piątek, 20 listopada 2015

Chciałam pomachać Obamie... - USA #11



Dwa dni przed powrotem do Polski wybraliśmy się do stolicy Stanów Zjednoczonych czyli Waszyngtonu, formalnie zwanego Dystryktem Kolumbii. Dzień był prześliczny, słońce świeciło tak mocno, że większość z nas założyła okulary słoneczne, i było tak ciepło, że niektórzy żałowali, iż nie założyli koszulek z krótkim rękawem. Z autokaru wysiedliśmy tuż obok Kongresu. Na pewno kojarzycie ten budynek chociażby telewizji. My w Polsce mamy sejm i senat, natomiast Amerykanie mają senat oraz izbę reprezentantów. Poza tym w ich kraju prezydent ma o wiele większe kompetencje niż w Polsce. 

Gdy obfotografowaliśmy Kongres ze wszystkich stron z zewnątrz, nadszedł czas, by wejść do środka. Stanęliśmy w kolejce (z naklejonymi biletami, bo w wielu miejscach w USA, w których należy kupić bądź odebrać bilety, mają one postać naklejek), a potem obejrzeliśmy film na temat działania amerykańskiej władzy ustawodawczej. Później przyszedł czas na zwiedzanie. Przyznaję, że była to dość nudna część, bo przewodnik opowiadał o prezydentach USA i jakoś mnie nie zainteresował. Jak widzicie, kopuła Kapitolu była akurat w remoncie, ale nie wyglądało to aż tak źle. 
"Hej, paparazzi, nie róbcie mi tylu zdjęć!" fot. Maciej Kieruzal

fot. Maciej Kieruzal
Po zakończeniu zwiedzania powiedziano nam, że zmierzamy do "mall". Do tej pory używano przy nas tego słowa w znaczeniu "centrum handlowe". Byłam więc pewna, że zabierają nas na zakupy. Śmiać mi się chciało, gdy okazało się, ze National Mall to stanowczo nie galeria handlowa. Jest to obszar chroniony przez National Park Service, teren, na którym znajdują się muzea,  pomniki i dużo, dużo zieleni oraz długie alejki. Jedną z takich ścieżek zmierzaliśmy do muzeów. Mogliśmy wybrać, czy zobaczymy Muzeum Historii Naturalnej czy też obejrzymy eksponaty w Muzeum Historii Amerykańskiej. Jako że nienawidzę historii, wybrałam to pierwsze miejsce, mimo że odwiedziłam muzeum tego typu już kilkakrotnie. Gdybym wiedziała, co dokładnie znajduje się w historycznym muzeum, zdecydowałabym się na pójście właśnie tam (można tam oglądać np. pierwszą flagę Stanów Zjednoczonych). Ja jednak mogłam pooglądać mumifikowane koty. Mieliśmy naprawdę mało czasu – niecałą godzinkę, a każdy był głodny i spragniony, bo do Kongresu nie można wnieść żadnej żywności i żadnych napojów, więc od kilku godzin nic nie jedliśmy. Dlatego niektórzy, zamiast oglądać wystawy, po prostu poszli jeść. Ja też co nieco zjadłam, ale dopiero po przejściu, a raczej przebiegnięciu, przez kilka muzealnych sal. 

Kolejnym punktem wycieczki był Pomnik Waszyngtona. Myślę, że i ten obiekt kojarzycie – to po prostu bardzo wysoki, biały obelisk. Wokół niego powieszono flagi Stanów Zjednoczonych. Nota bene Amerykanie są bardzo dumni ze swojej flagi, wieszają je nawet przed restauracjami, w szkolnych bibliotekach czy w domach. 


Oglądaliście "Forresta Gumpa"? Jeśli tak, to jestem pewna, że kojarzycie to miejsce. Wygląda ono trochę jak basen. Zbiornik ten również znajduje się na terenie National Mall. Forrest wskoczył do niego, gdy zobaczył Jenny. 

Naprzeciw wody wznosi się Mauzoleum Abrahama Lincolna, do którego prowadzą niezliczone schody. Pomnik byłego prezydenta USA jest naprawdę ogromny. W tym miejscu w Waszyngtonie można było spotkać najwięcej turystów. 



