czwartek, 16 czerwca 2016

Tetris czy Jenga?



Czy jest tu ktoś, kto nie zna gry Tetris? A może ktoś z Was nie kojarzy słynnych klocków Jenga? Lepiej się nie przyznawajcie. :)


Swego czasu dość często grywaliśmy z bratem czy z mamą w Jengę. W pewnym momencie przestaliśmy to robić. Gdy w moje oczy rzucała się leżąca na półce gra, żałowałam, że z moimi trzęsącymi się rękoma nie dam rady ponownie w nią zagrać. Kilka miesięcy temu moje dłonie zaczęły się tak trząść, jakbym była co najmniej osiemdziesięcioletnią schorowaną staruszką. Nie wiedziałam, czy przyczyną jest stres, czy też niedobór jakiegoś pierwiastka w organizmie. Teraz z tą przypadłością bywa różnie. Czasami muszę się wstydzić drżących rąk, a czasami wszystko jest w porządku. 

Ale dosyć o problemie! W końcu Jenga to gra rozrywkowa i zabawna. :)

Jeśli nie mieliście okazji w nią grać bądź nie pamiętacie już, jak to się robi, pokrótce wyjaśnię zasady. Nie one zbyt skomplikowane, poza tym, jak zawsze, zasady można nieco nagiąć, aby gra sprawiała nam jak najwięcej radości i nie była zbyt trudna. 

Z klocków układamy wieżę. Każdy poziom takiej konstrukcji składa się z trzech przylegających  do siebie klocków. Gdy już ułożymy wieżę ze wszystkich klocków, przyszedł czas, by tę wieżę nieco… rozbudować. Tylko jak to zrobić, skoro klocki nam się skończyły? Należy wyciągnąć klocki z już powstałej konstrukcji. Każdy z graczy wyciąga na przemian po jednym klocku, używając do tego (w bardziej wymagającej wersji) tylko jednej ręki! Wyciągniętą część układamy na szczycie wieży. Jednak uwaga! Konstrukcja nie może runąć ani w czasie wyciągania klocka, ani w czasie jego układania na nowym miejscu. Jeśli wieża nie wytrzyma i rozpadnie się, gra zakończona. 

Jeżeli tradycyjna wersja Jengi już Wam się trochę znudziła, polecam nową, wyjątkową – Jenga Tetris. O ile w przypadku powszechnie znanej Jengi, wszystkie klocki wyglądają tak samo, o tyle w Jendze Tetirs, klocki mają różne kształty i przypominają znane wszystkim części układanki z gry Tetris. Taka gra jest trudniejsza, ponieważ nie każdy klocek da się bezpiecznie wyciągnąć z wieży, trzeba odpowiednio dopasowywać kształty, aby wieża nie runęła, co nie zawsze jest możliwe. Najczęściej zostają puste przestrzenie. Należy się tu wykazać zmysłem strategicznym – nie warto wyciągać klocka, którego nie będziemy mogli bezpiecznie umieścić na szczycie konstrukcji. 

Przy Jendze jest dużo zabawy i śmiechu. Można polepszyć swoje umiejętności manualne czy też zdolność koncentracji. Minusem może być to, że po runięciu wieży, trzeba ją od nowa układać… ;)
Lubicie grać w Jengę? Jak Wam to idzie? :D
Pozdrawiam!
Sara

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Blog kopalnią wiedzy cz. 16



Minął już ponad miesiąc, odkąd dostarczyłam Wam – po raz kolejny już – dawkę śmiechu. Śmiejemy się z internautów, co może nie jest zbyt miłe, ale… sami sobie zasłużyli. :D A tak naprawdę to nie nabijamy się z ludzi, ale z ich kreatywności, z ich niewiedzy i z… niezbadanych czeluści Internetu!
Hasła jak zawsze podzieliłam na 3 kategorie, zachowując ich oryginalną pisownię.

Czy ja pisałam o tym na blogu?!  

ółę – wiecie, że w języku polskim jest zaledwie kilka wyrazów, które zaczynają się na literę "ó"? Przyznaję, że tego trzyliterowego słowa, wpisanego przez internautę, nie znałam! Czekam na Wasze propozycje – co miał na myśli autor?

Cieszę się, że pomogłam

co jedza amerykanie na objad – chyba powinnam stworzyć nową kategorię "ktoś pożyczył słownik, ale nie pamięta komu". Ja rozumiem, że mówimy "jem", "jadł", "objadać się", ale żeby "jeść objad"? Tego już zbyt wiele. Tak swoją drogą to Amerykanie często nie jedzą obiadu. A jak już jedzą, to niestety zwykle nie przyrządzają go sami. :(

lista żeczy do zrobienie przed szkołą _ najlepsze pomysły na wakacje 3 klasa pomysły – coś Wam powiem. Wujek Google nie dysponuje czasem, który rozciąga się jak gumka w majtkach. Nie katujcie go tak długimi hasłami, bo kiedy biedaczek ma to wszystko przeczytać? Jeszcze gdy w oczy rażą błędy ortograficzne… Ale dobra, już się nie czepiam, tylko spieszę z pomocą!  Jeśli mało Wam pomysłów na to, co robić w wakacje, tutaj znajdziecie ich 50. 

