Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Do Grecji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Do Grecji. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 lipca 2019

Zwierzaki z podróży



Zwierzaki to stały element moich podróży. W innych krajach albo odwiedzam ogrody zoologiczne, albo fotografuję kotki. Czas na galerię zwierząt obywateli świata!


Zacznijmy od pamiętnej podróży do Wiednia. Ta stolica jest jednym z zaledwie kilku europejskich miast, w których można podziwiać pandy wielkie. Pozostałe to Edynburg, Madryt, Berlin, Saint-Aignan i Brugelette. My wybrałyśmy się z mamą do zoo w Wiedniu tylko po to, by zobaczyć te wyjątkowe zwierzęta. Oczywiście podziwiałyśmy również inne piękne, mniej lub bardziej futrzane stworzenia, ale to panda stała się zdecydowaną gwiazdą.
Za granicą udało mi się także zwiedzić zoo w Filadelfii, a miało to miejsce podczas mojego pobytu w USA w ramach wymiany. Pand nie było, za to nie brakowało dzikich zwierząt takich jak żyrafy, nosorożce czy lwy.
W Polsce odwiedziłam już ogrody zoologiczne w takich miastach jak Warszawa, Płock, Toruń, Wrocław czy Gdańsk. Choć słynne Afrykarium jeszcze przede mną! Byliśmy też na farmie strusi afrykańskich w Garczynie na Kaszubach. Ogrody zoologiczne to jednak nie jedyne miejsca, gdzie można spotkać zwierzaki w podróży. Czasami one same stają nam na drodze.
W Grecji nietrudno natknąć się na wszędobylskie koty. My spotkaliśmy je nieopodal Akropolu, a także w dzielnicy Anafiotika, która nieco przypomina Santorini. Warto dodać, że w Atenach widzieliśmy też żółwia… na wolności. Dowodu na to niecodzienne zjawisko niestety nie posiadam.
Mruczące piękności spotkałam także w innych europejskich stolicach. W Rydze w dzielnicy secesyjnej do zdjęć pozował mi zielonooki kot, a w Lizbonie wśród ciasnych uliczek spotkaliśmy leniwie wylegującego się rudzielca.
W Sofii z kolei nie znaleźliśmy żadnego kotka, za to hitem stało się moje zdjęcie z pieskiem. Akurat postanowiłam sobie potańczyć przed Narodowym Pałacem Kultury, gdy w kadr wbiegła mała włochata kulka. Nasz wspólny układ wygląda na zdjęciach dość… komicznie.
Podczas podróży do Finlandii na mojej drodze również stanął psiak i to dość rzadko spotykanej w Polsce rasy – chow chow. Żałuję, że nie zrobiłam mu zdjęcia! Moja mama w Helsinkach sfotografowała za to… ptaki. A że do ornitologa mi daleko nawet Wam nie powiem, co to za okazy.
A dlaczego piszę o zwierzakach? Bo już niebawem sama przygarnę wymarzonego pupila! Z jednej strony czuję ekscytację, z drugiej strach i przejęcie. Czy będę umiała zaopiekować się żywym stworzeniem? Jak Nicolas odnajdzie się w nowym domu? Mam wiele pytań i myślę, że odpowiedzi na nie poznam już niedługo… Nie mogę się doczekać, aż opowiem Wam o nowym domowniku. Coś mi się wydaje, że Nicolas zostanie gwiazdą mojego Instagrama.
Macie zwierzątka? Lubicie odwiedzać ogrody zoologiczne?
Ściskam!
Sara

czwartek, 30 maja 2019

Mój subiektywny ranking stolic europejskich cz. 2


Jeśli nie widzieliście poprzedniego wpisu, to koniecznie nadróbcie go przed przeczytaniem tego posta! W ostatnim tekście przedstawiłam pierwszą część mojego subiektywnego rankingu stolic europejskich – odwiedziłam już połowę z nich i stwierdziłam, że to dobry moment na małe podsumowanie. Dzisiaj zaczynamy od miejsca 12.

