czwartek, 19 lutego 2015

World Press Photo - najlepsze zdjęcia na świecie #2

Dla przypomnienia słów kilka (a raczej kilka równań) o tym, czym jest World Press Photo i co te niesamowite zdjęcia robią na moim blogu. :)
World Press Photo = najbardziej prestiżowy konkurs, w którym biorą udział osoby robiące zdjęcia dla prasy
Toruń + Centrum Sztuki Współczesnej + wystawa = niezapomniane wrażenia i niezwykłe historie
Chcecie zobaczyć inne zdjęcia biorące udział w konkursie? Wróćcie do poprzedniego posta! :)


To wcale nie zwidy. Ten mężczyzna naprawdę wiezie w samochodzie owcę.


Trochę zasypało, co nie? Fotografia ta została wykonana w jednym z miasteczek na północnym krańcu Rosji.


Kiedy patrzy się na tę dziewczynę, trudno domyślić się, jaka historia stoi za jej smutkiem i zamyślonym wzrokiem. Gdy w 2013 zmarł Nelson Mandela, trumna z jego ciałem została wystawiona w jego rodzinnym kraju, w RPA. Setki tysięcy ludzi chciały zobaczyć swojego przywódcę. Tej kobiecie się to nie udało.


Panna młoda z plemienia Berberów. Według tradycji nikt nie może zobaczyć jej twarzy przed przybyciem pana młodego. Moją uwagę zwróciły namalowane henną wzory na dłoniach kobiety.


Chłopiec z plemienia Siuksów nie obcinał swych włosów od urodzenia. Ma dłuższe niż ja!


Kobiety też mogą grać w futbol amerykański, a co!


Konserwatystka i działaczka nurkująca  bez żadnego specjalnego oprzyrządowania, bez tradycyjnego aparatu tlenowego. Ocean Ramsey znana jest z tego, że nurkuje w pobliżu rekinów jednak... bez klatki. Chce w ten sposób zmienić podejście ludzi do tych drapieżników. Czy jedna kobieta przekonałaby Was do podjęcia ryzyka?


Wybrałam dwa zdjęcia Nadji Casadei, jednak na wystawie można było podziwiać kilka fotografii przedstawiających jej historię. Nadja to lekkoatletka trenująca siedmiobój. W 2013 zdiagnozowano u niej jedną z najbardziej podstępnych chorób - raka. Mimo to Nadja nie przestała trenować. Jest symbolem wytrwałości i samozaparcia, nie sądzicie? Nadja została poddana chemioterapii, ale nadal odbywa treningi. W 2016 roku chce wystartować w Igrzyskach Olimpijskich. 


Jeśli coś Wam nie pasuje, to możecie zostać pustelnikami. A co tam. Tak zrobili Rosjanie na powyższych zdjęciach. Zamieszkali w lesie i uciekli od społeczeństwa. Czy im dobrze? Skoro nadal tam mieszkają... Mnie zaciekawił jednak fakt, iż dziennikarz odnalazł te osoby. W ten sposób świat się o nich dowiedział. Hmm, skoro pojawił się tam jeden fotograf, czy nie pociągnął za sobą kolejnych? Co to za pustelnia w takim razie?


Czy te oczy mogą kłamać? Chyba nie. Te oczęta należą do bonoba - szympansa karłowatego, jednego z najbliższych krewnych człowieka. Gatunek ten możecie znaleźć w Demokratycznej Republice Konga.


Wyścig psich zaprzęgów odbywający się we Francuskich i Szwajcarskich Alpach. Zazwyczaj uczestnicy mają do przebycia kilkaset kilometrów (znalazłam dwa źródła - 750km oraz 900km) w ok. 2 tygodnie. Gdyby nie cień helikoptera zastanawiałabym się, w jaki sposób zostało zrobione to zdjęcie... Wszędzie tylko śnieg.


Już Wam chciałam napisać, że to fale oceanu... A to śnieg i szczyt w okolicy Sofii, w Bułgarii. Sport, który uprawia ten człowiek to kite-skiing, czyli po prostu narty + latawiec. Chcielibyście spróbować?

