piątek, 4 maja 2018

Tristan da Cunha – gdzie to w ogóle jest?



W grudniu jeden z polskich postcrosserów zorganizował ciekawą akcję. Podjął się jakże trudnego zadania zdobycia pocztówek z Tristan da Cunha. Po pół roku kartki wylądowały w mojej skrzynce!

Tristan da Cunha to archipelag składający się z sześciu wysp. Główną z nich jest Tristan da Cunha (ze stolicą w Edinburgh of the Seven Seas). To prawdopodobnie najbardziej odosobniona zamieszkana wyspa na świecie. Od "sąsiadów" oddalona jest o ponad 2400 km! Ale właśnie, kim są ci sąsiedzi? To Wyspa Świętej Heleny oraz Republika Południowej Afryki (z Tristan da Cunha do Kapsztadu jest "zaledwie" 2800 km). Do kogo należy Tristan da Cunha? To dependencja brytyjska, terytorium zamorskie Wielkiej Brytanii.

Niezwykłe jest życie na takim odludziu. Na głównej wyspie mieszka mniej niż 300 osób, a więc problemem staje się zawieranie małżeństw między spokrewnionymi ze sobą osobami. Wiąże się to z występowaniem chorób genetycznych takich jak astma czy jaskra. Na wyspie używa się tylko siedmiu nazwisk. Mieszkańcy porozumiewają się po angielsku. Co ciekawe, nie ma tam bezrobocia. Ale niestety istnieje inny problem – alkoholizm (z braku innych sposobów na rozerwanie się…). Na Tristan da Cunha nie ma lotniska. Jak więc dotarły do mnie kartki? Wyobraźcie sobie, że najpierw płynęły statkiem do Republiki Południowej Afryki, a dopiero potem samolotem przyleciały do Polski.

Parę słów o pocztówkach, które wybrałam. Pierwsza z nich przedstawia albatrosa żółtodziobego, który występuje właśnie na wyspach archipelagu Tristan da Cunha. Uważa się, że jest to gatunek endemiczny. Na Tristan da Cunha określa się go mianem "Molly".
Kolejna zwierzęca pocztówka przedstawia pingwina skalnego w towarzystwie kotika subantarktycznego – to gatunek uchatki chroniony na wyspie Gough oraz wyspie Inaccessible. Dlaczego nazwano ją "niedostępną"? Podobno marynarzom nie udało się dotrzeć dalej niż na plaże. Wyspa należy do archipelagu Tristan da Cunha i jest położona ok. 40 km od głównej wyspy Tristan da Cunha. Na kartce znalazł się również wizerunek ptaszka Wilkins’s Bunting (Wilkins's Finch) czyli tristanika dużego. To gatunek endemiczny, można go spotkać wyłącznie na wyspie  Inaccessible oraz wyspie Nightingale. Na kartce możecie też zobaczyć innego ptaszka – to rybołówka brunatna. Występuje na wielu różnych wyspach – począwszy od Wyspy Wielkanocnej, poprzez Karaiby, na archipelagu Tristan da Cunha skończywszy.
Nightingale Island to kolejna niezamieszkana wyspa wchodząca w skład archipelagu Tristan da Cunha. Jej powierzchnia wynosi niecałe 3 km2. Chociaż właściwie… to wyspa zamieszkana jest przez pingwiny skalne. Niestety uznaje się je za gatunek zagrożony wyginięciem. Ich naturalnym wrogiem są lwy morskie oraz orki.
Jak wygląda życie na Tristan da Cunha? Właśnie tak jak na tej kartce – prosto. Większość mężczyzn zajmuje się rybołówstwem. Kobiety z kolei opiekują się gospodarstwem.
Te widokówki to istne perełki w mojej kolekcji.
Słyszeliście kiedyś o tym archipelagu? Która widokówka najbardziej przypadła Wam do gustu?
Sara

wtorek, 1 maja 2018

Oj, działo się... - kwiecień 2018


Kwiecień plecień co przeplata – trochę niespodzianek, ogrom radości, odrobina smutku i szczypta strachu.

