piątek, 24 kwietnia 2015

Pieczemy pierniki! - wymiana #4



11 kwietnia tego roku był dziwnym dniem. Można powiedzieć, że zaczął się o 3 rano, kiedy B. waliła w moje drzwi. Ja na nią nawrzeszczałam i próbowałam spać dalej. Poprzedniego dnia organizatorka wymiany obiecała mojej mamie wiadomość, co też poczynić z naszym gościem. Żadnej odpowiedzi nie dostaliśmy. Więc w sobotę moi rodzice, zdeterminowani, zmęczeni i niewyspani, przyjechali do szkoły.

Chyba nikt za bardzo nie wiedział, co wpisać w harmonogram tego właśnie dnia, bo nakazano nam przez trzy godziny obserwować galę z okazji dwudziestolecia toruńskiej koszykówki. Nikogo to za bardzo nie fascynowało, B. pokładała się na gimnastycznych krzesełkach, a ja próbowałam jakoś zabić nudę.

Tego samego dnia odbyła się rozmowa w sprawie mojego gościa. B. rozmawiała z tatą przez telefon, my rozmawialiśmy z nauczycielami. Jak już wiecie, tego samego dnia przyjechała do mnie nauczycielka. 

Około 14 zamówiono nam pizzę (Jedyną osobą niejedząca był kto? Tak, zgadliście. Znów problemy), mogliśmy robić, co tylko nam się wymarzy. Nie chciałam wracać z B. do domu i widzieć jej oglądającej bajki, więc postanowiłam, że wraz z X. i jego gospodarzem oraz M. i jej gospodynią pójdziemy do Żywego Muzeum Piernika. Wcześniej byliśmy też na wieży ratusza (zdjęcia w jednym z kolejnych postów!) i w McDonaldzie, co spotkało się z aplauzem Amerykanów. 

Selfie, modelki i szafa z Narnii.

Do muzeum wybraliśmy się głównie ze względu na M. i jej fascynację historią. Chociaż chyba bardziej spodobałoby się tam fanom pieczenia. Ja nie jestem ani amatorką historii, ani dobrą kucharką, a mimo to w muzeum dobrze się bawiłam.




Na początku… zabłądziliśmy. Tak, zabłądziłam we własnym mieście, bowiem pomyliłam Dom Kopernika z Żywym Muzeum Piernika. Ale wstyd! 




Muzeum Żywego Piernika to właściwie nie muzeum, a przynajmniej nie takie, po którym spacerujemy wolnym krokiem, podziwiając eksponaty w gablotach. W miejscu tym powitali nas Wiedźma z Mistrzem. Na początku zarówno w języku polskim, jak i angielskim, zaprezentowali i każdemu z osobna pozwolili powąchać poszczególne przyprawy wchodzące w skład tradycyjnego piernika toruńskiego. Mnóstwo ich było. Ciekawa jestem, o których wiedzieliście. :) Do pieczenia pierników używa się i cynamonu, i gałki muszkatołowej, i imbiru, i goździków, i kardamonu… I na pewno o czymś zapomniałam. ;) Nie można pominąć innych składników -  miodu i dwóch rodzajach mąki, pszennej i żytniej (które przesiewamy). Wszystko opowiedziano nam staropolskim językiem. Świetne było to, że co chwila wyławiano kogoś z tłumu – w tym naszych Amerykanów. Czarnoskóry i wysoki X. razem z drobnym blondynkiem przytrzymywał wielką michę, bo Mistrz stwierdził, że wyglądają jak bliźniacy. 
 