12. Paryż. To miasto jest naprawdę wspaniałe. I chciałabym tam kiedyś wrócić. Dlaczego w takim razie umieściłam je dopiero/aż na dwunastym miejscu? Cóż, po prostu jakaś stolica musiała się znaleźć mniej więcej pośrodku. W Paryżu zakochałam się w Bazylice Sacré-Cœur, a gdy zobaczyłam Wieżę Eiffla, to ugięły się pode mną nogi. Ale raczej nie chciałabym mieszkać w tej stolicy – za duży tłok. No i ten francuski!
11. Rzym. Odwiedziłam tę stolicę dwukrotnie i… na razie mam dość. Zabytki w Rzymie są wspaniałe, choć podczas ostatniej wizyty bardziej zauroczyło mnie nieco zapomniane Zatybrze. Wiem, że mnóstwo osób kocha Italię – mnie podczas kilku wizyt zmęczyła nieco ta opieszałość Włochów i panujący w wielu miejscach chaos.
10. Warszawa. Ta stolica w ogóle nie powinna znaleźć się w moim rankingu. Jak mogę oceniać miejsce, w którym byłam dziesiątki razy, które – jak sądziłam – kiedyś zostanie moim domem? Warszawę poznałam zarówno od strony turystycznej tj. zabytków, muzeów, atrakcji i escape roomów, jak i od tej bardziej codziennej. Kiedyś myślałam, że Warszawa jest brzydka. Owszem, momentami bywa trochę przytłaczająca. Ale oferuje naprawdę duże możliwości.
9. Ateny. Myślałam, że ta stolica mi się nie spodoba, że jest przereklamowana. Tymczasem jej położenie zrobiło swoje. Cudowne widoki i przepiękne zabytki mnie zachwyciły. Jednak pomijając walory turystyczne, muszę stwierdzić, że Ateny są po prostu brudne.
8. Praga. Powinnam wrócić do Pragi. Boję się, że w przeciwnym wypadku w kolejnym rankingu to miasto znowu spadnie. To była przez długi czas jedna z moich ulubionych stolic. Miasto, które zajmowało ważne miejsce w moim sercu. Teraz Pragę pamiętam głównie dzięki zdjęciom. Powinnam tam wrócić, by to uczucie, które nas łączyło, znów odżyło.
7. Valletta. Niewielka stolica – nim się obejrzysz, będziesz już w innej miejscowości. Valletta, mimo swojego rozmiaru, zasługuje na wysokie miejsce ze względu na swoje urokliwe położenie oraz specyficzną architekturę – gdzie się nie obrócicie, tam budynki w kolorach piaskowca. Malta skradła moje serce, musiałam więc umieścić jej stolicę wysoko.
6. Ryga. W sumie to gdy piszę o tym mieście, to mi trochę smutno. Ryga to było takie nasze miejsce, moje i Maćka. Znany hotel, znane miejsca, znane uliczki. Przez innych zaś Ryga pozostaje nieodkryta. Ja cieszę się, że ją odkryłam, że mogłam tam powrócić i zobaczyć coś więcej niż najbardziej znane zabytki. Fajnie jest mieć takie miejsce w Europie, o którym wiesz, że, jeśli tam wrócisz, poradzisz sobie bez mapy. 
5. Budapeszt. Finałową piątkę otwiera Budapeszt. Mimo że to miasto zwiedzałyśmy z mamą w zimowych kurtkach, nie dało się w nim nie zakochać. Chociaż kompletnie nie rozumiałyśmy, o czym rozmawiają mieszkańcy i nie umiałyśmy przeczytać napisów, Budapeszt nas zauroczył. Wspaniała architektura, wyjątkowe pomniki i góra w środku miasta. Te miasta byłego cesarstwa mają coś w sobie...
4. Luksemburg. Chyba czuję jakiś pociąg do niewielkich stolic. Gdy myślę o Luksemburgu, pierwsze słowo, jakie nasuwa mi się na język, to: malowniczy. To miasto sprawia wrażenie, jakby było jakąś makietą. Część budynków położona jest niżej, część wyżej, co funduje nam niesamowite widoki. 
3. San Marino. Brązowy medal dla kolejnej malutkiej stolicy. Ciekawe, czy San Marino zachwyciłoby mnie tak samo, gdybym odwiedziła je latem. Wówczas czekałyby na mnie tłumy turystów. Tymczasem w marcu w San Marino leżał śnieg. I było to najlepsze, co nam się trafiło. Widoki jak z bajki - gdziekolwiek się nie spojrzało, zapierało dech w piersiach. San Marino mnie bardzo zaskoczyło – nie tylko dlatego, że mówili tam po polsku.
2. Lizbona. Chciałabym tam mieszkać. Pewnie czasami narzekałabym na to, że trzeba co chwilę łazić pod górę. I dobiłyby mnie ceny mieszkań. Ale mogłabym tam mieszkać. Gdy patrzę na ranking stolic z pewnej perspektywy, dostrzegam, że ważne jest dla mnie położenie stolicy. Lizbona nie dość, że znajduje się w ciepłym i słonecznym kraju, to jeszcze ocean jest w niej na wyciągnięcie ręki. Pamiętam, że gdy siedziałam nad brzegiem Tagu i wystawiałam twarz do słońca, czułam pełnię szczęścia i relaksu. Mogłabym tam wrócić. Chciałabym tam wrócić i pokazać Lizbonę mamie. I mieć pasteis de belem na co dzień.
1. Wiedeń. Czy jakaś stolica zajmie kiedyś jego miejsce? Czy coś pobije Wiedeń? Czy gdy wybiorę się tam znowu, znów się zachwycę? Dlaczego właściwie tak kocham Wiedeń? Znam tylko odpowiedź na ostatnie pytanie i chętnie Wam jej udzielę: uwielbiam to miasto za jego królewskość, dostojność, za architekturę, parki i pandy. I za Sisi.
A u Was jaka stolica znalazłaby się na pierwszym miejscu?
Uściski!
Sara

