środa, 11 grudnia 2019

Jarmark bożonarodzeniowy we Wrocławiu - czy warto go odwiedzić?


Wydaje mi się, że Polacy nie wiedzą, czym jest prawdziwy jarmark bożonarodzeniowy. Nie wiedzą, dopóki nie zobaczą tego we Wrocławiu. 


Tradycja jarmarków świątecznych jest obecna przede wszystkim na Zachodzie Europy, w Niemczech czy w Austrii. Tam w jednym mieście działa nawet kilka jarmarków jednocześnie. W Polsce tymczasem próbuje się tę tradycję wprowadzić w życie… Z różnym skutkiem. W Toruniu na starówce znajduje się coś, co nazywa się jarmarkiem bożonarodzeniowym, ale w praktyce to zaledwie kilkanaście straganów, karuzela dla dzieci i… tyle. Wątpię, by turyści specjalnie przyjeżdżali z innego miasta, by zobaczyć ten jarmark, a jeśli planują to zrobić, to odradzam. Jedźcie lepiej do Wrocławia.

O jarmarku w stolicy województwa dolnośląskiego dowiedziałam się zupełnie przypadkiem – opowiadałam koleżance o tym, że z mamą w długi, listopadowy weekend chciałyśmy gdzieś lecieć, ale w końcu chyba wybierzemy się do Afrykarium we Wrocławiu. Wtedy ona doradziła mi, by zaczekać, aż otworzy się słynny jarmark. Tak też zrobiłyśmy i na wycieczkę do Wrocławia udałyśmy się w miniony weekend.
Jarmark bożonarodzeniowy we Wrocławiu jest po prostu ogromny. 7 grudnia, dzień po mikołajkach, był tak zatłoczony, że przypominał mi toruński festiwal światła, który rocznie odwiedza 400 tys. osób. Jednak mimo konieczności przepychania się między straganami przez cały pobyt towarzyszył nam świetny humor.
Jarmark to oczywiście przede wszystkim stragany. Co można na nich kupić? Zacznijmy od jedzenia. Na wrocławskim jarmarku bożonarodzeniowym można było skosztować zarówno kasztanów, węgierskich langoszy i francuskich naleśników, jak i tradycyjnych polskich pierogów, bigosu czy żurku. Nie brakowało również stoisk ze słodkościami – były lizaki, pierniki, wata cukrowa w wiadrach oraz gofry. Dużą popularnością cieszyły się hiszpańskie churros z czekoladą. My z mamą zaczęłyśmy od lepiącej się od miodu baklawy – była dostępna w różnych smakach. Później ogrzałyśmy się czekoladą i grzańcem. Napoje otrzymywało się w specjalnie zaprojektowanych świątecznych kubkach. Można je było zabrać do domu albo zwrócić, wówczas oddawano 15 zł kaucji. Pod koniec spaceru po jarmarku zjadłyśmy langosze, czyli drożdżowe placki smażone na głębokim tłuszczu. Mama zdecydowała się na wersję wytrawną, ze śmietaną, serem i czosnkiem, ja zaś postawiłam na słodki zestaw z jabłkiem i cynamonem. Do niektórych stoisk ustawiały się kolejki, ale my nie czekałyśmy w żadnej dłużej niż kilka minut.
Na straganach można było, oprócz jedzenia, zakupić również ozdoby świąteczne oraz różnego rodzaju gadżety – począwszy od torebek, poprzez ciepłe kapcie i czapki, skończywszy na biżuterii. Część stoisk była pełna maskotek, inna – naturalnych mydełek. Jeśli ktoś chciał, na jarmarku mógł się zaopatrzyć w prezenty dla całej rodziny. Czy w dobrych cenach? Nie wydaje mi się. ;) 
Jednak jarmark bożonarodzeniowy to nie tylko handel, lecz również zabawa. Ze sceny płynęły świąteczne piosenki i kolędy. Dzieciaki mogły pobawić się na karuzeli albo pojeździć na kolejce górskiej. W Bajkowym Lasku przygotowano dla nich specjalne punkty, w których można było wysłuchać znanych baśni i zobaczyć miniscenki. Choć mnie lalki grające królewny trochę przerażały.
Cały Rynek we Wrocławiu był przystrojony świątecznym ozdobami. Można je było podziwiać ze specjalnych tarasów widokowych. W sumie na jarmarku spędziłyśmy dwie godziny. Byłyśmy bardzo zaskoczone jego rozmiarem. Nie spodziewałyśmy się aż takiego rozmachu i piękna. Jarmark we Wrocławiu można odwiedzać do końca grudnia.
Dajcie znać, jak tam jarmarki bożonarodzeniowe w Waszych miastach!
Sara