Prawda, że podobni?
Po dokładnym zapoznaniu się z tajemniczymi składnikami, przystąpiliśmy do… pieczenia! Przy wielkich stołach każdy dostał swój kawałek ciasta. Dlaczego nie mogliśmy zrobić ciasta sami? Bo musi ono leżakować przez kilka miesięcy. Następnie wysłuchaliśmy dokładnych instrukcji mistrza – posypywaliśmy ciasto mąką, ugniataliśmy. Każdy mógł wybrać dowolną formę. Po skończeniu pracy kiedy R. grzecznie i subtelnie powiedział mi, że na policzku mam mąkę, czekaliśmy kilka minut, aż nasze pierniki będą gotowe. Niedługo, prawda? Niestety, nie można ich jeść, bo stracimy wszystkie zęby. :)




Potem udaliśmy się do kolejnej sali, gdzie opowiedziano nam o różnych fabrykach produkujących toruńskie pierniki, o maszynach. Tym razem to mnie wybrano z tłumu, miałam szansę poruszać wajchą, haha. Dowiedzieliśmy się również, jak dekorować pierniki. B. jest w klasie o profilu cukierniczym, więc nakupowała zestawów do lukrowania.


X. stwierdził, że wyglądam na tym zdjęciu jak supermodelka. Jaaasne.

Żywe Muzeum Piernika to jedno z tych muzeów, które absolutnie mnie nie znudziło. Czy jest to miejsce bardziej dla dzieci? Nie sądzę. :) W końcu nie tylko maluch chce się dowiedzieć, jak i z czego przygotowywane są pyszne toruńskie pierniki. 



Amerykanom w muzeum bardzo się podobało! A mnie nurtuje jedna sprawa – czy odwiedziłam to muzeum wcześniej? Pamiętam, że będąc w przedszkolu, gdzieś przygotowywałam własnego piernika… Ale gdzie?
 



Toruńskie pierniki są najlepsze. :D

Słonecznego weekendu!

Sara

PS Wiecie, że nazwa piernik pochodzi od słowa pierny (pieprzny)?

środa, 22 kwietnia 2015

Twierdza w Malborku kiedyś i dziś - wymiana #3



Nie było posta, bo angielski. Chociaż równie dobrze mogłabym napisać, że powodem była historia, wos, matematyka i niemiecki. Zarówno zaległości, jak i bieżące sprawdziany mnie załamują. Ale! Nie przyszłam tu dziś narzekać, tylko opowiedzieć Wam o największym zamku z cegieł w Europie. :D




Jedna z Amerykanek biorących udział w wymianie stwierdziła, że kocha Polskę, ale nienawidzi tego zamku – zamku w Malborku. Nie wiem, co ją skłoniło do takich uzewnętrznień, ja dawnej siedziby Krzyżaków nie znienawidziłam, a byłam już tam drugi raz. 
 



Z mojego pobytu w Malborku jakieś 8 lat temu pamiętam jedynie kręcone lody i tron, na którym spokojnie mieściły się dwie osoby. Tegoroczna wizyta sprawiła, że na pewno nie zapomnę pani Elwajry, naszej przewodniczki („Nazywam się Elwira, nie Elwajra, jak ta czarownica”). 



Dlaczego warto pojechać do Malborka? Bo wielkość tego zamku poraża. Bo Krzyżacy odegrali istotną rolę w historii naszego kraju (i mówię to ja, osoba, która nienawidzi wkuwania kolejnych dat i faktów sprzed setek lat). Właściwie to w pierwszej chwili miałam zamiar zarzucić Was kilkoma historycznymi ciekawostkami (falsyfikat kruszwicki i te sprawy), ale to by było trochę sztuczne, nie uważacie? Nie lubię historii, nie zwykłam o niej pisać, a tu nagle taka zmiana.
 



Co szczególnie zapadło mi w pamięć w słoneczny piątek? Na pewno opowieść o tym, jak w zamku rozpoznawano, czy dana moneta jest srebrna. Po prostu nią rzucano, a specjaliści o niebywałym słuchu po wydawanym przez monetę dźwięku potrafili rozpoznać, z jakiego kruszcu jest wykonana.

Ta stylówa!