środa, 26 grudnia 2018

Ten wspaniały rok - podsumowanie #1



Podsumujcie mijający rok. Przekonajcie się, ile dobrego się zdarzyło.

Ja jak co roku mam dla Was alfabetyczne podsumowanie minionych dwunastu miesięcy.

A jak Ateny. Miały być brzydkie, zakurzone, brudne i w ogóle ble i faktycznie trochę takie były. Ale jednocześnie można było podziwiać tam zapierające dech w piersiach widoki. Ateny pożegnały nas awarią metra i ulewnym deszczem. Do samej stolicy raczej nieprędko wrócę, chyba że będę się tam przesiadać, aby dotrzeć do Santorini.
B jak Bułgaria. Miejscami nadal wyglądająca biednie i socjalistycznie, ale chwilami naprawdę urokliwa. Położenie Sofii – podobnie jak Aten – pozwala na podziwianie pięknych widoków. Jeden dzień spokojnie wystarczy Wam na zwiedzenie tego miasta i to na piechotę. A wieczorem wypijcie herbatę w Macu, bo dają do niej miodzik.
C jak cele. Na 2018 rok miałam ich osiem, wypełniłam pięć. Nie tak źle, ale też nie jakoś rewelacyjnie. Najbardziej cieszę się ze zrealizowanego celu podróżniczego, czytelniczego i tego dotyczącego stypendium. Cały czas się zastanawiam, czy wypisywać postanowienia na kolejny rok. Na pewno odpuszczę na razie odwiedzenie meczetów w Kruszynianach i Bohonikach – zdałam sobie sprawę, że ze względu na trudny dojazd najłatwiej zajrzeć tam przy okazji podróży do Mińska. Nie będę też raczej obiecywać sobie, że przepracuję w wakacje równy miesiąc. A czy warto planować podróż za granicę i czytanie książek, skoro i tak to robię?
D jak dziennikarstwo. W grudniu minęły dwa lata, odkąd dołączyłam do redakcji Spod Kopca. Był to dobry moment na to, by zamknąć drzwi i otworzyć okno. Odeszłam z redakcji, jednak nie będę ukrywać, że bycie jej częścią dało mi wiele możliwości. Tylko w 2018 roku przeprowadziłam wywiad z Jankiem Traczykiem, Wojtkiem Kiełbasą czy właścicielką jedynego toruńskiego antykwariatu. Zrobiłam też kilka fotorelacji z koncertów i napisałam ponad sto artykułów. A wiadomo, że aby lepiej pisać, trzeba po prostu pisać. Więc to robiłam.
E jak escape roomy. W 2018 roku liczba odwiedzonych przeze mnie pokoi zagadek osiągnęła 30. Z tej genialnej formy rozrywki zamierzam korzystać również w kolejnych miesiącach. Zauważyłam, że w escape roomie przez 60 minut nie myślę o niczym innym niż zagadki. Jeśli więc coś Was trapi, idźcie do escape roomu – tam czeka na Was mnóstwo problemów do rozwiązania!
F jak filmy. Jednym z moich celów na rok 2018 było obejrzenie trzydziestu filmów. Niektórzy oglądają tyle w miesiąc. Ja niestety nie. Muszę jednak przyznać, że ten cel zmotywował mnie do częstszego chodzenia do kina. Wyszukiwałam promocje i rozmaite akcje, by nie płacić za bilety więcej niż 20 zł. Przygotuję dla Was osobny post o tym, które filmy obejrzane w 2018 polecam.
G jak Gozo. Będąc na tej wyspie, miałam taką myśl: "Chcę tu zabrać Maćka". Świadomie stwierdziłam, że muszę wrócić w to miejsce. Rzadko mi się to zdarza. Gozo miało w sobie coś sielskiego, coś dziewiczego. Krajobrazy momentami przypominały wieś, w której czas się zatrzymał, chwilami bardziej kojarzyły się z powierzchnią Marsa. Polecieć na Maltę i nie wybrać się choć na jeden dzień na Gozo to grzech.
