piątek, 20 września 2019

Salon w stylu góralskim


Urządzanie salonu zdecydowanie należy do jednej z najprzyjemniejszych części urządzania całego domu. To właśnie tam można się dać ponieść fantazji i zaszaleć. Można zdecydować się na styl skandynawski, vintage, minimalizm, albo pójść w coś bardziej nietypowego i wybrać styl góralski. Jest to jeden z tych stylów, które wymagają dużej uwagi i skupienia podczas urządzania, jednak dobrze i rozważnie dobrane dodatki mogą zdziałać cuda.

Drewniane meble

Jedną z najbardziej oczywistych rzeczy podczas urządzania salonu w stylu góralskim są drewniane meble. Nie sposób wyobrazić sobie salonu góralskiego bez mebli z drewna i w kolorze drewna. Komody, witryny, kredens, duży stół, stolik kawowy - każda  tych rzeczy może być niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju, a dzięki temu sprawiać, że salon będzie prezentować się wspaniale, okazale i bardzo reprezentacyjnie. Należy także wziąć pod uwagę to, że meble z drewna się nie starzeją, więc nawet jeśli w międzyczasie zmienimy nieznacznie koncepcję, to zawsze nadają się one do aranżacji.

Ponadto meble z drewna są wieczne i klasyczne. Nie tylko oddają doskonale charakter gór, ale także wspaniale łączą się z innymi górskimi dodatkami takimi jak dywany, obrazy, czy rzeźby.

Rzeźby z drewna na zamówienie

Elementem, który jest bardzo odważny, ale i doskonale oddaje charakter górski, jest rękodzieło. Rzeźby z drewna na zamówienie przygotowywane są w różnych rozmiarach i kształtach. Można zamówić zarówno rzeźbę, która przestawiać będzie coś nam bliskiego, bądź zupełnie neutralną. Rzeźby nie są popularnym rozwiązaniem w polskich domach i z reguły pojawiają się dość rzadko, jednak stają się coraz popularniejsze i dzięki temu sztuka wysoka zaczyna gościć w naszych mieszkaniach.

Kiedy umieszczamy we wnętrzu swojego domu rzeźbę, to musimy bardzo uważać, ponieważ jest to element ozdobny, który w łatwy sposób może wprowadzić kicz i przepych. Dlatego ogromnie ważne jest to, aby tak charakterystyczne elementy zestawiać z czymś mniej wystawnym, dzięki czemu zachowamy umiar i równowagę pomiędzy oryginalnymi dodatkami, a czymś bardziej zwyczajnym.

Im mniej, tym lepiej

Tworząc jakikolwiek styl we wnętrzu salonu, należy pamiętać o złotej zasadzie, że im mniej tym lepiej. Im mniej dodatków sugerujących, że mamy do czynienia z konkretnym i charakterystycznym stylem, tym lepiej. Niech będą one subtelne i delikatne, a do tego nienachalne. Niech sugerują, a nie atakują. Tylko w taki sposób można zachować równowagę.

[artykuł sponsorowany]

środa, 18 września 2019

Barcelona i Andora – jak połączyć te dwa miejsca w jedną wycieczkę?


Dość długo myślałyśmy z mamą nad kolejnym kierunkiem podróży. Chciałyśmy połączyć Madryt z Barceloną, ale kalkulacja takiej wycieczki nas przerażała. Rozważałyśmy też Cypr, Sardynię… Chciałyśmy lecieć gdzieś, gdzie będzie wysoka temperatura, ale i jest co zwiedzać. W końcu wymyśliłam, że można by jednocześnie odwiedzić ciepłe miasto pełne zabytków, w dodatku leżące nad morzem – Barcelonę i podczas tej samej wyprawy pojechać do Andory i zaliczyć kolejną stolicę. To brzmiało jak genialny plan. I… taki faktycznie był. Jak i cała wycieczka.

Jak wyglądał nasz plan?