Tak jak poprzednim razem czekam na Wasze typy! 
Pozdrawiam
Sara

wtorek, 17 lutego 2015

World Press Photo - najlepsze zdjęcia na świecie #1

Dla fotografów polujących na najlepsze ujęcie dla prasy jest to prawdopodobnie najważniejszy konkurs. Warto wspomnieć, że laury zdobywali w nim także Polacy. Wystawa zdjęć World Press Photo 2014 zawitała do Torunia - cieszę się, że wyciągnęłam do Centrum Sztuki Współczesnej (które nota bene nie przyciąga zbyt wielu torunian...) moją przyjaciółkę. 
Część zdjęć była świetna sama w sobie - wyjątkowe ujęcia, trudne do uchwycenia albo tematy niełatwe do pokazania w sposób estetyczny. Wiele kadrów miało swoją własną historię i dopiero po zapoznaniu się z nią można było w pełni docenić zdjęcie, zrozumieć, co artysta miał na myśli. Opisy przy zdjęciach nie były zbyt długie, jeśli ktoś miał trochę więcej niż chwilę, mógł zatrzymać się i na nie zerknąć. Ja niektórym przyjrzałam się dokładnie i analizowałam, inne zaś czytałam pobieżnie. Zdjęcia natomiast obejrzałam wszystkie i wierzcie mi, trudno było wybrać te najlepsze i zamieścić je na blogu. Dlatego też podzieliłam je na dwie części. Mam nadzieję, że Wasz zmysł estetyczny zostanie choć trochę zaspokojony po pierwszej serii fotografii. 


Poznajecie to zwierzę? To fenek. Patrząc na to zdjęcie, odczuwam żal, żal mi tego zwierzaka. Pamiętam jednak, że w opisie była mowa o jego... udomowieniu.


Temu kociakowi wczepiają specjalny czip, który pomoże go później zlokalizować.


Pierwsza myśl: pingwiny. Heej, ale przecież one nie latają! Na zdjęciu widoczne są nurzyki.


Tego człowieka też mi żal, choć jednocześnie trudno mi ogarnąć swoim umysłem, jak fotografowi udało się uchwycić go akurat w momencie upadku. Mężczyzna widoczny na zdjęciu to Pablo MacDonough, zawodnik grający w polo. Co ciekawe, mimo tego groźnie wyglądającego upadku, jego drużyna wygrała tamte zawody.


Zdjęcia skoków zawsze mi imponowały i nieważne, czy to skoki do wody, czy niezgrabne skoki nastolatki. Trudno uchwycić kogoś w powietrzu i to rzecz powszechnie wiadoma.


To Ray Eliason, Australijczyk. Podoba mi się niezwykłość tego zdjęcia, to, jak uchwycona została woda i fale wywoływane przez pływaka. Plus za utrzymanie czarno-białej kolorystyki.


A tutaj zdjęcie zrobione przez drona. Chyba nigdy nie miałam okazji widzieć boiska z takiej perspektywy.



O ile niektórych zdjęć nie komentowałyśmy wieloma słowami, to seria fotografii egipskich kulturystów przedstawionych wraz ze swoimi matkami wzbudziła nasz zachwyt. Przede wszystkim spodobało nam się to, że ci mężczyźni nie wyglądają jak typowi kulturyści, świecący się i nierzadko obleśni, a ich mięśnie nie wyglądają tak, jakby zaraz miały pęknąć albo wyskoczyć. Wybrałam najpiękniejsze według mnie zdjęcie kulturystów z trzech zaprezentowanych na wystawie.


Jak myślicie, co to takiego? Nie zgadliście. 
To ścieki. Nawet ścieki mogą wyglądać pięknie.


Chyba nie potrzeba tu mojego komentarza. 


Jedno słowo - tajfun. 
Nie, żebym lubiła patrzeć na ludzkie cierpienie, ale takie zdjęcia to coś, co przyciąga mój wzrok, podobnie jest z filmami katastroficznymi.


Mnóstwo ludzi, walący się budynek i jedna ręka, która wskazuje to, co już wszyscy zdążyli zauważyć. Właśnie ten gest mnie zaintrygował i sprawił, iż postanowiłam uwiecznić to zdjęcie na moim aparacie.


Od razu uprzedzam Wasze pytanie - to nie zwłoki! Ten mężczyzna odpręża się w basenie w jednym z krajów Bliskiego Wschodu.
 

