tańczyłam do One Direction.
3. Zaangażowałam do pomocy mamę.
4. Oglądałam płaszczyzny mózgu.
5. Kładłam się spać o 22:30.
6. Wymyśliłam nowatorski sposób na liczenie centyli.
7. Udowodniłam wykładowcy, że nie miał racji.
8. Piłam herbatkę o smaku jagodowej muffinki.
9. Uczyłam się.
10. Chodziłam na wystawy.
11. I do escape roomów.
12. Wstawałam rano.
13. Robiłam notatki (a mama się ze mnie śmiała)
14. Dostawałam superkoty na Facebooku.
15. Miałam wsparcie.
16. Miałam szczęście.
17. Zajmowałam się nie tylko nauką.
18. Codziennie nosiłam drewno (to była moja dzienna dawka Chodakowskiej).
19. Dołączyłam do grupy hrubieszowskiej na Facebooku.
20. Chodziłam na wykłady (czasami).
21. Nie sprzedawałam swoich notatek za 40 zł. 
22. Zarządzałam czasem.
23. I nawet zrobiłam z J. kwestionariusz mierzący tę umiejętność.
24. Nie piłam kawy (prawie).
25. Nagradzałam się.

A może to wszystko razem miało jakiś wpływ? Nie wiem. Wiem, że przede mną prawie trzy tygodnie ferii!
Trzymam kciuki za Was!
Uściski

Sara

piątek, 5 stycznia 2018

700 słów na temat blogowania

To jest siedemsetny post. Serio. Z tej okazji mam dla Was litanię na 700 słów dotyczącą blogowania.

Co się zmieniło?
700 postów temu nie byłam jeszcze studentką. Ba, dopiero szłam do liceum. Myślałam, że zostanę sławną blogerką modową. Tymczasem z tego epitetu zostało tylko blogerką. O modzie za często tu nie poczytacie. Za to od ponad czterech lat piszę dla Was o moich podróżach. I to – mam nadzieję – nigdy się nie zmieni.

Być blogerką aspołeczną
Jeszcze kilka lat temu nie wyobrażałam sobie popołudnia bez przejrzenia choćby kilku ulubionych blogów modowych. Później zastąpiły je strony moich znajomych. Głównie były to blogi pocztówkowe. Teraz mam trochę inne priorytety.

Darmówki, darmóweczki
Nie zarabiam na blogu. To znaczy, że co miesiąc na moje konto nie wpływa żadna okrągła sumka. Za to dzięki blogowi mogłam odwiedzić całkiem sporo escape roomów i muzeów oraz dać Wam szansę na wygranie nagród w konkursach.

Gadają o mnie!
Trudno mnie znać i nie wiedzieć, że jestem blogerką. Nawet w "Milionerach" musiałam o tym wspomnieć. Cóż, w dniu emisji odcinka statystyki odwiedzania Sawatki wzrosły o 1000%. Pisali o mnie też w toruńskich gazetach.

Post postowi nierówny
Zdarzają się zapchajdziury. Okazuje się, że zwykle one są najczęściej czytane. Według statystyk lubicie również wpisy o mnie. Takie, w których się zwierzam. A jakich nie lubicie? Cóż… Wy mi powiedzcie!

Czy jest coś, czego nie lubię w blogosferze?
Nie lubię "obserwuję cię, będzie mi miło, jak się odwdzięczysz tym samym". Nie lubię sztuczności. Nie lubię "nie wiem, o czym dziś pisać, hehe". Nie lubię błędów ortograficznych i językowych. Nie mówię, że mi się nie zdarzają. Ale jak się zdarzą, to mi wstyd.

Życie bez bloga…
Niee. Stanowczo sobie tego nie wyobrażam. Bo ja nie wyobrażam sobie życia bez pisania. Ale wiecie, takiego pisania, co mi na sercu leży. Opiniotwórczego. Bezpośredniego.

Heheszki
Mój chłopak na początku znajomości spytał mnie, czy sawatka czyta się sałatka.

Moje inspiracje blogowe
Style Digger, Szafa Sztywniary i Riennahera. To obecnie moja święta trójca.

Czytałam u ciebie na blogu…
Czasami zastanawiam się, czy komuś o czymś mówić. Przecież już pisałam o tym na blogu. To strasznie narcystyczne, wiem, przecież nie każdy znajomy czyta Sawatkę. Ale z drugiej strony nierzadko słyszę "czytałam u ciebie na blogu, że…". I wtedy jestem zdziwiona, że ktoś tu jeszcze wchodzi.

Motywacja do pisania – skąd ją czerpię?
Zaśmiałam się po napisaniu tego pytania. Ja po prostu nie potrzebuję motywacji do pisania. Tak bardzo to lubię, to jest mi po prostu potrzebne do prawidłowego funkcjonowania.

Pomysły na posty
Pisze życie. A im więcej się w tym życiu dzieje, tym lepiej. Zauważyłam, że im jestem starsza, tym bardziej chwytam życie za rogi. Chcę więcej. Uwielbiam dzielić się z Wami na blogu tym, co zobaczyłam, co zrobiłam. Ja po prostu bardzo się ekscytuję i egzaltuję. Czasami za bardzo. Mam takie marzenie, by każdy cieszył się życiem i robił w nim to, co kocha. Dlatego staram się chociaż troszeczkę Was inspirować.