Co mi się najbardziej podobało w tym mieście? Zachwyciły mnie pomniki – mimo że zwykle pomijam je podczas swoich wycieczek. Te waszyngtońskie były jednak wyjątkowe. Pierwszy z nich to Pomnik II wojny światowej. Składa się on z 56 filarów, na każdym widnieje nazwa stanu bądź terytorium USA. Otaczają one fontannę. Wszystko wygląda niesamowicie. 


Drugi pomnik to ten upamiętniający weteranów wojny w Korei. Na pierwszy rzut oka możemy zastanawiać się, co to właściwie jest, bowiem pomnik ten to kilkanaście figur ze stali ukrytych w chaszczach. Pomysł naprawdę oryginalny.  


A na koniec to, co prawdopodobnie wszystkim kojarzy się z Waszyngtonem – Biały Dom. Widzieliśmy go dwa razy, raz z daleka  i raz przez okno. Szkoda… Nie dałam rady dostrzec Obamy w oknie.


Jak Wam się podoba Waszyngton? Mnie miasto to, mimo ogromu turystów i faktu bycia stolicą, wydawało się spokojne i nie tak wielkie jak inne amerykańskie metropolie.

Pogodnego weekendu!

Sara

środa, 18 listopada 2015

Blog kopalnią wiedzy cz. 11

Mam nadzieję, że nie będziecie mieli mi tego za złe, jeśli na chwilę przerwę relację z USA. Po prostu nazbierało się już tyle ciekawych haseł z wyszukiwarek, że muszę wyrzucić egoizm przez okno i najzwyczajniej w świecie się nimi z Wami podzielić. Odnoszę wrażenie, że im więcej wpisów na blogu, tym częściej internauci trafiają na mojego bloga po wpisaniu dziwacznych określeń w wyszukiwarce...
I tym razem zachowałam oryginalną pisownię.
Czy ja pisałam o tym na blogu?
obcielam wlosy = ja też, stworzymy razem klub dzielenia się swoimi problemami z Wujkiem Google? Chociaż dla mnie krótsze włosy to właściwie nie problem. A w tym haśle brakuje mi tylko słów: I co teraz?
halloween kostiumy dla par = ale że takie łączone? Czy po prostu jeden z partnerów przebierze się za nieszczęście, a drugi za nieszczęście również. W końcu nieszczęścia chodzą parami. Hmm, a może po prostu jedna osoba przebierze się za bekon, a druga za jajko sadzone? Albo jedna włoży kostium Edwarda ze Zmierzchu, a druga Belli? 
sztokholm miasto samotnych = ktoś musiał być naprawdę samotny i sfrustrowany, skoro dobijał się, wpisując takie hasła w Google. Tak swoją drogą ja w stolicy Szwecji nie czułam się ani trochę samotna. Czyli nie przeprowadzam się do Sztokholmu. Ale może autor tego hasła ma to w planach. 
Cieszę się, że pomogłam
czy fajnie jest na wymianie we Francji = obecnie na pewno nie. Tylko ja nadal nie rozumiem ludzi, którzy tak generalizują. Przecież wymiana wymianie nierówna. Tak samo śmieszy mnie to, jak ktoś opisuje nauczyciela. Zwykle jest tak, że nauczyciele inaczej traktują poszczególne klasy i osoby (mimo że to niesprawiedliwe).
osiemnastka w domu czy to nie siara = stanowczo siara. Jak w ogóle można robić osiemnastkę w domu? Chcecie, aby Wasi znajomi zobaczyli wysprzątaną i odświeżoną toaletę w Waszym mieszkaniu? Przecież o wiele lepiej oglądać obleśną i przyprawiającą o mdłości łazienkę w wybornej spelunie nazywanej luksusowo klubem! No chyba że macie takich znajomych, że zamienią Wasz azyl w chlejnię. Wtedy to faktycznie siara zapraszać takich znajomych na osiemnastkę. 
czy w polskim bucie mozna kupic wode = komuś pewnie chodziła o Polskiego Busa, bo w Polskich Butach (czyli sandałach ze skarpetkami?) raczej wody kupić nie można. Tym razem nie będę się śmiać, bo to bardzo poważne pytanie. Według informacji, które posiadam, w Polskim Busie nie można kupić wody, chyba że coś się zmieniło przez ostatnie miesiące (jak tak, to dajcie znać) i na przykład w nowych liniach Polski Bus Gold można jakieś napoje nabyć. Wiem, że na wybranych trasach Polskiego Busa pasażerowie otrzymują drobny poczęstunek i picie. Jednak nigdy nie słyszałam o tym, aby można było w tych autobusach coś kupić.
Informacje mniej i bardziej przydatne
opis przedmiotu wymarzonego na urodziny = zastanawiam się, czy nie prościej byłoby zapytać bliskiej osoby: O czym marzysz? Co chciałabyś/chciałbyś dostać? Jaki prezent sprawi ci największą radość? Myślę, że w Internecie nie znajdziecie informacji, co byłoby idealnym podarkiem dla tej jednej, konkretnej, wyjątkowej osoby. No chyba że jej wpisy na Facebooku są relacją z życia codziennego. 
przedstaw ulubiona bajke lub dobranocke = to brzmi zupełnie jak polecenie polonistki uczącej w podstawówce. ;) Ewentualnie pani od wychowania do życia w rodzinie. Hmm, ja dobranocek raczej nie oglądałam, bo na początku XXI wieku dostępne były już rozmiate kanały, na których kreskówki emitowano non stop i to właśnie na nich się skupiałam. Ulubiona bajka? Do tej pory uwielbiam Scooby-Doo. :)
Które hasła zadziwiły Was najbardziej? 
Uściski
Sara