Do Barcelony leciałyśmy w poniedziałek, 2 września, o 11:20 z Modlina. Ważne jest to, że z Polski samoloty docierają aż na trzy barcelońskie lotniska:
– główne El Prat, które jest oddalone o pół godziny drogi od centrum, 
- lotnisko Girona, do którego mamy aż 100 km
- położone w podobnej odległości, tylko w innym kierunku, Reus
Gdy szukałam biletów, wyskakiwały mi tanie oferty do Girony, ale stwierdziłam, że koszt i czas trwania dojazdu do Barcelony nie jest tego wart. Zdecydowałyśmy się więc na lot na El Prat. W poście podsumowującym koszty naszej wycieczki dokładniej opiszę dojazd z tego lotniska do centrum.
Popołudnie poświęciłyśmy na spacer po Wzgórzu Żydowskim.
We wtorek, 3 września, zwiedzałyśmy Barcelonę na piechotę. Tego dnia zobaczyłyśmy najważniejsze obiekty zaprojektowane przez Gaudiego, a także inne najbardziej znane atrakcje miasta. Po południu zostało nam trochę czasu, więc wybrałyśmy się na plażę.
W środę, 4 września, o godz. 8:15 wyruszyłyśmy do Andory. Podróż busem z Barcelony trwa 3 godziny. Od 11 do 15 zwiedzałyśmy stolicę Andory – miasteczko Andorra la Vella. Te kilka godzin w zupełności wystarczyło, by zobaczyć wszystkie ważne i mniej ważne obiekty.
Wieczorem, tego samego dnia, wybrałyśmy się na pokaz magicznych fontann w Barcelonie.
W czwartek, 5 września, od godz. 9 zwiedzałyśmy słynny Park Guell. Spędziłyśmy tam około dwóch godzin. Potem udało nam się jeszcze zobaczyć jeden budynek Gaudiego,  Casa Vicens, położony nieco na uboczu. O 17 miałyśmy samolot powrotny do Polski.
Obawiałam się, że w te kilka dni nie zdążymy zobaczyć wszystkich ważnych zabytków w Barcelonie. Tymczasem nam starczyło czasu jeszcze na pójście na plażę i wyjazd do Andory. Oczywiście, gdybyśmy chciały zwiedzać każdy budynek zaprojektowany przez Gaudiego wewnątrz, wówczas potrzebowałyśmy pewnie z dwóch tygodni i… dwóch walizek pieniędzy. :D

W kolejnych postach opowiem Wam ze szczegółami o tym, jak zwiedzać Barcelonę, na co uważać i jak sprawić, by taka wycieczka nie kosztowała milionów. Opiszę również Andorę, która dla wielu osób pozostaje zagadką. Nie znam nikogo, kto by był w tym kraju, a i na blogach niewiele napisano o Andorze.

I na koniec… czy polecam podróż do Barcelony? Tak! To wyjątkowe miasto, w którym czuć ducha Gaudiego. Zabytki znajdziecie tam na każdym kroku. W dodatku to dobry kierunek dla tych, którzy chcą zarówno odpocząć nad morzem, jak i podziwiać ciekawą architekturę. Na początku września wcale nie było w Barcelonie niesamowitych tłumów, jakimi nas straszono.

A czy polecam wycieczkę do Andory? Zdecydowanie. Ten kraj jest nieco mniejszy od Warszawy, położony w Pirenejach, więc gdzie się nie obrócisz, widzisz szczyty. Dzięki górskim krajobrazom wszystkie zabytki prezentowały się o wiele bardziej malowniczo. Uważam, że być w Barcelonie i nie pojechać do Andory to błąd. Tym bardziej że w tym kraju nie ma ani lotniska, ani stacji kolejowej. Najłatwiej się tam dostać z Barcelony bądź Tuluzy. 

Zapraszam Was na kolejne posty!
Kto z Was był w Barcelonie? A może… komuś marzy się Andora? Dajcie znać!
Sara

poniedziałek, 16 września 2019

22 lata w pigułce


Dzisiaj kończę 22 lata. Z tej okazji postanowiłam przyjrzeć się mojej dotychczasowej egzystencji. Brzmi poważnie, prawda? Ale niektórym wydarzeniom z mojego życia daleko do powagi.