Hejka, hejterzy!
Zdarzają się, nie powiem. Coraz rzadziej, ale zdarzają. Dowiaduję się na przykład, że jestem w ciąży (chyba spożywczej!), że oko mi ucieka na Maroko (szkoda, że cała tam nie uciekam), że najlepiej to mam się zamknąć, bo pisać nie umiem (serio? Nie wiedziałam). Czy się tym przejmuję? Trochę tak. Bo ja się wieloma rzeczami przejmuję. Również tymi, którymi nie powinnam.

Moi wierni czytelnicy
Myślę, że zasługują na osobną wzmiankę. Moja mama, Maciek i Fanny. Czytają każdego posta i… wyszukują literówki. Ostatnio na przykład twierdziłam, że jestem dziennikarką portalu Spod Kopa. Kim był Kop?

Plany
Uwielbiam snuć plany. Te dalekie i te bliskie. Plany dotyczące blogowania? Tworzyć dalej. Chwilowo jestem bez mojego ukochanego aparatu – naprawiają go w Czechach i może to potrwać nawet dwa miesiące. Ale nie znikam. Nie mogłabym.

Które posty należą do moich ulubionych?
Tworzenie list to moja bajka. Lubię też posty nie do końca poważne, te napisane z przymrużeniem oka. Poza tym uwielbiam podsumowania. A najbardziej cieszę się, gdy napiszę coś i czuję: to jest dobre. Czasami mi się to zdarzy.

Dzięki, że jesteście tu od siedmiuset postów. Teraz mam kilka pytań…. do Was!

Dlaczego tu jesteście?
Znamy się osobiście?
Czy któryś z postów szczególnie zapadł Wam w pamięć?
O czym chcielibyście czytać częściej?
Jakich wpisów nie lubicie?

Przesyłam Wam moc uścisków! 
I dziękuję.
Sara

wtorek, 4 kwietnia 2017

Toruń też potrafi być brzydki



Toruń jest piękny. Pełna uroku starówka, ciekawe pomniki, ratusz zaprojektowany na wzór kalendarza. Ludzie spotykają się pod Kopcem, spacerują po Dolinie Marzeń i zachwycają się panoramą Torunia obserwowaną z punktu widokowego po drugiej stronie rzeki. Toruń kojarzy się z piernikami, Mikołajem Kopernikiem i zespołem staromiejskim wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

No właśnie. Turyści tak myślą o Toruniu. I ja też bym chciała tak myśleć o moim mieście. Ale ma ono również pewne wady, które idealnie na pocztówkach przedstawiła Kasia Kosmos.

Zbieram widokówki. I, przyznaję, sporo z nich to banalne widoczki. Śliczne, wyphotoshopowane, czasami wręcz nierealne scenerie, panoramy i najbardziej znane zabytki. Kasia chciała pokazać miasto w inny sposób. Na pocztówkach z Torunia przedstawiła miejsca, które na co dzień chcemy ukryć i do których przeciętny turysta nie dociera.

Kartki zaprojektowane przesz Kasię otrzymałam od mojego M. Wywiad z artystką znajdziecie oczywiście na portalu Spod Kopca. ;) 
Lumpeksy i lumpy - w Toruniu ich nie brakuje. Zazwyczaj można ich spotkać ze stylową reklamówką. Literówka w napisie oczywiście celowa, podobnie jak kolorystyka tła. Ten kicz bardzo mi się podoba.
Przyznaję, że uwielbiam festiwal światła - Skyway - i co roku staram się obejrzeć wszystkie mappingi i instalacje. Jednak tłumy są ogromną wadą tej imprezy - mimo że rozłożono ją na kilka dni, każdego dnia festiwalu jest tak samo ciasno. Niekiedy trudno jest przejść, o zobaczeniu atrakcji nie wspominając. Najlepiej byłoby, jak to przedstawiła Kasia, przyjść z własnym krzesełkiem. A najlepiej to je gdzieś przymocować. Nie ukrywam, kuszący pomysł. :D
Nie pamiętam tej spektakularnej choinki. A szkoda! Mikołaj byłby dumny. Kopernik oczywiście. 
Kwintesencja Torunia! Zachwyt Kopernikiem, zachłanność, polityczne potykacze, Muzeum Piernika i... płonąca instalacja na festiwalu Skyway. Notabene - dzieło Kasi Kosmos. Chyba ktoś chciał zbyt dosłownie obcować z kulturą...
Pierwsza myśl #truestory. Zastanawiam się, gdzie podają takie jedzenie. Bo chyba nie w szpitalu...?
Nabijanie z Plazy czyli centrum handlowego. Jako przestrzeń do robienia zakupów Plazę bardzo lubię - wolę tę galerię niż Atrium Copernicus. Jednak sam budynek nie jest zbyt, hm, ładny. Ot wielki, siwy kloc. 
To jest straszne, ale w tym Pizza Hut, choć drogo, jest naprawdę smacznie. W ogóle jaki szpan, mamy Pizza Hut. Tylko Starbucksa i Multikina brakuje. 
Pamiętam te czasy, gdy jedyne ruchome schody w Toruniu były w galerii z meblami. Lubiłam tam jeździć tylko ze względu na tę atrakcję. Teraz na brak ruchomych schodów torunianie narzekać nie mogą, a wiele okazji do jeżdżenia znajdą we wspomnianym Centrum Handlowym  Plaza. 
I chyba moja ulubiona pocztówka. Z cyklu: serio? 
Podziwiam Kasię za jej niezwykłe oko, pomysłowość i kreatywność. 
Co sądzicie o tego typu pocztówkach? 
Udanego tygodnia!
Sara