Informacje mniej i bardziej przydatne 

legalna blondynka Elle – czy jest tu ktoś, kto nie oglądał kultowego filmu o różowej Elle Woods? Jeśli nigdy nie widzieliście "Legalnej Blondynki", to namiastkę znajdziecie w tym poście.

ile osób pisze listy od tak – piszę listy ot tak! Zaskoczeni? Nie muszę się do tego jakoś specjalnie przygotowywać… Gdy mam czas, to siadam, biorę kartkę, długopis i piszę. Sprawia mi to ogromną przyjemność. :) Sama nie wiem, czy wolę pisać listy, czy je otrzymywać.

ochrona w szkolach w USA – ostatnio brat powiedział mi, że uczniowie jego szkoły prawdopodobnie w niedalekiej przyszłości będą mogli dostać się do budynku tylko przy pomocy karty magnetycznej. Brzmi absurdalnie? Może na pierwszy rzut ucha, ale gdyby się przez chwilę zastanowić, to może być to dobry ruch zapewniający większe bezpieczeństwo. Nie wiem, co się stanie, gdy ktoś karty zapomni. W USA, gdzie posiadanie broni jest na porządku dziennym, w szkołach znajdziecie i ochronę, i wykrywacze metalu… 

A co tam u Was ciekawego? :)
Trzymajcie się!
Sara

piątek, 10 czerwca 2016

Wiecie, że mam słabość do... zamków!



Przejeżdżam w pobliżu niego zwykle 2 razy dziennie. Widuję go po zmroku i wczesnym rankiem. W jego progi zawitałam tylko raz, z klasą, i niewiele z tego pamiętam. Przyszedł więc czas na kolejne odwiedziny. 


Zamek Dybowski położony jest w Toruniu, na lewym brzegu Wisły. Nie prowadzi do niego żadna asfaltowa droga. Gdy obficie pada, dojście do ruin jest właściwie niemożliwe. Zaintrygowałam Was? ;)

Zamek Dybów powstał w średniowieczu. Ma długą historię – był palony, niszczony, odrestaurowywany, należał do różnych osób. Do naszych czasów zachowały się jego imponujące ruiny. 

Niewielu turystów odwiedzających Toruń dociera do Zamku Dybowskiego – być może dlatego, że jest on położony na lewobrzeżu, rzadko odwiedzanym nawet przez niektórych mieszkańców Torunia. Znam takich torunian, którzy, gdy słyszą o czymś położonym po drugiej stronie rzeki, traktują to jak odległe o setki kilometrów miejsce. 

Jednak gdy docieramy do Torunia pociągiem, z Dworca Głównego (położonego na lewym brzegu Wisły) bez problemu możemy udać się do Zamku Dybowskiego właśnie! Wystarczy przy wejściu na most zejść na dół (pod most! Ale nie trzeba zabierać ze sobą kartonu). Następnie idziemy cały czas wydeptaną ścieżką, dopóki naszym oczom nie ukażą się czerwone cegły. Z dworca droga może zająć 20 minut, natomiast z placu Armii Kolejowego, położonego przy moście - ok. 10 minut. 

Mnie oprócz samego Zamku Dybowskiego zachwycił widok na Most im. Józefa Piłsudskiego. Nie miałam okazji wcześniej oglądać go z takiej perspektywy.

Do ruin można bez problemu dotrzeć rowerem, a nawet… samochodem! Podskakiwanie na wertepach jest prawdopodobne, ale jeśli ktoś nie da rady przejść kilkuset metrów pieszo bądź też nie ma czasu na taki spacer, wjazd samochodem jest dobrym rozwiązaniem. 

Co ciekawe, w zamku zachowały się schody – bardzo strome i niewielkie, ale umożliwiające wejście na górę. A ze szczytu można podziwiać widoki. Jeśli ktoś jest na tyle odważny...
Mojej rodzince spodobało się to miejsce ze względu na ciszę, spokój i kontakt z przyrodą. Można wziąć kocyk, jedzenie i urządzić sobie piknik. Na zamku! 

Może Wy też codziennie mijacie jakieś ciekawe miejsce, w którym nie byliście? Sprawdźcie koniecznie!

Pozdrawiam ciepło

Sara

wtorek, 7 czerwca 2016

Jak znaleźć pracę na wakacje?



Wiele osób wyjeżdża z Polski za chlebem. Ludzie są zwalniani z pracy z powodu redukcji etatów albo upadku firm. Multum osób szuka zajęcia, ale nigdzie nie może się zatrudnić. W wielu miejscach poszukiwane są osoby młode, ale z doświadczeniem. A jak to jest z pracą wakacyjną? Czy ją łatwiej znaleźć? 
 
