Dziś postanowiłam
opisać Wam, jak od dwóch miesięcy użeram się ze sklepem TK Maxx. Zależy mi na
tym, by informacja o tej sprawie trafiła do jak największej liczby osób.
W grudniu
kupiłam w TK Maxxie torebkę. Wydawała się solidna. Kosztowała 169 zł. Po pół
roku rączki zaczęły pękać i pruć się. Postanowiłam wówczas zareklamować
torebkę.
Reklamacja została jednak odrzucona. Powód? Uznano, że zgłoszona usterka nie
jest ukrytą wadą materiałowo-technologiczną, która istniała w momencie zakupu,
lecz jest to – według rozpatrującego reklamację – uszkodzenie mechaniczne,
uzależnione od sposobu eksploatacji i intensywności użytkowania, za które
sprzedawca nie odpowiada. Krótko mówiąc, TK Maxx zarzucił mi, że zbyt często używałam
mojej torebki. Ciekawe, prawda?
Postanowiłam
odwołać się od tej decyzji. W tym celu udałam się do sklepu TK Maxx, gdzie
usłyszałam, że u nich nie składa się odwołań i mam od razu zgłosić się do Biura
Obsługi Klienta. Wówczas postanowiłam poprosić o pomoc Powiatowego Rzecznika Konsumentów. Warto dodać, że taka pomoc jest bezpłatna. Pani rzecznik w moim
imieniu skierowała do TK Maxxa pismo. Powołała się w nim na wiele paragrafów i
rzetelnych argumentów.:
- Po pierwsze, osoba
sporządzająca opinię i rozpatrująca reklamację nie wskazała, czy posiada
uprawnienia do wyrokowania, czy towar jest wadliwy i co może być przyczyną wad.
A zatem reklamację być może rozpatrzył po prostu kierownik sklepu bądź osoba
zatrudniona do takich działań, niebędąca ani rzeczoznawcą, ani nikim uprawnionym.
- Po drugie, nie podano, na
czym miała polegać ta "intensywność użytkowania". Oczywiście gdy sprzedawano mi
torebkę nie wskazano, w jaki sposób i jak często powinnam nosić torebkę. A to
przecież przedmiot, którego używa się nawet codziennie i, jak zauważyła pani
rzecznik, podczas eksploatacji, przynajmniej przez okres rękojmi, która wynosi
1 rok, materiał nie powinien pękać.
- Po trzecie, pozostałe
elementy torby są w bardzo dobrym stanie, dlatego za taką wadę nie powinno się
winić konsumentki, czyli mnie.
Pani rzecznik powołała się
również na istotny artykuł. W
myśl art. 5562 k.c., jeżeli kupującym
jest konsument, a wada fizyczna została stwierdzona przed upływem roku od dnia
wydania rzeczy sprzedanej, domniemywa się, że wada lub jej przyczyna istniała w
chwili przejścia niebezpieczeństwa na kupującego.
W takiej sytuacji konsument ma tylko
obowiązek zgłoszenia w ustawowym terminie reklamacji, natomiast ustawa zgodnie z art. 6 k.c. nakłada na sprzedawcę
ciężar udowodnienia faktu, że winę za
powstanie wady ponosi użytkownik. A to, co napisał TK Maxx w uzasadnieniu
odrzucenia reklamacji nie można – według pani rzecznik - w świetle przepisów prawa potraktować jako dowodu na okoliczność winy użytkownika, czyli mnie. Prościej - jeśli coś stanie się z produktem w ciągu 12 miesięcy od zakupu, to domniemywa się, że ta wada
istniała już w chwili zakupu i sprzedawca, jeśli nie uznaje reklamacji, to musi
udowodnić, że ja ponoszę winę za usterkę. Tymczasem TK Maxx tego nie zrobił.

Co na to wszystko TK Maxx? Sklep w ogóle nie
odniósł się do tego, co napisała rzeczniczka, nawet ociupinkę. Ani nie wskazał,
czy osoba, która rozpatrzyła reklamację, miała uprawienia, ani nie podał, na
czym polega intensywność użytkowania, ani nie udowodnił, że to ja ponoszę winę.
Nic. Zaproponowano mi tylko kartę podarunkową w wysokości 100 zł, co nie
stanowi nawet 60% wartości torebki. Najbardziej rozśmieszyły mnie słowa, że
sklep robi to w celu "przywrócenia zaufania do firmy" i jest to "gest dobrej
woli". Cóż za wielkoduszność! Prawie się wzruszyłam.
Zapytałam Powiatowego Rzecznika Konsumentów –
co teraz? Okazało się, że mam kilka wyjść:
- wszcząć postępowanie sądowe,
- zapłacić za rzeczoznawcę, który z dużym
prawdopodobieństwem stwierdziłby, że wina faktycznie jest po stronie sklepu i
torebka była po prostu źle wykonana. Wówczas TK Maxx miałby obowiązek zwrócić
mi pieniądze za rzeczoznawcę.
- zaproponować kartę podarunkową o wyższej kwocie
np. 130 zł.
Stwierdziłam, że spróbuję poszukać rzeczoznawcy.
Okazało się, wcale nie jest to takie łatwe. W Toruniu ze świecą szukać
rzeczoznawcy zajmującego się torebkami. Gdy wydawało mi się, że już znalazłam
odpowiednią osobę w Bydgoszczy, czekałam kilka tygodni na odpowiedź, w końcu
zadzwoniłam i usłyszałam, że pani jest po operacji, jest na zwolnieniu
lekarskim i zajmie się wszystkim w ciągu kilku dni. Nie zrobiła tego, zatem ta
opcja poszła w odstawkę.
Zaproponowałam TK Maxxowi inną wysokość karty podarunkowej - 130 zł, dalej powołując
się na przedstawione wcześniej argumenty. Sklep obstawał przy swoim.
W końcu uznałam, że o sprawie powinna dowiedzieć
się opinia publiczna. Poinformowałam więc sklep, iż sytuacja zostanie opisana w
mediach. TK Maxx dalej obstawał przy karcie podarunkowej o wysokości 100 zł. Wysłałam
zatem list do toruńskich mediów, który został opublikowany.
No i co dalej? Niestety, sprawa zakończyła się
tym, że wysłali mi kartę podarunkową o wysokości 100 zł. Ale czy na pewno zakończyła? Zależy mi na tym, by
o tej sytuacji dowiedziało się jak najwięcej osób. By ludzie widzieli, jak
sklepy sobie z nami pogrywają, bo myślą, że odpuścimy. Ludzie nie chcą iść do
sądu, bo boją się kosztów i całej papierologii. I sklepy na tym korzystają.
Dlatego czytajcie ten tekst, udostępniajcie go i…
uważajcie na zakupy w TK Maxxie.
A na koniec najlepsza kwestia – pani, z którą cały
czas wymieniałam maile, podpisywała się Anna C. Bardzo profesjonalne, prawda?
To chyba jakiś celowy zabieg, bo nie wiadomo, do kogo wówczas się zwrócić, gdy nie ma podanego pełnego nazwiska.
Niestety, ja już prawdopodobnie postępowania w
sądzie wszcząć nie mogę, gdyż karta podarunkowa była traktowana przez TK Maxx
jako ugoda. Więc sprawę można uznać za zakończoną. Ja jednak mam silną potrzebę
walki o sprawiedliwość. Stąd ten post.
Dajcie koniecznie znać, co sądzicie o całej
sprawie i czy przytrafiło Wam się kiedyś coś podobnego?
Sara