poniedziałek, 16 listopada 2015

Jak to jest w tej Ameryce? - USA #10



Mieszkałam przez 10 dni u amerykańskiej rodziny. Chodziłam do amerykańskiej szkoły, jadłam amerykańskie, niezdrowe jedzenie. Byłam w stolicy Stanów Zjednoczonych oraz w ukochanym przez turystów i najczęściej przez nich odwiedzanym miastem USA - Nowym Jorku. To pewne, że przez 10 dni nie można poznać Stanów Zjednoczonych ani Amerykanów. Marek Wałkuski, którego książkę "Ameryka po kaWałku" obecnie czytam (dziękuję Mikołajowi za pożyczenie!), potrzebował 12 lat na poznanie chociażby kilkudziesięciu kawałków USA. Ja mogę się z Wami podzielić tym, co zauważyłam podczas wymiany oraz tym, co dostrzegli inni Polacy, i zechcieli się ze mną tym podzielić. 

  • Amerykanie mają fioła na punkcie Halloween. Oczywiście zdarzają się tacy, którzy nie cierpią tego święta (Sarayna twierdzi nawet, że są większością). Ale to nie spowodowało zamknięcia sklepów specjalizujących się w przebraniach halloweenowych, strasznych dekoracjach czy gadżetach. Niektórzy Amerykanie całe swoje mieszkania zamieniają w wielkie domy strachu. Stroją nie tylko podwórko, ale i wnętrze domów. Dla przykładu – w domu S. obrus leżący w kuchni nie dość, że był czarny, to jeszcze wyszywany w pająki. Na ścianach i schodach zostały przyklejone czarne, odrażające szczury. Na komodzie stał nagrobek, na stole kieliszki z napisem "Trick and Treat". Przed drzwiami z kolei przerażające kukły. 

  • Jak Halloween, to i dynie. Jak powiedziała Sarayna, Amerykanie w jesienno-halloweenowym okresie myją się dyniami, pachną dyniami, jedzą dynie i piją dynie. Ja bym jeszcze do tego dodała dekorują dynie. To nie przesada.  Do Polski przywiozłam żel pod prysznic pachnący jak dynia, w pokoju, w którym spałam, roznosił się zapach dyniowej świeczki, wszędzie można było kupić dyniowe ciastka, ciasteczka, babeczki i kawę. Z kolei w szkole pewnego dnia ozdabialiśmy… co? Dynie! 

