wtorek, 24 grudnia 2013

"Niebo ziemi, niebu ziemia - wszyscy wszystkim ślą życzenia"



Kochani moi, dzisiaj wyjątkowy dzień dla wielu z nas – Wigilia Bożego Narodzenia. Z okazji świąt chciałabym Wam złożyć życzenia. Przykładam wielką wagę do życzeń – zarówno tych otrzymywanych, jak i układanych przeze mnie. Cieszę się, gdy te, które usłyszę czy przeczytam, są szczere i płyną prosto z serca, a przy tym nie pachną banałem. Takie same życzenia staram się składać. Jako że każdy z moich czytelników jest inny, trudno mówić o spersonalizowanych życzeniach. To może zanim czegokolwiek Wam będę życzyć, najpierw podziękuję za to, że jesteście ze mną, że czytacie to, z czym postanawiam się z Wami podzielić, że komentujecie, pozostawiając na blogu swoje opinie i spostrzeżenia. Dziękuję Wam, że mam dla kogo pisać! <3

 Życzę Wam, aby te święta każdy z Was spędził tak, jak lubi najbardziej. Jedni wolą spokojne święta, bez żadnych ekscesów, te dni są dla nich czasem zadumy i refleksji. Dla innych święta to czas zabawy, śmiechu oraz niepohamowanej radości. Spędźcie je tak, jak uważacie za stosowne.
 

 

Życzę Wam, aby nie opuściło Was w te święta zdrowie, bo bez niego ani rusz, wszystko staje się kilka razy trudniejsze, z niczego nie można się cieszyć w stu procentach. Dlatego uważajcie na siebie i troszczcie się, zarówno o siebie, jak i o  innych!

Nie zapominajcie, że święta to dni pełne ciepła, nawet gdy nie wskazuje na to termometr. Pełne ciepła rodzinnego, dlatego postarajcie się o to, aby celebrować je z ludźmi, których kochacie i na którym Wam zależy. W ten niezwykły czas zróbcie wszystko, aby spędzić z nimi jak najwięcej godzin, pamiętajcie o potrzebnej każdemu bliskości. 




Chciałabym Wam również życzyć, abyście po prostu miło spędzili najbliższe dni. Mam nadzieję, że otrzymacie czy też podarujecie innym (a może i jedno, i drugie) wspaniałe, trafione prezenty, takie od serca.

Uwielbiam święta Bożego Narodzenia i mam nadzieję, że będą udane – zrobię wszystko, aby tak się stało. Kocham pierogi, łazanki, krokiety, granie całe dnie w gry planszowe i karty, spędzanie całego dnia razem, prezenty,  choinkę i… długo mogłabym tak wymieniać. Kocham święta!

Sara


niedziela, 22 grudnia 2013

Sława, czyli o tym, dlaczego byłam na pasku w TVN24



Według niezawodnego Google Maps trasa Berlin-Toruń liczy 424km, a pokonanie jej zajmuje niecałe 5 godzin, właściwie to 4 i pół. Doliczmy do tego postoje, pomyślmy o przepisowej jeździe i o tym, że wieziemy prawie 50 duszyczek i mnóstwo kilogramów bagażu. Mimo że jestem na humanie, to na szczęście nauczyłam się dodawać już w podstawówce i… no nie wychodzi mi 20 godzin, nie wychodzi. Czyżbym coś pominęła? Ach, tak, przecież zawsze trzeba wziąć pod uwagę korki na drodze ekspresowej, nie należy zapominać o pogodzie i ukochanym Ksawerym, trzeba także respektować przewrócone ciężarówki, których nikt nie raczy usunąć przez kilka godzin. Dodajmy do tego ewakuację do pobliskiej wiejskiej szkoły, a 20 godzin nie okaże się niczym szokującym. Po fakcie. Wtedy wydawało nam się to abstrakcją, złym snem, czymś zupełnie niepojętym i niezrozumiałym. Ale od początku…
 



Pierwszy raz stanęliśmy w korku przed Gnieznem, o dziwo, na ekspresówce, co wtedy wydawało się naprawdę niedorzecznym wydarzeniem. W kółko powtarzałam: Takie rzeczy tylko w Polsce. Myśleliśmy, że zatrzymaliśmy się na chwilę. Okazało się, że moment to pojęcie względne i może trwać nawet półtorej godziny. Spotkał nas i tak optymistyczny scenariusz – w radiu ostrzegali, że zator rozładuje się za dwie godziny, a nam udało się z niego wyjechać nieco wcześniej. Dobra, pierwsze koty za płoty, dalej będzie z górki! Hm. Niezupełnie. 