niedziela, 8 grudnia 2019

10 pomysłów na prezenty świąteczne


Jak co roku spieszę Wam z pomocą! Prezenty świąteczne to coś, nad czym głęboko zastanawiam się już w listopadzie. Chcę, by były piękne, praktyczne, przydatne, a jednocześnie trafione. Żeby nie poszły w zapomnienie. Oto moja lista 10 pomysłów na prezenty świąteczne (ale nie tylko! Równie dobrze nadadzą się na urodziny czy imieniny).

1. Vouchery. Uważam, że to jeden z lepszych pomysłów na prezenty, bo pozwala obdarowywanemu coś przeżyć. W tych czasach można kupić voucher niemal na wszystko – na podróż, skok ze spadochronem, lot szybowcem, wizytę w escape roomie, ale także na masaż, musical czy warsztaty kulinarne. Jeszcze Wam mało? To może zdecydujecie się podarować bilet do kina albo po prostu wykupicie komuś Netflixa.


2. Książki. Jeszcze kilka lat temu byłam przeciwniczką kupowania książek w prezencie i to wcale nie dlatego, że nie lubiłam czytać! Po prostu od zawsze pozostawałam wierna bibliotekom i twierdziłam, że wydawanie pieniędzy na książki, które przeczytamy w dwa dni, a potem postawimy na półkę, jest pomyłką. Trochę dojrzałam i zmieniłam zdanie na ten temat. Na święta proszę o takie tytuły, których od dłuższego czasu nie ma w bibliotece albo o powieści moich ulubionych autorów.
3. Biżuteria. Kolczyki, broszki, wisiorki, łańcuszki, pierścionki – wybór jest ogromny, więc na pewno uda nam się znaleźć taką ozdobę, którą obdarowywana osoba będzie nosić z dumą i radością. Możemy postawić na biżuterię prostą, bez kamieni szlachetnych bądź bardziej zdobioną jak np. pierścionek z ametystem. Ja najbardziej lubię delikatną, srebrną biżuterię, pasuje ona do mojego typu urody. W tym punkcie warto wspomnieć o tym, że biżuteria i ozdoby to nie tylko domena kobiet. Mężczyznom można wręczyć chociażby eleganckie spinki do mankietów.
4. Jedzenie i picie. Być może to brzmi śmiesznie, ale sądzę, że to jeden z najbardziej praktycznych i niewątpliwie najsmaczniejszych prezentów. Pisząc "jedzenie" mam na myśli zarówno egzotyczne przyprawy, jak i ręcznie robione pierniczki czy domowe dżemy. Jeśli ktoś uwielbia gotować, na pewno ucieszy się z wyjątkowych składników, a jeżeli ktoś od pichcenia woli konsumowanie, również chętnie przygarnie zestawy herbat bądź smakołyki z innych krajów. Teraz wcale nie trzeba wyjeżdżać za granicę, by je kupić.
5. Rzeczy związane z pasją. Zawsze podkreślam, że jeśli ktoś ma jakieś hobby, o wiele łatwiej jest mu kupić prezent. I nieważne, czy osoba kolekcjonuje płyty, czy wędkuje, uprawia jogging, a może maluje, szydełkuje bądź z zapałem gra w planszówki. Na pewno przedmioty powiązane z zainteresowaniami sprawią jej radość.

6. Kosmetyki. Tutaj trzeba bardzo uważać i raczej nie kupować dezodorantu. Ale świetnie sprawdzą się pięknie pachnące, naturalne kosmetyki takie jak balsamy, maseczki, sole do kąpieli - kojarzą się one z relaksem i pozwolą obdarowywanemu na urządzenie małego, domowego SPA.