Moje trzy ulubione kwietniowe wydarzenia

Muszę od tego zacząć. Mój chłopak wydał książkę! To pierwsza w Polsce biografia zespołu The Smiths. Kwiecień upłynął na spotkaniach autorskich (których jeszcze nie koniec!), wywiadach (te również jeszcze się pojawią) oraz promocji książki. Nie mogłam jej nie przeczytać. Powiem Wam szczerze, że historia Maćka, moja i The Smiths jest trochę jak z filmu. The Smiths to ukochany zespół mojego chłopaka. Pokochał ich tak bardzo, że postanowił wydać o nich książkę. Tymczasem ja, poznając Maćka, nie miałam pojęcia o istnieniu tej grupy. Co więcej, gdy po raz pierwszy usłyszałam ich muzykę, miałam ochotę zatkać uszy. Przez ponad półtora roku związku z Maćkiem nie chciałam słuchać The Smiths. Wydawało mi się, że to okropne smęty. Dopiero książka skłoniła mnie do tego, by jednak poznać ten zespół. I gdy przyzwyczaiłam się już do głosu Morrisseya, wokalisty, i odkryłam, że The Smiths to coś więcej niż pełne rozpaczy utwory, przekonałam się. Teraz słucham The Smiths z własnej woli.  
Kolejnym ważnym kwietniowym wydarzeniem było dla mnie przeprowadzenie wywiadu z panią Aldoną Mackiewicz, właścicielką toruńskiego antykwariatu. Przyznaję, że byłam bardzo ciekawa, jak funkcjonuje antykwariat, kto w nim kupuje i czy to się w ogóle opłaca. Rozmowę wspominam bardzo miło. Możecie ją przeczytać tutaj.

W ulubionych wydarzeniach kwietnia muszę umieścić również skreślenie kolejnego punktu z mojej listy celów na rok 2018. Przesłuchałam 30 albumów. Było to dla mnie wyzwanie, gdyż zwykle nie słucham płyt w całości. Ale polecam takie doświadczenie każdemu, można odkryć niektórych wykonawców na nowo i przede wszystkim lepiej ich poznać. O albumach, które przesłuchałam w ostatnich miesiącach, przygotuję osobny post.
Trzy kwietniowe niespodzianki

Kwiecień rozpoczęła Wielkanoc, a wraz z nią drobne upominki. Jakie było moje zaskoczenie, gdy, oprócz plecaka, zobaczyłam dysk przenośny. Męczyłam tatę o jego kupno przez dłuższy czas, jednak ciągle słyszałam, że jeszcze musi coś sprawdzić. Nie domyśliłam się, że dysk już dawno jest kupiony. Po ostatniej awarii komputera stwierdziłam, że taki dysk to coś niezbędnego – nie chciałam utracić tysięcy zdjęć.

Siedziałam sobie na kwietniowej, nudnej psychosomatyce. A może to była psychiatria. Zerkałam na Instagrama, a tam moje zdjęcie polubiła sama Regina Brett, autorka bestsellerów. Czytałam jej książki i uwielbiam je. To miłe, że pisarka znajduje na Instagramie zdjęcia swoich czytelników.
Nie tylko lubię być zaskakiwana – wielką radość sprawia mi również robienie niespodzianek. W kwietniu wraz z Maćkiem zaskoczyliśmy Anię, pojawiając się na jej spacerze. Ania spełniła swoje marzenie, została przewodniczką po Warszawie. Bardzo chcieliśmy zobaczyć ją w akcji. Nie wspominaliśmy Ani, że zjawimy się na prowadzonym przez nią spacerze. Mamy nadzieję, że nasza obecność dodała jej otuchy. Więcej o wycieczce przygotowanej przez Anię pisałam w poprzednim poście.
Trzy nowe kwietniowe doświadczenia