H jak hidżab. Może znacie tę nazwę z książek o arabskich mężach (i naiwnych Polkach) albo z telewizji. Ja miałam okazję na własne oczy, a właściwie na własnym ciele przekonać się, jak kobieta czuje się w hidżabie czy abai. Mimo że miałam na sobie to tradycyjne arabskie ubranie zaledwie przez kilka minut, zdążyłam poczuć się odarta z kobiecości. Nie patrzyłam w lustro. Dopiero później, oglądając zdjęcia, przekonałam się, jak wyglądałam. To był szok. Przychodzą mi na myśl historie w stylu: "Gdy założyłam strój baletnicy, wiedziałam, że muszę związać swoją przyszłość z tańcem…". Ja gdy włożyłam hidżab, utwierdziłam się w przekonaniu, że przejście na islam mi nie grozi. 
I jak Italia. W 2017 roku dwukrotnie odwiedziłam Łotwę. W 2018 z kolei dwa razy poleciałam do Włoch - w marcu, kiedy zwiedziłam San Marino, Rimini i Bolonię, oraz w maju, gdy babcia zabrała mnie na wycieczkę do Rzymu. Z jednej strony cudownie było znów zobaczyć Koloseum, z drugiej strony zdałam sobie sprawę, że jednak nie chcę mieszkać w Italii. Tamtejsza pizza mi nie smakuje, a poruszanie się samochodem to masochizm. Włoski styl bycia jest dla mnie zbyt luźny, a ulice, przynajmniej w Rzymie, to śmietniki.
J jak Jordanki. Długa rekrutacja sprawiła, że powoli traciłam nadzieję. Nie straciłam jej jednak do końca. Opłaciło się. W listopadzie napisałam dwa pierwsze teksty na temat koncertów i spektakli odbywających się w Centrum Kulturalno-Kongresowym Jordanki. To niesamowite móc uczestniczyć w najważniejszych kulturalnych wydarzeniach w Toruniu, a relacjonowanie ich jest prawdziwym wyzwaniem. Mam nadzieję, że ta przygoda będzie trwała jak najdłużej. Dodaje mi to wiary w to, że potrafię pisać (choć pan z Fly4Free twierdził inaczej).
K jak koncerty. Raczej daleko mi do dziewczyny, która chodzi na koncerty, tańczy pogo (czy pogo się tańczy?) i wydaje pięćset złotych na jeden bilet, by zobaczyć gwiazdę z zagranicy. Gdy przejrzałam jednak swoje posty i zdjęcia z tego roku, okazało się, że uczestniczyłam w kilku koncertach. Największy z nich to oczywiście występ Eda Sheerana na Stadionie Narodowym. Notabene od tego wydarzenia bardzo rzadko włączam piosenki Eda, za to uwielbiam słuchać Anne-Marie (w tym roku była ona piątym najczęściej słuchanym przeze mnie wykonawcą na Spotify!). Oprócz wielkiego show w stolicy miałam okazję uczestniczyć w koncercie Janka Traczyka, Wojtka Kiełbasy, Tymona Tymańskiego czy Leszka Możdżera i Glorii Campaner. Posłuchałam także na żywo Natalii Nykiel, Kasi Kowalskiej, Mateusza Ziółko i Marka Piekarczyka podczas koncertu ku pamięci Grzegorza Ciechowskiego.
Ciąg dalszy nastąpi. 
Sara

piątek, 12 października 2018

Ateny i Sofia – komunikacja, ceny, wskazówki i koszty podróży


Zdawaliśmy sobie sprawę, że nasza wycieczka tym razem nie będzie kosztować 200 zł. Ale i tak udało nam się znaleźć całkiem niezłe okazje.


Dlaczego ta wycieczka nie mogła kosztować 200 zł? 

Po pierwsze, lecieliśmy we wrześniu, na południe Europy, a więc teoretycznie jeszcze w sezonie letnim udawaliśmy się tam, gdzie jest ciepło. W praktyce jedynie w Atenach było ciepło i to tylko w pierwszym dniu. W Sofii chodziłam w trzech rękawach i żałowałam, że nie mam czapki i rękawiczek. 
Po drugie, nasza wyprawa była dłuższa niż zwykle – płaciliśmy aż za 4 noclegi i 4 loty samolotem. Do tego dochodził koszt dotarcia na lotnisko, które nie jest położone w centrum miasta. 
Po trzecie, Ateny wcale nie są tanie, a już na pewno komunikacja miejska w tym mieście do tanich nie należy.