7. Elektronika. Tu wybór też jest większy niż Wam się wydaje. Nie trzeba przecież od razu kupować laptopa. Może komuś przyda się elektryczna maszynka do golenia, a może prostownica? Czytnik ebooków dla zabieganego miłośnika literatury, blender dla amatorki gotowania, trymer dla zadbanego mężczyzny. Dobrym pomysłem może okazać się też powerbank – większości z nas się przyda.

8. Dodatki. O ile z zakupem ubrań może być trudno, bo dobranie rozmiaru wcale nie należy do najłatwiejszych zadań (wiem to po sobie – jestem wyjątkowo niewymiarowa). Ale stylowe apaszki, portfele, kolorowe skarpetki czy skórzane paski powinny być udanym prezentem. Wydaje mi się, że wyszliśmy już z tego okresu, gdy dostawanie skarpet na święta było obciachem. Obecnie im bardziej szalone skarpetki, tym lepiej.

9. Ogrzewacze. Czyli wszystko co cieplusie i milusie. Szaliki, czapki, rękawiczki, termofory, kubki termiczne, kocyki, poduszki. Zimą sprawdzą się doskonale. Ja jestem wielkim zmarzluchem, więc na pewno doceniłabym taki gorący prezent.
10. Przedmioty z ciekawymi cytatami i rysunkami. Jestem wielką fanką praktycznych przedmiotów, które mają na sobie motywujące albo zabawne teksty bądź urocze rysunki. Możecie przebierać spośród kalendarzy, kubków, skarpetek, poprzez plakaty, obrazy czy etui na telefon, skończywszy na notesach i torbach na zakupy.
A Wy w tym roku co chcielibyście znaleźć pod choinką? Co planujecie podarować najbliższym?

Życzę Wam dużo radości z dawania i otrzymywania.
Uściski!
Sara

piątek, 6 grudnia 2019

Nie zawsze byłam grzeczną dziewczynką


Drogi Mikołaju!

W tym roku nie zawsze byłam grzeczną dziewczynką. Wyzywałam innych ludzi (oczywiście w myślach). Wiele razy miałam ochotę rzucić studia, rzucać mięsem i rzucić w kogoś słoikiem nutelli (oczywiście pustym, nie może być zbyt miło). W końcu rzuciłam. Pracę. Nie ćwiczyłam z Chodakowską, latałam samolotem, robiłam herbatę tylko sobie i używałam jednorazowych płatków kosmetycznych.

Ale zdarzało mi się też robić dobre uczynki. Dawałam kotu kurczaka i wymyślałam clickbajtowe tytuły. Chodziłam na zakupy z własną torbą (o tym, że szydziłam z tych, co tego nie robią, nie musisz wiedzieć).

Czy za moje dobre sprawowanie należy mi się jakiś podarek? Nie chcę nowego aparatu, smartfona, laptopa. Nie potrzebuję tabletu, czytnika ani głośnika bezprzewodowego. Nie kupuj mi, proszę, elektrycznej hulajnogi ani martensów. Samochodu też nie chcę. Przecież stary jeszcze działa.

Wiesz, Mikołaju, że najbardziej cieszę się z doświadczeń. Oczywiście wymarzonym prezentem byłaby podróż – nieważne, czy do Kopenhagi, Moskwy, Dubaju czy Zielonej Góry. Nie pogardziłabym także voucherami na przeżycie czegoś fajnego – oczywiście zapomnij o skokach ze spadochronem. Dzwonienie do reklamodawców i parkowanie tyłem daje mi podobny poziom adrenaliny. Chętnie wybrałabym się do escape roomu, na musical albo na masaż. Nie potrzebuję rzeczy. No chyba że mowa o książkach. Te zawsze chętnie przyjmę. I nie gniewaj się, że po przeczytaniu wylądują na olx. Po prostu muszę zrobić miejsce na nowe nabytki.