Ksawery szalał jak opętany, a śnieg sypał i nie miał zamiaru przestać. Tiry przewracały się jak klocki domina, nieprzygotowane na tak niesprzyjającą aurę. Utknęliśmy w jednym miejscu, nawet nie potrafię Wam powiedzieć gdzie. Autokar stał bez ruchu, po czym postanowił zawrócić, co nie okazało się takie łatwe. Jednak kiedy już się udało, przejechaliśmy kilka kilometrów tylko po to, aby zatrzymać się… w innym miejscu. Na całe 5 godzin. Wyobrażacie sobie to? Noc, ciemno, zimno, jedyną toaletą, z której możemy skorzystać, jest pobliski las, przy czym temperatura była mocno na minusie. Niektórzy byli głodni, bo nie mieli już przy sobie żadnego jedzenia. Gdy teraz o tym opowiadam, to brzmi trochę jak dramat. Ale przetrwaliśmy.


Najgorsza była niewiedza i nieświadomość – nikt nie zdawał sobie sprawy, dlaczego stoimy w korku, ile ma on kilometrów, jak długo jeszcze nie będziemy mogli się ruszyć. Pamiętam, jak próbowałam spać – tej nocy w objęciach Morfeusza byłam może jakieś 3 godziny. Za każdym razem kiedy się budziłam, patrzyłam przez okno i za każdym razem widziałam to samo drzewo, co wpędzało mnie w coraz większą rozpacz. Telefony rozładowane, rodzice nie śpią ze stresu, a my z irytacji i zdenerwowania zaczynamy gadać od rzeczy i przekomarzać się. 


 

Nagle, jakoś rano, gdy zrobiło się już jasno na dworze, postanowiono nas ewakuować do pobliskiej szkoły. Tylko dlaczego dopiero teraz?! Nie można było o tym pomyśleć 5 godzin wcześniej? Najwidoczniej nie. Tak naprawdę sytuacja była bardzo trudna. Dopiero po powrocie dowiedziałam się, że w województwie kujawsko-pomorskim pogoda potraktowała kierowców najokrutniej. Tiry przewracały się, a kiedy inne próbowały je ominąć, również traciły równowagę. Orkan Ksawery nie zamierzał pomóc, przeszkadzał, jak tylko mógł, nawiewając śnieg z pól na drogi, przez co pługi nie mogły dotrzeć do przewróconych pojazdów. Dopiero rano można było cokolwiek zrobić. O sytuacji panującej w kraju mówiono w telewizji przez cały czas, a nasza grupa pojawiła się nawet na pasku w TVN24! Ach, ta sława. Szkoda tylko, że przyćmiona tak przykrymi okolicznościami.




Kiedy dotarliśmy do ciepłej szkoły, zaspokoiliśmy nasz głód, rozgrzaliśmy się, pijąc gorącą herbatę, odświeżyliśmy się i naładowaliśmy telefony. Nikt nie miał pojęcia, jak długo zostaniemy w tym miejscu. Próbowaliśmy zabić czas rozmową o niczym i graniem w różne gry. Ale teraz będzie najlepsze! Kiedy po kilku godzinach opuściliśmy szkołę, okazało się, że musimy się… cofnąć. Do Gniezna! Ach, zapomniałam wspomnieć, gdzie znajdowała się szkoła – w Rogowie, dokładnie 99km od Torunia, a 25km od Gniezna. Nie było podobno żadnej możliwości powrotu do naszego ukochanego miasta, drogi były albo zakorkowane, albo zasypane, albo jedno i drugie. Udaliśmy się do Gniezna, jadąc bardzo powolutku i ostrożnie autokarem. W pierwszej stolicy Polski wsiedliśmy do… pociągu. I nim szybko oraz bezpiecznie dotarliśmy do Torunia. 




Planowo powinniśmy znaleźć się z powrotem w domu o północy. Tymczasem los i pogoda tak nam sprzyjały, że do Torunia dotarliśmy o 14:00… następnego dnia.

Śmiać mi się chce na samą myśl, gdy przypominam sobie, że w tamten mikołajkowy piątek, kiedy nic nie zwiastowało naszych przygód, miałam zamiar dodać w sobotę post. Tak jakby nie wyszło, bo po powrocie zasnęłam i spałam do wieczora, a później jeszcze całą noc. 




To chyba tyle, jeśli chodzi o nasz druzgocący powrót.




W Berlinie kupiłam trochę pocztówek. Już odwiedzając stolicę Niemiec w sierpniu, zdecydowałam się na zakup kilku, możecie je zobaczyć tutaj.

Trzymajcie się, kochani, przed wigilią jeszcze na pewno do Was zajrzę!