W minionym miesiącu po raz pierwszy odwiedziłam kocią kawiarnię. Od dawna chciałam to zrobić, jednak zwykle nie było miejsc. Tym razem postanowiliśmy z Maćkiem po prostu cierpliwie poczekać, aż coś się zwolni. W Miau Cafe w Warszawie obowiązują specjalne zasady – nie mogą tam chociażby przebywać dzieci poniżej 14. roku życia. Koty swobodnie przechadzają się po pomieszczeniu. Chociaż żaden nie był zbyt chętny do pieszczot, my nie chcieliśmy też męczyć zwierząt, więc po prostu je obserwowaliśmy. Nie byłam jednak zachwycona tym miejscem. Było tam duszno, tłoczno, dość ciemno, więc trudno było sfotografować kotki. Odniosłam wrażenie, że panuje tam taka sztywna atmosfera.
Za to o wiele lepiej wspominam pierwszą wizytę w Muzeum Azji i Pacyfiku. Z Maćkiem nie spędziliśmy w nim zbyt dużo czasu, ale i tak bardzo dobrze się bawiliśmy. W warszawskim muzeum możecie pograć w różne gry i planszówki pochodzące z Azji. Więcej o wizycie w tym miejscu pisałam tutaj.
W kwietniu po raz drugi w życiu wybrałam się na masaż, ale po raz pierwszy na tak długi, godzinny. Masaż chodził za mną od dłuższego czasu. Ze względu na okropnie niewygodne ławy na naszym wydziale z epoki średniowiecza bardzo bolały mnie plecy. Masaż trochę pomógł na te dolegliwości.

Trzy kwietniowe smutki i stresy

Nie prowadzę życia rodem z Instagrama i czasami zdarzają się w nim gorsze, stresujące albo nieco przygnębiające momenty. Jednym z tych generujących stres był kwietniowy egzamin. Raczej go zdam, ale odbywał się on w dniu, w którym moją główną myślą było to, czy zdążę na pociąg i spotkanie autorskie Maćka (zdążyłam). Poza tym tylko ja mogłam być takim nieogarem, żeby zamiast – jak w instrukcji – zaznaczyć wszystkie odpowiedzi krzyżykiem, otoczyć każdą kółkiem. Na szczęście wystarczyła odpowiednia adnotacja.

Przez połowę kwietnia zamartwiałam się tym, że czeka mnie wizyta w szpitalu psychiatrycznym. Nie, nie jako pacjentka. Studenci psychologii mogą uczestniczyć w omawianiu przypadków klinicznych. Ze względu na tajemnicę zawodową, która obowiązuje również studentów, nie mogę Wam opisać, jakie schorzenia zobaczyłam i o jakich chorobach słuchałam. Było to jednak bardzo przygnębiające doświadczenie, miałam ochotę przytulić wszystkie cierpiące dzieci. Ta wizyta utwierdziła mnie w tym, że w przyszłości nie chcę pracować jako psycholog kliniczny i mieć na co dzień do czynienia ze schizofrenią, anoreksją czy zaburzeniami afektywnymi.

Pozostając w klimacie medycznym - w kwietniu dobiła mnie wizyta u endokrynologa. Jakiś czas temu wspominałam Wam o moich problemach z tarczycą. Okazało się, że jest poważniej niż myślałam. Przejęłam się bardzo słowami pani doktor, jednak staram się nie martwić. I po prostu żyć dalej i czekać na to, co da leczenie.

Kochani, jaki był dla Was kwiecień? Co będziecie wspominać?
Sara

niedziela, 29 kwietnia 2018

Co robić w majówkę? - 10 pomysłów


Tak się składa, że moja majówka w tym roku trwa… 9 dni. Tak, UMK wyjątkowo zadbało o swoich studentów. Jednak ja – ze względu na późniejszy wyjazd – nie mogę sobie pozwolić na żadną większą podróż w tym okresie. Zebrałam więc dla Was (i dla siebie!) parę nieoczywistych pomysłów na to, jak spędzić majówkę (albo inne wolne).