Plan wycieczki

Niestety, trafiliśmy na wyjątkowo niekorzystne godziny lotów do Aten i z Aten, w związku z czym musieliśmy wziąć trochę bezsensowne noclegi. 

Poniedziałek, 24 września:

  • Warszawa Modlin->Ateny [Ryanair] 14:55-18:35 (w Atenach jest godzina później niż w Polsce)
  • Nocleg w Atenach

Wtorek, 25 września:


Środa, 26 września:

  • Ateny->Sofia 8:35-9:55 [Ryanair] (W Sofii jest godzina później niż w Polsce, a więc ten sam czas, co w Atenach)
  • Zwiedzanie Sofii
  • Nocleg w Sofii

Czwartek, 27 września

  • Zwiedzanie Sofii
  • Sofia->Ateny [Wizz Air] 16:40-18:00
  • Nocleg w Atenach

Piątek, 28 września:

  • Ateny->Poznań 11:00-13:00

Ile zapłaciliśmy za loty?

Lot dla jednej osoby z Warszawy do Aten kosztował 94 zł
Lot dla jednej osoby z Aten do Sofii kosztował 9,99 euro = 42 zł
Lot dla jednej osoby z Sofii do Aten kosztował 19,99 lewów = 45 zł
Lot dla jednej osoby z Aten do Poznania kosztował 126 zł
W sumie więc za cztery loty zapłaciłam 307 zł.
Ile zapłaciliśmy za noclegi?

Za pierwsze dwa noclegi w Atenach w prywatnym studio z kuchnią i łazienką wynajętym za pomocą Airbnb zapłaciliśmy 250 zł. Co daje 125 zł na głowę za dwa noclegi. Apartament miał świetną lokalizację, dosłownie 5 minut drogi od supermarketu i stacji metra Panormou (cztery stacje od Monastiraki). Z Panormou mogliśmy też dojechać metrem bezpośrednio na lotnisko. Do wad mieszkanka zaliczyłabym oświetlenie  – dla nas było trochę za ciemno. Ale poza tym wszystko było czyste i schludne.

Za jeden nocleg w Sofii w hostelu, w pokoju prywatnym z łazienką na korytarzu, wynajętym za pośrednictwem Hostel Bookers zapłaciliśmy 86 zł, co daje 43 zł na głowę. Hostel również miał świetną lokalizację, ok. 10 minut drogi od stacji metra SU St Kliment Ohridski, 5 minut od Teatru im. Iwana Wazowa i wielu innych zabytków. Mogliśmy korzystać z kuchni. W pokoju i łazience było czysto, ale widać, że nie jest to nowy budynek. Minusem było to, że do łazienki trzeba było przejść przez salonik połączony z recepcją. W praktyce więc paradowałam z turbanem z ręcznika na głowie na oczach innych gości.

Nasz trzeci nocleg w Atenach postanowiliśmy wynająć w nieco tańszym apartamencie. Jeden nocleg w studio z kuchnią i łazienką wynajętym za pośrednictwem Airbnb zapłaciliśmy 106 zł, co daje 53 zł na głowę. Był to jeden z najlepszych apartamentów, jakie wynajęliśmy kiedykolwiek na Airbnb. Gospodarz zostawił nam picie, jedzenie, drobny upominek, wszystko było czyste i schludne. Minusem okazał się brak czajnika i fakt, że do bloku trzeba było podejść pod górkę. Apartament był oddalony ok. 10 minut od stacji metra Panormou.
W sumie więc za cztery noclegi zapłaciłam 221 zł
I tu mam dla Was niespodziankę - 100 zł zniżki na nocleg na Airbnb!

Ile zapłaciliśmy za komunikację miejską?

To chyba były najgorsze wydatki podczas podróży. W związku z tym, że trochę sobie polataliśmy, musieliśmy płacić za dojazd z lotniska. W praktyce wyglądało to następująco:

W poniedziałek z lotniska w Atenach do apartamentu dostaliśmy się autobusem X95. Jest to autobus, który kursuje między lotniskiem a placem Syntagma. Bilet normalny kosztuje 6 euro, ulgowy 3 euro. My jechaliśmy do stacji Errikos Ntinan, co zajęło nam ok. 45 minut.

We wtorek kupiliśmy jedynie pojedyncze bilety, by dojechać z Panormou do Monastiraki i z powrotem z placu Syntagma do Panormou. Pojedynczy bilet na metro to koszt 1,40 euro.