Na koniec zdjęcie, które zwyciężyło w jednej z kategorii. Warto poznać jego historię. Ci ludzie to emigranci. Łapią oni sygnał na wybrzeżu w Dżibuti. Tak, te światełka, które widzicie to nie zapalniczki, to telefony. Mieszkańcy Czarnego Kontynentu próbują złapać sygnał z pobliskiej Somalii. Z jakich krajów uciekają? Z Etiopii, Erytrei, Somalii właśnie. Gdzie chcą się udać? Prawdopodobnie do Europy. Po co? Aby uratować życie, aby po prostu zacząć żyć.
Które zdjęcie Was poruszyło, które zostanie w Waszej pamięci na dłużej?
Już niebawem kolejna seria zdjęć. Serdecznie zapraszam.
Pozdrawiam
Sara

niedziela, 15 lutego 2015

Jak zostałam królową



Wychodząc z domu w Tłusty Czwartek, nie sądziłam, że wrócę  ze szkoły jako królowa. Chyba nikt by się tego nie spodziewał, a już na pewno nie dziewczyna przebrana za diabła.
Karnawał niemiecki nie zaczął się zbyt ciekawie. Prawie nikt z mojej klasy się nie przebrał, w czuprynie a’la Cruella de Mon i diabelskich rogach czułam się trochę nie na miejscu, chociaż tłumaczyłam sobie, że to inni powinni się tak czuć – w końcu trwał karnawał. Otuchy dodała mi moja przyjaciółka, która, mimo iż nie uczy się niemieckiego, postanowiła zabawić się i poudawać diabełka. F. podzieliła się czerwoną szminką, która na szczęście nie sprawiła, że wyglądałam jak kurtyzana.
Już na drugiej przerwie mogłyśmy poczuć prawdziwego ducha karnawału. Co prawda żadna z nas nie wzięła udziału w konkursie jedzenia pączków, ale obserwowanie łakomczuchów okazało się równie ekscytujące. Nieważne, czy ktoś chciał się po prostu najeść, czy też naprawdę liczył na wygraną – trzy darmowe pączki wylądowały w brzuchach zawodników. 

Pączkami należy się delektować, czyż nie? :)

Na kolejnej przerwie miałam okazję oglądać Bal Debiutantek. Czy słyszeliście o słynnym balu odbywającym się w Wiedniu w czasie karnawału? Najtańsze bilety kosztują kilkaset euro.

Nieważne, w szpilkach czy boso - podziwiam te pary i ich odwagę. :)
Nasz szkolny Bal Debiutantek był trochę skromniejszy niż ten austriacki, ale uczennice w białych sukienkach tańczące walca wyglądały jak anielice (a mnie tego dnia do anioła było jednak daleko…). 

Kulminacja nastąpiła podczas długiej przerwy. Zanim jednak opiszę wielobarwną paradę, dodam, że tego dnia część lekcji była skrócona, przerwy zaś wydłużone. :) Każda grupa języka niemieckiego w mojej szkole, a jest ich kilkanaście, miała wymyślony przez siebie motyw. Uczniowie mojej grupy postanowili przebrać się za diabły. Kilka dziewczyn włożyło na głowę groźnie wyglądające rogi, ale tylko ja, wraz z moją francuską przyjaciółką, postanowiłyśmy wziąć udział w paradzie i w ten sposób reprezentowałyśmy moją grupę. 


Pomysły na kostiumy naprawdę mnie zaskoczyły. Lekarze i żołnierze, Arabowie i wieśniacy – to tylko niektóre z przebrań. Okazało się, że tylko nasz rocznik nie potrafił się zabawić i przebrać – z innych grup kostiumy włożyło co najmniej kilka osób. Z jednej strony to przykre, bo kiedy mamy się bawić, jak nie teraz? Z drugiej strony być może ta niska frekwencja zdecydowała o zwycięstwie diablic… Ale o tym za moment.


Zanim poznaliśmy zwycięską grupę, wszyscy przebrani przespacerowali się po dużej sali gimnastycznej. Niektórzy wzięli udział w konkurencjach np. w ponadczasowym skakaniu w workach czy w próbie w miarę poprawnego wypowiedzenia niemieckich łamańców językowych. W końcu poznaliśmy zwycięzców. Najlepiej przebraną grupą okazali się Bawarczycy. Przyszła pora na koronację. Królem karnawału został chłopak przebrany za pudełko z herbatą (gratulacje!), zaś królową, a raczej królowymi… dwie diablice! Nie ukrywam, że prawie padłyśmy ze śmiechu, byłyśmy niesamowicie zaskoczone. Dostałyśmy jedną koronę i chodziłyśmy w niej na zmianę. Dwie diablice królowymi. I kto powiedział, że dobro zawsze zwycięża? ;) 


Tłusty Czwartek to Tłusty Czwartek. Każdy, niezależnie od tego, czy był aniołem, królową czy smerfem otrzymał pysznego pączka. 

Ktoś mi chyba ukradł rogi... Będzie się smażył w piekle.