1. Idź na najlepsze lody w mieście. Postój w tej ciągnącej się przez pół ulicy kolejce. A potem kup więcej niż jedną gałkę.

2. Poczytaj książkę w parku/nad rzeką/na bulwarach. Jeszcze zdążysz poczytać ją w domu pod kołdrą.

3. Zrób to, co ciągle odkładasz na potem. Posprzątaj w końcu ten pulpit.

4. Idź do zoo. Albo do papugarni!
5. Ułóż puzzle. Uwaga! To wciąga.
6. Idź na kawę z własną mamą.
7. Zrób miejsce na regale i pozbądź się książek, do których nie wrócisz, ubrań, których nie nosisz albo bibelotów, których i tak nie chce Ci się wycierać z kurzu.

8. Jak będzie Ci zimno, to idź do sauny. A jak ciepło, to na basen.

9. Sfotografuj kwiaty. Zdążysz jeszcze złapać magnolie w obiektyw?
10. Wybierz się na spacer z przewodnikiem po swoim mieście. W wielu miejscach organizuje się tego typu wydarzenia, w większości są one darmowe. Pozwalają spojrzeć na swoje miasta z zupełnie innej perspektywy. W kwietniu wybraliśmy się z Maćkiem na spacer szlakiem muzyki dawnej Warszawy – pierwszych teatrzyków i kabaretów. W tę podróż w czasie zabrała nas Ania, która spełniła swoje marzenie o zostaniu przewodnikiem po Warszawie. Ania co tydzień organizuje spacery tematyczne. Pokazuje turystom (a także miejscowym!), gdzie niegdyś znajdowały się popularne miejsca, opowiada o nich, ujawnia zupełnie inną stronę znanych miejsc np. ulicy Marszałkowskiej. Jeśli sądzicie, że widzieliście już wszystko w Warszawie, zachęcam Was do wybrania się na spacer z Anną. A jeżeli do stolicy macie daleko, może warto rozejrzeć się trochę po własnym mieście?
Jestem ciekawa, co robicie w majówkę, podzielcie się swoimi planami! Ja prawdopodobnie zrealizuję wszystkie punkty z powyższej listy. ;)
Dużo słońca!
Sara

piątek, 27 kwietnia 2018

Aldona Mackiewicz (Toruński Antykwariat Księgarski): Do antykwariatu może przyjść każdy [wywiad]


Antykwariaty – jest w nich coś owianego tajemnicą. Jak właściwie funkcjonują? Co można w nich kupić i kto zagląda tam w głównej mierze? Wypytałam o to  Aldonę Mackiewicz, właścicielkę jedynego toruńskiego antykwariatu, funkcjonującego od 1994 roku.

Czym różni się praca w antykwariacie od pracy w księgarni?

W antykwariacie w Toruniu są głównie książki używane i stare (choć i używane nowe). Nie biorę zatem pod uwagę tego, co księgarz w księgarni, rotacji towaru, tego, aby książki jak najszybciej się sprzedały, aby móc zamówić nowe, bo, jak wiadomo, nowe książki wychodzą cały czas. U nas rotacja towaru potrafi trwać 20 lat. Mamy książki wycenione 20 lat temu, ręką mojego ojca, na 3 czy 5 zł, które przenoszą się razem z nami podczas naszych przeprowadzek. I gdy teraz, w 2018 roku, ktoś bierze do ręki taką książkę, powiedzmy, że jest to wartościowe dzieło filozoficzne, które my dziś wyceniłybyśmy na 30 zł, klient kupuje je za 7 zł. To podstawowa różnica.

Wydaje mi się, że w społeczeństwie panuje takie błędne przekonanie, że w antykwariacie można kupić wyłącznie stare książki i nic więcej. Tymczasem z tego, co wiem, tutaj w Toruniu można znaleźć też płyty i wiele innych przedmiotów.