Sara

sobota, 21 grudnia 2013

Berlińskie muzeum wszystkiego



Kochani, powiem Wam, że TAK, CZUJĘ ŚWIĘTA. Poczułam je już chyba w czwartek, kiedy tłum w Empiku napierał na mnie ze wszystkich stron, a na środku starówki stała dziewczyna trzymająca kartkę z napisem FREE HUGS. Jeszcze bardziej świąteczny nastrój udzielił mi się wczoraj, podczas wigilii klasowej, składania i odbierania spersonalizowanych życzeń, niejednokrotnie bardzo pozytywnie zaskakujących oraz jedzenia pysznego ciasta z napisem HUMAN. Dzisiaj, mimo iż do wigilii jeszcze kilka dni, świąteczny nastrój osiągnął swoje apogeum podczas kupowania prezentów. Z rozdziawioną buzią kręciłam się po sklepach – PRZECENY?! Ale jak to? Byłam pewna, że przed Bożym Narodzeniem jak na złość wszystko drożeje, a sklepy i tak zarabiają, bo przecież bez prezentów się nie obędzie. A dzisiaj zostałam, ku swojemu zaskoczeniu, ale i radości, otoczona napisami SALE. Po powrocie do domu stroiłam choinkę i rozpoczęłam wielkie świąteczne porządki, czyli tradycja. Uroczyście oświadczam, że wzięłam sobie urlop i przez najbliższe 16 dni w szkole mnie nie zobaczą :)






Moja własna opowieść wigilijna musi jeszcze poczekać, za to cały czas mam dla was opowieść berlińską. :) Ostatnim PLANOWYM punktem wycieczki było Muzeum Techniki. Nieco zmęczeni dotarliśmy do niego popołudniu i rozpoczęliśmy zwiedzanie – samodzielne, każdy w swoim tempie, bez przewodnika.

Muzeum Techniki bardziej niż muzeum przypominało mi… no właśnie sama nie wiem co. Coś pomiędzy centrum rozrywki, sklepem ze sprzętem RTV rodem z PRLu, a zbiorowiskiem tego, co akurat się nawinęło. Na pewno to miejsce mocniej zachwyci osoby interesujące się np. motoryzacją albo elektroniką. Jednak nie mogę powiedzieć, że się tam nudziłam, bo muzeum jest ogromne, sama nie wiem, czy zdążyłam zobaczyć wszystko. Wątpię. 








W muzeum były i sale z pociągami, lokomotywami, i z aparatami fotograficznymi, i z telewizorami, radiami, gramofonami, ale również z… sukienkami i torebkami. To zdziwiło mnie chyba najbardziej. 








Jak na Muzeum TECHNIKI przystało, nie brakowało tam nowoczesnych, technicznych rozwiązań, takich jak np. możliwość posłuchania, jaki odgłos wydają poszczególne pojazdy. Były też miejsca, aby się zabawić. Gruby melanż i te sprawy. A tak całkiem serio to mnie skusiła jedna z gier – układanie słów. Każda literka miała przypisany odpowiedni kod np. 1001001. Na jednej ścianie widniały szyfry, na innej przyczepione na magnes literki. Można było się pobawić :D



Co jeszcze zapamiętałam z berlińskiego Muzeum Techniki? Awatara, który gadał w kilku językach i kolejne miejsce na słit focie, podobne do tego w Muzeum Dinusiów i Innych Zwierzątek Historii Naturalnej. Tym razem efekt jest jednak zdecydowanie mniej piorunujący, w dodatku maszyna próbowała mnie porównać do poprzednich osób goszczących w tym muzeum, więc stwierdziłam, że nigdy jej nie zrozumiem i zostawiłam ją w spokoju.




Tak jak wspomniałam, Muzeum Techniki było ostatnim przystankiem w czasie naszej berlińskiej wycieczki. Po zwiedzaniu opuściliśmy Niemcy w dość krótkim czasie – drogi naszych zachodnich sąsiadów to jednak coś, co zasługuje na pochwałę za każdym razem, gdy o nich wspominamy. W życiu byśmy nie pomyśleli, że do domu dotrzemy po 20 godzinach… Opowiem Wam wszystko w jednym z  następnych postów!

Tymczasem wracam do sprzątania. Muszę Wam zdradzić, że porządkowanie wcale nie jest takie złe, chociaż zajmuje mi zwykle bardzo dużo czasu – kiedy już biorę się za sprzątanie, to zachowuję się jak pedantka, wycieram z osobna każdy bibelot. Sporo czasu zajmuje mi też tańczenie, wiecie, to tak przy okazji, i przełączanie/pogłaśnianie piosenek… 




Nie zapomnijcie o odpoczynku w czasie gorączkowych świątecznych przygotowań!

Sara



czwartek, 19 grudnia 2013

Pierniki nie tylko w Toruniu



Dopiero co skończyłam kaligrafować dwie i pół strony z rozprawką, więc jak wplotę gdzieś o Longinusie Podbipięcie, to wybaczcie.