Być może zaciekawi Was zagadka, którą zadała nam pani E. Co było największym skarbem Krzyżaków? Nie, nie kobiety. Bursztyn! W zamku można obejrzeć wystawę poświęconą jantarowi. Wiedzieliście o tym, że bursztyn może mieć różne kolory? Ja sądziłam, że zawsze przyjmuje pomarańczową barwę…




Gdy mieszkaniec zamku ujrzał taką figurkę, a właśnie szedł za potrzebą, musiał się bardzo, ale to bardzo spieszyć, aby nie stało się brzydko pachnące nieszczęście. Ten symbol informował bowiem, że do toalety jeszcze daleka droga…




Mówimy Zamek Krzyżacki w Malborku, ale przez ponad 300 lat był on rezydencją królów polskich. 




W zamku istniał także swego rodzaju system grzewczy. W jednej z komnat pokazano nam otwory w podłodze, przez które można było zobaczyć „kominki” (prawdopodobnie palące się drewno). Kaloryferów jednak brak i podczas naszego zwiedzania w zamku panował nieprzyjemny chłód. Dużo cieplej było na dworze.




W Malborku moja Amerykanka B. kupiła sobie okropnie drogą zawieszkę z bursztynu, a ja, oszczędna Polka, skusiłam się tylko na dwie pocztówki. Wreszcie zmądrzałam i gdziekolwiek pojadę, kupuję co najmniej dwie kartki – jedną, aby wysłać dalej w świat, drugą zaś zostawiam sobie. Pierwsza z poniższych pocztówek już poleciała do Niemiec. :)




A czy Wy byliście kiedyś w Malborku? Jak wspominacie tę wycieczkę?

Pozdrawiam

Sara

niedziela, 19 kwietnia 2015

Jak wygląda szkolna wymiana? - wymiana #2



Pewnie część z Was zastanawia się, jak w ogóle wygląda wymiana szkolna.  Zapewne w każdej szkole inaczej, różne są zasady, różna organizacja (w naszym liceum niestety nie najlepsza). Zdradzę Wam tę tajemnicę i przybliżę nieco plan tegorocznej wymiany między uczniami z filadelfijskich szkół Swenson Arts and Technology High School i Abraham Lincoln High School a toruńskim IV LO. 


Ilu uczniów przyleciało do Polski?

15 – 9 dziewczyn, 6 chłopaków. Za to przyjmujących było więcej, chyba aż 21. 12 Polek przyjmowało swoje Amerykanki na spółę, tzn. przez kilka dni gość mieszkał u jednej dziewczyny, kilka u drugiej. Ja przyjmowałam sama i było to niezależne ode mnie. 


Czy amerykańscy nauczyciele również odwiedzili Polskę?

Tak! Było ich prawie tak dużo jak uczniów. Nauczyciele, dyrektorzy, a nawet kobieta, która zajmuje się innowacjami w szkolnictwie. Mieszkali oni u naszych polskich nauczycieli. 


Czy Amerykanie chodzili z nami na lekcje?

I tak, i nie. Podczas pobytu byli może na trzech, czterech lekcjach wraz z Polakami. Gdy już znaleźli się na jakieś lekcji, po prostu siedzieli i nic nie robili, jedynie na angielskim mogli się jakoś wykazać.


Co Amerykanie robili w Toruniu?

Odwiedzili między innymi planetarium, Muzeum Piernika, spotkali się z prezydentem…


Piękne, ale twarde jak skała pierniki

Czy mieliśmy zaplanowany każdy dzień?

Właściwie tak, oprócz niedzieli. Na samym początku otrzymaliśmy harmonogram, a w nim można było znaleźć miejsca, które odwiedzimy. Niektóre punkty były zaplanowane co do minuty. Niedziela była w całości do zagospodarowania przez nas – wtedy moi rodzice, B., jej nauczycielka i ja pojechaliśmy do Biskupina, a po południu graliśmy w gry planszowe i na Play Station. 


Co robiłam z B. popołudniami?

Hmm, B. niestety nie wykazywała wielkiego entuzjazmu, jeśli chodzi o robienie czegokolwiek, a już szczególnie w większej grupie. Raz wybrałyśmy się do galerii handlowej, innym razem do zoo. Obejrzałyśmy Harry’ego Pottera, spacerowałyśmy po lesie. 