W środę zdecydowaliśmy, że zamiast autobusem X95 pojedziemy na lotnisko metrem. Wydawało nam się, że to szybszy i pewniejszy środek transportu, a na lotnisku musieliśmy być naprawdę wcześnie. Bilet na metro docierające na lotnisko to koszt 10 euro (!). Podróż trwała ok. 30 minut.

A jak wyglądała sprawa biletów w Sofii?
Z lotniska do centrum można dojechać metrem. Koszt biletu to 1,60 lewów. W środę był to jedyny bilet na komunikację miejską, jaki kupiliśmy w Sofii

W czwartek również pojechaliśmy metrem na lotnisko, co przyprawiło nas o dwa powody do stresu. Pierwszy związany był z nadgorliwością. Kupiliśmy bilety wcześniej, by później nie stać w kolejce i stresować się, że nie zdążymy na samolot. Gdy chcieliśmy je skasować, okazało się, że zakupione w automacie bilety trzeba wykorzystać niezwłocznie. Nasze więc, kupione godzinę szybciej, były już nieważne… Tak wyszło, że Maciek nie miał już żadnych lewów. Na szczęście mnie zostało jeszcze trochę bułgarskiej waluty, kupiłam więc bilety. Gdy je skasowaliśmy i zjechaliśmy schodami ruchomymi do metra, Maciek… znalazł banknot - 10 lewów. 

Jednak to nie koniec stresów. Metro dociera do Terminala 2. My tymczasem mieliśmy wylot z Terminala 1. Pytam więc pani w informacji, jak można tam dojść. Ona na to, że między terminalami kursuje autobus (!) i że będzie za 20 minut. Byliśmy na lotnisku wcześniej, ale czy wystarczająco wcześnie…? Autobus jechał ok. 10 minut, więc na szczęście na samolot zdążyliśmy. Uff.

Po dotarciu na lotnisko w Atenach, ponownie skorzystaliśmy z autobusu X95.

A co się działo w piątek rano? Płacz i zgrzytanie zębami. Lało, stwierdziliśmy więc, że pojedziemy metrem. Stacja była bliżej niż przystanek, a metro, jak już wspominałam,  wydawało się pewniejsze. Ta, jasne. Po przyjściu na stację dowiedzieliśmy się, że metro na lotnisko nie kursuje przez pogodę! Ja wpadłam w płacz, pomyślałam, że autobusem nie zdążymy. Nie mieliśmy jednak wyjścia, podjechaliśmy metrem dwie stacje i udaliśmy się na przystanek autobusu X95. Miał przyjechać w ciągu 20 minut. Nie przyjechał. Los chciał, że na przystanku spotkaliśmy Polaka. Postanowiliśmy więc zrzucić się na taksówkę. Brzmi burżujsko, wiem. Tymczasem taksówka na lotnisko kosztowała nas 30 euro, a więc 10 euro na głowę, czyli tyle, ile zapłacilibyśmy na metro. Na samolot zdążyliśmy.
Dojazdy z lotniska i poruszanie się po Atenach i Sofii kosztowało mnie w sumie 28,8 euro i 3,20 lewów, co razem daje 130 zł.

Ile kosztowała nas wycieczka do Aten i Sofii?

W sumie więc cała wycieczka jedną osobę wyniosła 658 zł. Biorąc pod uwagę, że zobaczyliśmy dwa miasta, zapłaciliśmy za cztery noclegi i cztery loty, nie jest to wygórowana kwota. Na pewno udało nam się znaleźć loty w świetnych cenach, na noclegi też narzekać nie mogę. Oczywiście były do wyboru też tańsze mieszkania, ale miały o wiele gorsze lokalizacje. Sporo kasy zjadło poruszanie się między lotniskiem a centrum miasta. Być może gdyby godziny lotów były inne, jeździlibyśmy wyłącznie autobusem X95, a nie metrem.

Na co jeszcze wydaliśmy pieniądze? Na jedzenie, pamiątki i ewentualne wstępy (do synagogi w Sofii czy na Akropol). 