W czasach PRL-u był ścisły podział na antykwariaty naukowe, antykwariaty współczesne i antykwariaty księgarskie. Ja nasz nazwałam księgarskim, dlatego że skupiamy się na książkach. Jednak w czasach PRL-u można było w antykwariacie znaleźć wydawnictwa. Obecnie wygląda to podobnie, oprócz książek oferujemy pocztówki, mapy, płyty analogowe i kompaktowe, kasety, taśmy, slajdy, bajki na rzutnik, fotografie oraz wszelkie nośniki, na których ukazywały się muzyka i książki.

Kim są głównie klienci antykwariatu? Jaka grupa wiekowa przeważa?

Od dzieci świeżo narodzonych – przychodzą do nas mamy z niemowlętami w chustach – do 90-letnich pań i panów. Gościmy i młodzież, i zapracowane panie domu, i pracowników uniwersytetu. Na pewno jest tak, że do antykwariatu zaglądają ci, którzy mają więcej czasu, a więc często są to mamy na urlopie macierzyńskim czy emeryci i emerytki.

Czy częściej ludzie szukają konkretnych tytułów, czy przychodzą się rozejrzeć i kupują akurat to, co ich zainteresuje?

Wizyty w naszym antykwariacie dzielą się na dwa rodzaje. Część klientów przychodzi tylko po odbiór zamówienia internetowego, niektórzy natomiast lubią spędzić w antykwariacie 20 czy 30 minut i spokojnie się rozejrzeć. Toruń przeżywa w ostatnim czasie oblężenie turystyczne. Mamy więc klientów z całej Polski, a nawet i spoza granic naszego kraju. To często wytrawni kolekcjonerzy, którzy wcześniej sprawdzili, że w Toruniu jest antykwariat. Mają oni własne kolekcje książek na jakiś wąski temat i zdarza się, że brakuje im jednej czy dwóch do skompletowania całości. Ale te egzemplarze są zwykle tak poszukiwane przez innych kolekcjonerów, że istnieje naprawdę małe prawdopodobieństwo, że będą one u nas. Nie lubię tego uczucia, gdy muszę rozczarować zapalonych kolekcjonerów. A najgorsze jest, gdy klient pyta, czy dana książka u nas była, a my musimy odpowiedzieć, że tak – na przykład 5 lat temu. Jednak w takich sytuacjach zostawiamy zawsze jakąś drobną iskierkę nadziei, zapisujemy kontakt do tej osoby bądź podajemy kontakt do nas, bo przecież książki cały czas spływają i być może jutro, być może za rok, taka perełka do nas trafi.

A czy pamięta Pani jakąś niecodzienną sytuację, która miała miejsce w antykwariacie?

Mamy pełno niecodziennych sytuacji. Dlatego też zaczęłam prowadzić fanpage na Facebooku. Tych zaskakujących sytuacji było tak wiele, że rodzina i znajomi już nie wytrzymywali i mówili: "Zacznij to opisywać!" W pamięć zapadła mi na pewno wizyta prof. Jerzego Bralczyka, który przychodzi do nas za każdym razem, gdy jest w Toruniu. Pan profesor poszukuje książek z językoznawstwa i niestety ma ogromnego pecha, bo u nas językoznawstwo jest na samym dole regału i trzeba się niestety schylić. Pan profesor skomentował to słowami, że w każdym antykwariacie, który odwiedza, czy w Polsce, czy za granicą, językoznawstwo zepchnięte jest na szary koniec i on zawsze musi się namęczyć. Ale to mu nie przeszkadza, każdą książkę dokładnie sprawdza i ogląda. Profesor to też przykład kolekcjonera. Jest bardzo małe prawdopodobieństwo, że coś u nas znajdzie, ale zawsze doceni i porozmawia.

Jaka jest najstarsza książka, która kiedykolwiek trafiła do antykwariatu na Wysokiej?