Stwierdziłam, że dam Wam na moment odpocząć od muzeów (jeszcze jedno z nich przed Wami), za to opowiem Wam jak to było z tymi Weihnachtsmarktami (dłuższego słowa nie mieli). Weihnachtsmarkt, czyli po prostu jarmark świąteczny, bożonarodzeniowy. U nas w Polsce też można spotkać jarmarki bożonarodzeniowe, ale trudno je porównywać z tymi berlińskimi. Sama dzisiaj mijałam w mieście coś, co nazywa się rzekomo jarmark świąteczny, ale te kilka budek ustawionych na środku starówki za nic nie tworzyło takiego klimatu jak drewniane domeczki z Berlinie.
 



Jarmark miał być główną atrakcją naszej wycieczki. Wiem, że niektórzy nawet czytali o nim w necie i napalili się na to i owo. Ja w sumie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Na pewno jedzenie, jakieś bibeloty… Ale chciałam pójść na taki jarmark, bo jednak to jakieś nowe doświadczenie życiowe, a wspomnienia trzeba kolekcjonować :)

Pogoda oczywiście nie dopisywała. To nawet mało powiedziane – przez cały czas próbowała nam coś udowodnić, tylko co? To, że jesteśmy niemile widziani w Berlinie? To, że nieładnie jest opuszczać szkołę? To, że i tak ona tu rządzi i na żaden jarmark nie pójdziemy? 




Poszliśmy. Tylko że tak jakby… nas nie wpuścili. Jarmark był zamknięty z powodu porywistego wiatru. Zamiast niego wylądowaliśmy w galerii handlowej, która już nie roztaczała wokół siebie tak magicznej aury, jaką rzekomo tworzy targ… Ale co tam. W końcu byliśmy w Berlinie DWA dni. Liczyliśmy na to, że następnego dnia uda nam się poczuć ten czarodziejski klimat.




Kolejnego dnia, w mikołajki, mijaliśmy po drodze kilka jarmarków. Albo były zamknięte (ponownie z powodu okropnej pogody), albo nie mogliśmy się na nich zatrzymać. W końcu znowu pozostała nam galeria. Powiem Wam, że to dość duża rozbieżność – swojski targ i nawet z lekka ekskluzywna galeria (no dobra, McDonald’s może był z tego najmniej ekskluzywny). Wiele osób było niezadowolonych i, co tu kryć, zawiedzionych. Pogodziliśmy się z tym, że po pobycie w galerii, czeka na nas już tylko Muzeum Techniki i że od teraz hejted: pogoda w Berlinie. Los miał dla nas jednak niespodziankę...

Pogoda wcale się nie poprawiła. Nadal mocno wiało, nadal padał śnieg, który po chwili zamieniał się w błotnistą maź na ulicach. Jednak, ku naszemu zaskoczeniu, z okien autobusu zobaczyliśmy otwarty Weihnachtsmarkt. Tylko co z tego, skoro nasz napięty harmonogram nie przewidywał pobytu na jarmarku o tej godzinie… 




Okazało się, że nasz przewodnik to nie drzewo (jak niektórzy podejrzewali), lecz istota o ludzkich uczuciach. Pozwolono nam przejść się po Weihnachtsmarkcie. Mieliśmy na to… zaledwie 15 minut. Lepszy rydz niż nic. Chociaż przez pogodę i tak krótki czas nasze odwiedziny na jarmarku przypominały bieg. Niektórzy szukali sobie czegoś smacznego do jedzenia, inni pstrykali dla Was zdjęcia. Inni czyli ja. Najchętniej robiłabym zdjęcia wszystkiemu i wszystkim, tak samo z degustowaniem i smakowaniem. Niestety, czas i aura na to nie pozwoliły. Ale kilka fotek jednak dla Was mam :)





Co można było kupić na takim targowisku? Z tego, co zdążyłam wyłapać, to pierniki o różnych kształtach, owoce w czekoladzie, gofry, kiełbaski, ogólnie różnego rodzaju jedzenie. Poza tym biżuterię, czapki, szaliczki i wszystko to, bez czego nie dałoby się przetrwać takiej pogody, jaka wówczas była. Na jarmarkach są też karuzele i diabelskie młyny, ślicznie podświetlone, ku naszemu strapieniu, zazwyczaj w taką pogodę – nieczynne.

Po przygodach, które wciąż były przed nami, stwierdziłam, że nigdy więcej nie pojadę na wycieczkę zimą. Muszę jednak przyznać, że z chęcią odwiedziłabym taki Weihnachtsmarkt na dłużej… Spokojnie przeszła między drewnianymi budkami, próbując, co też mają mi do zaoferowania sprzedawcy. Być może kiedyś zamieszkam w Niemczech (choć raczej tego nie planuję), wtedy zimą będę mogła odwiedzać jarmarki codziennie. O ile nie będą zamknięte.

Jak tam u Was przed świętami? Macie już choinkę?

Sara