Według prawa, gdy mamy ukończone 16 lat, możemy znaleźć legalne zatrudnienie. Nie może być to jednak ciężka, fizyczna robota. Szesnastolatek i siedemnastolatek może więc szukać pracy przy roznoszeniu ulotek, w restauracjach, w McDonladzie, w sklepie… 


Osoba pełnoletnia ma już trochę łatwiej. Ja jeszcze na długo przed maturą postanowiłam, że po egzaminach znajdę pracę. Nie chciałam znów roznosić ulotek, bo jest to zajęcie monotonne, wyczerpujące i źle płatne. Szukałam więc pracy jako hostessa, sprzedawca, kasjer, pracownik kina czy call center. Być może jestem wybredna, ale odrzuciłam pomysł pracy jako kelnerka – za bardzo trzęsą mi się ręce i pewnie nie dałabym rady fizycznie. 


Gdzie szukałam pracy? Można powiedzieć, że w trzech źródłach – na Facebooku (głównie na grupie "Praca Toruń" i "Ogłoszenia toruńskie"), na olx.pl w zakładkach "hostessa", "wykładanie towaru", "praca dodatkowa/sezonowa", "kasjer/ekspedient". Rozglądałam się także, idąc przez miasto, szukałam ogłoszeń wywieszonych na drzwiach. 


Rozniosłam i wysłałam mnóstwo CV. Jednak po kilku dniach nie było żadnego odzewu. W końcu kilka tygodni temu natknęłam się na ogłoszenie o pracy w sklepie w Małej Nieszawce. Jawiło mi się to jako praca idealna – nie musiałabym dojeżdżać. Gdy wybrałam się na rozmowę kwalifikacyjną, patrzono na mnie dość niechętnie. Niestety, na takiej wsi każdy chce każdego znać, więc zamiast dopytywać o moje kwalifikacje i umiejętności, właściciele próbowali ze mnie wyciągać informacje, gdzie dokładnie mieszkam, jak długo, czy w nowym domku itp. Ja jednak, niezrażona tym wszystkim, umówiłam się na dzień próbny. Ostatecznie, po wielu przemyśleniach i rozmowie z rodzicami, doszłam do wniosku, że praca w prywatnym sklepie jest bardzo ryzykowna – właścicieli mogą mnie o coś oskarżyć, a nawet oszukać. Szukałam więc dalej. 


Dzień później zadzwonił do mnie pan w sprawie sprzedaży owoców. Już się cieszyłam na tę pracę, mimo że pracowałabym 12 godzin na dzień, w pełnym słońcu, nie miałabym nawet gdzie pójść do toalety i zarabiałabym marne grosze. Koniec końców zrezygnowałam.


Kolejnego dnia pojechałam do Torunia, aby załatwić kilka spraw. Żadna z nich nie była związana z pracą. Spacerując jedną z uliczek Starego Miasta, zauważyłam ogłoszenie "poszukujemy recepcjonistki". Prawie w podskokach weszłam do hostelu. Od razu odbyłam krótką rozmowę kwalifikacyjną, dopytałam o szczegóły. Okazało się, że nie potrzebuję książeczki sanepidowskiej (ten nieszczęsny, sporo kosztujący dokument był wymagany w większości ogłoszeń o pracę). Umówiłam się więc na szkolenie. Do moich obowiązków miało należeć nie tylko meldowanie i wymeldowywanie gości hostelu, ale także wystawianie faktur czy sprzątanie. Zmiany trwałyby 12h, a ja byłabym na takiej zmianie sama. Nie przerażało mnie to jednak. Byłam pozytywnie nastawiona i cieszyłam się, że będę mieć kontakt z ludźmi, że będę miała okazję rozmawiać po angielsku. Ale nastąpiło coś nieoczekiwanego. Zaczęłam otrzymywać kolejne telefony w sprawie pracy! Zapraszano mnie na rozmowy kwalifikacyjne. Odmówiłam  m.in. pani z McDonalda, ale zgodziłam się na rozmowę kwalifikacyjną w call center. 


Pytano mnie o różne, momentami zaskakujące rzeczy. Okazało się, że wypadłam świetnie. Spowodowało to i moją radość, i mętlik w głowie – co wybrać, pracę w hostelu, gorzej płatną, fizyczną, dłuższą, prawdopodobnie bardziej męczącą, ale rozwijającą, pracę, w której miałabym kontakt z ludźmi, mogłabym się czegoś nauczyć, podszkolić angielski czy też pracę w call center? Wybrałam tę drugą opcję. I myślę, że niebawem Wam co nieco o tym opowiem. ;)


Podsumowując, myślę, że znalezienie pracy na wakacje jest możliwe. Prawdopodobnie nie zarobimy kokosów, ale na pewno lepiej spożytkujemy czas, niż siedząc w domu i się nudząc. A przy okazji zdobędziemy doświadczenie i na pewno czegoś nowego się dowiemy.

Trzymajcie się ciepło!
Sara