To wydarzyło się całkiem niedawno – trafiła do nas książka z końca XVII wieku, wydawnictwo francuskie dotyczące znanych Francuzów – polityków i innych ważnych osobistości. Takie who is who na dzisiejsze czasy. Ta książka była wystawiona u nas na sprzedaż, lecz niestety nie sprzedała się i właściciel zabrał ją z powrotem. To była piękna pozycja, dużego formatu, nie kosztowała mało. Zawsze powtarzam, że takie cenne książki muszą swoje poleżeć. Nie jest tak, że ktoś, akurat w drodze do restauracji, powie: „O, książka za kilka tysięcy złotych, kupię sobie”. Taki zakup musi być przemyślany. Czasami finalizuje się on przez kilka wizyt. Klient przychodzi do antykwariatu raz na miesiąc, ogląda, zastanawia się, czy można coś utargować. Zwykle można. Jeśli książka nie sprzedaje się przez kilka miesięcy, my nie upieramy się, że musi ona kosztować tyle a tyle. Mamy na przykład takiego klienta, który nabył u nas wielotomową, dosyć drogą encyklopedię, pięknie oprawioną. Stał się on klientem-przyjacielem. Zagląda do nas zawsze, jak jest w Toruniu, dzwoni, pisze życzenia. Rozmawiamy o sprzedanej książce, bo my też w jakiś sposób jesteśmy do niej przywiązani, pytamy, czy klient czyta, czy książka się przydała. To miłe aspekty tej pracy.

Czy to wydawnictwo z XVII było jednocześnie najcenniejszą książką, jaka trafiła do antykwariatu?

Tak, jedną z cenniejszych, ze względu na wiek, cenę i drogę, jaką przeszła. Na wewnętrznej stronie okładki miała ona adnotacje, w jakich księgarniach była sprzedawana i jak długo.

Jaka była najoryginalniejsza książka, która znalazła się w toruńskim antykwariacie, taka, która Panią zaskoczyła?

Książek, które mnie zaskakują, jest mnóstwo. Właściwie zdarzają mi się codziennie. Ludzkość, odkąd poznała pismo, pisze na każdy temat. Istnieją wielkie dzieła naukowe i nienaukowe na tematy zaskakujące – chociażby higieny stóp czy wiązania krawata. Czymkolwiek człowiek się zajmuje, może napisać na ten temat książkę. To też są właśnie historie, które opisuję na fanpage’u. Każdy, kto ma jakąś pasję, pracę, zawód, znajdzie w książce odzwierciedlenie tego. Do biblioteki, antykwariatu czy księgarni może przyjść każdy, nieważne, czym się zajmuje, bo książki pisze się na każdy temat. Mieliśmy kiedyś takiego klienta, który fascynował się kulturystyką. Na ten temat również wydaje się książki.

A co Pani na co dzień najchętniej czyta, jacy są pani ulubieni autorzy, gatunki?

Ostatnimi czasy na co dzień czytam… poradniki, co niektórym może wydawać się straszne. Są to pozycje o biznesie, o tym, jak efektywniej pracować, jak prowadzić własną firmę, jak wychowywać dzieci. Ale nigdy nie czytam jednej książki, zwykle mam 6 lub 7 zaczętych. Wśród nich zawsze znajdzie się coś z literatury piękniej. Staram się też czytać coś z klasyki – Victora Hugo, Lwa Tołstoja, Fiodora Dostojewskiego. Kanon jest, ale nie oszukujmy się, niewiele osób ma czas na ich ciągłe czytanie. Jeśli chce się być dobrym księgarzem czy antykwariuszem, to na pewno trzeba znać klasykę. Poza tym czytam wspomniane poradniki i koniecznie coś lekkiego. To może być na przykład Jane Austen czy Małgorzata Musierowicz. Czytałam te książki już siedem, a nawet dziesięć razy, znam je na pamięć, ale to zupełnie mi nie przeszkadza.

Zdarza Wam się zaglądać do antykwariatów?
Uściski!
Sara