Jeden z komentatorów wyraził pewne wątpliwości co do tego, iż mogłabym przebrać się za diabła… Wychodzi na to, że do twarzy mi w rogach.
Księżniczki Disneya mogą się schować. ;))


Pozdrawiam Was ciepło!
Sara

piątek, 13 lutego 2015

Zwierzenia blondynki i wyznania blogerki cz. 17




Zastanawiam się nad wagą słów. Nad tym, jak jedno zdanie, a nawet jedno słowo potrafi wywołać radość albo rozpacz. Jak jedno słowo może trwale coś zmienić. Jedno słowo.

Zaczęłam tak bardzo głęboko, a właściwie to mnie w tym momencie uszczęśliwiają bardzo przyziemne rzeczy i jedno zwyczajne słowo: ferie. Właśnie je rozpoczęłam i już poczułam, jak bardzo potrzebowałam tej wolności. W szczególności wolności myśli – nie muszę przypominać sobie, na co to trzeba się jeszcze nauczyć i co jeszcze trzeba zrobić…

Pierwszy tydzień ferii spędzę u dziadków z Zosinie (woj. lubelskie), po drodze zahaczając o Warszawę (jednak to ona wygrała w pojedynku z Łodzią). Drugi tydzień na pewno poświęcę blogowi (co nie znaczy, że pierwszy nie!) – chcę wprowadzić kilka zmian. Mam nadzieję, że uda mi się spotkać z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Jak widzicie, nie mam bardzo wygórowanych celów i zadań, tak jak to miało miejsce np. w wakacje, kiedy stworzyłam listę kilkudziesięciu punktów, które chcę zrealizować. Tym razem chcę odpocząć – naprawdę tego relaksu potrzebuję.

A co się działo przez ostatnie tygodnie? Bo chyba nadszedł czas na podsumowanie, czyż nie? :)

Smak tremy

Jak smakuje trema? Właściwie to nie smakuje, bo gdy zjada nas stres, zazwyczaj w naszych ustach pojawia się niesmak. Nie ukrywam, że denerwowałam się przed nagraniem dla Was filmiku – nie chciałam, aby wyszedł sztucznie. Poczyniłam jednak progres, bo o ile w poprzednim nagraniu, wyginałam ręce i gestykulowałam niczym rodowita Włoszka, to tym razem udało mi się mówić z sensem, w miarę poprawną polszczyzną i bez nadmiernych ruchów dłońmi. :D 
 



Smak wsparcia

A to dopiero słodki smak! Świadomość, że ludzie o mnie pamiętają, co więcej – że podoba im się to, co tworzę i wierzą we mnie mogłabym jeść miskami. ;) Dziękuję Wam za wszystkie oddane głosy w konkursie Blog Roku, za każde miłe słowo – ostatecznie udało się zdobyć 67 głosów, co pozwoliło mi uplasować się w pierwszej trzydziestce (na jakieś 400 blogów!). Uważam, że to świetny wynik jak na blog, który istnieje półtora roku i jest prowadzony przez nastolatkę.
 



Smak podróży

Pocztówki sprawiają, że można posmakować czegoś więcej niż tylko kleju na znaczku. W styczniu otrzymałam kartki z naszej Ojczyzny, ale też z zupełnie nowych krajów. Wysłałam także swoją pierwszą pocztówkę A4 wypisaną drobnym maczkiem do Martyny.

Pocztówka A4. Dostaliście kiedyś taką?
Dziękuję, Pawle!
Dziękuję, Edyto!

Smak zwycięstwa i zabawy

O karnawałowym szaleństwie opowiem Wam nieco więcej w najbliższych dniach. Jak diablice mogły zostać królowymi balu? Ile zajmuje zjedzenie trzech pączków? Już niebawem post o niemieckim karnawale!






Smak śniegu

Śnieg jest brudny i nie warto go jeść. Ale można na nim pisać, rzucać się nim, lepić z niego najróżniejsze figury albo po prostu położyć się i zrobić aniołka. :) Mniej odważnym na pewno wystarczą zimowe widoki.





Smak pączków

Straciłam rachubę i nie wiem, ile pączków trafiło w Tłusty Czwartek do mojego brzucha. Lepiej nie myśleć, ile wczoraj zjadłam kalorii. Wiem jedno – wszystko było pyszne! :D




A jak Wam minął styczeń? Spróbowaliście jakichś nowych smaków :)?

Sara

PS Już jutro wyjeżdżam, mam jednak nadzieję, że uda mi się do Was zajrzeć!