B. porównała te zwierzęta do szczurów, ale i tak ją zachwyciły.



Czy mogłam wagarować ;)?

Bywały takie dni, że Amerykanie szli gdzieś tylko ze swoimi opiekunami, my wtedy mogliśmy, a nawet powinniśmy uczestniczyć w normalnych lekcjach. Jeden z takich dni zupełnie olałam, bo ledwo mogłam zwlec się z łóżka, takie choróbsko mnie dopadło. Ale np. innego dnia, kiedy goście pojechali na zakupy, ja udałam się na lekcje. Koniec końców i tak mam mnóstwo zaległości i nadal nie wiem, jak się z tym uporam.


Jakie inne miasta zwiedzali goście zza oceanu?

Malbork, Chełmno, Gdańsk – można było jechać razem z nimi. Ja uczestniczyłam w każdej wycieczce, mimo bólu gardła i dręczącego kataru. Stwierdziłam po prostu, że tak będzie i grzeczniej, i że skoro już kogoś przyjmuję, to nie będę mojego gościa olewać, nieważne, jak bardzo by mnie denerwował. Były takie osoby, które zupełnie ignorowały wycieczki i inne zaplanowane atrakcje, po prostu zostawiły swoich Amerykanów. Goście zwiedzili również Warszawę, bo stamtąd lecieli do domu (z przesiadką w Londynie).

Zdjęcie z cyklu: Akurat nie słucham przewodniczki, bo robię zdjęcie. :D

Czeka na Was mnóstwo zdjęć z wycieczek, ale także z Torunia. Pokażę je w najbliższych postach. :)

Dziękuję za wszystkie pokrzepiające słowa pod poprzednim wpisem.