Najbardziej, drogi Mikołaju, ucieszyłabym się ze świętego spokoju. Gdybyś tylko mógł sprawić, żeby ludzie mnie tak nie irytowali, byłabym w siódmym niebie. Żeby nie brali jednorazowych reklamówek, nie krzywdzili zwierząt, nie wpychali się w kolejkę, nie wyprzedzali na ciągłej. I żeby odpisywali na maile! Żeby szanowali innych i mnie. I mój czas. I moje nerwy.

Czy proszę o tak wiele?
Sara

środa, 4 grudnia 2019

Poranek z życia kota


Oddałam głos Nicolasowi, bo bardzo się tego domagał. 

Dzisiaj postanowiłem obudzić moją panią o 5. Uznałem, że pora by wstała, bo ja już się wyspałem. Wskoczyłem z właściwą sobie gracją na jej łóżko i trochę popromowałem. To znaczy, udawałem prom. Ewentualnie jak kto woli – traktor. Pańcia poruszyła się gwałtownie, po czym zdecydowanym ruchem postawiła mnie na ziemi. Uznałem, że to nowy sposób powitania. Wróciłem na łóżko, by życzyć jej miłego dnia. W tym celu położyłem jej łapkę na twarzy. A wtedy ona się ode mnie odwróciła. Wiem, że zrobiła to specjalnie, bo lubi, gdy gryzę jej włosy. Gdy zafundowałem jej darmową odżywkę, pańcia postanowiła w końcu wstać. Nie wiem, dlaczego ona tyle śpi. Uchyliła drzwi, pewnie po to, by pokazać mi, że korytarz nadal wygląda tak samo, i wróciła do łóżka. Jestem bardzo zdolnym kotkiem, więc szybko obejrzałem swoim czujnym okiem korytarz, zobaczyłem, że nic się nie zmieniło, i wróciłem do pańci. Ona przykryła się wielką płachtą z podobiznami moich znajomych. Postanowiłem więc położyć się tuż obok. Chyba jednak mój poranny recital promowy zdenerwował pańcię, bo wstała i pobiegła do kuchni. A tam pierwszy muszę być zawsze ja – nie kto inny! Pogalopowałem za nią. Zauważyłem, że trochę mi się przytyło i moje kroki na schodach przypominają bardziej odgłosy poruszania się słonia, ale nie zastanawiałem się nad tym dłużej, bo oto otwierała się przede mną magiczna szafka. Nie wiem, jak to się dzieje, ale w tej szafce pańcia zawsze znajdzie coś dobrego. Dostałem karmę, ale w sumie to nie byłem głodny.
Najpierw zwiedziłem salon i sprawdziłem, czy fotel nadal jest tak fajnie drapalny. Był. To sprawdziłem jeszcze ścianę. W końcu uznałem, że można zjeść jakiś posiłek. Pańci nie było w kuchni, więc spożyłem śniadanie w samotności. Gdy skończyłem, obowiązkowo zostawiając na talerzyku trzy kawałeczki mięska, postanowiłem zabrać się za poranną toaletę. Umyłem łapką mordkę, czółko i brzuch. A potem stopę. Pańci nadal nie było w kuchni, uznałem więc, że położę się na progu. Tak dobrze mi się leżało, że zasnąłem. Śnił mi się dziwny sen. Biegłem za różową wstążką, która nagle zamieniła się w soczystego kurczaka. Kiedy ocknąłem się z drzemki, miałem wielką ochotę na jedzenie. Ale najpierw udałem się do mojego toilet home. Tam podrapałem wszystko, co się da, zrobiłem, co trzeba, a potem wystrzeliłem z kuwety jak z procy – w końcu kto by chciał przebywać dłużej niż to potrzebne w miejscu, gdzie śmierdzi.
Pańcia nadal leżała pod płachtą, nie chciałem jednak, by marnowała dzień. Poudawałem zatem prom tuż nad jej uchem. Pańcia spojrzała na mnie, potem wzięła do ręki to, co tak fajnie gra i chyba zobaczyła tam coś strasznego, bo odrzuciła płachtę i podniosła się z łóżka. Ja wtedy ległem na środku pokoju, domagając się pogłaskania po brzuszku. Trzeba wyrabiać dobre nawyki.
Tak oto męcząco zacząłem dzień. Czas na drzemkę.
Sara
Nicolas