  • Jak może wiecie, w USA można mieć prawo jazdy od 16. roku życia. Co za tym idzie wiele osób młodszych ode mnie jeździ tam do szkoły samochodem. Nie wiem, czy akurat ja tak trafiłam, czy po prostu jest to tak popularne i powszednie w Stanach – dużo osób niespokrewnionych (mam tu na myśli znajomych ze szkoły) odwoziło i podwoziło siebie nawzajem. W Polsce, przynajmniej w moim otoczeniu, nie jest to tak częste, żeby ktoś dzień w dzień albo co drugi dzień zabierał kogoś obcego ze szkoły. W USA raz jechałam w 8 osób, a innym razem w 9 osób, w aucie pięcioosobowym…

  • Niestety, Amerykanie nie wiedzą zbyt wiele o Polsce. Nierzadko słyszeliśmy pytania typu: A macie w Polsce pizzę? A macie marchewki? Internet? Gdy spytałam Saraynę, co typowego do jedzenia mogę przywieźć z Ameryki do Polski oprócz syropu klonowego i masła orzechowego, ona zaczęła mnie pytać, czy mamy w Polsce żelki, Kitkaty albo tabliczki czekolady… Niektórzy dziwili się, gdy mówiliśmy, że Polska leży w Europie. Ponadto wszyscy, jak jeden mąż, nawet nauczyciele, byli przekonani, że w naszym kraju jest zimno. Po prostu zimno. Tłumaczyliśmy, że mamy klimat podobny do ich klimatu, tj. zimą naprawdę chłodno, latem ciepło. Nie dowierzali. 
  • W USA niezwykle popularne są iPhony. U nas, gdy ktoś ma jakieś urządzenie z firmy Apple, to jest wielkie wow. Takie zakupy nie są na porządku dziennym. Tymczasem w Stanach smartphony i inne urządzenia tej firmy są tanie i ogólnodostępne. 

  • Amerykanie to naród, który można nazwać otwartym i tolerancyjnym. Nie wskazują może na to statystyki morderstw, ale na co dzień mieszkańcy USA zachowują się nad wyraz życzliwie. Jeśli ktoś u nas, w Polsce, przefarbuje się na różowo, to wszyscy od razu się na niego gapią, nawet odwracają na ulicy, komentują to. W USA albo na nikim nie zrobi to wrażenia, albo jeszcze rzucą komplement. Gdy wracałam z S. ze szkoły, jeden chłopak, którego kompletnie nie znała, pochwalił jej koszulkę. Popularnością cieszy się tam także tzw. small talk, czyli uprzejma wymiana zdań o pogodzie, o niczym istotnym. W sklepie bądź w kawiarni niemal zawsze można usłyszeć "How are you?" + jakąś pochwałę, coś w stylu "Podoba mi się twój plecak". Przyznaję szczerze, że nie pasowało mi to. Powinnam się cieszyć, że ktoś jest życzliwy i otwarty, we mnie natomiast ujawniała się typowa polska podejrzliwość, czujność i złośliwość: "Co on ode mnie chce?" albo "Przecież i tak cię nie obchodzi co u mnie, więc po co pytasz?". Rzecz jasna nie wypowiadałam tych myśli na głos, aby nikogo nie urazić. 

  • Dla Amerykanów futbol amerykański to sport narodowy. Ja do tej pory nie znam zasad, pomimo tego że oglądałam fragment w telewizji i cały mecz na żywo. Flaki z olejem...
Co kraj, to obyczaj. Cieszę się, że mogłam zobaczyć fragment amerykańskiej kultury na żywo.
A Wam z czym kojarzą się Stany Zjednoczone?
Udanego tygodnia!
Sara
PS Kochani, jeszcze kilka postów o USA na pewno się pojawi. Nie opowiedziałam Wam jeszcze o Waszyngtonie ani o tym, co też przywiozłam zza oceanu. Dlatego zachęcam do odwiedzin. :)

piątek, 13 listopada 2015

Pierwsza randka z Nowym Jorkiem - USA #9



Zacznę od zakończenia. Niech to, co najważniejsze, będzie na samym początku, nie zaś w podsumowaniu. Nie znaczy to, że odradzam Wam czytanie dalszej części wpisu, tj. relacji z Nowego Jorku – wręcz przeciwnie!