Rok 1997. Rodzę się ja, z czarną, gęstą czupryną (!) i pulasami jak u kota brytyjskiego.
Rok 1998. Chodzę na czworakach do tyłu i jem obierki od ziemniaków.
Rok 1999. Zostaję ikoną stylu i pozuję z piwem.
Rok 2000. Biorę udział w pokazie mody i idę do przedszkola. 
Rok 2001. Wymyślam serek jak na plaży.
Rok 2002. Rodzi się mój młodszy brat, a ja z motylkiem vel wenflonem na ręku ląduję w piaskownicy.
Rok 2003. Zakochuję się w pizzerkach jedzonych na plaży i gram Maryję w przedszkolnych jasełkach.
Rok 2004. W drodze na Morskie Oko obcieram sobie pięty do krwi, idę do szkoły i tym razem w jasełkach gram Diabła.
Rok 2005. Jestem druhną na ślubie i biorę udział w kuligu na granicy polsko-ukraińskiej.
Rok 2006. Robię sobie tatuaż na brzuchu i występuję w teatrze.
Rok 2007. Pierwszy raz wyjeżdżam za granicę.
Rok 2008. Uczestniczę w międzynarodowej olimpiadzie matematycznej (!) i ścinam zapuszczane od dzieciaka długie blond włosy.
Rok 2009. Poznaję twórczość Taylor Swift i wyprowadzam się z Torunia.
Rok 2010. Dostaję się do najlepszego toruńskiego gimnazjum i zakładam Facebooka.
Rok 2011. Zostaję laureatką w konkursie z języka polskiego, co zwalnia mnie z egzaminu, i zakładam konto na portalu postcrossing.com.
Rok 2012. Wygrywam bilet na mecz Hiszpania-Irlandia na EURO 2012.
Rok 2013. Zostaję laureatką z geografii, co zwalnia mnie z kolejnego egzaminu, zakładam bloga, całkowicie zmieniając swoje życie, wyruszam w daleką podróż do Italii i zaczynam liceum.
Rok 2014. Pierwszy raz lecę samolotem, zakładam Instagrama i na chwilę zostaję redaktor naczelną.
Rok 2015. Mieszkam przez dwa tygodnie w Stanach Zjednoczonych i staję się dorosła (ale niekoniecznie dojrzała).
Rok 2016. Zdaję maturę, rozpoczynam studia psychologiczne, co staje się najgorszą decyzją mojego życia, poznaję chłopaka na Tinderze, z którym spędzam kolejne 2 i pół roku i zdaję egzamin na prawko.
Rok 2017. Kupuję własne autko, zostaję dziennikarką na dłużej, rudzielcem na krócej i wygrywam w "Milionerach".
Rok 2018. Idę na pierwszy wielki koncert i zaliczam pierwsze wystąpienia podróżnicze.
Rok 2019. Zmieniam pracę, wycinam tarczycę i kupuję kota. Nadal nie rzucam studiów. Nadal zwiedzam stolice europejskie. Nadal piszę bloga.


Życzcie mi przede wszystkim zdrowia i mniej lęków.
Sara

czwartek, 12 września 2019

Jak TK Maxx traktuje swoich klientów?



Dziś postanowiłam opisać Wam, jak od dwóch miesięcy użeram się ze sklepem TK Maxx. Zależy mi na tym, by informacja o tej sprawie trafiła do jak największej liczby osób.

W grudniu kupiłam w TK Maxxie torebkę. Wydawała się solidna. Kosztowała 169 zł. Po pół roku rączki zaczęły pękać i pruć się. Postanowiłam wówczas zareklamować torebkę. 

Reklamacja została jednak odrzucona. Powód? Uznano, że zgłoszona usterka nie jest ukrytą wadą materiałowo-technologiczną, która istniała w momencie zakupu, lecz jest to – według rozpatrującego reklamację – uszkodzenie mechaniczne, uzależnione od sposobu eksploatacji i intensywności użytkowania, za które sprzedawca nie odpowiada. Krótko mówiąc, TK Maxx zarzucił mi, że zbyt często używałam mojej torebki. Ciekawe, prawda?

Postanowiłam odwołać się od tej decyzji. W tym celu udałam się do sklepu TK Maxx, gdzie usłyszałam, że u nich nie składa się odwołań i mam od razu zgłosić się do Biura Obsługi Klienta. Wówczas postanowiłam poprosić o pomoc Powiatowego Rzecznika Konsumentów. Warto dodać, że taka pomoc jest bezpłatna. Pani rzecznik w moim imieniu skierowała do TK Maxxa pismo. Powołała się w nim na wiele paragrafów i rzetelnych argumentów.:
- Po pierwsze, osoba sporządzająca opinię i rozpatrująca reklamację nie wskazała, czy posiada uprawnienia do wyrokowania, czy towar jest wadliwy i co może być przyczyną wad. A zatem reklamację być może rozpatrzył po prostu kierownik sklepu bądź osoba zatrudniona do takich działań, niebędąca ani rzeczoznawcą, ani nikim uprawnionym.

- Po drugie, nie podano, na czym miała polegać ta "intensywność użytkowania". Oczywiście gdy sprzedawano mi torebkę nie wskazano, w jaki sposób i jak często powinnam nosić torebkę. A to przecież przedmiot, którego używa się nawet codziennie i, jak zauważyła pani rzecznik, podczas eksploatacji, przynajmniej przez okres rękojmi, która wynosi 1 rok, materiał nie powinien pękać.

- Po trzecie, pozostałe elementy torby są w bardzo dobrym stanie, dlatego za taką wadę nie powinno się winić konsumentki, czyli mnie.