Przykładowe ceny 
Ateny
Obiad w knajpie - 6 euro
Pocztówka - 0,20 euro
Koszulka z flagą grecką - 4 euro
Sofia
Cheeseburger w McDonaldzie - 2,3 lewów
Pocztówka 0,7  lewów
Magnes 2,5 lewów


O czym warto pamiętać przed podróżą do Aten

  • W Grecji papieru toaletowego nie wrzuca się do muszli. To obrzydliwe. To właściwie tak obrzydliwe, że myślałam, iż tylko przez ten fakt znienawidzę ten kraj.
  • W Grecji obowiązuje inny alfabet. W praktyce jednak nazwy przystanków czy stacji metra wyświetlają się zarówno w alfabecie greckim, jak i łacińskim.
O czym warto pamiętać przed podróżą do Sofii
  • W Bułgarii obowiązuje cyrylica. Dodatkowo nie z każdym dogadacie się po angielsku.
  • Do Sofii nie latają żadne tanie linie z Polski.
  • Pamiątki w Sofii możecie kupić w okolicy stacji metra Serdica i w przejściach podziemnych w centrum.
  • Sklepy z pamiątkami w Sofii pełne są różanych kosmetyków. Można w nich też znaleźć czekoladę czy herbatę z różą. 
Jeśli mielibyście jakiekolwiek pytania dotyczące wyjazdu, nie wahajcie się, piszcie śmiało!
Sara

sobota, 6 października 2018

Co zobaczyć w Atenach w jeden dzień?


Z czym kojarzą Wam się Ateny? Zapewne z Akropolem, Partenonem i innymi starożytnymi ruinami. Ale stolica Grecji to nie tylko antyczne kolumny!

Zwiedzanie Aten rozpoczęliśmy ok. 10:30, dojeżdżając do stacji metra Monastiraki. Stamtąd do najważniejszych zabytków Aten jest naprawdę blisko. Na samym Monastiraki znajduje się meczet, kościół Pantanassa (grecka świątynia prawosławna z X wieku), a także ruiny Biblioteki Hadriana. Jeśli chodzi o meczet, to ten w Sofii wywarł na mnie o wiele większe wrażenie. Co do Biblioteki Hadriana, zbudowanej nie przez Greków, lecz przez Rzymian, w II wieku naszej ery, to tu zaczyna się śmiech na sali. Wiele ateńskich zabytków można zobaczyć za darmo przez płot. I wcale nie widać ich jak przez dziurkę od klucza. Tymczasem jeśli chcecie stanąć przy ruinach lub obejrzeć je z bliska, trzeba zapłacić (w przypadku Biblioteki Hadriana - 4 euro (bilet normalny), 2 euro (bilet ulgowy)). Nam wszystko udało się obejrzeć za darmo, oprócz Akropolu (to znaczy – ja weszłam na Akropol za darmo jako VIP studentka, a Maciek, jako stary podróżnik, musiał wybulić 20 euro).
Już z Monastiraki było widać wzgórze Akropol. Udaliśmy się w jego stronę. Jednak po drodze obejrzeliśmy jeszcze Agorę Rzymską, czyli starożytny rynek. I tu znów podobna sytuacja – jeśli ktoś chciał wejść na teren ruin, musiał zapłacić. My zdecydowaliśmy się na podziwianie pozostałości antycznych budowli z odległości kilku metrów. W pobliżu Agory Rzymskiej powinna się też znajdować Wieża Wiatrów. My, cieniasy, jej nie znaleźliśmy.
Zaczął się spacer pod górkę. W drodze na Akropol spotkaliśmy kilka dzikich, greckich kotków. Zanim stanęliśmy w kolejce do wejścia na najsłynniejsze greckie wzgórze, wspięliśmy się na Areopag. I właśnie to miejsce stało się moim ulubionym w Grecji. Bo to, za co polubiłam Ateny, to widoki. Miasto jest dość ciekawie położone, znajdują się tam różne wzgórza, z których można podziwiać miasto z góry. A co widać z góry? Tysiące białych domków o płaskich dachach, zabytki i… szczyty. Wejście na Areopag jest darmowe, przygotujcie się jednak na wiatr. Choć i tak na Akropolu wieje mocniej.
Było ok. 12, gdy weszliśmy na Akropol. Studenci z krajów Unii Europejskiej po okazaniu legitymacji wchodzą za darmo. Z kolei bilet normalny kosztuje 20 euro. Akropol to nie tylko Partenon. Na wzgórzu (które faktycznie jest wzgórzem, co oznacza, że chodzi się nie po chodniku, lecz po naturalnym podłożu, często pod górkę) można zobaczyć też Erechtejon, czyli świątynię z charakterystycznymi kariatydami, a więc podporami w kształcie ludzkich postaci. Na Akropolu znajduje się także Teatr Dionizosa, Propyleje i kilka innych, mniejszych ruin. O ile tak świetnie zachowane budynki robią na mnie wrażenie, o tyle powiem Wam szczerze, że jak na ziemi ktoś położył kawałek płyty i napisał, że to kiedyś była ściana świątyni, to już moje serce nie bije mocniej.
Na Akropolu spędziliśmy ok. półtorej godziny. Najpierw obeszliśmy zbocza, a na koniec zostawiliśmy sobie Partenon. Z jednej strony świątynia była podtrzymywana rusztowaniami. To, jak wiało na szczycie wzgórza, jest nie do opisania. Wydawało nam się, że nadeszła burza piaskowa. Gdyby nie ten wicher, chętnie zostałabym tam dłużej, bo widoki były naprawdę przepiękne.
Gdy zeszliśmy z Akropolu, zrobiliśmy błąd. Powinniśmy udać się do dzielnicy Anafiotika, tymczasem my zostawiliśmy ją sobie na później, przez co trochę nadrobiliśmy drogi. Spacerem doszliśmy do Świątyni Zeusa Olimpijskiego i Łuku Hadriana. Były one oddalone o ok. 1 km od Akropolu (przynajmniej tak twierdziła mapka Aten, którą ściągnęliśmy na telefon). Łuk Hadriana można było nawet dotknąć, nie płacąc ani centa, zaś aby przyjrzeć się szramom w kolumnach Świątyni Zeusa Olimpijskiego, trzeba było zapłacić (6 euro - bilet normalny, 3 euro - bilet ulgowy). Nam wystarczył widok z oddali. Akurat ten zabytek nie jest zachowany idealnie, zachowała się jedynie część kolumn.
Wspominałam, że Ateny to nie tylko antyczne ruinki. To również współczesne budowle, chociażby Zappeion z XIX wieku. Znajduje się on w Ogrodach Narodowych. Nie weszliśmy jednak do środka, bo akurat odbywał się tam kongres. Przy Zappeionie spotkaliśmy Polaków, zrobiliśmy sobie obowiązkowe zdjęcie z palmą, a Maciek namierzył nawet antyczną wazę z napisem XD.