Uściski

Sara

piątek, 17 kwietnia 2015

Trudne dni i bezsenne noce - wymiana #1



No i pojechali. Nie płakałam ani ze smutku, ani ze szczęścia. W głowie mam milion myśli na temat wymiany. Widzę mnóstwo plusów, ale także multum minusów. Naprawdę długo rozważałam, jak opowiedzieć Wam o tym wszystkim i czy w ogóle opowiedzieć. Już do tej pory skasowałam setki słów. Ten wpis będzie jednym wielkim wyrzuceniem z siebie tego wszystkiego, co męczyło mnie przez ostatnie dni. Chcę podzielić się wszystkim, co złe, w jednym poście, potem już będzie tylko lepiej. Nie chcę, abyście myśleli, że wymiana była dla mnie męczarnią przez cały czas.
Środa godz. 4:00
Nie mogę spać, pewnie ze zmęczenia. B. też nie może, słyszę, jak co chwila wchodzi do łazienki. W końcu po 4 przychodzi do mnie, prosi o jedzenie (chleb nietostowy nie zyskał aprobaty, za to bułka z ziarnami okazała się czymś niezwykłym i nigdy niewidzianym). Po zjedzeniu ćwiartki bułki z cukrem i masłem, prosi o tabletkę. To pierwsza. Potem będzie ich jeszcze kilkanaście. Już nie śpimy. B. zaczyna mi się zwierzać. A ja muszę niebawem iść do szkoły po zaledwie trzech godzinach snu.
Środa godz. 13:00
Nie wiem, co się dzieje. Ciągle woła o leki. Przeciwbólowe, na uspokojenie, na ból brzucha. Jesteśmy w szkole, ale B. nie cieszy się tym dniem. Mówi, że tęskni za tatą. Rozumiem to, ale jednocześnie zastanawiam się: Skoro tęskni już, co będzie potem?
Czwartkowe i piątkowe noce
Przyszła do moich rodziców. Najpierw położyła się obok nich, potem na podłodze. Gdy dowiedziałam się, że moja mama nie spała, wpadłam w furię. Ile ta dziewczyna ma lat, 8 czy 18?! Moja mama zeszła z nią na dół i pilnowała jej całą noc. B. prosi o możliwość spania w pokoju z telewizorem, po czym ogląda go przez całą noc. Nie może spać, ale nie wie, dlaczego. Nic nie je. Przychodzi do mnie o 5 rano, twierdząc, że czas wstać.
Piątek
Mam powoli dość, wszystko zostało zgłoszone nauczycielom. Na noc zamykam pokój na klucz. Martwię się o B., a jednocześnie chcę, aby ją ode mnie zabrali. Martwię się, że zemdleje, bo ile można przeżyć na jednym bananie? B. zaczyna zwalać swoje dolegliwości na jet lag (zespół nagłej zmiany strefy czasowej). Ok. ale ile może trwać jet lag?
Piątek, trochę później
W środę moja mama kupiła leki i herbatkę na uspokojenie. B. to jednak nic nie pomogło. Byłam tak wkurzona, że i ja pokusiłam się o meliskę. Tymczasem B. prosi o leki nasenne. Daję jej coś na uspokojenie i wmawiam, że to na sen. Ona zaś nocą sama zagląda do szafki z lekami i wyjmuje sobie stamtąd, co chce.
Sobota godz. 3:00
Słyszę walenie do drzwi. Nie, nie otworzę. Dobra, mam dość. Otwieram i wrzeszczę na nią. Mama stwierdziła, że wyglądałam dość zabawnie, taka wkurzona. Ale to nie było zabawne. Nie dałam jej żadnych leków, choć prosiła i zatrzasnęłam drzwi przed nosem.
Sobota
Spotkanie z nauczycielami. Zostaje podjęta decyzja – albo B. wraca do domu, albo wprowadza się do mnie amerykańska nauczycielka. Zgadzam się, choć sugeruję, że B. mogłaby zamieszkać w domu jednej z polskich belferek. Nikt mnie nie słucha. C. wprowadza się do nas wieczorem. Nocą B. chodzi do niej wielokrotnie, ale dzięki temu my możemy się trochę przespać. C. jest bardzo surowa, nie pozwala B. mówić o problemach rodzinnych, oglądać telewizji po 21:00 i spać w pokoju z telewizorem. W związku z przybyciem nauczycielki mój brat musiał przeprowadzić się do babci.
Niedziela
Jestem coraz bardziej chora, tracę głos. Nie daję rady tłumaczyć wszystkiego na dwa fronty. Nauczycielka wyjeżdża, a ja grożę B. , że jeśli będzie nas budzić w nocy i prosić o kolejne leki, odeślemy ją do domu. Od tego czasu śpi spokojnie.
Kolejne dni
B. zaczyna jeść, jednak tego, że jest chora na ADHD, tego, że jest aspołeczna, tego że ciągle chodzi w kapturze, tego, że po przyjściu do domu zakłada piżamę i ogląda bajki nie zmienię. Nic nie poradzę na to, że nie chciała nigdzie wychodzić, że nawet, gdy oglądałyśmy film, ona gapiła się w swój telefon. Odliczałam dni do jej wyjazdu.
Jak widzicie, zafundowano mi niezłą szkołę przetrwania. Ale nie napisałam tego wszystkiego, bo chcę Waszej litości, niee! Po prostu… musiałam to z siebie wyrzucić. B. tak naprawdę nigdy nie powinna znaleźć się na tej wymianie. To był jej pierwszy wyjazd z kraju, pierwszy raz, kiedy spędziła więcej niż jedną noc bez taty. Nowa kultura, nowe jedzenie, nowi ludzie. Wiele było momentów, kiedy B. zachowywała się tak, jakby potrzebowała pomocy. Profesjonalnej pomocy. A ja nie jestem terapeutką.
To na tyle. Mam nadzieję, że to ostatni tak pesymistyczny wpis na tym blogu.
Sara
PS Wiecie, jaka jest najlepsza wiadomość? To nie ona będzie mnie przyjmować w październiku.