Pani rzecznik powołała się również na istotny artykuł. W myśl art. 5562 k.c., jeżeli kupującym jest konsument, a wada fizyczna została stwierdzona przed upływem roku od dnia wydania rzeczy sprzedanej, domniemywa się, że wada lub jej przyczyna istniała w chwili przejścia niebezpieczeństwa na kupującego. W takiej sytuacji  konsument ma tylko obowiązek zgłoszenia w ustawowym terminie reklamacji, natomiast ustawa  zgodnie z art. 6 k.c. nakłada na sprzedawcę ciężar udowodnienia faktu,  że winę za powstanie wady ponosi użytkownik. A to, co napisał TK Maxx w uzasadnieniu odrzucenia reklamacji nie można – według pani rzecznik - w świetle przepisów prawa potraktować jako dowodu na okoliczność winy użytkownika, czyli mnie. Prościej - jeśli coś stanie się z produktem w ciągu 12 miesięcy od zakupu, to domniemywa się, że ta wada istniała już w chwili zakupu i sprzedawca, jeśli nie uznaje reklamacji, to musi udowodnić, że ja ponoszę winę za usterkę. Tymczasem TK Maxx tego nie zrobił.
Co na to wszystko TK Maxx? Sklep w ogóle nie odniósł się do tego, co napisała rzeczniczka, nawet ociupinkę. Ani nie wskazał, czy osoba, która rozpatrzyła reklamację, miała uprawienia, ani nie podał, na czym polega intensywność użytkowania, ani nie udowodnił, że to ja ponoszę winę. Nic. Zaproponowano mi tylko kartę podarunkową w wysokości 100 zł, co nie stanowi nawet 60% wartości torebki. Najbardziej rozśmieszyły mnie słowa, że sklep robi to w celu "przywrócenia zaufania do firmy" i jest to "gest dobrej woli". Cóż za wielkoduszność! Prawie się wzruszyłam.

Zapytałam Powiatowego Rzecznika Konsumentów – co teraz? Okazało się, że mam kilka wyjść:

- wszcząć postępowanie sądowe,
- zapłacić za rzeczoznawcę, który z dużym prawdopodobieństwem stwierdziłby, że wina faktycznie jest po stronie sklepu i torebka była po prostu źle wykonana. Wówczas TK Maxx miałby obowiązek zwrócić mi pieniądze za rzeczoznawcę.
- zaproponować kartę podarunkową o wyższej kwocie np. 130 zł. 

Stwierdziłam, że spróbuję poszukać rzeczoznawcy. Okazało się,  wcale nie jest to takie łatwe. W Toruniu ze świecą szukać rzeczoznawcy zajmującego się torebkami. Gdy wydawało mi się, że już znalazłam odpowiednią osobę w Bydgoszczy, czekałam kilka tygodni na odpowiedź, w końcu zadzwoniłam i usłyszałam, że pani jest po operacji, jest na zwolnieniu lekarskim i zajmie się wszystkim w ciągu kilku dni. Nie zrobiła tego, zatem ta opcja poszła w odstawkę.

Zaproponowałam TK Maxxowi inną wysokość karty podarunkowej - 130 zł, dalej powołując się na przedstawione wcześniej argumenty. Sklep obstawał przy swoim.

W końcu uznałam, że o sprawie powinna dowiedzieć się opinia publiczna. Poinformowałam więc sklep, iż sytuacja zostanie opisana w mediach. TK Maxx dalej obstawał przy karcie podarunkowej o wysokości 100 zł. Wysłałam zatem list do toruńskich mediów, który został opublikowany.

No i co dalej? Niestety, sprawa zakończyła się tym, że wysłali mi kartę podarunkową o wysokości 100 zł. Ale czy na pewno zakończyła? Zależy mi na tym, by o tej sytuacji dowiedziało się jak najwięcej osób. By ludzie widzieli, jak sklepy sobie z nami pogrywają, bo myślą, że odpuścimy. Ludzie nie chcą iść do sądu, bo boją się kosztów i całej papierologii. I sklepy na tym korzystają.

Dlatego czytajcie ten tekst, udostępniajcie go i… uważajcie na zakupy w TK Maxxie.

A na koniec najlepsza kwestia – pani, z którą cały czas wymieniałam maile, podpisywała się Anna C. Bardzo profesjonalne, prawda? To chyba jakiś celowy zabieg, bo nie wiadomo, do kogo wówczas się zwrócić, gdy nie ma podanego pełnego nazwiska.

Niestety, ja już prawdopodobnie postępowania w sądzie wszcząć nie mogę, gdyż karta podarunkowa była traktowana przez TK Maxx jako ugoda. Więc sprawę można uznać za zakończoną. Ja jednak mam silną potrzebę walki o sprawiedliwość. Stąd ten post.

Dajcie koniecznie znać, co sądzicie o całej sprawie i czy przytrafiło Wam się kiedyś coś podobnego?
Sara