Niektórzy ludzie sądzą, że marzenie to jakieś wyobrażenie zupełnie oderwane od rzeczywistości. Jasne, może i niektórzy mają marzenia niemożliwe do spełnienia, bardziej przypominające sen (a we śnie wszystko jest możliwe), niż rzeczywistość. Jednak to mniejsza część ludzkich marzeń. Zdecydowanie więcej jest tych, które można spełnić. Tylko że część z nich już dawno umarła. Dlaczego? Bo marzyciele się poddali, po przestali wierzyć w swoje marzenia, bo rozleniwili się, bo stracili nadzieję, bo spoczęli na laurach. Ludzie, tak nie można!

Dla przeciętnego człowieka lot do Nowego Jorku brzmi trochę abstrakcyjnie. Wiza to koszt 600 złotych, bilety w dwie strony 2000-3000zł. Poza tym trzeba to wszystko jakoś zorganizować, znaleźć czas na taką wyprawę, przemóc się, jeśli chodzi o długie loty, niebezpieczne Stany Zjednoczone i język angielski. To wszystko nie brzmi łatwo. Ale czy to znaczy, że podróż do Nowego Jorku jest niemożliwa, że jeśli ktoś tak jak ja nie urodził się w rodzinie, która śpi na pieniądzach i która ma znajomości, to powinien od razu zrezygnować z takiego marzenia? Nie. Nie można tak. Życie jest po to, by spełniać marzenia. A żeby je spełnić, często trzeba wykazać się odwagą, zaradnością, gospodarnością, oszczędnością, dobrą organizacją i pracowitością. Nadal nie brzmi łatwo, co nie? Nikt nie mówił, że droga do spełnienia marz będzie prosta. Jednak… wyobraźcie sobie to szczęście, tę satysfakcję, tę dumę, tę radość, gdy marzenia się spełnia. Gdy jest się już bardzo blisko. Gdy w końcu się udaje. Chyba nie ma lepszych momentów w życiu niż spełnienie długo wyczekiwanego marzenia. Moim marzeniem była wycieczka do Nowego Jorku. Dobrych kilka lat temu nie pomyślałabym, że to marzenie spełni się tuż po mojej osiemnastce. A jednak.

Był 18 października, chłodna niedziela. Z Filadelfii do Nowego Jorku droga nie jest zbyt długa, zajęła nam jakieś 2 godzinki. Już kilkanaście kilometrów od centrum ujrzeliśmy niezliczone drapacze chmur. A na Manhattanie miało być ich jeszcze więcej…

Mój aparat odmówił współpracy prawie na samym początku wyprawy, zaczęłam więc pstrykać fotki telefonem, prosić inne osoby, by robiły mi zdjęcia. To się nazywa pech, prawda? Być w Nowym Jorku i nie móc robić zdjęć… Ale na szczęście później złośliwe urządzenie magicznie ożyło.

Pierwszym punktem naszej wycieczki była Statua Wolności. Hmm. Moje zdjęcie ze Statuą to hit tej wycieczki. Praktycznie nie widać na niej tej ikony Nowego Jorku. Wyobraźcie sobie, jacy byliśmy wkurzeni – być w Nowym Jorku i nie zobaczyć Statui Wolności z bliska? Albo chociaż nie z odległości kilku kilometrów? Do Statui rzecz jasna kursują statki. Ale my na taki nie wsiedliśmy…
Widzicie coś takiego małego po lewej stronie zdjęcia? Właśnie z takiej odległości widzieliśmy Statuę Wolności.
A tutaj w przybliżeniu.


Udaliśmy się za to na spacer do 1 World Trade Center. Przyznaję, że i sam budynek 1 WTC, i monument upamiętniający ofiary z dnia 11 września 2001 roku sprawiły, że zaparło mi dech w piersiach i jednocześnie zaschło w gardle. Właściwie pomnik ofiar to dwa wielkie, kwadratowe doły, w których płynie woda na wzór wodospadu. Imiona i nazwiska wszystkich ofiar, które zginęły podczas tamtej tragicznej katastrofy (a było ich ponad 3000…), wykute są w kamieniu okalającym te dwa ogromne baseny, powstałe w miejscu dawnych fundamentów wież World Trade Center. Wokół pomnika posadzono dęby, aby oddzielały to szczególne miejsce od hałasu metropolii. 
fot. Maciej Kieruzal (dziękuję!)
1 World Trade Center
Prawda, że pięknie odbijają się budynki w szkle?
Tak wyglądają wspomniane przeze mnie doły/baseny.