Ruszyliśmy dalej w drogę. Kolejnym punktem na naszej trasie, oddalonym zaledwie o kilka minut spaceru od Zappeionu, był Panathinaiko Stadio, czyli marmurowy stadion Panatenajski, który został zrekonstruowany na pierwsze nowożytne Igrzyska Olimpijskie w roku 1896. Planowaliśmy wejść na jego teren, ale gdy zdaliśmy sobie sprawę, jak dobrze widać stadion bez kupowania biletów wstępu, zrezygnowaliśmy. Chociaż jeśli ktoś chce sobie pstryknąć zdjęcie na podium, to będzie musiał zapłacić 5 euro.


W planach mieliśmy jeszcze trzy miejsca w Atenach – dzielnicę białych domków, Anafiotikę, Plakę oraz plac Syntagma.
Wróciliśmy więc w okolice Łuku Hadriana, by następnie stamtąd piechotą dotrzeć do nieco ukrytej Anafiotiki. Żałuję, że ta dzielnica nie jest większa, bo czułam się tam jak na rajskiej, greckiej wysepce. Wąskie uliczki, dzikie kotki, białe, niewielkie domki, niebieskie okiennice… To wszystko wyglądało naprawdę malowniczo i szkoda, że tak szybko się skończyło.

Udaliśmy się więc w stronę Plaki, której równie dobrze moglibyśmy nie zobaczyć. Wydawało nam się, że będzie to dzielnica w stylu paryskiego Montmartre, tymczasem okazało się, że to turystyczny deptak. Maciek kupił sobie koszulkę i poszliśmy na plac Syntagma. Jest to główny węzeł przesiadkowy w Atenach. To tam przed budynkiem parlamentu o pełnej godzinie odbywa się zmiana warty. Jednak nawet jeśli traficie na plac o innej godzinie, będziecie mogli obejrzeć swego rodzaju spektakl w wykonaniu żołnierzy w papciach z pomponami caruchi . Ich strój jest bardzo charakterystyczny i warto udać się na plac Syntagma chociażby po to, by zobaczyć ten fragment greckiej kultury i tradycji.
Plac Syntagma był naszym ostatnim punktem na trasie. Wróciliśmy w okolice naszego apartamentu, zjedliśmy grecki gyros i tak zakończyło się nasze zwiedzanie Aten. Mieliśmy nadzieje, że zobaczymy jeszcze coś po powrocie z Sofii, ale ulewa i wiatr skutecznie nam to uniemożliwiły.
Czy polecam Ateny? Zdecydowanie tak! Może samo miasto jest chaotyczne i faktycznie trochę brudne, ale zabytki zdecydowanie warto zobaczyć. Co więcej, położone są one blisko siebie.

Byliście w Atenach? Co podobało Wam się najbardziej w tym mieście? A może odwiedziliście jakąś inną część Grecji? Dajcie znać!
Uściski
Sara