Po chwili zadumy dalej spacerkiem udaliśmy się w kierunku Trinity Church, budynku zupełnie niepasującego do szklanych drapaczy chmur. W kościele tym mieliśmy okazję zobaczyć fragment próby chóru, prawdopodobnie gospel. 

Później przyszedł czas na przeniesienie się na plan filmu "Wilk z Wall Street". Spacerowaliśmy tą słynną ulicą, po drodze fotografując pomnik Waszyngtona, Nowojorską Giełdę Papierów Wartościowych i, tak jak ja, sklep Tiffany. 

fot. Maciej Kieruzal


Zmierzaliśmy w stronę South Street Seaport. Nad wodą był czas na kolejną sesję zdjęciową.
fot. Maciej Kieruzal


Śmiać mi się chce na samą myśl o tym, w jaki sposób mogliśmy oglądać słynny Most Brookliński. Do mostu nie podeszliśmy, ja zauważyłam go przez… siatkę ogrodzeniową. Gdy inni szli dalej, ja przez ową siatkę zrobiłam zdjęcie najsłynniejszego mostu w Nowym Jorku. 


W planach był lunch w Central Parku, ale z powodu niesprzyjającej pogody, zimna i niestosownego ubrania się niektórych osób przywieziono nas do ekskluzywnej galerii handlowej. Była tak ekskluzywna, że nie było w niej ławek, części uczniów usiadła po prostu przy windzie i wyciągnęła jedzonko. Tymczasem mała grupka, w tym Sarayna i ja, udała się do budki nowojorskiej. W mieście tym pełno jest takich jedzeniowych budek. Jakość pożywienia może nie jest najlepsza, ale co tam, będąc w NYC, trzeba spróbować czegoś charakterystycznego dla tego miasta. Zjadłam więc hot doga z budki i ciepłego precla. 


Wreszcie, najedzeni i trochę ogrzani, pojechaliśmy na Times Square, jeden z najbardziej znanych placów na świecie. Nie da się zliczyć reklam i bilbordów, które się tam znajdują. Na Times Square wstąpił we mnie jakiś niesamowity duch. Ciągle się uśmiechałam i po prostu cieszyłam się tym, że jestem w Nowym Jorku. Nawet niezbyt przyjemna sytuacja z naciągaczami nie zmieniła mojego nastawienia. Pewnie jesteście ciekawi, co to za sytuacja. Do mnie i mojej koleżanki podeszło kilkoro ludzi w kostiumach. Zaproponowali zdjęcia. Bez wahania się zgodziłyśmy. Później zawołali o pieniądze. 20 dolarów dla każdego. Ja na to: "Mam tylko 2 dolary." I dałam pieniądze jednemu. Na szczęście nie gonili nas później ani nic nam nie ukradli. 




Na Times Square kupiłam trochę pocztówek i drobiazgów. Poza tym zrobiłam kilkadziesiąt zdjęć. Fajną rzeczą są czerwone schody na tym właśnie placu. Właśnie tam podeszła do mnie dziewczyna i spytała, czy nie złożę życzeń jej znajomej, bo nagrywa filmik. Oczywiście zgodziłam się. :D


Zakochałam się w Nowym Jorku. No dobra, już wcześniej byłam w nim zakochana. Można uznać, że ta wycieczka była naszą pierwszą randką. Mimo że Empire State Building i Central Park widzieliśmy tylko przez okno, a Statuę Wolności z daleka, to i tak ogromnie, ogromnie się cieszę, że mogłam spełnić swoje marzenie. Nie jestem zawiedziona. Ten dzień był najlepszym punktem całej wymiany. Liczę na kolejną randkę. 


Kochani, a jakie są Wasze spełnione marzenia? Też kochacie Nowy Jork?

Uściski!

Sara

PS To post numer 400. :)